Frank

Jon jest młodym chłopakiem, który ma ambicje bycia muzykiem. Ma jednak spore problem z pisaniem piosenek, ale walczy z tym i pracuje w banku. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy zostaje zaproszony jako klawiszowiec do dość ekscentrycznego zespołu. Frontmanem kapeli, której nazwy nie dam rady wymówić jest Frank. To tak dziwna postać, bo ma na głowie… głowę. Taką wielką, drewnianą głowę, którą zawsze nosi na sobie. Czy to je, czy śpi, czy bierze prysznic. Grupa mieszka gdzieś w małym domku, by nagrać swoją płytę.

Dla wielu kinomanów Lenny Abrahamson stał się bardzo rozpoznawalny dzięki filmowi “Pokój”. Ale przed nim pojawił się równie sundance’owy w duchu “Frank”, który powstał dwa lata wcześniej. Bardziej tutaj reżyser skupia się na relacjach między członkami zespołu, a wszystko z perspektywy nowego członka zespołu. A jest to bardzo pokręcona ekipa. Grająca na thereminie Clara, potrafiąca tworzyć dziwaczną muzykę, jeden z klawiszowców Jon lubi… manekiny, duet francuski (gitara oraz perkusja) wydaje się normalny. Oprócz posługiwania języka innego niż angielski. No i jeszcze jest Jon, który chce coś osiągnąć, ale czy w ogóle ma talent? Czy tylko wyłącznie posiada ambicje? A te relacje pokazują jak powstaje muzyka. Nawet jeśli nie jest przystępna, popularna czy komercyjna.

Reżyser powoli prowadzi swoją narrację, dając czas na poznanie swoich bohaterów. Relacje między nimi oraz bardzo niekonwencjonalne metody tworzenia dają spore pole do tworzenia komediowych scenek. Ten balans między humorem a dramatem to prawdziwe spoiwo “Franka”. Tak samo jak bardzo niekonwencjonalna i fantastycznie brzmiąca muzyka, choć same teksty brzmią mocno absurdalnie. To wszystko angażuje oraz chwyta za serducho, tak jak fascynujący Frank (kapitalny Michael Fassbender) oraz to, jak jego umysł funkcjonuje. Jak jest w stanie tworzyć muzykę oraz obserwuje świat. Czyli jest bardzo porządnie, ale dla mnie zaskakujące było zakończenie i poznanie kim jest Frank. Oraz jak on wygląda.

Fantastycznie zagrany też jest. Fassbender miał o tyle trudne zadanie, że wszelkie emocje mógł wyrazić tylko głosem. I zrobił to absolutnie znakomicie. Nawet przyziemny (w porównaniu z resztą) Domhnall Glleson radzi sobie bardzo dobrze jako ambitny oraz troszkę egoistyczny Jon. Widać, że zależy mu na uznaniu, ale też na sławie, popularności, co może się mocno odbić. Równie wyborni są grający na drugim planie Scoot McNaily oraz Maggie Gyllenhaal, którzy potrafią rozsadzić ekran samym pojawieniem się.

“Frank” jest bardzo zaskakującym filmem okołomuzycznym, gdzie muzyka jest istotnym elementem. Ale nie najważniejszym. Jest wiele świetnych dialogów oraz poruszających scen, ale zakończenie jest największą niespodzianką oraz daje masę satysfakcji. Małe, mądre, świeże kino niezależne.

8/10

Radosław Ostrowski

Steve Jobs

Żaden człowiek w historii współczesnej technologii nie miał takiego medialnego szumu jak Steve Jobs – wizjoner, geniusz, jeden ze współodpowiedzialnych za coraz bardziej fikuśne wynalazki. Komputery, telefony, iPad i Bóg wie, co jeszcze. Geniusz, manipulator, skurwysyn czy robot? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć narzucający swój styl scenarzysta Aaron Sorkin oraz reżyser Danny Boyle. Jak im się to udało?

steve_jobs1

Jednak nie jest to klasyczna biografia, jakiej należało się spodziewać z tego typu gatunkiem, dlatego że fabuła skupia się na trzech prezentacjach nowych wynalazków: Mac, Nexta oraz iMaca. A dokładniej na kulisach przed tymi wydarzeniami. Tam zaczynają iskrzyć spięcia między Jobsem a resztą jego współpracowników: Woźniakiem, Hoffmann, Sculley, Hertzfeld oraz kobietą z córką, uważająca Jobsa za ojca swojego dziecka. Skoro jest Sorkin, to wiadomo, ze będziemy mieli tzw. „walk & talk”, podczas której poznajemy kolejne konflikty, animozje, spięcia. I jak to w fabułach Sorkina była, dialogi serwowane są z prędkością karabinu maszynowego, podkręcając w ten sposób napięcie oraz atmosferę. Tutaj mamy jeszcze pewne montażowe tricki: podczas rozmowy na ścianie widzimy odpalaną rakietę, w innej pojawiają się wplecione na ścianie cytaty czy sam początek, gdzie mamy rozmowę Arthura C. Clarke’a (autora „2001: Odysei kosmicznej” – tej literackiej), a także równolegle przeplatającą się przeszłość z teraźniejszością (rozmowy Jobsa ze Sculleyem) tylko podbijają stawkę. A w tle jeszcze mamy elektroniczno-symfoniczną muzykę Daniela Pembertona, dodając jeszcze więcej oliwy do ognia.

