Solaris

Udane adaptacje utworów Stanisława Lema można policzyć na palcach jednej ręki, choć wielu śmiałków mierzyło się z jego dorobkiem. W 2002 roku amerykański reżyser Steven Soderbergh postanowił zaadaptować „Solaris”, w czym pomógł mu finansowo sam James Cameron. Innymi słowy, miało być ambitne kino SF bez ładowania efektami specjalnymi.

Bohaterem jest psychiatra Chris Kelvin, który dostaje poważne zadanie. Jego przyjaciel, Gibarian, prosi go o przybycie na stację kosmiczną Prometeusz. Znajduje się ona koło planety Solaris, która miała być zbadana przez naukowców. Problem w tym, że zaczęły się dziać dziwne rzeczy, a od pewnego czasu nie ma kontaktu. Na miejscu okazuje się, iż Gibarian popełnił samobójstwo, zaś pozostali naukowcy (Gordon i Snow) wydają się niezbyt rozmowni. Kiedy jednak się odzywają, słowa wydają się niejasne oraz niezrozumiałe. Po wybudzeniu się ze snu psychiatra widzi swoją żonę. Ale czy to naprawdę ona?

Reżyser ewidentnie idzie w stronę dramatu psychologicznego, gdzie cała ta kosmiczna otoczka jest tylko tłem. Jest spora, bardzo sterylna stacja wokół dziwacznej planety, która wygląda jak wodnista kula bez stałej struktury. Jakie ma właściwości i czego tak naprawdę chce? – oto jest pytanie. Tajemnica, która Soderbergha fascynuje, lecz odpowiedź wymyka się z rąk. No i pojawiają się ci goście: kim oni są? Awatarami? Doppelgengerami? Ożywionymi wspomnieniami? Projekcjami? Jakie są ich cele? Kelvin mierzy się ze zmaterializowaną Rheyą – kobietą, którą kochał i była dla niego ważna. A ona pojawia się na stacji i zachowuje się jakby była na Ziemi. O co tutaj chodzi?

Soderbergh stosuje tutaj bardzo ciekawy zabieg wizualny (w końcu sam odpowiada za zdjęcia), pokazując silne różnice między stacją kosmiczną a Ziemią. Pierwsza jest bardzo sterylna, stonowana i pełna chłodnego błękitu, z kolei ta ziemska przypomina sepijne zdjęcia, gdzie niemal wiele jest czerni. Wszystko to doprowadza do intrygującego zakończenia, choć co ono oznacza pozostawiam wam.

Zaś aktorsko jest zaskakująco solidnie. George Clooney w roli Kelvina jest bardzo wyciszony, wycofany, jakby nieobecny. Rozumiem, że chodziło o pokazanie tej postaci jako udręczonej, niepogodzonej ze stratą, jednak nie zawsze to działa. Wiele lepiej prezentuje się Natasha McElhone jako Rheya – zarówno ta pojawiająca się na Ziemi, jak i jej zmaterializowana wersja. Niby takie same, ale kompletnie różne, co widać oraz słychać. Dla mnie jednak film skradła Viola Davis, czyli paranoiczna dr Gordon z niemal przerażonymi oczami. Trudno nie zapomnieć tego sposobu mówienia, zwłaszcza jak opowiada o poradzeniu sobie ze swoim „gościem”.

Wielu zarzuca interpretacji Soderbergha spłycenie oraz zbanalizowanie głębszej, bardziej filozoficznej fabuły. Ta wizja „Solaris” bardziej przypomina formą melodramat w otoczce SF, ale też pokazuje ludzi jako niepotrafiących do nawiązania kontaktu. A skoro nie potrafimy rozmawiać sami ze sobą, to jak mamy sobie poradzić z czymś spoza naszej planety?

7/10

Radosław Ostrowski

The First. Misja na Marsa

Wyobraźcie sobie przyszłość za nieco ponad 20 lat. Technologia jest na tyle spora, używając sztucznej inteligencji czy automatycznych samochodów. Więc czemu by nie wyruszyć na podbój Marsa? Zostaje podjęta misja Providence, z 5-osobową załogą na czele. Dowódcą miał być Tom Hagerty, lecz został zastąpiony. Po wystrzeleniu statku dochodzi do eksplozji, co zaskoczyło i zszokowało niemal wszystkich. Szefowa korporacji Vista, która finansowała oraz współpracowała z NASA, chce ruszyć kolejną ekspedycję za dwa lata. Tylko czy tym razem uda się uniknąć katastrofy oraz zyskać fundusze?

thefirst2

Beau Willimon stał się rozpoznawalny w świecie telewizji dzięki serialowi „House of Cards” (tylko do 4 serii). Po opuszczeniu pracy dla Netflixa zrealizował dla Hulu dramat SF. Wizja przyszłości jest zaskakująco przyziemna, a technologia jest tak naprawdę tylko dodatkiem. Nie jest najważniejsza, więc nie spodziewajcie się jakichś widowiskowych scen czy dynamicznej akcji. „The Frst” jest zaskakująco kameralnym dramatem, bardziej skupiającym się na astronautach. Na ich dylematach, rozterkach wynikających z misji oraz poświęceniu jaki trzeba dokonać. Zwłaszcza, że niemal każdy z przyszłych członków załogi ma lekko pomieszane życie. Nieudane relacje z córką, naznaczone traumą, ciągłe skupianie się na karierze, samotność, pogarszające się zdrowie – niemal każdy odcinek próbuje skupić na jednej z postaci. Są pewne momenty, gdzie potrafi to poruszyć oraz zaangażować (relacja Hagerty’ego z dorosłą córką-ćpunką czy wątek Sadie i jej małżeństwa).

thefirst3

Ale to, co może być – i przez pewien czas było – problemem jest forma. Nie mogę nic złego powiedzieć o zdjęciach, bo te potrafią zachwycić. Zarówno kiedy jest skupiony na detalach, jak i pokazuje krajobrazy jakby z filmów Terrence’a Malicka. A propos Mallicka – podczas tych rozbuchanych krajobrazów, w tle pojawiają się dialogi niemal patetyczne, przez co miałem nieprzyjemne skojarzenia z „Drzewem życia” (do tej pory nie obejrzałem do końca i nie obejrzę). Jakby mało było problemów, chronologia jest zaburzona, przez co czasem fabułę bardzo ciężko się śledzi. A w tle jeszcze mamy mieszankę americany (podniosła trąbka) z przemielonymi dźwiękami elektronicznymi. Schizofrenia wręcz namacalna. Rozumiem, że przez to wiele osób odbiło się, a serial został skasowany po pierwszej serii. Tym bardziej mnie to boli, iż miała być kontynuacja. Ale się nie dowiemy jak przebiegła ta misja.

thefirst1

Aktorsko jest tutaj bardzo solidnie. Swoją robotę wykonuje Sean Penn jako kapitan Hagerty, który zostaje nowym dowódcą misji kosmicznej. Próbuje ułożyć sobie relacje z córką (świetna Anna Jacoby-Heron), choć nad tym wszystkim przewija się cień matki/żony. Najlepiej wypadają w scenach kłótni, gdy postaci granej przez Penna puszczają nerwy. Równie kluczową postacią jest szefowa Visty prowadzona przez Natashę McElhone. Wydaje się być chłodna, bardzo opanowana i nie pozwalająca sobie na jakiekolwiek emocje, ale widać zaangażowanie w swoje przedsięwzięcia. Sami astronauci też wypadają dobrze, chociaż nie zawsze poznajemy ich bliżej, a największe wrażenie robi LisaGay Hamilton (Kayla Price, niedoszła dowódczyni misji) oraz Hannah Wire (Sadie).

thefirst4

Czy warto poświęcić czas „The First”? Jest to bardzo wymagający serial, który wiele razy testuje cierpliwość widza i miejscami skręca w pretensjonalne rewiry. Czuć jednak w tym wiele serca, a i realizacyjnie wygląda to bardzo porządnie. Jeśli szukacie w SF skupieniu się na ludziach, znajdziecie wiele.

7/10

Radosław Ostrowski

Truman Show

Poznajcie Trumana Brubanka. To zwykły szaraczek w zwykłym świecie, mieszkający w niemal idealnym miasteczku Seahaven. Pracuje jako agent ubezpieczeniowy, ma piękną żonę-pielęgniarkę oraz kumpla. Żyje w kompletnym spokoju, aż pewnego dnia zauważa swojego ojca. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż jego ojciec utonął podczas rejsu. Bo Truman nie wie, a my wiemy od początku, że nasz bohater od początku swojego istnienia jest gwiazdą reality show. I co teraz zrobić?

truman_show1

Kiedy w 1998 roku Peter Weir nakręcił ten film, zaczęły się pojawiać w telewizji programy pokroju relity show, czyli prawdziwi ludzie, prawdziwe emocje filmowane wręcz non stop. Ale na ile to wszystko było manipulacją, a ile „szczerymi” zachowaniami, to kwesta na osobny temat. Ale wizja świata, gdzie wszystko jest częścią przedstawiania, w którym absolutnie nie mamy wpływu na przebieg wydarzeń jest bardzo przerażająca. Weir z jednej strony atakuje telewizję, która kompletnie rozmywa granicę między prawdą a fikcją, jednocześnie dotykając wręcz filozoficznego aspektu naszego życia. Świat, gdzie wszystko z góry jest ustalone, a nasz los przypieczętowany, brzmi tak nieamerykańsko, że aż zastanawiam się kto dał pieniądze na ten film.

truman_show2

Chociaż wiemy, że Truman (rewelacyjny Jim Carrey) jest pionkiem w tej „idealnej” wizji świata wyglądającej niczym z filmów lat 50. (imponująca robota scenografów oraz kostiumologów), to trzymamy za niego kciuki i wierzymy, że wyjdzie z tej złotej klatki. Powoli widzimy jego walkę, determinację oraz próbę przełamania, coraz bardziej zaczyna obserwować pewne stałe zachowania oraz irracjonalne momenty (nagła blokada, zamiast radia słychać polecenia reżysera, a winda jest częścią dekoracji), zmuszające go do zadania kilku pytań o sens wszystkiego. A poczucie nierzeczywistości potęguje jeszcze znakomita praca operatorska z dziwnymi kątami, zmienną perspektywą.

truman_show3

Chociaż zakończenie wydaje się szczęśliwe, to jednak miałem wątpliwości, czy Truman poradzi sobie w naszym, niedoskonałym świecie. A ostatnie zdania pokazują, że silny wpływ ma telewizja. Wolimy wygodę, lenistwo oraz bycie w takie klatce, która daje bezpieczeństwo.

truman_show4

„Truman Show” jest bardzo krytycznym spojrzeniem na świat mediów, mogących wykreować niemal raj na ziemi, ale jednocześnie zmusza do zastanowienia nad sensem życia. Brzmi to prowokacyjnie, ale wizja tego świata coraz bardziej budzi przerażenie. Zwłaszcza dziś, gdy technologia tak posunęła się do przodu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski