Powrót do przyszłości

Takie powroty po latach zawsze są obarczone ogromnym ryzykiem, szczególnie jeśli są sporą częścią czyjegoś życia. Tak mam z trylogią „Powrót do przyszłości” Roberta Zemeckisa, którą oglądałem multum razy. Nie powiem, że znam ją na pamięć, ale wiele scen, postaci, dialogów i momentów wbiły mi się w głowę, pozostając tam prawdopodobnie na zawsze. Więc co ja mogę powiedzieć o tym klasyku, czego nikt nie wspomniał? Niemniej i tak spróbuję.

Historia skupia się na Martym McFly (Michael J. Fox) – licealiście z Hill Valley, marzącym o karierze muzyka oraz sukcesie. Czymś o czym wielu młodych ludzi z lat 80. marzyło. Do tego jego najlepszym przyjacielem jest bardzo ekscentryczny naukowiec, dr Emmett Brown (Christopher Lloyd). Ten zaprasza chłopaka późną nocą by nagrał jego najnowszy wynalazek – wehikuł czasu. Skonstruowany w samochodzie marki DeLorean, co daje mu bardzo rozpoznawalny styl. Problem w tym, że do odpalenia tej maszyny potrzeba 1,21 gigawata energii, a do tego potrzeba… plutonu. Który został skradziony przez libijskich terrorystów, którzy chcieli na niej zbudować bombę atomową. Wskutek okoliczności ucieka wehikułem czasu do listopada 1955 roku. Ale co gorsza trafia na swoich rodziców w jego wieku i doprowadza do tego, że… jego matka Lorraine (Lea Thompson) jest strasznie napalona na Marty’ego. W końcu udaje mu się trafić na dra Browna, by pomógł mu wrócić do swoich czasów oraz spiknąć swoich rodziców. Inaczej kompletnie wyparuje z kart historii.

Robert Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem opowiadają historię w bardzo prosty sposób, pokazując konsekwencje działań w bardzo zrozumiały sposób. Bez użycia gigantycznych efektów specjalnych (tylko fotografia rodzeństwa McFly’a), czyniąc całość bardzo zrozumiałą. Jednocześnie całość pozostaje komedią opierającą się zarówno na dynamice między Martym a Brownem, ale też odkrywaniu co naprawdę kryło się za historiami rodzinnymi. Jak rodzice byli zupełnie innymi ludźmi niż w wieku nastoletnim, co pozwala lepiej ich poznać i doprowadza do zaskakujących odkryć. Nie można też nie wspomnieć zarówno odtworzenia realiów lat 50. (od scenografii i szczegółowych rekwizytów jak w jadłodajni aż po kostiumy), ale też mentalności: z fascynacją kinem SF, dopiero zaczynającym się przebijać rock’n’rollem. Wszystko jest bardzo zwarto napisane, humor jest zrobiony z wyczuciem i w zasadzie trudno mi się tu do czegoś przyczepić.

Do tego mamy w tle zapadającą w pamięć muzykę Alana Silvestriego z niezapomnianym tematem przewodnim, jest to sporo narracji wizualnej (kapitalny początek w mieszkaniu doktorka, pełną wynalazków i tykających zegarów), zaś finał zostawia otwartą furtkę na kontynuację. Ta nastąpiła pięć lat później, lecz to temat na osobną opowieść. A wszystko jest też genialnie zagrana. I nie chodzi tylko o główny duet Michael J. Fox/Christopher Lloyd, ale też bardzo bogaty drugi plan. Świetny jest Crispin Glover w roli nerdowatego George’a McFly (ojciec Marty’ego), który jest bardzo niepewny siebie i unikający konfrontacji. Ma wręcz idealny timing komediowy, co widać w scenach z Martym i powoli zaczyna stawiać na swoim. Równie zaskakująca jest Lea Thompson wcielająca się w Lorraine. W 1985 roku jest bardzo pulchną, niemal bardzo powściągliwą i konserwatywną, gdy w młodości jest zupełnym przeciwieństwem – bardzo pewną siebie, pociągającą dziewczyną. Całość parę razy kradnie Thomas F. Wilson jako śliski oraz cwany Biff Tannen, będący szkolnym rozrabiaką używającym siły i nie znoszącym sprzeciwu. O drobnym epizodzie Jamesa Tolkana (pan Strickland) nawet nie wspominam.

Czy pierwszy „Powrót do przyszłości” to najlepszy film w dorobku Roberta Zemeckisa? Ogromna część mnie mówi: TAK. Pomimo lat film pozostaje bardzo zwarto napisanym i wyreżyserowanym, a także wykonanym technicznie bez zarzutu (może poza jednym ujęciem na blue screenie – ale trwa ono krótko). Fenomenalna rozrywka i jedna z najsensowniej pokazanych podróży w czasie na ekranie. Aż chce się powiedzieć: WIELKIE NIEBA!!!

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nie wkładaj palca między drzwi

Rok 1961. W ambasadzie amerykańskiej jednego z krajów bloku wschodniego placówkę przejmuje syn ambasadora, który nie radzi sobie najlepiej z dyplomacją. Pierwsze trzy dni jeszcze są dość spokojne, ale kiedy rodzina Hollanderów oskarżona o szpiegostwo przez Rosjan trafia do ambasady zaczyna się kryzys, z którego chyba nie ma wyjścia.

palce1

Tym razem Allen w oparciu o swoją sztukę teatralną i dla telewizji. Jednak poza tym, wszystko po staremu, choć bardziej absurdalnie i piekielnie zabawnie. Intryga jest absurdalna jak nigdy, zaś próby rozwiązania sporu kończą się pechowo. Zaś rodzina (w dodatku taka wyjątkowa) „wprowadza się” do ambasady, nie obejdzie się bez katastrofy, postrzałów, zastraszania i nerwic. Nie brakuje tutaj zabawnych sytuacji, barwnych postaci (ksiądz-magik-amator), ciętych ripost i refleksji na temat ludzi w ogóle, a zabawa jest przednia. W dodatku mamy jeszcze ładne zdjęcia (to chyba była Praga, ale głowy nie daje) i lekko „orientalna” muzyka w tle.

palce2

No i aktorzy dają z siebie wszystko. Znów pojawia się Allen i znów jest neurotycznym z masą fobii i lęków, który dodatkowo jest w absurdalnej sytuacji. Jego docinki z żoną Marion (dobra Julie Kavner) są pełne humoru, ale też i pewnej delikatności. Jednak tak naprawdę cały ten film ukradli Michael J. Fox (Axel Magee, nieudolny, ale sympatyczny dyplomata) i Dom DeLuise (ojciec Drobney, ksiądz-magik-amator, który ma kontakty z ruchem oporu), tworząc najzabawniejsze postacie.

palce3

To mniej znany film w dorobku Allena, ale nie oznacza to słabszej jakości. Dowcip jest mocny, czasem lekko absurdalny, ale zawsze pod kontrolą. I oby takie perturbacje zawsze kończyły się happy endem.

7/10

Radosław Ostrowski