W kręgu miłości

Europejczycy do historii o miłości podchodzą z większym dystansem niż holiłudcy kolesie z dużymi cygarami. Belgijski reżyser Felix van Groeningen bardziej zbliża się do filmowców niezależnych, unikając sentymentalizmu i kiczowatości. Opowiada o dwojgu ludziach, którzy żyją ze sobą siedem lat, mają córkę – są po prostu szczęśliwi. Ale jak wiemy szczęście nigdy nie trwa wiecznie. Testem dla ich miłości staje się ciężka choroba córki (nowotwór) i jej śmierć. Od tej pory oboje niby żyją razem, ale coraz większa tworzy się bariera między nimi. Czyżby ten ciężar był dla nich za ciężki?

wkregu1

Reżyser przełamuje chronologię mocno szatkując całą historię. Muszę przyznać, że to wprowadzało mnie w konsternację i nie zawsze mogłem się połapać co po czym następuje. Radość i szczęście mocno jest kontrastowane ze smutkiem, przygnębieniem i stanem rozpadu. Miłość tutaj jest niemal bezgraniczna, bardzo autentyczna, choć oboje są już mocno po przejściach (ona swoich byłych chłopaków ma „wpisanych” o nim nie wiemy zbyt wiele). Drugim bardzo istotnym wątkiem jest muzyka, która połączyła tą parę, czyli bluegrass (odmiana country), odgrywając w ten sposób istotną rolę – komentarza wydarzeń (i brzmi naprawdę dobrze). Jednak tragedia mocno ich naznacza i oboje nie potrafią się dogadać. On (świetny Johan Heldenbergen) jest racjonalistą i przyjmuje to dość spokojnie (choć monolog wypowiedziany na scenie może temu zaprzeczyć), a ona (piękna Varle Beatens) – zatracająca się w tej miłości romantyczka, nie godzi się z tą stratą i szuka wiary (nawet w reinkarnację), czegoś metafizycznego, ale nie ma wsparcia. Dlatego nie ma tutaj miejsca na happy end i musi się to skończyć w tragiczny sposób.

wkregu2

Czy to znaczy, że mamy do czynienia z emocjonalnym szantażem? Ja tego nie wychwyciłem, bo emocje aż kipią od postaci (sceny kłótni), wydarzeń, surowość realizacji jest kolejnym atutem. Zaś ostatnia scena naprawdę wielu mocno uderzy. Tak jak mnie.

7/10

Radosław Ostrowski