steve_jobs2

Sam reżyser musi żonglować niczym cyrkowiec różnymi elementami, by opanować ten cały bajzel. Bo sprzęt w ostatniej chwili nie chce zadziałać, bo Steve nie przyznaje się do swojej córki, zaś jej matkę traktuje bardzo szorstko (ta go z kolei wykorzystuje jako skarbonkę do wyciągania forsy). Jeszcze po drodze są jeszcze Woźniak, który czuje się bardzo niedoceniony (zrobił Apple II), pełniący role ojca Sculley czy próbująca w miarę utrzymać Jobsa na wodzy Joanna Hoffmann. Jednocześnie Boyle z Sorkinem chcą pokazać tytułowego bohatera w sposób jak najbardziej uczciwy sposób, co udaje się naprawdę bardzo przekonująco (zwłaszcza pod koniec).

steve_jobs3

Boyle mocno się odnajduje w tym całym stylu i zbiera naprawdę mocną obsadę. Pewne emocje wywołał wybór Michael Fassbendera, który za cholery nie jest podobny do Jobsa, jednak jest absolutnie GENIALNY. Z jednej strony to bardzo twardy, przekonany o swojej nieomylności, nie znający słowa: „pomyłka”, „błąd”, „nie mam racji”, bardziej przypominający robota (pamiętacie Davida z „Prometeusza” czy „Alien: Covenant”?) niż człowieka, ale jednak coś się w nim gotuje. Te różne spięcia wygrywa absolutnie bezbłędnie, kompletnie dominując nad wszystkimi. Co nie znaczy, że reszta jest nieciekawa. Kompletnie zaskakuje Seth Rogen (Steve Woźniak), grając absolutnie poważnie, fason trzyma Jeff Daniels (John Sculley), który zawsze dobrze wygląda w garniaku oraz Michael Stuhlberg (Andy Hertzfeld). Jednak drugi plan kradnie i dzieli Kate Winslet, która wydaje się być najmniej widowiskowa ze wszystkich, lecz staje się czymś w rodzaju głosu sumienia dla Jobsa. Ich wspólne rozmowy jeszcze bardziej podsycają całą temperaturę.

Byłem troszkę sceptyczny wobec „Steve’a Jobsa” odkąd odwołano ze stołka reżyserskiego Davida Finchera. Jednak Danny Boyle odnalazł się w tym charakterystycznym stylu Sorkina, odpowiednio podkręcając napięcie i nawet te wątki obyczajowe potrafią zaangażować. Kolejne potwierdzenie, że współpraca z Sorkinem zawsze zmienia się w złoto.

8/10

Radosław Ostrowski

Pierwszy śnieg

Kim jest Harry Hole? (wymowa: Hule). To obok Kurta Wallandera najpopularniejszy bohater skandynawskich kryminałów, które stały się światowymi bestsellerami. W końcu jego śledztwami zainteresowali się hollywoodzcy bossowie i wzięli się za… siódmą część serii, bo była najlepsza. Kiedy poznajemy naszego bohatera, śpi w jakieś barce w parku z dziećmi. W ręku butelka, kac morderca terroryzuje umysł Harry’ego, jego mieszkanie jest pełne grzybów oraz toksycznego ścierwa, a związek z Rakel rozleciał się niczym domek z kart. Hole potrzebuje sprawy, bo inaczej się rozpadnie i… dostaje ją oraz przeniesioną z Wygwizdowa partnerkę. A wszystko zaczyna się od pewnego listu od „wielbiciela” oraz zaginięcia pewnej kobiety.

pierwszy_snieg1

Reżyser Tomas Alfredson mierzy się z bardzo bogatym materiałem, który daje spore pole do popisu. Wspiera go aż trzech scenarzystów, którzy pracowali m.in. w „Szpiegu” i „Drive”, a co z tego wyszło? Trudno odmówić „Pierwszemu śniegowi” bardzo mrocznego klimatu, potęgowanego przez śnieżne krajobrazy – zima pełną gębą, wręcz biała pustynia, z której nie można uciec. Te lasy tylko potęgują to wrażenie obcości. A jednocześnie poznajemy kolejne tajemnice: wychowywanie cudzych dzieci, aborcje, prostytucja. Czyli standard w kryminale, utrzymujący niezłe tempo, powoli budujące suspens oraz rozwiązywanie tajemnicy. Jednocześnie Harry chce poukładać ten cały burdel, koleżanka z pracy ukrywa jakąś niejasną przeszłość, z pewną traumą w tle. I to wszystko nawet daje wiele satysfakcji, łącznie z rozwiązaniem intrygi.

pierwszy_snieg2

Ale ten film ma jeden poważny problem – panuje pod względem wątków tak wielki burdel, że trudno to wszystko poskładać. Wrzucone tu i ówdzie retrospekcje z jednej strony są dość istotne dla rozwoju fabuły, z drugiej sprawiają, że ja wiedziałem od Hole’a o wiele więcej. Dodatkowo jeszcze parę razy przyjmujemy perspektywę mordercy (ale spokojnie, nie widzimy jego twarzy), co na szczęście nie psuje tego dobrego wrażenia. Z drugiej pewne wątki (organizacja Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Oslo, postać Arne Stropa i jego interesów) są zepchnięte na trzeci plan i niby stanowią tło, ale tak naprawdę można było z tego wycisnąć dużo więcej. Nie mogłem też się pozbyć wrażenie, że montażysta dużo rzeczy wyrzucił przy materializowaniu tej wizji. A zakończenie na tym polu wygląda po prostu słabiutko.

