Get on Up

Chcę wam opowiedzieć o człowieku, co muzykę miał we krwi, a energii pozazdrościć mógł mu każdy młodzieniaszek. Każdy fan muzyki słyszał (co najmniej) o Jamesie Brownie – ojcu chrzestnym soulu, mieszającego gospel, funk i tak jak Ray Charles wywracający całą muzykę rozrywkową do góry nogami. I to o nim postanowił opowiedzieć Tate Taylor, reżyser odpowiedzialny za „Służące”. Tak bogata postać z tak barwnym życiorysem zasługuje na film i trudno było w zasadzie wybrać na czym się skupić.

get_on_up1

A czego tu nie ma? Trudne dzieciństwo, podczas którego matka i ojciec zostawili go u ciotki-burdelmamy. Jako młody chłopak został aresztowany za kradzież garnituru, wreszcie dołącza do zespołu gospel i rozpoczyna swoją karierę muzyczną. Potem kobiety, kariera, szczyt i upadek. Brzmi klasycznie i standardowo? I tak też jest. Reżyser łamie chronologię i przeplata epoki i różne okresy w życiu Browna: od Wielkiego Kryzysu po koncert w 1993 roku, gdy powrócił w chwale. Problem jednak w tym, że dla mnie to wszystko jakieś takie powierzchowne i pewne wstawki są ledwo liźnięte. Mamy tutaj krótkie wejście związana z koncertem w Wietnamie (do którego już nigdy nie wracamy), pracę w burdelu, by potem zobaczyć jak Brown rozgrywa i miesza w szołbiznesie – sam organizuje promocję koncertu (za pomocą kolegów radiowców), nie nagrywa standardowych piosenek dla radia, gania za laskami i jest bardzo trudnym w obyciu gościem walczącym o jak najlepsze brzmienie swojej muzyki. Trudno odmówić mu charyzmy i geniuszu, ale tez w gorętszych momentach (koncert po śmierci Martina Luthera Kinga) zachowuje spokój i zimną krew. Tylko to wszystko jakoś mało angażujące, za bardo chyba twórcy skupili się na koncertowych popisach Browna, próbując jednocześnie złapać kilka srok za ogon.

get_on_up2

Trudno nie docenić strony wizualnej: stylowe zdjęcia i scenografia żywcem wzięta z lat 60. i 70. (ten okres najbardziej dominuje). Te furki, ta kolorystyka i te ciuchy wyglądają naprawdę pięknie. Widać to najmocniej w scenach koncertowych, gdzie oświetlenie robi robotę, a kamera serwuje zbliżenia na Browna oraz jego zespół.

get_on_up3

Najbardziej w filmie wyróżniają się dwie rzeczy: muzyka Jamesa Browna oraz sam James Brown, a dokładnie Chadwick Boseman. Aktor nie gra Jamesa Browna, tylko nim jest. Każdy gest, spojrzenie, nawet taniec na koncercie pokazuje, że jest to James Brown, a nie aktor. Jest w tym niesamowita charyzma oraz bardziej zróżnicowany portret, jakiego nie daje w pełni scenariusz. I nie ważne czy jest tyranem, geniuszem szołbiznesu czy nieposkromioną seks maszyną, wierzyłem mu od początku do końca, patrząc jak zaczarowany. Gdyby ten film był lepszy, może nawet mogła być nominacja do Oscara.

get_on_up4

„Get on Up” nie powie zbyt wiele o Jamesie Brownie i nie wyjaśni jego fenomenu. To zaledwie solidny tytuł, który nie wchodzi zbyt głęboko w samego Browna. A szkoda, bo to postać naprawdę nieszablonowa w historii muzyki rozrywkowej. Może ktoś odważniejszy spróbuje?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Boska Florence

Samo imię Florence wywołuje we mnie bardzo przyjemne skojarzenia. Miasto (Florencja), Florence Welsh – wokalistka zespołu Florence + The Machine. I kiedy usłyszałem tytuł „Boska Florence” liczyłem na przyjemny seans. I Stephen Frears mnie nie zawiódł, chociaż zauważyłem inne akcenty.

boska_florence1

Bohaterką filmu jest Florence Foster Jenkins – żyjąca na początku XX wieku kobieta, pragnąca zostać wokalistką operową z najwyższej półki. Wspierana jest przez oddanego męża St. Clare Bayfielda oraz jej impresario podbija scenę amerykańską. Tylko jest jeden problem – ta kobieta jest pozbawiona za grosz talentu wokalnego, o czym nie ma kompletnie pojęcia. Mąż robi wszystko, by podtrzymać ją w nieświadomości. I wtedy pojawia się jej nowy akompaniator – Cosmo McMoon, który ma ambicje być wielkim pianistą. Wokół tego trójkąta obraca się cała historia, skupioną na przygotowaniach do występu Jenkins na Carnegie Hall.

boska_florence2

Frears nie próbuje odkryć fenomenu tej kobiety, która wprawiała w zachwyt cały głuchy świat. Czemu akurat ze wszystkich beztalenci, ona zrobiła taką furorę w Nowym Jorku – są pewne poszlaki. O kształcie papierowego dolara, ale to nie do końca mnie przekonuje. Sama Florence wydaje się postacią mającą rozbawić swoją nieudolnością i fałszem, ale jednocześnie jest tragiczną postacią. Zarażoną syfilisem i marzącą o dziecku, bliższej relacji z mężem i mającej wiarę w swoją siłę głosu. Reżyser skutecznie wygrywa wątek miłości między Florence i St. Clare – miłości, oddania, przywiązania. Brzmi to wiarygodnie, ale bez poczucia sentymentalizmu oraz fałszu. Wszystko to poznajemy za pomocą trzeciej pary oczy, czyli Cosmo wchodzącego w ten dziwaczny układ. Jest śmiesznie, ale nie szyderczo, bez kpiarstwa i z wyczuciem.

boska_florence3

Reżyser pewną ręką prowadzi znakomitych aktorów. Meryl Streep trzyma fason i od jej śpiewu naprawdę bolą uszy, ale wierzę w jej przekonania. I jest bardzo wyrazista. Równie komiczny jest Simon Helberg w roli Cosmo. Tłumiący śmiech i porażony tym, co się ma zdarzyć rozbraja swoją bezradnością, przechodzącą w oddanie. Jednak tak naprawdę cały ten film robi wielki (nie boję się użyć tego słowa), wielki Hugh Grant. Jego St. Clare to postać równie tragiczna jak Florence – niespełniony aktor, który jest w pełni oddany swojej żonie, wspierając jej karierę. Owszem, nadal jest czarujący, ale i rozczarowany. Lojalny, ale szukający innej kobiety (seks z Florence nie wchodzi w grę). Zmęczony, jednak pełny energii (taniec na imprezie u kochanki jest nieprawdopodobny). Stonowany i w cieniu, ale wyrazisty. Te paradoksy czynią najciekawszą postać filmu i może (przynajmniej chciałbym tego) przynieść nominację do Oscara.

Frears nie schodzi poniżej swojego wysokiego pułapu i mimo niespełnienia wszystkich obietnic, to „Boską Florence” ogląda się z wielką przyjemnością. Jest świetnie zagrana, potrafi prawie razy zaskoczyć i utrzymać w napięciu (stres przed występem w Carnegie Hall). O samej Florence dowiadujemy się tyle ile trzeba, ale zawsze można poszperać głębiej, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy

Ciechocinek, rok 1957. Tak jak teraz, tak i wtedy była to miejscowość wypoczynkowa, pełna uzdrowisk. I w tym czasie między śmiercią Stalina a wchodzącym Gomułką, przyjeżdża do kraju imigrant z Londynu, muzyk Fabian Apanowicz. Marzy tylko o jednym – grać swing, bo cóż innego zostało. I tak z grupka zapaleńców tworzy orkiestrę swingową, odnosząc sukcesy. Do składu dołącza jako wokalistka siostra Fabiana, Wanda oraz tajemnicza Modesta.

excentrycy1

Powieść Włodzimierza Kowalewskiego – olsztyńskiego pisarza to barwny portret lat 50., gdy do naszego szarego kraju wszedł kolor, a to dzięki przybyszowi ze zgniłego zachodu. Niby nic nowego, ale w rękach Janusza Majewskiego opowieść ożyła. Udało się dokonać niemożliwego – stworzyć zabawną, lekką, ale i poważną opowieść o tych czasach, gdy polityka bez pytania wchodziła do domu. Nawet w takich drobnych sprawach jak muzyka swingowa. Fabiana i jego cichych wspólników (milicjanta, stroiciela fortepianu, lekarza, kierownika knajpy) zaczyna łączyć muzyka, stając się fundamentem przyjaźni. Humor jest tutaj bardzo subtelny, delikatny, oparty czasami na rzadko się pojawiających wulgaryzmach (pani Bayerowa) oraz muzyce, piosenkach. Dodatkowo reżyser rozwija jeden watek sensacyjno-szpiegowski, ale robi to tak jakby przy okazji, że nie psuje to dobrego wrażenia, a smaczkiem jest pewna estetyka noir. Fabian w płaszczu i z krawatem wygląda bardziej jak prywatny detektyw, co jest przyjemnym widokiem.

excentrycy2

Reżyser wiernie odtwarza realia PRL-u lat 50., gdzie nie brakowało małych knajpek, gdzie grali młodzi pasjonaci muzyki i to jakiej – Gershwin, Ellington, Porter. Niby te standardy fanom klasycznego jazzu są znane, jednak nie w tym kraju, gdzie wszystko można spieprzyć. Partie muzyczne, czyli wszelkiego rodzaju koncerty, stają się – trochę wbrew intencjom Apanowicza – oddechem wolności i tęsknotą za normalnością, chociaż nie jest to sugerowane wprost. Wykonane są one znakomicie, aranżacje autorstwa Wojciecha Karolaka, wprawiają w przyjemny nastrój i jak to jest zaśpiewane (w dodatku płynną angielszczyzną). Czyżby można było zrobić amerykański sen w polskim wydaniu? Mimo gorzkiego finału intrygi, Majewski nie pozbawia bohaterów optymizmu i zwyczajnego robienia swojego.

excentrycy3

Majewskiego w tej wizji wspierają – nie zawaham się użyć tego słowa – wspaniali, tworząc wyraziste postacie, czasami mając do dyspozycji kilka minut czasu. O Macieju Stuhrze nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa, a postać Fabiana to pasjonata, kochający muzykę ponad wszystko. Ponad politykę, ojczyznę, kobietę. Chociaż to ostatnie wcale nie jest takie oczywiste, gdy pojawia się Modesta. Natalia Rybicka (wyrosła nam ta dziewczyna z „Żurka”) wygląda niczym klasyczna femme fatale, a śpiewa tak, że nie da się oderwać oczu i uszu, tworząc aurę tajemnicy wokół siebie. Tak samo warto wspomnieć Sonię Bohosiewicz, czyli Wandę – siostrę Fabiana. Niepozorna, chorowita, garbata i bojąca się śmierci kobieta, na scenie zmienia się nie do poznania – energiczna, przebojowa, zawłaszczająca sobie scenę. I jeszcze dawno nie widziana Anna Dymna, czyli Bayerowa – samotna, zgaszona pesymistka, która zostaje „referentem do spraw sanitarnych w komórce kulturalno-oświatowej” (po naszemu babką klozetową), kradnąc jedną sceną cały film.

excentrycy4

Jeśli chodzi o panów, solidność potwierdził Adam Ferency (Habertas) i Wiktor Zborowski (Stypa) jako wspólnicy Fabiana w muzycznej zbrodni, ale i tak na kilka minut skradł film Wojciech Pszoniak jako mający obsesję na punkcje pederastii pan Zuppe. Niepozorny staruszek, zawsze elegancko ubrany, robi niesamowitą furorę, a jego wywody wprawiają w śmiech. Tak samo drobne epizody Mariana Dziędziela (towarzysz Kułak) i Mariana Opanii (generał radziecki).

excentrycy5

Janusz Majewski troszkę zaskoczył, kręcąc tak energiczny i pozytywny film. „Excentrycy” są świetni technicznie, przyjemni niczym klasyczny koktajl, a styl nie dominuje nad fabułą. I to wszystko zrobił 85-latek. Pozazdrościć formy.

8/10

Radosław Ostrowski

Control

Filmowe biografie zazwyczaj polegają na krótkim odhaczeniu najistotniejszych momentów z życia artysty. Nieważne czy to aktor, reżyser, muzyk czy sportowiec. Choć każdy bohater wydawał się wybitną jednostką, to jednak biografie tych ludzi były do bólu schematyczne. Próbę przełamania tego schematu podjął w 2007 roku debiutujący reżyser Anton Corbijn, a bohaterem stał się Ian Curtis – wokalista zespołu Joy Division.

control1

Kim był Ian Curtis? Gdy go poznajemy, jest nastolatkiem, kochającym muzykę Davida Bowie i mieszka w Manchesterze. Zwykły chłopak, który jak każdy, szuka swojego miejsca. Przełom następuje w 1976, gdy dochodzi do dwóch wydarzeń: poznania Deborah oraz pójście na koncert Sex Pistols. Poza nim było jeszcze trzech chłopaków, tworzących kapelę (Bernard Summer, Peter Hook, Stephen Morris) i szukających wokalisty. Tak rodzi się Joy Division, a Corbijn zaczyna tworzyć portret nadwrażliwego faceta, który nie potrafi się odnaleźć w świecie, tracąc kontrolę nad swoim losem. Rozdarty między nudną pracą w agencji pracy, karierą muzyka, żoną, dzieckiem (ślub odbył się bardzo szybko) a kochanką Aniką. Żeby było jeszcze trudniej szybka popularność Joy Division przeraża go, dochodzi do ataków padaczki.

control2

Film sprawia wrażenie troszkę chaotycznego zbioru scen z życia Curtisa: prywatnego, jak i świetnie sfilmowanych koncertów (aktorzy naprawdę grali i śpiewali piosenki Joy Division – szacun). Można odnieść dziwne wrażenie, że się przyglądamy Ianowi z boku, a każda próba wejścia w umysł tego człowieka daje więcej pytań niż odpowiedzi. Dlaczego Curtis odebrał sobie życie? Jest kilka poszlak, ale jednego decydującego momentu trudno dostrzec. Jakby zbieg okoliczności zdecydował i nawarstwiały się wszystkie problemy. Atmosferę bezsilności i szarzyzny potęgują jeszcze czarno-białe kadry, a w tle grają piosenki macierzystego zespołu Curtisa. Mimo poczucia pewnego chłodu, czuć emocje postaci – ból, samotność i bezradność.

control3

Dodatkowo reżyser postawił wtedy na mało znanych aktorów, z Samem Rileyem na czele. Jego Curtis to pozornie cichy, małomówny facet. Ale kiedy wchodzi na scenę, zmienia się totalnie, jakby weszła w niego kosmiczna energia. Także sceny ataków epilepsji przerażają. Dla mnie jednak cały film skradła Samantha Morton – delikatna, ciepła Deborah, która dźwiga na sobie cały ciężar sytuacji. I w końcu mówi stop, bo kto by nie powiedział w takiej sytuacji. Pozostali aktorzy solidnie stworzyli swoje postaci, a wyróżnić warto Alexandrę Marię Larę (Anika) i Craiga Parkinsona (Tony Wilson, szef Factory).

control4

„Control” to cholernie mocny debiut, świetna wizualnie opowieść o nadwrażliwcu, który nie uniósł roli męża, ojca, frontmana. Z drugiej dzięki temu potrafił stworzyć kilka ponadczasowych przebojów, więc coś za coś, prawda? Trudna diagnoza.

8/10

Radosław Ostrowski

Idol

Lata 70. to okres glam rocka – muzyki gitarowej pełnej blichtru i przepychu. To w tym okresie gwiazdą stał się niejaki Brian Slade. Jego kariera zaczęła się szybko i skończyła się jeszcze szybciej, gdy został zastrzelony na scenie w 1974 roku. Z okazji 10 rocznicy tej tragedii brytyjski dziennikarza Heralda, Arthur Stuart zostaje poproszony o napisanie tekstu o Brianie Sladzie. Tylko jak to było z tym zabójstwem?

idol1

Todd Haynes w 1998 roku nakręcił film, którego chyba się nikt nie spodziewał. Niby fikcyjnych biografii było bardzo wiele, jednak „Idol” wyróżnia się z tego grona tłem. Gdyż ten tytuł pokazuje jak silny wpływ na muzykę miały lata 70. I nie tylko na muzykę, ale też modę i obyczaje. Haynes czerpie schemat swojej opowieści z „Obywatela Kane’a”, czyli mamy śledztwo oraz niejednoznaczny portret Slade’a. Dodatkowo reżyser miesza wątki opowieści z osobistymi wspomnieniami Stuarta, który był w wielu kluczowych momentach tego dramatu. Budzi to pewien chaos i dezorientację, a nawet poczucie niespójności, ale tak jak główny bohater, „Idol” tworzy przez to aurę tajemniczości. Z jednej strony to niby klasyczna opowieść o sławie, jej ciemnej stronie, upadku i brudnych grach szołbiznesu, ale też o fascynacji drugim człowiekiem. To jak osoba uważana za „idola”, może mieć wpływ na życie innych, kształtując go na zawsze. Symbolem tej zmiany staje się zielona spinka, którą miał pierwszy dostać Oscar Wilde (co widać na początku filmu) i otrzymują inni, „wyjątkowi” ludzie.

idol5

Reżyserowi udaje się w pełni odtworzyć klimat lat 70. I nie chodzi tylko o elementy scenografii (okładki płyt, gazety), ale też te kostiumy – przesadzone, kiczowate i pstrokate. Panowie w damskich ciuszkach, butach z wysokim obcasem oraz obcisłych spodniach. Nic dziwnego, że to wśród starszego pokolenia wywoływało to szok, a nawet obrzydzenie, choćby w ujawnianiu swojej orientacji seksualnej (bi lub homo), doprowadzając do złamania kwestii tabu. Ale dla Arthura (dobry Christian Bale) śledztwo jest też szansą do przypomnienia sobie rzeczy, które ostatecznie ukształtowały jego osobowość i pożegnaniem się z tą epoką.

idol4

Poza pokręconą realizacją i niesamowitą oprawą audio-wizualną, Haynes ma dwóch kapitalnych aktorów, zawłaszczających ekran swoją obecnością. Ewan McGregor i Jonathan Rhys-Meyers znakomicie odnaleźli się w rolach bohaterów swojej epoki. Pierwszy jako Curt Wild to dosłownie dziki zwierz sceniczny (jego pierwszy koncert i zachowanie niemal żywcem wzięte od Iggy’ego Popa), który wpada w nałogi, a silna więź ze Sladem, naznacza także i jego, ten drugi jest świadomym swojej wartości kreacjonistą, dla którego najważniejsza wydaje się sława i sztuka (chociaż co do tego ostatniego nie jestem pewny). Jednak w ich spojrzeniach i gestach tworzy się cała paleta emocji, które nie zostają powiedziane.

idol3

„Idol” to jeden z dziwniejszych filmów o muzyce. Tak wiarygodnego portretu epoki nie widziałem od czasu „24 Hour Party People”, a nieszablonowość formy realizacji jest naprawdę godna podziwu. Haynes nie idzie pod publiczkę, co może utrudnić odbiór i przyjemność z seansu. Ale może być tak, że po tym filmie, będziecie chcieli poznać nowego idola.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Disco Polo

Czy jest ktoś w Polsce, komu musiałbym tłumaczyć, co to jest disco polo, zwane też muzyką chodnikową? Lata 90. to był złoty czas dla tego gatunku, który obecnie dzięki przebojowi „Ona tańczy dla mnie” grupy Weekend przeżywa renesans oraz własną stację telewizyjną. O tych początkach i czasach boomu opowiada debiut Macieja Bochniaka.

Punktem wyjścia jest historia niejakiego Tomka – młodego chłopaka, syna kolejarza. Chce zostać gwiazdą muzyki disco polo i próbuje włączyć do pomocy kolegę Rudego. Razem z koleżanką o ksywie Mikser zakłada kapelę Laser i rusza na podbój Polski. A że droga jest dość wyboista, to już inna kwestia.

disco_polo1

Takich opowieści były setki, jeśli nie tysiące. Wielki sukces, od którego odbija szajba, przychodzi opamiętanie i jeszcze większy sukces. To bajka o spełnieniu i wielkim śnie, który wielu śni u nas (kasa, przyjaźń, laski i mieć wszystko wypasione), ale wymaga to pomysłowości, sprytu i czasami bezczelności. A tego to już nie każdy potrafi. Lata 90. są tutaj pokazane na dwa sposoby: szarą bidę oraz kolorowy, wypasiony kicz w iście amerykańskim stylu z klującymi oczy kolorami. Dalej idzie wszystko jak po sznurku, choć kilka scen jest niesamowicie śmiesznych (m.in. specjalny koncert… w pierdlu i związane z tym perturbacje – od gliniarzy ze strzelbami i taxi helikopterem po osobę samego skazańca o twarzy… Jerzego Urbana czy „gaszenie” koncertu w remizie strażackiej).

disco_polo2

Bochniaka trzeba też pochwalić za pokazanie różnych nieczystych zagrywek działających w tym szołbiznesie (za którym, oczywiście, stoi mafia – myślicie, że odpuściliby taką kasę?). Jeśli nie będziesz posłuszny, to jednym słowem zmniejszana jest sprzedaż materiału, a jak to nie pomoże, to „kradniemy” nazwę i zmieniamy skład zespołu. Delikatne ostrze satyry jest dobitniejsze niż w „Polskim gównie”. A i sama muzyka to jedna jazda na sentymencie (przynajmniej dla mnie – ze zmienionymi aranżacjami Michała Nosowicza) i przyjemnie się tego słuchało – tylko nie mówcie o tym nikomu ;).

disco_polo3

Więc w czym jest problem? Przewidywalna fabuła to po pierwsze. Po drugie, nie ma tutaj próby rozgryzienia fenomenu tej muzyki – dlaczego ona jest taka nośna i skąd te rekordowe miliony sprzedanych kaset magnetofonowych i płyt CD? Dodatkowo reżyser jeszcze wrzuca pewne aluzje i odniesienia do bardziej ambitnych filmów, co może wywołać dysonans (drążenie ropy z „Aż poleje się krew”, pościg z ciężarówką prawie jak w „Pojedynku na szosie” czy duet ubrany na biało z „Funny Games”).

disco_polo4

W całej tej konwencji odnaleźli się aktorzy, którzy grają troszkę „stereotypowe” postacie, ale są w tym wiarygodni. Kompletnie zaskoczył Dawid Ogrodnik (a zwłaszcza jego barwa głosu), który sprawiał wrażenie wyluzowanego i ambitnego chłopaka – Tomka. Niezgorszy był Piotr Głowacki (bardziej stąpający przy ziemi Rudy) i Joanna Kulig (wokalistka Gensamina). Ale powiedzmy to sobie wprost – ten film skradł im Tomasz Kot. Producent Daniel Polak w jego wykonaniu z jednej strony jest komediową petardą („Jak się Polakowi podoba, to znaczy, że każdemu Polakowi się spodoba„) i postacią kompletną. Krzykliwy, czerwony gajer, polskie wąsy i to zabójcze spojrzenie – niby idiota, ale posiadający władzę i wolę działania.

Nie jest to aż tak świetny film, jaki mógłby być, ale też nie ma specjalnie powodu do wieszania psów. „Disco Polo” to bajka – kolorowa, dynamicznie zmontowana i chwytliwa. Jak muzyczny przebój. Pytanie tylko czy zostanie w głowie na długo?

6/10

Radosław Ostrowski

Polskie gówno

Jerzy Bydgoszcz to już niemłody muzyk i frontman działającego mocno w undergroundzie (czytaj: nikt o nim i nich nie słyszał) zespołu Transystory. Miał wydać płytę, ale wytwórnia zbankrutowała i ścigają go wierzyciele. W końcu kiedy przychodzi komornik, Czesław Skandal, wydaje się, że nic dobrego nie będzie. Zamiast ściągnąć kasę, proponuje pomoc w wydaniu płyty i chce dołączyć do zespołu jako menadżer.

polskie_gowno1

Jeśli ktokolwiek chce nakręcić film z gównem w tytule, należy spodziewać się najgorszego. Niby reżyserem jest Grzegorz Jankowski (wcześniej realizował programy telewizyjne), ale tak naprawdę jest to projekt Tymona Tymańskiego (scenariusz, produkcja, muzyka), w którym postanowił zaatakować i ochrzanić nasz rodzimy szołbiznes. Czyli piekiełko, w którym liczy się oglądalność i popularność, którą można zdobyć tylko w jeden sposób – zeszmacając się dla wielkiej kasy, grając w chałturach oraz występując w programach typu. Nie jest to nic nowego ani oryginalnego, w dodatku Tymon serwuje masę bluzgów, prymitywny humor mocno balansujący na granicy smaku (wizyta u niejakiego Romana Blooma i „modły” do boga Szołbiza – strasznie niesmaczne). Jakby tego było realizacja jest mocno chaotyczna – masa ujęć z „cyfry”, mieszające się kadry i nakładający się dźwięk do scen, które dopiero mają się pokazać – to chyba miało podkreślić punk-rockowy, buntowniczy charakter całości, a wk***a bardziej niż kłamstwa polityków.

polskie_gowno2

Broni się tak naprawdę tylko muzyka – czasami ostra i agresywna (punk-rock), a czasami będąca ironicznym komentarzem (musicalowe wstawki Skandala) do scen na ekranie. Ze strony aktorskiej najlepiej prezentuje się Grzegorz Halama (cwany menago Skandal, co kasę na dziwki i hazard daje) oraz drobny epizod Arkadiusza Jakubika (muzyk Dudek Meissner – jego rozmowa z Bydgoszczem w pokoju zapada w pamięć na długo). Sam Tymon sprawia wrażenie buntownika, co sobie samemu stawia pomnik. Niby jest autentyczny w tym buncie, ale czuć tu mocny fałsz i to nie wkurza.

polskie_gowno3

„Wolę polskie gówno w polu niż fiołki w Neapolu” – ten cytat z Kazimierza Przerwy-Tetmajera otwiera ten film. Ale niestety, z dużej chmury mały deszcz i nie warto o ten film drzeć szat. Nuda, anarchia i prostactwo, które albo wprawi was w stan zobojętnienia albo wk****i całkowicie. Wasz wybór.

5/10

Radosław Ostrowski

Bez kompasu

Sam jest przedsiębiorcą, pracującym w dużej firmie. Pewnego dnia po pracy widzi w wiadomościach informacje, że jego syn zabił sześć osób w szkolnej bibliotece, sam ginąc. Dwa lata później mężczyzna odchodzi od żony, zamieszkuje w łodzi i pracuje jako robotnik przy malowaniu domów. I wtedy odbiera rzeczy po synu (Joshu), gdzie są m.in. kasety z nagranymi przez niego piosenki. Występuje w knajpie, gdzie gra jeden z jego kawałków i tak poznaje młodego gitarzystę Quentina, który chce z nim współpracować.

bez_kompasu2

Kino obyczajowe, w dodatku niezależne, nie należy do zbyt popularnego gatunku filmowego. Jednak to z tym gatunkiem postanowił się zmierzyć debiutujący w roli reżysera świetny aktor William H. Macy. I muszę przyznać, ze wyszło mu to całkiem nieźle, chociaż – jak to w każdej tego typu produkcji – wiadomo jak się to skończy. Sama historia toczy się wokół naszego bohatera oraz późniejszych relacji z Quentinem, którego zaczyna traktować jak syna. Jednak nieprzepracowana trauma związana ze śmiercią dziecka oraz konsekwencji wywołanych jego czynami jest równie ważna jak granie piosenek i szukanie sprzętu dla zespołu. Ale całość nie jest ani mroczna, ani depresyjna – na szczęście nie zabrakło miejsca dla humoru (scena, gdy Sam na okręcie gra na gitarze elektrycznej demolując regaty – perła), dzięki czemu film odbiera się jako sympatyczny i przyzwoity kawałek kina.

bez_kompasu1

Najlepsze są tutaj sceny koncertowe, gdzie (prawie) młoda kapela gra i szaleje. Czuć energię, chemię oraz pasję z grania. A i same wokale prezentują się dobrze i fajnie się tego słucha. Ale czegoś tutaj brakuje – jakiejś większej siły, która potrafiłaby zostawić ten film w pamięci dłużej.

bez_kompasu3

Sytuację częściowo ratuje solidne aktorstwo. Najbardziej tutaj błyszczy świetny Billy Crudup, który potwierdza swój nieprzeciętny talent. Jest zmęczony, ucieka od problemów w alkohol, a dopiero granie budzi w nim energię i staje się sobą. Podobnie ma się z Antonem Yelchinem – młody, niepewny siebie Quentin znajduje w Samie mentora oraz przyjaciela, pomagającego mu w wielu sprawach związanych z dojrzewaniem (m.in. jak poderwać dziewczyny). Poza tym duetem jest dość bogaty drugi plan, w którym przewijają się znane twarze, m.in. Laurence’a Fishbourne’a (sprzedawca instrumentów Del), Felicity Huffman (była żona, Emily) i Seleny Gomez (dziewczyna Josha, Kathy) – na szczęście pojawia się krótko i nie irytuje. Pojawia się też sam reżyser jako właściciel baru, w którym grają muzycy.

bez_kompasu4

Debiut Macy’ego jest rzeczą, której nie powinien się wstydzić, ale chwały też mu nie da. Całość jednak jest tak solidna, że czas spędzony przy „Bez kompasu” nie będzie straconym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Whiplash

Każdy człowiek ma jakieś plany, marzenia i ambicje. Dla niejakiego Andrew Neymana, lat 19, takim marzeniem jest bycie największym muzykiem swoich czasów. A że gra na perkusji, to sprawa jest dla niego bardzo ważna. W końcu dostaje szanse zagrania w swojej szkole muzycznej (Konserwatorium Schiffera) w zespole dyrygowanym przez charyzmatycznego Terrence’a Fletchera. Myślicie, że to będzie spacerek?

whiplash1

Damian Chazelle, lat 29 postanowił zadebiutować tym filmem na szerokie wody i wygrał festiwal w Sundance. Czyżby objawił się nowy talent? Na to wygląda. A efekt jest niemal mistrzowski.  Pozornie może wydawać się to kolejnym filmem o walczeniu ze swoimi ambicjami, przekonaniami oraz tym, że sam talent nie wystarczy, by osiągnąć perfekcję. Myślicie, że jazz polega tylko na improwizacji oraz popisywaniu się w bezsensownym waleniu po perkusji? Może i tak, ale to tylko część prawdy. Najważniejsza jest praca i poświęcenie, a żeby osiągnąć wielkość oraz potwierdzić swój talent wymagane jest tutaj przekroczenie swoich własnych barier. Jak? O tym jeszcze wam opowiem, ale skupmy się na samej konstrukcji.

whiplash2

„Whiplash” przypomina utwór muzyczny, co w przypadku filmów, gdzie muzyka gra główną rolę jest szalenie istotne. Wszystko jest niej podporządkowane – i nie chodzi tu tylko o fabułę, ale poszczególne sceny (ćwiczenia Andrew – zapętlone repety czy sam początek, gdy widzimy miasto, a ujęcia zmieniają się w rytm perkusji). Chazelle składa tutaj hołd wszystkim muzykom jazzowym, których warsztat robi tutaj piekielnie dobre wrażenie. Ale w tle ciągle wybrzmiewa ważkie pytanie – jaka jest cienka granica między determinacją i przełamaniem swoich barier a podcinaniem skrzydeł i wypaleniem? Gdzie kończy się pierwsze, a zaczyna to drugie? Tempo jest tutaj miejscami dynamiczne, a napięcie podczas gry oraz ćwiczeń większe niż we wszystkich akcyjniakach z Tomem Cruisem razem wziętych (zobaczcie sam finał).

whiplash3

To także jest to zasługa starcia dwóch osobowości na ekranie. Pierwsza to Miles Teller, czyli Andrew. Chłopak jest przekonany o swoim talencie i jest niemal w tym bezczelny. Nie wie jeszcze, ze będzie to wymagało większego wysiłku niż się może spodziewać (aż do niemal szpiku kości). Drugim jest tutaj J.K. Simmons zwany tutaj Fletcherem. Uczniowie traktują go niemal jak Boga, od którego słowa zależy być albo nie być. Jednak metody wyciągania ich talentu są dość zastanawiające. Prawdopodobnie muzyki uczył się u sierżanta Hartmana z „Full Metal Jacket” – silny wycisk, manipulacja, wyzwiska i bluzgi latające na prawo i lewo. Jak sam twierdzi: Nie ma bardziej krzywdzącego wyrażenia niż „dobra robota”. A relacja miedzy tą dwójka bardziej przypomina syndrom sztokholmski, co niemal uderza niż relację mistrz-uczeń.

Chciałbym powiedzieć reżyserowi, ze wykonał dobrą robotę, ale obawiam się, że mógłby przez to spocząć na laurach i sobie odpuścić. W końcu, jak podaje jeden z wycinków prasowych: Beztalencia grają w zespołach rockowych. Liczę, że następne filmy Chazelle’a będą równie dobre, a nawet lepsze od tego debiutu. Tak się powinno robić kino niezależne.

8/10

Radosław Ostrowski

Bird

Charlie “Bird” Parker uchodzi za jednego z najwybitniejszych muzyków jazzowych XX wieku, który stworzył nowy gatunek – bebop. Ale nie tylko o tym opowiada film Clinta Eastwooda. Próba opowieści o tym człowieku, które dość krótkie życie okazało się bardzo barwne.

bird1

Reżyser z rozmachem przedstawia jego historie od czasów, gdy jako dziecko odkrył w sobie talent muzyczny, przez poznanie żony Chan po jego nałogi – narkotyki i alkohol, ale samego ćpania nie pokazano. Ale widzimy jego skutki – próby samobójcze, załamanie nerwowe, niekontrolowane wybuchy. Ale też wpływ dragów na członków jego grupy. Trębacz Rodney był przekonany, że by grac tak jak Bird trzeba się tak samo szprycować. I jeszcze te kochanki. Jakby było tego mało, reżyser miesza chronologię, a jednocześnie świetnie buduje klimat epoki, w czym pomagają mu stylowe zdjęcia Jacka N. Greena. Wygląd tych spelun i knajp, gdzie są grane koncerty oraz mrocznych zaułków Nowego Jorku jest mocno namacalny. Wielu jednak może zniechęcić dość długi czas trwania (ponad 2,5 godziny) oraz pewne wybielenie tej postaci (nie znaczy to jednak, że nie mówi się o narkotykach) – to widać, że reżyser jest fanem tego człowieka i dlatego pewne rzeczy pozostają schowane pod dywan.

bird2

Jednak reżyser znakomicie wybrał odtwórcę głównej roli – Forest Whitaker jest po prostu bezbłędny jako Bird. Zarówno wtedy, gdy jest na haju i mówi bardzo cicho, jednak w sposób bardzo zrozumiały i wyraźny. Bardzo sugestywnie pokazuje swoje sprzeczne emocji, zatracanie się w muzyce oraz nałogu, a jednocześnie pewny siebie i walczący ze swoimi kompleksami. Nic dziwnego, ze aktor otrzymał nagrodę na festiwalu w Cannes, bo mu się należała. Bardzo dobrze sobie też poradziła Diane Venora w roli Chan – oddanej i lojalnej żony Parkera. Poza tym duetem jeszcze warto wspomnieć o Michaelu Zelnikerze (Red Rodney) oraz Keith Davidzie (Dizzy Gillespie).

bird3

Eastwood jest troszkę tutaj fanboyem i pewne niewygodne rzeczy niemal zamiata pod dywan. Jednak efekt jest zadowalający, choć nie jest to typowa biograficzna opowieść. I tym mocnym akcentem Eastwood zamyka lata 80.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda