Prawdziwa historia króla skandali

Naprawdę nazywał się Geoffrey Quinn i już w latach 50. zaczął budować swoje wielkie imperium już jako Paul Reynolds – król Soho. Swoje finansowe bogactwo zbudował na erotyce – golizna w klubach, czasopismach przyniosła mu bogactwo. Jednak mimo sławy, pieniędzy i znajomości, jego życie prywatne było mocno poplątane, zaś punktem wyjścia do przybliżenia tej postaci była śmierć jego ukochanej córki Debbie.

krol_skandali1

Próbę stworzenia jego biografii podjął się Michael Winterbottom – nieszablonowy filmowiec, który nie jest zbyt popularny w Polsce. Problem jednak z „Prawdziwą historią…” jest to, że to bardzo konwencjonalna i wręcz szablonowa historia wielkiego sukcesu (zawodowego) i jeszcze większego upadku (prywatnego). Jeśli chodzi o warstwę obyczajową, to owszem – jest sporo nagości i trochę seksu, ale jeśli liczycie na pornografię, to pomyliliście drzwi. To jest bardzo eleganckie, jakkolwiek to dziwnie zabrzmi. A życie prywatne? Niewierny mąż, hedonista, narkoman i kochanek, niedbający o swoje dzieci – poza Debbie, która jest oczkiem w głowie i naznaczona jest na jego następczynię. Jednak wszystko to musi się skończyć źle. Jedno trzeba jednak przyznać reżyserowi, że wie jak to pokazać. Zarówno zdjęcia, które budują klimat epoki (lata 50. są czarno-białe, lata 70. – bardziej kolorowe, a lata już 90. – stonowane), jak i scenografia (wygląd mieszkania Paula) naprawdę robią wrażenie, a montaż scen robienia zdjęć do okładki czasopism – nieprawdopodobna robota.

krol_skandali2

Drugim mocnym elementem tego średniaka jest fantastyczny Steve Coogan. Z jednej strony to nałogowy hedonista, nie pozbawiony uroku. Ale jedyną rzeczą jaką mu wychodziło to robienie pieniędzy i jest dość nieprzyjemnym facetem. I te sprzeczności są bardzo mocno puentowane przez aktora. Poza nim jest naprawdę tabun pań, z którego najbardziej wybijają się Anna Friel (żona Paula), Tarsim Egerton (kochanka Fiona) oraz Imogen Poots (mocno uzależniona od narkotyków Debbie), które tworzą wyraziste postacie.

krol_skandali3

Nie oszukujmy się, nowy film Winterbottoma jest co najwyżej średniakiem. Nieźle zrobionym, z wybijającym się Cooganem, ale pozbawionym czegoś zaskakującego.

6/10

Radosław Ostrowski

24 Hour Party People

Rok 1976 wydawał się typowym, nic nie znaczącym rokiem. Jednak dla dziennikarza Granady TV Tony’ego Wilsona, był to rok przełomowy. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy do Manchesteru przyjeżdża Sex Pistols. Na koncercie były tylko 42 osoby, wśród nich Wilson, który kochał punkową muzykę. Postanawia wtedy razem z przyjaciółmi założyć wytwórnie płytową Factory Records, gdzie będzie grana punkowa i post-punkowa muzyka. Do tego jeszcze tworzy klub Hacjenda. I tak rodzi się manchesterska scena muzyczna z Joy Division na czele.

24h1

I o powstaniu tej muzyki opowiada film Michaela Winterbottoma, który jest świadectwem epoki i kronika wydarzeń od 1976 roku aż do lat 90-tych, kiedy wytwórnia zostaje przejęta, a klub zamknięty. Jest to film dość trudny do zakwalifikowania: wygląda jak dokument, fabuły jako takiej nie ma, jest kontrolowany chaos oraz kapitalna muzyka. Ale nie jest to stricte biografia Tony’ego Wilsona, który jest narratorem i spaja tą cała historię czy muzyków zespołów. Jest to raczej zapis wydarzeń, choć pewne rzeczy zostały pominięte i przemilczane. A jednocześnie pokazana jest przemiana industrialnego i upadającego miasta w Madchester – stolicę mody, muzyki i narkotyków. Ale jest to przede wszystkim opowieść o pasjonatach, którzy kochali muzykę jak życie, choć nie zawsze im się poukładało.

24h2

Na tym polu reżyser skupia się na Joy Division (pierwsza część aż do samobójstwa Curtisa) i Happy Mondays, które doprowadziło pośrednio do bankructwa wytwórni. Ujęcia z ręki, paradokumentalna kolorystyka, czasem następująca zmiana kolorów w czerń i biel (koncert Joy Division) czy szybszy montaż powodują, że film nabiera swoistego, specyficznego rytmu. Nie brakuje tutaj elementów humorystycznych (tu brylują dialogi Wilsona czy scena zabijania gołębi trującym chlebem w rytm „Marszu Walkirii” Wagnera), ale zawsze muzyka jest najważniejsza.

Siła napędową poza muzyką z epoki (m.in. Joy Division, New Order, Happy Mondays czy Orbital) jest naprawdę kapitalne aktorstwo. Tutaj wybija się przede wszystkim Steve Coogan w roli Wilsona – animatora w pewnym sensie kultury alternatywnej. Otwarty na brzmienia, opowiadający z dystansem o sobie, ale jednocześnie szczery pasjonata ze skomplikowanym życiem osobistym. Druga mocna rzecz uderzająca to fizyczne podobieństwo aktorów grających muzyków i wokalistów zespołów. Nie można tu nie wspomnieć o postaci Iana Curtisa (bardzo dobry Sean Harris), którego sukces przygniata i doprowadza po części do autodestrukcji czy Shaunie Ryderze (Danny Cunningham piekielnie dobry), który mimo talentu wpada w nałóg narkotyczny. No i trzecia postać kluczowa, czyli producent Martin Hannett (kompletnie nie do poznania Andy Serkis) – silny charakter, choć dość trudny we współpracy.

24h3

Nie jest to łatwy w odbiorze film (prawie jak każdy w dorobku Winterbottoma), ale pełen pasji, energii i świetnego brzmienia. Barwny portret Manchesteru i tyle.

8/10

Radosław Ostrowski