pierwszy_snieg3

A jak w sobie asa policji poradził sobie przeżywający kryzys formy i dobierający ostatnio ch***we scenariusze Michael Fassbender? To najmocniejszy punkt tego filmu, a aktor ma jeszcze masę charyzmy, by zbudować typ zmęczonego detektywa, zmierzającego ku destrukcji. W scenach przesłuchań jest bardzo wyciszony i skupiony, a jednocześnie widać, że coś w tej głowie się dzieje. Troszkę Hole w jego interpretacji przypominał… K. z nowego „Blade Runnera” i szkoda, ze Fazi nie dostał tej roli. Na drugim planie wybija się… Val Kilmer (detektyw Rafto), przypominający starszą wersję Hole’a. tylko, że zaskakująco dobre wrażenie psuje dubbingowanie tej roli. Wiem, z czego to wynika (aktor ma raka krtani), ale dysonans między głosem a twarzą Kilmera jest duży. Kompletnie niewykorzystani zostają J.K. Simmons (Arno Stop) i Toby Jones (prokurator Svensson), zepchnięci na trzeci plan.

pierwszy_snieg4

Dobrego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o Rebecce Ferguson, czyli partnerce Hole’a – Katrine. Nie zrozumcie mnie źle. Ta postać policjantki z tajemnicą nie jest zła, ale jej zachowanie i kilka decyzji (w skrócie ma własne rachunki do wyrównania, każą wątpić w jej inteligencję. I może zabrzmi to chamsko, ale nie było mi jej żal wobec tego, jak się jej los zakończył. Troszkę lepsza jest Charlotte Gainsbourgh (Rakel), choć też nie ma zbyt wiele do zaprezentowania.

„Pierwszy śnieg” pokazuje duży potencjał w tej serii i mimo wad, byłem w stanie wejść w ten mroźny klimat. Niezłe aktorstwo, zgrabnie budowanie napięcie oraz dość makabryczne sceny przemocy działają na korzyść, chociaż scenariuszowo-montażowy bajzel niepotrzebnie miesza. I mimo tych wad oraz poczucia rozczarowania, chciałbym poznać kolejne śledztwa Hole’a.

6/10

Radosław Ostrowski

Assassin’s Creed

Czy ktoś z tu obecnych zna serię gier „Assassin’s Creed”? W skrócie chodzi o odwieczną walkę Templariuszy z Asasynami, gdzie gracz wcielał się w asasyna walczącego w realiach historycznych. Był to zazwyczaj przodek postaci z wątku współczesnego (z czasem zrezygnowano z tego wątku), przenosząc się za pomocą Animusa (łączenie kodu genetycznego przodka ), a walka toczyła się o Artefakty Edenu. Po drodze jeszcze bieganie, zabijanie, Credo itp. Pytanie, czy wreszcie dało się stworzyć udaną egranizację?

Punkt wyjścia jest podobny. Najpierw poznajemy niejakiego Aquilara – hiszpańskiego członka bractwa Asasynów. Składa przysięgę i ma za zadanie chronić Jabłko Edenu. Potem przeskakujemy do współczesności, gdzie poznajemy Calluma Lyncha – mordercę, który jako chłopiec widział śmierć swojej matki. Zostaje uznany za zmarłego i ściągnięty przez tajemniczą organizację, która chce znaleźć Jabłko Edenu. Dlaczego? Oficjalnie, by wyleczyć ludzkość z przemocy. Ale chyba nasz bohater jest mniej kumaty, bo wierzy w to.

asasyn2

Co zrobić, by znaleźć klucz do dobrej egranizacji? Znajomość materiału źródłowego oraz pewne zdrowe podejście, by każdą bzdurę uczynić przekonującą. Problem w tym, że pod względem scenariusza film Justina Kurzela zwyczajnie leży. Dlaczego? W grach większość czasu spędzaliśmy jako asasyn wykonujący różne zadania, mające pomóc w powstrzymaniu Templariuszy, rzadko przechodząc do wątków współczesnych, które były strasznie nudne. Justin Kurzel odwraca te proporcję i zamiast prezentować wszelkie losy asasyna Aquiera, wybiera świata Calluma, budzącego się w jakimś tajemniczym miejscu – hotel, więzienie, laboratorium? Razem z tym bohaterem czujemy się zdezorientowani, próbujemy rozgryźć prawdziwe motywacje (my jesteśmy o krok przez Lynchem) oraz odnaleźć się w tym całym bajzlu. Tylko, że przemiana cynicznego Lyncha w prawego Asasyna to są jakieś jaja, pozbawione psychologii, motywacji oraz wiarygodności. Wszystko jest opowiadane tak serio, ze aż przyprawia to o ból istnienia (czyżby Kurzel nie widział pierwszego „Mortal Kombat”?) i dialogi niemal wywołują znudzenie niczym w „Adwokacie”.

asasyn1

Z kolei wątek hiszpański też jest ledwo liźnięty, trafiamy do dawnych czasów raptem 4 razy, rzuceni w sam środek wydarzeń (tak jak w grze), gdzie święta Inkwizycja w imię Boże dopuszcza się mordowania, palenia oraz usuwania niewygodnych wrogów. Sceny te bronią się przede wszystkim mrocznym klimatem, świetną pracą kamery (to przejście w świat, bura kolorystyka czy dynamicznie zrobione sceny ucieczki, gdzie przeskakują z dachu na dach – wow) oraz na tyle sprawnym montażem, że nie ma miejsca na nudę. Tylko, że brakuje zaangażowania oraz bliższego poznania jakiejkolwiek postaci, nic nas nie obchodzą.

asasyn3

Nawet aktorsko brakuje tutaj jakiegokolwiek mocnego punktu zaczepienia. Na początku Michael Fassbender jako Lynch sprawia wrażenie obojętnego cynika, skonfrontowany z odważnym, walecznym przodkiem (Aquilar to postać bardziej czynu i tutaj trudno kwestionować oddanie), ale jego przemiana wygląda niewiarygodnie, wręcz sztucznie. Zbyt skrótowo potraktowano tą postać, która mogłaby zyskać nieco więcej, gdyby miała większą interakcję. Zawiodła mnie mocno Marion Cotilliard, będąca tutaj naukowcem manipulowanym przez swojego ojca (mocny Jeremy Irons). Jej mechaniczny, wręcz monotonny głos strasznie zmęczył i jest ona zwyczajnie nijaka. Kompletnie zaskakuje brak wyrazistego drugiego planu, gdzie mamy z jednej strony podobnie „uzdolnionych” jak Lynch (ale brakuje im charakteru, tła, historii), z drugiej tak rozpoznawalnych aktorów jak Brendan Gleeson czy Charlotte Rampling, którzy nie mają tutaj absolutnie nic do roboty. Takiego marnotrawstwa talentu nie znoszę.

W jednej ze scen Lynch mówi: „Co tu się k*** dzieje?”. I to samo mogli poczuć fani gry, widząc co Kurzel zrobił w swojej adaptacji. Intryga jest zagmatwana, historię poznajemy w bardzo krótkich fragmentach, licząc na coś więcej. Owszem, zostają zachowane charakterystyczne elementy z gry jak skok wiary czy parkourowe popisy na dachach, ale to za mało, by skupić uwagę widza. Widać, że jest to początek większej całości, która może kiedyś powstanie. Ja jednak mówię pas.

4/10

Radosław Ostrowski

Obcy: Przymierze

Zastanawiam się, co kierowało Ridleyem Scottem, by zrealizować „Prometeusza”. Film w zamierzeniu miał być prequelem kultowego „Obecgo”, jednak został polany dużą dawką sosu filozoficznego i stawianiem pytań o poszukiwania stwórców ludzkości. Ni to horror, ni SF, a bełkot wylewający się z ekranu psuł jakąkolwiek frajdę. Scott jednak nie odpuszcza i kontynuuje swoją opowieść.

obcy_przymierze1

Tytułowe Przymierze to statek kolonizacyjny skierowany z misją odnalezienia nowego domu dla ludzi. Podczas lotu na przyszłą planetę, dochodzi do odbioru sygnału, przy okazji lekko niszcząc statek. Pełniący obowiązki dowódcy Oram podejmuje decyzję o sprawdzeniu miejsca, zwłaszcza że spełniałoby warunki do mieszkania. Problem w tym, że jest jakoś dziwnie pusto i cicho. Aż tu pojawiają się pewne stwory oraz gospodarz tej tajemniczej planety – Dawid.

obcy_przymierze2

Scott próbuje mieszać tutaj aż trzy wątki: pierwszy dotyczy Dawida oraz jego pobytu na tej opustoszałej planecie, drugi dotyczy eksploracji i odkrywania kolejnych elementów układanki, trzeci to mieszanka horroru z akcyjniakiem. Problem w tym, że wszystko gryzie się tutaj ze sobą. Początek to przedstawienie załogi, która zachowuje się jak banda idiotów, panikuje bez powodu, strzelając nawet na ślepo. Eksploracja i aura tajemnicy jest budowana, a cisza wydaje się bardzo niepokojąca. Poczucie izolacji i napięcie jest coraz gęstsze, lecz po jednej trzeciej filmu zmienia się konwencja. Pojawiają się pytania o kreacjonizm, bycie stwórcą i spotkanie dwóch androidów (obydwa mają twarz tego samego aktora). Zderzenie dwóch postaw (posłusznej wobec ludzi oraz bardziej ambitnej, posiadające własne sny, pragnienia) troszkę przypomina „Blade Runnera” i stawia pytania o to, czy androidy mogą być takie jak ludzie. Ten wątek wydaje się najciekawszy, jednak szybko zostaje przerwany przez naparzankę Dawida i Waltera, urwaną w kluczowym momencie.

obcy_przymierze3

W trakcie seansu jeszcze mamy retrospekcje pokazujące to, co się stało i to wyjaśnienie (włącznie z genezą przyszłego Obcego) jest mocno rozczarowujące. Z kolei finał to słabe kino akcji, pozbawione suspensu i atakiem paskudnego niby-xenomorpha. Kiedy zna się poprzednie części serii „Obcego” łatwo wypatrzyć pewne nielogiczności (dość szybkie działanie oraz „rodzenie” monstrum), a działanie ocalałej dwójki budzi zastrzeżenia, zwłaszcza wobec (pozornie) przewrotnej wolty.

obcy_przymierze4

Aktorsko jest tak sobie, bo nie jesteśmy w stanie polubić tych bohaterów. Jedynie troje postaci wybija się z tego nurtu. Po pierwsze, Billy Crudup jako dowódca mimo woli, który bierze na siebie wielką odpowiedzialność i jest osamotniony w tym. Po drugie, Katherine Waterston, która pod koniec chce być drugą Ripley (ale nigdy nią nie będzie). I po trzecie, Michael Fassbender w podwójnej roli androidów. Za każdym razem widać różnice między Dawidem i Walterem, od intonacji głosem, akcent i gesty po spojrzenia. Ten aktor skupia na sobie największą uwagę.

obcy_przymierze5

„Przymierze” jest na pewno troszkę lepszym filmem od „Prometeusza”, który miał być prequelem i nie chciał nim być jednocześnie. Tu jest podobnie, a niezdecydowanie w jakim kierunku to wszystko ma pójść jeszcze bardziej drażni. I znowu wszystko próbuje ratować Fassbender, ale nawet jego obecność (poza świetnymi zdjęciami) nie wystarczyła, by wypalić. Bezczelny, pozbawiony klimatu dawnej serii skok na kasę i nic więcej. Obawiam się, że ciąg dalszy nastąpi.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Makbet

William Szekspir od zawsze interesował filmowców. Praktycznie każda jego stuka była co najmniej raz przeniesiona na ekran. Nie inaczej było z „Makbetem”, którego najsłynniejszą wersją kinową była ta zrealizowana przez Romana Polańskiego w 1971 roku. Teraz jednak własną interpretację przedstawia Justin Kurzel.

makbet_2015_1

I muszę przyznać, ze ta wersja podoba mi się bardzo. Reżyser stawia na surowy realizm, brud i krew. Imponuje zwłaszcza scenografia i piękne szkockie plenery, spowite mgłą, pełne lasów. Wszystko to tworzy wręcz oniryczny klimat, którzy wyczuwalny jest od początku. To we mgle Makbet walczy ze zdrajcami swojego króla Duncana, to we mgle widzi wiedźmy, co przepowiadają mu przyszłość. I wreszcie we mgle zabarwionej krwią zmierzy się ze swoim przeznaczeniem. Kurzel bardzo starannie dobiera kolory: dominuje chłodna zieleń w scenach leśnych, mocna czerwień podczas scen akcji i zabijania (albo podczas scen w kościele, gdzie jest pełno świec). Dla wielu nadal problemem może być archaiczny (z dzisiejszej perspektywy) dialogi oraz monologi bohaterów, pełne kwiecistego stylu. Dlatego zawsze należy wczytywać się między słowami, by zrozumieć moralne rozterki Makbeta, rozdartego między żądzą władzy a oddaniem prawości.

makbet_2015_2

Imponują świetnie zrealizowane sceny zbiorowe: egzekucja rodziny Makduffa, potyczki, wreszcie ceremonia koronacji w pięknie oświetlonej katedrze. Co jednak najciekawsze jedna scena zmienia kontekst zachowania lady Makbet. Tak, ona nadal popycha męża ku zbrodniczej drodze, ale nawet ona zaczyna się swojego męża bać, przez co pogrąża się w szaleństwie. A otwierająca całość scena pogrzebu dziecka państwa Makbet mogła być katalizatorem obłędu. Kurzel niczym w transie skupia całą swoją uwagę, w czym pomaga świdrująca uszy muzyka oraz bardzo rytmiczny montaż.

makbet_2015_4

Ale tak naprawdę nową wersję bronią też świetni aktorzy. Tym razem Makbet ma aparycje Michaela Fassbendera, który tak płynnie mówi szkockim akcentem (jak cała obsada), jakby to był jego naturalny język. A w oczach ma ten błysk szaleństwa, którego nie można w żaden sposób zignorować. Jednak dla mnie „Makbet” to film Marion Cotillard, która zupełnie inaczej przedstawia postać lady Makbet (interpretację wspomniałem wcześniej). I to ten duet bardzo mocno wybija się z grona zacnej obsady, która solidnie wywiązała się ze swoich zadań.

makbet_2015_3

Justin Kurzel wie jak robić historię z klimatem, a jego wersja „Makbeta”, choć surowa, wnosi duży powiem świeżości. Ogrywa teatralność oryginału, za pomocą klimatycznych zdjęć oraz montażu, przez co nie ma miejsca tutaj na nudę. Ale wymaga w zamian skupienia, uwagi, bo łatwo można przeoczyć pewne detale.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Slow West

Wierzycie w miłość? Ale taką prawdziwą, czystą, nieskażoną brudem? W taką wierzył Jay Cavendish – 17-letni szkocki chłopak. Wyjechał na Dziki Zachód, by znaleźć swoją Różę. I nie chodzi mi o kwiat, tylko o dziewczynę, którą bardzo kocha. Ona jednak pochodziła z nizin, a on był synem arystokraty. I to przez niego ona wyjechała. Po drodze chłopiec spotyka tajemniczego Silasa, który – za odpowiednią opłatą – staje się jego przewodnikiem po tym świecie.

slow_west1

Nie trzeba być jasnowidzem, by dostrzec renesans westernu trwający dobre kilka lat. Postanowił wejść w ten nurt brytyjski twórca John Maclean i nakręcił całość w miejscu, które z tym gatunkiem kojarzy się nierozerwanie – Nową Zelandią. I trzeba przyznać, że plenery są tutaj niesamowicie plastycznie, wręcz bajkowe i pełne intensywnych kolorów. Chatka otoczona polem pszenicy, łąka pełna kwiatów – te obrazy bardzo wysmakowane plastycznie jakby to ruchowe malowidła inspirowane impresjonizmem oraz Wesem Andersonem, Jimem Jarmushem oraz smolistym humorem braci Coen. I w tym pięknym krajobrazie dochodzi do mordów, hasają Indianie i tajemniczy mędrcy. Sama opowiastka jest prościutka i ma charakter tak uniwersalny, że mogła toczyć się w każdym miejscu, czasie. Niby to film o miłości, ale to jest historia utraty niewinności oraz naiwności, która przechodzi Jay. Chłopiec nie wie, że za jego dziewczynę wyznaczono nagrodę. Nawet finałowe starcie w domku jest zabarwione taką dawką groteski, że trudno traktować do końca poważnie. I najbardziej zaskoczył mnie morał, ale to sami się przekonajcie.

slow_west2

Prawdziwym filarem tego filmu jest znakomity Michael Fassbender – małomówny, cyniczny, z nieodłącznym cygarem na ustach i mroczną tajemnicą. Troszkę w stylu młodego Clinta Eastwooda, co wiele widział, wiele przeżył. Jest kontrastem dla opanowanego, eleganckiego Jaya (Kodi Smit-McPhee) – naiwnego, wrażliwego romantyka, dla którego będzie to lekcja na całe życie. I trzeba przyznać, że ten duet nakręca ten film.

slow_west3

„Slow West” to rzeczywiście film powolny, podczas którego można kontemplować piękne plenery Zachodu, gdzie nadal naiwni poszukiwacze przygód szukają szczęścia, miłości, stabilności. Czuć tutaj inspiracje różnymi twórcami, ale ta sklejka dobrze wyszła. I już czekam na kolejny popis Macleana.

7/10

Radosław Ostrowski

Adwokat

Tytułowy adwokat ma wszystko to, o czym zwykły śmiertelnik może sobie pomarzyć: kupa szmalu, piękne garnitury, piękna kobieta. Ale pod tym pięknym obrazkiem czai się facet z długami, a wierzyciele nie są zbyt cierpliwi. Prawnik wpada na pomysł wyjścia z kłopotów, czyli zrobienie małej kradzieży. Małej w sensie 20 milionów dolarów od kartelu, jednak coś poszło nie tak i zarówno mecenas, jak i wszyscy zamieszani w sprawę (właściciel nocnego klubu Reiner, pośrednik Westrey) mogą za to zapłacić.

adwokat11

Krążą plotki, że „Adwokat” to najgorszy film Ridleya Scotta. Nie byłem w stanie sobie wyobrazić filmu gorszego od „Prometeusza”, brzmiało to jak czysta fantastyka. A kooperacja ze scenariuszem autorstwa Cormaca McCarthy’ego brzmiała elektryzująco. I wiecie, co zagrało? Niewiele. Historia jest bardzo szczątkowa i niby gdzieś toczy się gdzieś w tle, ale prowadzone jest to w tak hermetycznie i niezrozumiałe, że trudno się to ogląda. Niby jest to miks czarnego kryminału z westernowymi plenerami oraz pełna filozoficznych refleksji na temat zbrodni, winy, kary i konsekwencji. Słowo niestrawny wydaje się najbardziej odpowiednim – każdy z bohaterów tutaj filozofuje, prowadzi „głębokie” dialogi w stylu, że „Prawda nie ma żadnej temperatury” i że „Każde działanie wywołuje konsekwencje”. Jeśli ciśnie wam się słowo bełkot i pretensjonalność, to jest to trafne stwierdzenie, odwracające uwagę od intrygi. Mamy jeszcze bardzo ślamazarne tempo, przeskoki z postaci na postać oraz kompletnie słabą reżyserię.

adwokat3

Wyjątkiem są tutaj całkiem niezłe zdjęcia Dariusza Wolskiego oraz klimatyczna, lekko westernowa muzyka Daniela Pembertona, który wypłynął dzięki temu tytułowi. I dwie sceny są tutaj świetne: przygotowanie do zabicia kuriera z dekapitacją w tle oraz niezapomniany seks Maliki z… samochodem. Tego nie powstydziłby się sam David Cronenberg w „Crashu”. I jeszcze strzelanina na pustkowiu z kartelem przebranym za policjantów. Oraz odrobina humoru, tylko trzeba to wyłuskać.

adwokat4

Pod względem aktorskim jest… nienajlepiej. Zawodzą praktycznie wszyscy: Michael Fassbender elegancko wygląda, bez względu na to, co nosi na sobie, ale cierpi niemiłosiernie. Nie ma tak naprawdę specjalnie grać. Podobnie pięknie wyglądająca Penelope Cruz jako słodka idiotka oraz Javier Bardem z „postrzeloną” fryzurą jako Reiner. Jedynie wyróżniają się dwie postacie: wyluzowany i zdystansowany Westray (wyglądający bardziej jak Mickey Rourke Brad Pitt) oraz wspinająca się na wyżyny możliwości Cameron Diaz jako chłodna i bezwzględna Malkina.

adwokat21

Musiałem sam się przekonać, co jest prawdą w kwestii „Adwokata” i niestety, to najgorszy film Ridleya Scotta. Reżyser nie panuje nad materiałem, aktorami i realizacją, psując wszystko, co tylko się dało, a aktorzy zwyczajnie męczą się i są tacy poważni, że aż robi się to niestrawne. „Adwokat” powinien zostać zakopany, zniszczony, spalony i wymazany ze świadomości wszystkich widzów.

4/10

Radosław Ostrowski

X-Men: Apocalypse

Nowy film o mutantach i nowa dekada, w której toczy się akcja całości. Tym razem są lata 80., a drogi Magneto i profesora Xaviera odcięły się definitywnie. Pierwszy ma żonę i córkę, pracuje w fabryce w… Pruszkowie, a drugi prowadzi szkołę dla uzdolnionych, czyli mutantów. Jednak obaj znowu będą musieli walczyć. Dlaczego? Gdyż w Kairze obudził się pierwszy mutant, który spał przez tysiące lat, przejmując wszystkie nadprzyrodzone moce. Apocalypse powraca, by zniszczyć całą Ziemię, chociaż sam mówi o oczyszczeniu jej z ludzi.

xmen_apokalipsa1

Bryan Singer kontynuuje ścieżkę opowieści o naszych superbohaterach, oswajających swoje nadprzyrodzone moce, znaną z „Pierwszej klasy”. Jednak tutaj panuje większy rozgardiasz i chaos w tej historii, gdzie każdy nie dostaje w pełni swojego czasu, a na pierwszy plan wysuwa się pełniący rolę mentora profesor, próbujący się ukryć Magneto (to, że się nie uda jest to wiadome od początku) oraz Raven, miotającą się między obydwoma stronami, szukającą innych mutantów oraz prowadzących własną krucjatę. Po drodze poznajemy jeszcze grupkę młodzików, którzy przejdą niejako swój pierwszy chrzest bojowo – Cyklop, Jean Grey czy nasz stary znajomy Quicksilver. Jeszcze nie panują w pełni nad swoimi mocami, ale od nich zależy los całego świata. I to właśnie ich radzenie sobie to najciekawsze oraz najfajniejsze, co przynosi „Apocalypse”.

xmen_apokalipsa2

Sama historia ogląda się całkiem nieźle, ale jest kilka ale. Po pierwsze, sam Apocalypse – pradawny Bóg, który zamierza zniszczyć świat z powodu…. osobistej zemsty? Pogardy dla ludzkości? Dlatego, że czemu k***a nie? To nudny i nieciekawy łotr, którego moce ograniczają się do manipulacji, budowania piramidy oraz darcia ryja. Tym większa szkoda, że gra go Oscar Isaac, jeden z ciekawszych aktorów młodej generacji, tylko tutaj nie dano mu podstawy do stworzenia wyrazistej postaci. Po drugie, same sceny walki wyglądają dość biednie, chociaż reżyser stara się wykorzystywać otoczenie. To jednak niewiele pomaga, zwłaszcza w finałowym starciu na egipskim mieście, gdzie brakuje tempa, a efekty specjalne (jak na dzisiejsze standardy) są zwyczajnie słabe i nie robią dobrego wrażenia. Aczkolwiek są dwa wyjątki, czyli kolejna popi sówka Quicksilvera ratującego uczniów przed wybuchem w rytmie „Sweet Dreams” od Eurythmics oraz krótkie wejście Wolverine’a, mordującego niczym dzikie zwierzę. Jest wtedy pazur, energia oraz moc. I po trzecie, za mało miejsca poświęcono młodszym mutantów, którzy powinni (mam nadzieję, że po tej części) stać się nowymi bohaterami przejmującymi pałeczkę po Raven, Hanku, profesorze i Magneto. Relacje tej czwórki obracają się wokół tego samego (wizji X-Menów, stosunków na linii ludzie-mutanty), przez co miałem wrażenie kręcenia się w kółko. Bardzo solidne role McAvoya, Fassbendera, Lawrence oraz Houlta częściowo ratują tą sytuację, ale jest zbyt serio.

xmen_apokalipsa3

Z nowszych postaci zdecydowanie wybija się tutaj potrafiący się przenosić w różne miejsca Nightcrawler (Kodi Smit-McPhee) – ten jego uroczy niemiecki akcent, postać niepozbawiona sprytu, zagubienia, a jednocześnie pełna wiary. Drugą ważną bohaterką jest tutaj Jean Grey (znana z „Gry o tron” Sophie Turner) – młoda, ognistowłosa telepatka, której moc i potencjał jest tak ogromny, że sama nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Ona jest najmocniej zarysowana z całej paczki i ma duży potencjał, by namierzać w następnych częściach.

xmen_apokalipsa5

Ze wszystkich filmów o „X-Men” jakich widziałem, ta część mi się najmniej podobała. Najciekawiej jest wtedy, gdy skupia się na interakcjach bohaterów ze sobą, „hartowaniem się stali” oraz ich wewnętrznych rozterkach. Gdy przychodzi do rozróby i zadymy, wtedy robi się dość nudnawo, a wtedy zastanawiamy się na co poszedł ten cały budżet. Ale mimo tych wad liczę na kolejną część opowieści o naszych mutantach, tylko powinien ją chyba zrealizować ktoś bardziej świeży niż Singer.

6/10

Radosław Ostrowski

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

Seria o X-Menach jest jedną z bardziej znanych filmowych marek. Opowieść o mutantach kierowanych przez profesora Charlesa Xaviera (ci dobrzy) oraz Erika Lehnsherra (ci źli, którzy idą na wojnę z ludźmi) spotkała się ze świetnym przyjęciem widowni, a w 2011 roku doszło do realizacji prequela przez Matthew Vaughna. „Pierwsza klasa” pozostaje dla mnie najlepszą częścią serii, ale pilotujący poprzednie części (poza trójką) Bryan Singer postanowił powrócić i kontynuować wątki z poprzednika.

xmen_52

Tym razem przyszłość dla mutantów jest wyjątkowo mroczna i nieprzyjemna. W przyszłości pojawią się mechaniczni Strażnicy, którzy są strasznie odporni i zabijają wszystkie mutanty, a także pomagających im ludzi. Żeby przetrwać zjednoczeni Profesor X i Magneto decydują się wysłać jednego z mutantów w czasie, by nie dopuścić do uruchomienia Strażników – wiąże się to z powstrzymaniem Mystique przed zabiciem Stephena Traska, który skonstruował Strażników. Okazuje się, ze jedynym mutantem mogącym przeżyć tą podróż jest Wolverine (wiecie, adamantium). Jednak niedopuszczenie do zamachu jest jednym z paru problemów, z którymi nasz mutant będzie musiał się zmierzyć (różnice między Xavierem i Magneto).

xmen_51

Fabuła wydaje się tak zaplatana, że wystarczyłby jeden błąd i całość szlag by trafił. Jednak zarówno Singer jak i Simon Kirberg (scenarzysta) trzymają mocno rękę na pulsie tworząc widowiskową, ale i inteligentną rozrywkę. Podróż w czasie wydaje się świetnym pomysłem na odświeżenie serii, a jednocześnie jest to sequel, prequel i być może ciąg dalszy. Sama historia jest mocno spójna, a odtworzenie realiów lat 70. jest oddane bardzo dokładnie i słychać to także w warstwie muzycznej. Czasami bywa to okraszone humorem (krótkie wejście Quichsilvera – dla mnie za krótkie – który pomaga odbić Magneta z więzienia – efektowne, efekciarskie i zabawne), postacie są też wiarygodne psychologicznie, efekty specjalne są specjalne, a kilka razy dynamiczny montaż przykuwa uwagę (przeplatanka obydwu czasów w finałowym starciu czy próba zamachu na Traska). Niemal idealne kino rozrywkowe.

xmen_53

Dlaczego niemal? Przyszłość jest tutaj ledwie zarysowana i pokazuje się dość krótko. Pozostało kilka spraw niewyjaśnionych w poprzednich częściach (np. czemu Wolverine ma w przyszłości szpony z adamantium, a cofając się w czasie już nie i jakim cudem nadal żyje Profesor X), ale to już trochę takie czepianie się na siłę. Po drugie kilka postaci jest zaledwie zarysowana (głównie z przyszłości, gdzie panuje wieczna ciemność i jest beznadzieja), a pozornie czarny charakter jakim jest Trask (niezawodny Peter Dinklage) jest mocno zepchnięty na dalszy plan. I niestety, nie udaje się uniknąć patosu, zwłaszcza w kwestiach dotyczących tolerancji.

xmen_54

Swoje też robią świetni aktorzy. Hugh Jackman, który znów gra główną rolę jest dokładnie taki jaki być powinien – wyluzowany, walczący i odpowiedzialny, bo musi stać się mentorem dla wodzów mutantów z przeszłości. Panowie Stewart i McKellen (Xavier i Magneto) pojawiają się dość rzadko, ale nie zawodzą, gdyż film kradną ich młodsze wcielenia, czyli fantastyczni James McAvoy i Michael Fassbender, budując pełnokrwiste postacie mierzące się z własnymi demonami (profesor i jego ból) i bólem zadanym przez drugą stronę. No i oczywiście nie można nie wspomnieć o Jennifer Lawrence (Mystique) – ona znowu pokazała się z najlepszej strony.

xmen_55

„X-Men” przypomnieli o sobie z hukiem oraz mocną siłą ognia. Oznacza to jedno – prawdopodobnie najlepszą adaptację komiksu w tym roku (jeszcze pozostał drugi Kapitan Ameryka) i najlepszy blockbuster tego roku. Będziecie zaskoczeni, jeśli powiem wam, ze będzie ciąg dalszy? Ja nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski