Pajęcza Głowa

Chyba od czasu „Czarnego lustra” nastała moda na SF opisujące dystopijną przyszłość czy pokazujące różnego rodzaju wynalazki, eksperymenty. Nie inaczej jest w przypadku nowego filmu Josepha Kosinskiego dla Netflixa. Udało mu się zebrać ekipę ludzi, co zna się na swojej robocie (m.in. stałego autora zdjęć Claudio Mirandę, montażystę Stephena Mirrione czy duet scenarzystów Paul Wernick/Rhett Reese). A jednak ciężko pozbyć się nutki rozczarowania, ale po kolei.

pajecza glowa2

Akcja toczy się w ośrodku badawczym Pajęcza Głowa, gdzie więźniowie dobrowolnie są poddawani eksperymentom naukowym. Czego człowiek nie zrobi, by nie spędzić zbyt wiele czasu w więzieniu. Zwłaszcza, że jest to spora przestrzeń na odludnej wyspie, gdzie przebywające króliki doświadczalne mają wiele swobody: kuchnia, automaty do gier, nie ma cel ani krat. A cóż badają ci rezydenci? Mianowicie substancje wywołujące konkretne emocje: śmiech, płacz, strach itd. Ich twórcą jest Steve Abnesti (Chris Hemsworth), który na tej podstawie chce stworzyć nowe lekarstwa. Do każdego z ochotników wszczepione jest w ciało urządzenie zwane MobiPakiem, gdzie są umieszczone poszczególne substancje. Jeden z „pacjentów” – Jeff (Miles Teller) wydaje się radzić najlepiej w tej sytuacji. Jednak pewnego dnia podczas testu coś idzie bardzo mocno nie tak.

pajecza glowa1

Sama historia ma bardzo obiecujący punkt wyjścia i daje spore pole manewru do stworzenia mocnego thrillera psychologicznego w klimatach „Black Mirror”. Tutaj Steve mógłby być kimś w rodzaju demiurga, który pod maską uśmiechniętego, eleganckiego i wyluzowanego kolesia skrywa bezlitosnego manipulatora. Czuć to choćby w scenach, gdy nasz szef daje wybór której z pań w pokoju testów podać Darkenfloxx, czyli substancję wywołującą strach oraz paranoję. Kosinski w tych momentach potrafi zbudować napięcie i rzucić parę twistów, zaś poczucie izolacji potęguje retro-futurystyczna scenografia.

pajecza glowa3

ALE w pewnym momencie cała misternie budowana układanka zwyczajnie nudzi. Zakręty oraz niespodzianki stają się przewidywalne, retrospekcje z przeszłości Jeffa (oraz tłumaczenie, że nie jest to jego wina) zwyczajnie irytują, zaś wątki poboczne wydają się tylko dodatkami. Jakby tego było mało, pod koniec filmu pojawiają się sceny akcji. Samo w sobie nie jest niczym złym, ale sprawiają one wrażenie mechanicznych, pozbawionych jakichkolwiek emocji. Tak samo jak dodanie w tle piosenek z lat 70. i 80. oraz niezbyt wysokich lotów żarty. Jest jeszcze relacja Jeffa z pracującą w kuchni Lizzy (Journee Simonett) i jako jedyna działa.

pajecza glowa4

Aktorzy próbują tu coś ugrać, lecz scenariusz podcina skrzydła. Hemsworth jako bardziej negatywna postać była dość nieoczywistą decyzją, ale wypada naprawdę nieźle i skrywa pewną tajemnicę. Lepiej prezentuje się Teller, choć jego bohater nie należy do zbyt rozmownych. Lecz w tym jest jego siła – w niemal kamiennym spojrzeniu, tłumiącym lęki, demony oraz emocje. Czuć chemię między nim a Simonett, która wydaje się najbardziej zdystansowana z tej całej sytuacji. To jednak tylko pozory, które poznajemy niemal w finale.

Niektórzy złośliwcy twierdzą, że Netflix pozbawia twórców talentu, mimo wolnej ręki oraz braku ingerencji w dane tytuły. Patrząc na „Pajęczą Głowę” można odnieść wrażenie, iż jest w tym ziarno prawdy. Kosinski zanurza się w oceanie przeciętności, marnując obiecujący punkt wyjścia oraz nie wykorzystując w pełni talentu swoich współpracowników.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Top Gun: Maverick

36 lat minęło jak jeden dzień, a Tom Cruise wygląda jakby czas kompletnie go nie tknął. Prawda jest taka, że raczej nikt nie spodziewał się powrotu do „Top Gun”. Zwłaszcza po tylu latach – trochę nie za późno na taką lotniczą eskapadę? Czy to tylko bezczelny skok na kasę wobec fanów oryginału, zakonserwowany w dawnych czasach? Bo powrót do starych marek to nowa żyła złota? Oczekiwałem, że sceny w powietrzu będą lepsze od oryginału i… w sumie tyle. Bo co jeszcze można ciekawego wymyślić? Dodatkowo zatrudnienie Josepha Kosinskiego, który ma oko wizualne, lecz z fabułami bywało… różnie nie nastrajało optymizmem. Ale z Cruise’m już pracował przy „Niepamięci”, a za scenariusz do „Mavericka” odpowiadał m.in. Christopher McQuarrie. Więc jestem zdumiony, że z tak schematycznego scenariusza oryginału (czepiać mi się nie chcę, bo lista jest za długa), powstał… zaskakująco emocjonalny film, choć też oparty na znajomych kliszach. Jak to się stało i co za czary tu zastosowano?

top gun2-3

Pete „Maverick” Martell dalej służy jako pilot marynarki, jednak nadal pozostaje trochę ryzykantem i buntownikiem. Co wyjaśnia, czemu nigdy nie awansował, bo swoim nastawieniem wkurzał swoich przełożonych oraz przenoszenie z miejsca na miejsce. To ostatnie dzięki swojemu kumplowi „Icemanowi” – admirałowi Flory Pacyfiku. Jednak w czasach, gdy Ju Es Armi bardziej korzysta z nowoczesnych technologii w stylu dronów, Maverick jest równie potrzebny jak łysemu grzebień. Ale dostaje szansę – prawdopodobnie ostatnią w swojej karierze. Wraca do szkoły lotniczej Top Gun, gdzie ma wyszkolić młodych pilotów do wykonania diablo niebezpiecznego zadania: zniszczenie znajdującego się w podziemnym bunkrze tajnym magazynie wzbogaconego uranu. Równie łatwe jak rozwalenie najsłabszego punktu Gwiazdy Śmierci, a czasu jest niewiele. Fakt, że wśród młodej krwi mamy syna Goose’a, czyli Roostera nie ułatwia sprawy.

top gun2-4

Historia w zasadzie ma o wiele więcej rąk i nóg niż w oryginale, choć sporo czerpie z oryginału. Nadal mamy jako pilotów młodych, bardzo pewnych siebie kolesi (a nawet jest koleżanka), zbyt mocno trzymających się przepisów służbistów, bardzo drogie samoloty. Jest też nawet scenka grania na plaży z gołymi klatami. Ale to wszystko wydaje się mieć więcej sensu niż w chaotycznym (choć nadal dającym sporo frajdy) poprzedniku. I co najważniejsze, twórcy czynią z Mavericka… człowieka z krwi i kości, a nie tylko pewnego siebie aroganta. Tutaj zaczyna dojrzewać do roli lidera, zaczyna czuć odpowiedzialność za swoich podwładnych. Chociaż trenuje ich, wyciskając z nich siódme poty oraz ciągle udowadniając, że jeszcze nie stracił formy (pierwszy trening).

top gun2-1

Muszę przyznać, że Kosinski nadal porywa wizualnie. Sceny lotnicze (głównie dzięki mikrokamerom) wyglądają niesamowicie i są kapitalnie zmontowane, co podnosi napięcie oraz adrenalinę do ściany. Nie chcę nawet wspominać o scenie, gdy Maverick – chcąc udowodnić sobie i przełożonym – że mission jest possible sam wsiada za samolot. Tą scenę oglądałem na krawędzi fotela, zaś finałowa misja – nawet jeśli miejscami wydaje się jakby z innej bajki – jest fantastycznie wykonana, z niesamowitą choreografią oraz namacalnym poczuciem bycia w samolocie.

top gun2-2

Jednocześnie czuć hołd oraz miłość do filmu Tony’ego Scotta (zresztą jest mu dedykowany) jest namacalna. Czerpie garściami, ale nie popada w przesadę i fan service jest w punkt: od muzyki przez wręcz niemal kopiowanie scen z oryginału (sam początek zrobił mi mętlik w głowie i przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie pokazali pierwszego „Top Gun”). Młodzi aktorzy też dają radę – zwłaszcza Miles Teller – i czuć, że to zgrana ekipa, Tom Cruise także wypada więcej niż dobrze, zaś użycie praktycznych efektów specjalnych jest wręcz odświeżające w czasach blockbusterów przeładowanych komputerowymi trickami. Drugi plan też ma przebłyski w postaci Jona Hamma jako przełożonego Mavericka

Choć jest parę drobnych niedociągnięć (wątek romansowy troszkę wydaje się wciśnięty na siłę), to nie spodziewałem się tak silnego ładunku emocjonalnego. To jest przykład świetnego sequela, zrobionego z pasji, zaangażowania, a nie chłodnej kalkulacji i bezmyślnego powtarzania się. Taka sztuka zdarza się tak często jak zestrzelenie trzech samolotów w jednej akcji.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Chwała bohaterom

Wojna nigdy nie się zmienia, ale zmienia wszystkich biorących w niej udział. Nieważne czy mówimy o II wojnie światowej, Wietnamie, Afganistanie czy Iraku. Wszyscy, którzy idą w zgodzie z własnymi przekonaniami, bo chcą służyć krajowi, po powrocie nie potrafią się odnaleźć w czasie pokoju. Taki los spotkał trzech wojaków: sierżanta Adama Shumanna, szeregowego Solo oraz Billy’ego Wallera. Dręczeni przez wyrzuty sumienia, dramatyczne wydarzenia oraz poległych towarzyszy próbują się w tym wszystkim odnaleźć.

chwala_bohaterom1

Oparta na prawdziwych wydarzeniach „Chwała bohaterów” to reżyserski debiut Jasona Halla, który wcześniej napisał „Snajpera” Clinta Eastwooda. Ale co innego jest pisać scenariusz, a co innego jest prowadzić aktorów oraz nadzorować kwestie techniczne filmu. Do tego sam temat, czyli powrót weteranów z syndromem stresu pourazowego, wydaje się być dość ogranym. Chłopaki są tak naprawdę zdani na siebie, bo państwo kompletnie nie wie, co z nimi zrobić. Nie dlatego, że nie ma ośrodków czy terapii, tylko że takich jak oni są tysiące i brakuje miejsc. Do tego masa papierków oraz bardzo długi czas oczekiwania powoduje, że są oni zdani tylko na siebie. Tłumione emocje, poczucie bezradności, niekontrolowane wybuchy agresji, próby samobójcze, uzależnienie od narkotyków – wyjścia są tylko dwa: pójście na kolejną turę albo śmierć.

chwala_bohaterom2

Reżyser konsekwentnie buduje ciężki, wręcz depresyjny klimat, pełen mrocznych demonów z jakimi muszą pokonać nasi bohaterowie. Jak się odnaleźć w takim piekle? Czy jest szansa na przełamanie? Tłumienie oraz wypieranie, próba rozmowy – tylko jak opowiedzieć o czymś tak przerażającym jak śmierć czy poczucie odpowiedzialności za czyjś stan zdrowia? Są takie momenty, gdy nasi bohaterowie nagle eksplodują czy są  w stanie „zawieszenia” i wtedy chwytają za gardło. Tak samo jak wojenne retrospekcje. Nawet jeśli ten temat był już wykorzystywany o wiele lepiej i sugestywniej (choćby w „Hurt Locker”), to nadal potrafi poruszyć opowieściami o walce z tym klinczem.

chwala_bohaterom3

Udało się zebrać zdolnych aktorów, którzy w sporej części byli mi nieznani. Wyjątkiem od tej reguły jest Miles Teller w roli sierżanta Shumanna, który potwierdza swoją świetną dyspozycję. Pozornie sprawia wrażenie zwykłego, normalnego faceta, jednak drobne gesty oraz spojrzenia pokazują pewne tłumione emocje. W podobnym tonie swoją postać prowadzi Beulah Koale, czyli cierpiący na zaniki pamięci Solo (scena wybuchu gniewu jest niesamowicie sugestywna) oraz Haley Bennett (żona sierżanta), próbująca dotrzeć do swojego męża i pomóc mu.

Bardzo przyzwoity dramat psychologiczny z wojną w tle – bardzo gorzki, z ciężkim klimatem oraz mocnym aktorstwem. Nawet jeśli nie opowiada niczego nowego w kwestii powrotu wojaków do domu, ma kilka trzymających za gardło scen.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Rekiny wojny

Ta historia brzmi tak nieprawdopodobnie, że musiało się to wydarzyć naprawdę. Rok 2005, Miami. Poznajcie Davida Packouza – młodego faceta, który jest konserwatywnym Żydem. Ma dziewczynę i pracuje jako masażysta. zaplanował świetny interes, jednak nie wypalił i cały towar (bawełniane tkaniny) został na zbyciu. Właśnie wtedy na pogrzebie kumpla pojawia się dawno nie widziany kumpel z liceum – Efraim Diveroli. Facet zajmuje się handlem bronią i proponuje Davidowi udział w tym interesie, czyli dając duże fragmenty tortu wojskowego.

rekiny_wojny1

Nie spodziewałem się po filmie Todda Phillipsa zbyt wiele, zwłaszcza ze dotyka dość poważnej kwestii handlu bronią i styku biznesu z polityką. Ale nie jest to do końca poważny film, gdyż reżyser wykorzystuje doświadczenie z poprzednich filmów i wie, jak podkręcić tempo. Kto by się spodziewał, że dwóch gówniarzy (częściowo legalnie) robi taki interes z wojskiem. Wszystko obraca się tutaj wokół giwer, zielska, panienek i kupy szmal. Brzmi jak „Wilk z Wall Street”? To porównanie jest troszkę z dupy wzięte. Nie jest to aż tak ostre, dosadne i rozbuchane, chociaż teledyskowa forma bardziej przypomina „Big Short”, to film jest takim młodszym bratem „Pana życia i śmierci”. Wszystko poznajemy z perspektywy Davida. Dzieje się tutaj wiele – już pierwszy interes, czyli dostarczenie pistoletów do Iraku za pomocą pośredniego przemytnika z Jordanii robi niesamowite wrażenie humorem, dynamiczną akcją i tempem. Dochodzi do zderzenia z wojną, gdyż nagle pojawiają się strzelający ludzie znikąd, a trupy takie prawdziwe. Cały film jest świetnie zrealizowany i cały czas zachodziłem w głowę, jak to w ogóle było możliwe. Nie brakuje tu ironii, złośliwości i bluzgów, a parę scen to prawdziwe perły (przemienienie paczek z amunicją, test kałachów czy rozmowa z Pentagonem w sprawie dilu afgańskiego). Imponują lokacje oraz znakomicie wpleciona muzyka, która bywa mocnym komentarzem do wydarzeń ekranowych (a gra m.in. Leonard Cohen, Iggy Pop, Pink Floyd, Pitbull czy Justice).

rekiny_wojny2

Jednak gdy opadnie pył, a dragi odejdą z organizmu, to zostaną zwłoki i ocean broni. A że niektóre akcje nie zawsze są zgodne z prawem, to inna kwestia. Phillips skupia się tutaj na kumpelskiej przyjaźni, która zostaje wystawiona na ciężką próbę i ten wątek wygrywa. W końcu nasz David musi wybrać między interesem, rodziną i uczciwością. Nie jest to aż tak przewrotne jak w „Wilku”, ale satysfakcja i świetna rozrywka jest zagwarantowana.

rekiny_wojny3

Zwłaszcza, że mamy tutaj świetny duet. Błyszczy Miler Teller jako David, który jest także narratorem całej opowieści. Trudno go nie polubić, bo to sympatyczny facet, co byt swojej rodzinie zapewnić musi i dlatego wchodzi w układ z Efraimem. Kibicujemy mu do samego końca, nawet jeśli jego kręgosłup moralny staje się bardziej elastyczny. Ale tak naprawdę cały film zawłaszcza rewelacyjny Jonah Hill i ten jego niezapomniany, diaboliczny uśmiech. Efrain w jego wykonaniu to szachraj i manipulator, który jest dla kasy zrobić wszystko. Nawet oszukać wspólników, ale to psychopatyczne oblicze poznajemy w drugiej części filmu. Obaj panowie świetnie się uzupełniają, a wspiera ich w krótkim epizodzie sam Bradley Cooper jako bardziej doświadczony kolega po fachu.

rekiny_wojny4

Aż nie chce mi się wierzyć w to, co widziałem. Nie jest to stricte komedia, ale akcentów humorystycznych nie da się wymazać. Wariackie, nieoczywiste kino ze świetnym tempem, pewnie poprowadzone i zagrane. Pozytywna niespodzianka od twórcy „Kac Vegas” i aż strach pomyśleć, co będzie następne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Whiplash

Każdy człowiek ma jakieś plany, marzenia i ambicje. Dla niejakiego Andrew Neymana, lat 19, takim marzeniem jest bycie największym muzykiem swoich czasów. A że gra na perkusji, to sprawa jest dla niego bardzo ważna. W końcu dostaje szanse zagrania w swojej szkole muzycznej (Konserwatorium Schiffera) w zespole dyrygowanym przez charyzmatycznego Terrence’a Fletchera. Myślicie, że to będzie spacerek?

whiplash1

Damian Chazelle, lat 29 postanowił zadebiutować tym filmem na szerokie wody i wygrał festiwal w Sundance. Czyżby objawił się nowy talent? Na to wygląda. A efekt jest niemal mistrzowski.  Pozornie może wydawać się to kolejnym filmem o walczeniu ze swoimi ambicjami, przekonaniami oraz tym, że sam talent nie wystarczy, by osiągnąć perfekcję. Myślicie, że jazz polega tylko na improwizacji oraz popisywaniu się w bezsensownym waleniu po perkusji? Może i tak, ale to tylko część prawdy. Najważniejsza jest praca i poświęcenie, a żeby osiągnąć wielkość oraz potwierdzić swój talent wymagane jest tutaj przekroczenie swoich własnych barier. Jak? O tym jeszcze wam opowiem, ale skupmy się na samej konstrukcji.

whiplash2

„Whiplash” przypomina utwór muzyczny, co w przypadku filmów, gdzie muzyka gra główną rolę jest szalenie istotne. Wszystko jest niej podporządkowane – i nie chodzi tu tylko o fabułę, ale poszczególne sceny (ćwiczenia Andrew – zapętlone repety czy sam początek, gdy widzimy miasto, a ujęcia zmieniają się w rytm perkusji). Chazelle składa tutaj hołd wszystkim muzykom jazzowym, których warsztat robi tutaj piekielnie dobre wrażenie. Ale w tle ciągle wybrzmiewa ważkie pytanie – jaka jest cienka granica między determinacją i przełamaniem swoich barier a podcinaniem skrzydeł i wypaleniem? Gdzie kończy się pierwsze, a zaczyna to drugie? Tempo jest tutaj miejscami dynamiczne, a napięcie podczas gry oraz ćwiczeń większe niż we wszystkich akcyjniakach z Tomem Cruisem razem wziętych (zobaczcie sam finał).

whiplash3

To także jest to zasługa starcia dwóch osobowości na ekranie. Pierwsza to Miles Teller, czyli Andrew. Chłopak jest przekonany o swoim talencie i jest niemal w tym bezczelny. Nie wie jeszcze, ze będzie to wymagało większego wysiłku niż się może spodziewać (aż do niemal szpiku kości). Drugim jest tutaj J.K. Simmons zwany tutaj Fletcherem. Uczniowie traktują go niemal jak Boga, od którego słowa zależy być albo nie być. Jednak metody wyciągania ich talentu są dość zastanawiające. Prawdopodobnie muzyki uczył się u sierżanta Hartmana z „Full Metal Jacket” – silny wycisk, manipulacja, wyzwiska i bluzgi latające na prawo i lewo. Jak sam twierdzi: Nie ma bardziej krzywdzącego wyrażenia niż „dobra robota”. A relacja miedzy tą dwójka bardziej przypomina syndrom sztokholmski, co niemal uderza niż relację mistrz-uczeń.

Chciałbym powiedzieć reżyserowi, ze wykonał dobrą robotę, ale obawiam się, że mógłby przez to spocząć na laurach i sobie odpuścić. W końcu, jak podaje jeden z wycinków prasowych: Beztalencia grają w zespołach rockowych. Liczę, że następne filmy Chazelle’a będą równie dobre, a nawet lepsze od tego debiutu. Tak się powinno robić kino niezależne.

8/10

Radosław Ostrowski

Cudowne tu i teraz

Opisz wyzwanie, trudność lub nieszczęście, jakiego doświadczyłeś w swoim życiu. Co z niego wyniosłeś i jak przygotowało cię na przyszłość? – to pytanie, na które odpowiedź ma napisać 18-letni Sutter, by dostać się na studia. A kim on jest? Licealistą (co można stwierdzić po wieku), pracuje w sklepie z męską garderobą, bardzo lubi wypić, poimprezować i ma super laskę. Do czasu, kiedy ona z nim zrywa. Podczas jednej z imprez, budzi się na trawniku i pierwszą osobą, która pojawia się w zasięgu jego „przytępionego” wzroku jest dziewczyna, niejaka Aimee Finicky. To taka dziewczyna, na którą nikt nie zwraca uwagi, taka „szara myszka”. Powoli jednak ta dwójka zaczyna do siebie się zbliżać.

cudowne1

Filmy o zakochanych nastolatkach można w zasadzie podzielić na dwie grupy. Pierwsza to bardzo naiwne i przesłodzone bajeczki pokroju „Step Up” czy innego ”High School Musicalu”.  Druga grupa to filmy trochę takie bardziej ironiczne, z większym dystansem, słodko-gorzkie. Ten film zalicza się raczej do drugiej grupy. Motywacja głównego bohatera, który spotyka się z nową koleżanką, nie jest do końca jasna – może chce pomocy z matematyką albo po prostu odegrać się na swojej byłej, bo to zła kobieta była. Ale jak wiadomo, nic nie jest proste, a najbardziej wyrachowane plany muszą wziąć w łeb, gdy pojawia się największa niewiadoma  – uczucia. Reżyser James Ponsoldt do spółki ze świetnymi scenarzystami to pozornie konwencjonalne love story rozgrywa z dużą dawką delikatności i wrażliwości, zaś każdy przełomowy moment związku ogląda się z dużym napięciem.

cudowne2

Ta relacja pozostaje najciekawszym wątkiem, ale nie jedynym. Rodzice po rozwodzie – ona chłodna, on zapatrzony w siebie pijus, była dziewczyna Charlene marząca o facecie jako kimś więcej niż tylko dobrej zabawie. Jest jeszcze nauczyciel, sympatyczny szef Dan i obecny chłopak byłej Marcus. Każde z nich tak naprawdę szuka swojego miejsca i stara się być fair. Jednocześnie Ponsoldt bardzo krytycznie odnosi się do filozofii korzystania z każdej chwili garściami. Główny bohater dość często i mocno nadużywa tej formy, by po prostu się nawalić. Czemu to robi? Żeby się „znieczulić” przed światem, bólem, rozczarowaniami i wszystkim tym, co złe. Jak jest dobrze, to się napiję, jak źle, to tym bardziej. Jednak czy jest szansa na wyplatanie się z tego i zerwanie ze swoimi nałogami? Oto jest pytanie, a twórcy nie dają jednoznacznej opowieści (zakończenie).

cudowne3

Ta historia jest interesująca nie tylko dzięki świetnemu scenariuszowi, ale też grającym główne role, którzy wywiązali się ze swoich zadań pierwszorzędnie. Sutter (świetny Miles Teller) wydaje się takim cwaniakiem, który ma głowę na karku, ale czuje się bardzo samotny i odrzucony przez matkę (Jennifer Jason Leigh w formie). Topi swoje smutki i szczęście w alkoholu, nie widząc innego wyjścia, pozostając niedojrzałym młodzieńcem. Dla mnie jednak objawieniem była Shailene Woodley, czyli Aimee. Trochę nieśmiała, przytłoczona przez matkę, okazuje się bardzo wrażliwą i inteligentną dziewczyną. Spotkanie tych dwojga oddziałuje korzystnie na każdą ze stron – ona nabiera wiary w siebie i staje się niezależna, on dojrzewa do poważniejszej relacji i próbuje walczyć ze swoimi demonami.

cudowne4

Coraz bardziej zaczynam doceniać takie słodko-gorzkie tragikomedie pełne sarkazmu, a także wnikliwej obserwacji dwojga pogubionych ludzi. Pytanie czy jeszcze tych dwoje będzie miało drugą szansę? Nie wiem jak wy, ale ja wierzę w człowieka, który potrafi zmienić się pod wpływem poważnych zdarzeń.

8/10

Radosław Ostrowski