Mindhunter – seria 2

Kolejne spotkanie z „Łowcami umysłów”, czyli serialem o początkach Wydziału Behawiorystyki FBI. Agenci Holden i Tench nadal prowadzą rozmowy z seryjnymi mordercami, by móc łatwiej ich złapać pod nadzorem dr Wendy Carr. Nadal jednak ich praktyki trochę są traktowane z pewnym dystansem wobec reprezentantów wymiary sprawiedliwości (policja, prokuratura). Jednak pojawia się szansa na wykorzystanie zdobytej wiedzy w praktyce – w Atlancie dochodzi do zaginięć i morderstw dzieci.

Początkowo w tym sezonie reżyserzy (David Fincher, Andrew Dominik i Carl Franklin) wydają się podążać znajomym schematem poprzedniej serii. Czyli przeplatanki życia prywatnego naszej trójki bohaterów z przesłuchaniami kolejnych seryjnych morderców. ALE tutaj jakby większy nacisk jest na prywatne życie Tencha oraz dr Carr. Ten pierwszy mierzy się z powoli rozsypującą się rodziną (chodzi tu o syna, który wskutek pewnego drastycznego wydarzenia niejako cofa się w rozwoju), z kolei ona poznaje potencjalną partnerkę – Kay (Lauren Grazier). Tutaj udaje się zachować równowagę między dramatem obyczajowym a thrillerem i kryminałem. Cały czas czuć napięcie podczas rozmów z seryjnymi mordercami (David Berkowitz, Elmer Wayne Henley Jr.), wraca nawet stary znajomy Kemper (na jedną scenę) i pojawia się sam Charles Manson. Ale tak jest przez pierwszą połowę serialu.

Bo ostatnie cztery odcinki odsuwają kwestię rozmów na dalszy plan, kiedy nasi agenci zostają wysłani do Atlanty. I tutaj „Mindhunter” błyszczy najmocniej. Nasz duet agentów zostaje wsparty przez tamtejszego agenta Jima Barneya. Sprawa jednak jest więcej niż tylko delikatna. Same ofiary są czarnoskórymi dziećmi, więc podejrzany wydaje się oczywisty – Ku Klux Klan. Tutaj zaczyna też dochodzić do tarć między Holdenem a Tenchem – pierwszy z obsesją na punkcie profilu, drugi przytłoczony brakiem równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. To jest jedno źródło problemów, ale nie jedyne. Wrogie nastawienie „czarnej” społeczności do władz, ominięcie kilku istotnych świadków i tropów, nieufność policji wobec dziwnych, biurokratyczne procedury, niedoświadczeni policjanci. Jeszcze w grę wchodzi polityka, bo to rok 1980 i powoli zbliżają się wybory – chaos, panika, zamieszanie, wściekłość mieszkańców. Ten wątek błyszczy najmocniej, gdzie czuć tutaj bezsilność śledczych kolejnymi poszlakami prowadzącymi donikąd oraz furię rodzin ofiar (mocna scena przemówienia burmistrza w kościele). A wszystko kończy się bardzo słodko-gorzkim finałem, który zostanie na długo. Jest on tym bardziej frustrujący, że Netflix skasował ten serial.

Bo jest tutaj kilka kwestii otwartych (m. in. pojawiający się często na początku odcinka tajemniczy serwisant ATD, który wydaje się być fetyszystą w damskich ciuchach), które nadal pozwalały na eksplorację tego tematu. Twórcy nie idą ku robieniu z tego jakiegoś sensacyjnego dreszczowca, zdominowanego przez akcję, pościgi, strzelaniny itd. (jak w pierwszej serii). To powolny, lecz nadal niepokojący tytuł, pozwalający wejść do najmroczniejszych zakamarków ludzkiego umysłu. Fantastycznie wykonany, napisany, zagrany – absolutnie flagowe dzieło Netflixa, które znać trzeba. Kropka.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Castlevania: Nocturne – seria 1

Serialowa „Castlevania” stworzona przez amerykańskie Powerhouse Animation okazała się największą niespodzianką dla fanów gier komputerowych. 4 sezony losów Trevora Belmonta i walki z Draculą oraz jego bestiami były świetnymi, z bardzo brutalnymi scenami akcji, obrzydliwymi monstrami, wyrazistymi postaciami, a także kreską w stylu anime. I w zasadzie na tym los tej ekranizacji mógłby się skończyć, ALE postanowiono zrobić spin-off o potomku rodu Belmont na wojnie z bestiami nocy.

„Nokturn” przenosi nas do XVIII-wiecznej Francji ogarniętej rewolucją, gdzie trafia Richter Belmont. Chłopak mieszka u ciotki Tery i jej córki Marie w jakimś małym miasteczku. Jako dziecko był świadkiem śmierci matki z ręki wampira. Ale w okolicy dzieją się niepokojące rzeczy – wampirza arystokracja próbuje zdławić rewolucję. Do tego pojawiają się pogłoski o planowanym przybyciu wampirzej Zbawicielki. Kimkolwiek ona jest, nie zwiastuje to niczego dobrego. Do Belmonta dołącza czarownica Annette, które uciekła z plantacji na francuskiej kolonii oraz Edouard – śpiewak operowy.

„Nokturn” składa się z ośmiu odcinków po niecałe pół godziny, czyli ma więcej niż pierwszy sezon i zdecydowanie daje więcej czasu na poznanie bohaterów. Nowy scenarzysta Clive Bradley miał trudne zadanie wejść w historię wojny Belmontów i ich sojuszników z wampirami. Lawirowanie między stronami konfliktu, zarysowanie nowych bohaterów i powolne odkrywanie kolejnych tajemnic. O dziwo więcej czasu poświęcamy tutaj sojusznikom Belmonta (Tera, Marie, Annette), poznając ich przeszłość – niepozbawionej brutalności i przemocy – a także szykując się do zebrania szyków oraz ostatecznej konfrontacji. Tutaj wampiry jak zwykle są arystokratami z dużymi wpływami, ale z tego grona najbardziej wybijają się trzy postacie: tajemniczy hrabia Orlox (zabójca matki Belmonta), bezwzględna Drolta oraz Zbawicielka, czyli reinkarnacja egipskiej bogini wojny.

Ta ostatnia jest brutalna, pełna charyzmy i ma plan wprowadzenia do świata wiecznej nocy. Niemniej nie jest ona aż tak wyrazista jak Dracula, Camilla czy Varney. To jest jednak wprowadzenie do większej historii, co mocno sugeruje zakończenie. A że niedawno ogłoszono, że powstanie drugi sezon. Trochę mnie zdziwiła za to jak od niechcenia są tutaj rzucane (rzadko) bluzgi. Jasne, one były już w oryginalnej serii, jednak to wywołało jakiś dziwny zgrzyt. O dziwo dobra jest nowa obsada głosowa, której najbardziej znana jest czwórka aktorów: Nastassja Kinski (ciotka Tera), Richard Dormer (opat Emmanuel), Zahn McClarnon (enigmatyczny hrabia Orlox) oraz Franka Potente („Wampirza Zbawicielka”). Reszta wypada bardzo przyzwoicie, choć troszkę odstaje Edward Bluemel w roli Richtera. Aktor jest strasznie nierówny i próbuje być bardziej wyluzowany, jednak ten dystans mnie nie przekonał. O wiele lepiej wychodzą mu sceny bardziej dramatyczne, gdzie mierzy się (dosłownie i przenośnie) ze swoimi demonami.

„Castlevania: Nokturn” to nadal krwawa młócka, z bardzo dynamicznymi scenami akcji, groteskowo-obrzydliwymi nocnymi stworzeniami oraz mocno w duchu japońskich anime. Niby tylko wprowadzenie do większej opowieści, ale już nie mogę się doczekać kolejnej serii niczym wampir kolejnej dawki krwi.

8/10

Radosław Ostrowski

Zabójca

Killer – wiadomo, co oznacza ten termin. Wynajmowany przez pośredników za duże pieniądze w celu wyeliminowania jednego lub kilku ludzi. A jednocześnie nie może on się wyróżniać z tłumu, bo zostanie rozpoznany. Co oznacza wpadkę, śmierć lub aresztowanie. Było już wiele filmów o specjalistach od eliminowania ludzi spośród żywych jak „Samuraj” Melville’a czy „Leon zawodowiec”. Teraz swoją opowieść o cynglu do wynajęcia postanowił opowiedzieć sam David Fincher, zaś podstawą był francuski komiks.

Tytułowego bohatera, którego imienia i nazwiska nie poznamy nigdy gra Michael Fassbender. Jak go poznajemy jest w Berlinie naprzeciwko bardzo eleganckiego hotelu. Czeka, gimnastykuje się, składa broń i mierzy sobie ciśnienie. To już czwarty czy piąty dzień, a cel nadal się nie pojawia. Wyczekiwanie się dłuży i jest szansa, że zlecenie może w ogóle nie zostać wykonane. Ale w końcu się pojawia delikwent w pokoju, pojawia się kobieta… udzielająca się społecznie, snajperka jest gotowa. Niestety, nasz zabójca trafia prostytutkę i cały misterny plan poszedł w pizdu. Zabójcy udaje się uciec i robi coś, co raczej mało kto się spodziewał – wraca do domu na Dominikanie. A tam zostaje pobita jego kobieta i to bardzo, co dla naszego bohatera daje motywację oraz nowy cel – zemstę.

Sama fabuła jest prosta, wręcz standardowa, czyli klasyczne kino zemsty w wykonaniu zimnego profesjonalisty. A przynajmniej kogoś próbującego zachowywać się niczym bohater gier z cyklu Hitman. Nasz bohater w 95% wypowiada się tylko z offu i powtarza swoje credo jak mantrę, żeby działać w sposób wykalkulowany, zgodnie z planem oraz by mieć to wszystko w dupie. Jakby miał porównać nowy film Finchera, to jest to „Samuraj” Melville’a nakręcony przez… Paula Schradera. Nie brakuje tu pościgów, różnych lokacji czy zmian tożsamości i przygotowań, ALE to nie jest film akcji.

Tu nie ma strzelanin, ciągle podkręcanej adrenaliny czy pędzącej na złamanie karku akcji. „Zabójca” więcej czasu spędza na… czekaniu, szukaniu informacji, przygotowania do roboty. Wszystko o wiele bardziej powolne, wręcz zimne w wykonaniu, bez żadnego dreszczyku adrenaliny. Jednocześnie Fincher potrafi wciągnąć w taką historię, mimo bardzo wycofanego bohatera, którego poznajemy tylko przy pomocy narracji z offu oraz w działaniu. W zasadzie tylko w jednej scenie poznajemy (na krótko) jego dziewczynę, ale ta relacja nie była na tyle mocno zbudowana, by mogła mocniej zadziałać. Nie mniej jednak wciągnąłem się w tą zemstę. Pozbawioną efekciarstwa, lecz nadal bardzo stylowa, ze świetnym montażem oraz pracą kamery. Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła muzyka, jednak jest pewien dość zaskakujący szczegół z tym związany. Kiedy nasz bohater słucha muzyki na słuchawkach (i są to same kawałki The Smiths) brzmi wyraźnie tylko, gdy widzimy akcję z jego oczu. Gdy patrzymy na bohatera z boku, jest ona odpowiednio przytłumiona (bardziej lub mniej) w zależności od tego, gdzie na ekranie znajduje się źródło dźwięku. Niby detal, a mocno się wyróżnia. Tak jak nieoczywisty finał, który bardzo mnie zaskoczył czy zadziwiająco oszczędne dialogi.

I to wszystko trzyma na barkach Fassbender. Aktor ostatnio nie miał szczęścia do dobrych scenariuszy, przez co nie miał szans na wykazanie się. Tutaj jako zabójca prezentuje się bardzo dobrze, skupiając się przede wszystkim na mowie ciała oraz dobrych spojrzeniach. Jedynie narracja z offu pozwala go poznać jako doświadczonego zawodowca, niepozbawionego ironicznych złośliwości czy pragmatycznie (uśpienie psa mięsem z lekami nasennymi) podchodzącego do rozwiązywania problemów. Reszta postaci to w zasadzie epizody, które nadal są wyraziste jak Tildy Swinton (ekspertka), Charlesa Parnella (prawnik) czy Arlissa Howarda (klient) i tutaj nie ma słabego punktu.

Bez cienia wątpliwości „Zabójca” to obok „The Social Network” najbardziej rozrywkowy i stylowy film w dorobku Finchera. Pozornie idzie znajomymi ścieżkami, by za każdym razem pójść w innym kierunku, grając z naszymi oczekiwaniami oraz schematami związanymi z kinem zemsty. Bardzo zimny i wyrafinowany w formie, ale z bardzo fascynującym, nieoczywistym bohaterem, który zostanie ze mną na długo po seansie.

8/10

Radosław Ostrowski

Freestyle

Po obejrzeniu „Zadry” straciłem jakąkolwiek nadzieję na dobry polski film o rapie lub z rapem w tle. Wcześniej było „Jestem bogiem” o Paktofonice czy „Inni ludzie” Terpińskiej, ale to trochę niewiele. Teraz niczym młody, zdolny chłopak w dresiku przybył – niczym rycerz na białym koniu – Netflix ze swoim nowym dziełem. Czyli „Freestyle”, co w slangu rapowym oznacza improwizowaną nawijkę na zadany temat.

Naszym głównym bohaterem jest Darek zwany Diego (zaskakujący Maciej Musiałowski) – młody chłopak z Krakowa, syn znanego ojca w półświatku. Razem z kumplem „Mąką” (Michał Sikorski) szykują się do nagrania rapowej płyty. Ale, niestety, jego kumpel to totalny patafian i tępy piździelec, co go ciągnie ze sobą na dno. Bydlak nawet podczas sesji nagraniowej ukradł mikrofon. Jednak jest szansa na naprostowanie sprawy i zarobienie – trzeba zawieść towar na słowacką stronę. Tam lokalny gangster Martin (Jakub Nosiadek) proponuje kolejny dil, czyli sprzedaż dwóch kilo koksu. Coś, czym kiedyś -nasz heros się zajmował, lecz już wypadł z gry. Razem z dawnym kumplem „Batonem” oraz braćmi Stary przygotowuje towar i rusza. Co może pójść nie tak? Ano pojawia się psiarnia, Mąka zostaje zatrzymany, zaś Diego z towarem udaje się uciec. No i się zaczyna się wyścig z czasem.

Za „Freestyle” odpowiada Maciej Bochniak, czyli reżyser znany głównie z filmu „Disco polo”. Nawet jeśli początkowo można było odnieść wrażenie, że dostaniemy coś w klimacie „8. mili”, to jest tylko złudzenie. Bliżej jest tutaj do klimatów kina braci Safdie zmieszanego ze… „Ślepnąc od świateł”. Mimo że akcja toczy się w Krakowie, a nie stolicy. Gdzieś jest tutaj podobne poczucie ciągłego pośpiechu, ruchu i zaciskającej się pętli, zaś Diego desperacko sięga po kolejne brzytwy, by utrzymać się na powierzchni. A każda próba jedynie komplikuje całą – i tak niełatwą – sytuację. I ja czekałem na ten moment, gdy ta nakręcająca się spirala w końcu huknie w spektakularny sposób.

Nawet jeśli zbiegi okoliczności wydają się absurdalne jakby Kraków nagle zmienił się w bardzo małe miasteczko, zaś zachowanie niektórych postaci (bracia Stary, co niby są twardzi i bezwzględni, ale tak naprawdę to chcą pomóc naszemu Diego wyjść z tarapatów) budzi pewne wątpliwości, to ogląda się to całkiem nieźle. Kamera niemal cały czas jest skupiona na protagoniście, czy to filmując go zza pleców, czy w dużych zbliżeniach; w tle przygrywa bardzo pulsująca muzyka, zaś wszystko spowite jest szarzyzną i mrokiem. Niemniej czasem zgrzytają dialogi, gdzie za bardzo próbujemy rzucać slangiem i w dużej ilości bywa to niezbyt strawne. Także otwarte zakończenie mnie akurat rozczarowało.

Aktorsko jest całkiem nieźle, głównie dzięki obsadzeniu raczej mniej znanych i ogranych twarzy. Poza Maciejem Musiałowskim, który od mniej więcej trzech lat magnetyzuje swoją obecnością. Tutaj wypada dobrze i jest przekonujący. Tak samo jak znany z „Sonaty” Michał Sikorski w roli robiącego coraz większe przypały „Mąki”, który okazuje się większym cwaniakiem niż się wydaje. Za to sporym zaskoczeniem była obecność kompozytora Pawła Mykietyna, wcielającego się w „Tumana” oraz całkiem niezły Artur Krajewski (lichwiarz Zbigniew) czy świetny duet Roman Gancarczyk/Olek Krupa (bracia Jacek i Józef Stary). Za to słabiej wypadają panie, czyli Nel Kaczmarek (influencerka Miki) i Hanna Nobis (Kira), które nie mają zbyt wiele do zagrania.

Więc jak podejść do tego „Freestyle’u”? Bochniak czerpie dobre wzorce i nawet jeśli jest to zbyt znajome, nie wywołuje poczucia znużenia czy zażenowania. Czuć dobrą rękę reżysera, ale także nie do końca wykorzystano potencjał tego dzieła.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Operacja: Soulcatcher

Polski oddział Netflixa próbuje robić wszystko, by ubarwić trochę poziom kina gatunkowego na naszym podwórku. W większości przypadków z marnym skutkiem i raczej kolejne premiery nie wywołują zbyt wielkiego szumu. Takie są też produkcje Daniela Markowicza – producenta filmowego, który próbuje sił jako reżyser. W raczej nieudanych filmach pokroju „Bartkowiaka” i „Planu lekcji”, ale jak to się mówi: do trzech razy sztuka.

soulcatcher1

„Operacja: Soulcatcher” opowiada o byłym żołnierzu, a obecnie najemniku Kle (Piotr Witkowski). Zostaje wysłany z grupą sprawdzonych wojaków do Czeczenii z tajną misją. Plan jest prosty: zdobyć materiały i wyciągnąć niejaką Elizę Mazur (Michalina Olszańska), ale od początku wszystko idzie nie tak. Najpierw zostaje zabity przewodnik, a następnie grupa wpada w zasadzkę. Jakby tego było mało, podczas akcji ginie paru członków grupy oraz pojawia się tajemnicze urządzenie. Jak się okazuje po powrocie jest to Soulcatcher – cacko, co miało wyleczyć ludzi z raka, a zamienia ich we wściekłych zombie-wojaków. A posiadanie takiego cacka może stworzyć armię większą niż wojska III Rzeszy i Armii Czerwonej razem wzięte. To nie może się stać, więc Kieł tym razem – z poręczenia rządu – wyrusza na tajną akcję.

soulcatcher4

Fabuła jest tak prosta jak konstrukcja cepa, ale w takich filmach to sprawa drugorzędna. Wszystko tutaj zależy od realizacji, a ta ewidentnie celuje w rejony kina klasy B. Postacie są szczątkowo zarysowane, jednowymiarowe niczym komiks i jest to tak schematyczne, że bardziej się nie da. Mamy milczącego twardziela z wyrzutami (Kieł), śmieszka (pilot Krzysiek), klona Jasona Momoy (Byk), eks-twardzielkę, co wraca do gry (Burzę). Mało wam? Jest też nowy członek zespołu, co w kluczowym momencie okazuje się zdrajcą (Damian) – oczywiście, że tak; zmuszonego do współpracy dobrego naukowca (zmarnowany Jacek Poniedziałek) czy absolutnie przejaskrawionego złego generała (Mariusz Bonaszewski powinien mieć zakaz mówienia po angielsku – CHRYSTE PANIE, CO TU SIĘ ODJANIEPAWLIŁO).

soulcatcher2

Na te bzdury i przewidywalność jeszcze można byłoby przymknąć oko, ALE… same sceny akcji są troszkę słabiutkie. Nawet mordobicie w „Planie lekcji” czy walki w „Dniu matki” wyglądały bardziej ekscytująco. Same zdjęcia są tutaj całkiem niezłe, jednak brakuje tutaj adrenaliny, kreatywności i finezji w formie. Przy „Tylerze Rake’u” to prezentuje się zwyczajnie blado, szczególnie przy strzelaninach ze sporym użyciem MOCNO widocznych efektów komputerowych. Nieliczne sceny mordobicia po prostu… są i tyle mogę o nich powiedzieć. Nie jest to chaotyczne czy nieczytelne, ale pozbawione oryginalności, przez co staje się dość szybko nudny.

soulcatcher3

„Operacja: Soulcatcher” jest, niestety jednym z największych zawodów tego roku. Nie oczekiwałem wiele, ale dostałem jeszcze mniej. W zasadzie nie ma tutaj zbyt wiele zalet i wydać bardzo słabą rękę Markowicza jako reżysera. Jeśli będzie chciał sięgnąć za kamerę, niech to poważnie i głęboko przemyśli, bo kolejna wpadka może być końcem kariery.

3/10

Radosław Ostrowski

Dzień Matki

Polskie kino sensacyjne ostatnimi czasy jest w nie najlepszym stanie. Bo poza marnym Patrykiem Vegą i trochę lepszym Pasikowskim Władkiem, reszta albo jest całkiem przyzwoita („Jak zostałem gangsterem” Macieja Kawulskiego), albo słabo (produkcje Daniela Markiewicza – „Diablo. Gra o wszystko”, „Bartkowiak”, „Plan lekcji”). Teraz z tym gatunkiem postanowił się zmierzyć młody reżyser Mateusz Rakowicz.

Fabuła „Dnia matki” skupia się na Ninie (Agnieszka Grochowska) – uznanej za zmarłą byłą agentkę tajnych służb. Jest wycofana, zamknięta w sobie i prowadzi życie żywego trupa. Po co ta maskarada? Żeby chronić swojego biologicznego syna, który mieszka z rodziną zastępczą. Ku jej zaskoczeniu, 17-letni Maks (Adrian Delikta) zostaje uprowadzony. Podobno stoi za tym pewien serbski mafiozo, który chce się zemścić za śmierć ojca. I wykorzystuje do swoich celów młodego gangstera o ksywie Woltomierz, który macza palce we wszystkim – handlu narkotykami, ludźmi, praniu brudnych pieniędzy. Nina korzysta z pomocy dawnego kolegi z pracy – Igor (Dariusz Chojnacki).

Na papierze fabuła jak coś w stylu „Uprowadzonej”, gdzie Grochowska jest Liamem Neesonem, choć obiecywano coś a’la „John Wick”. Rakowicz, co już pokazał w debiutancko „Najmro”, ewidentnie stawia tu na styl. Kolory są mocne i nasycone, momentami wręcz jaskrawe, klimat troszkę wzięty z kina lat 90., ale przeniesiony do dzisiejszych czasów. Sama fabuła i intryga jest prosta jak konstrukcja cepa, ale nie po to się ogląda tego typu filmy. Tylko dla egzekucji, czyli mięsistych scen walenia sobie w mordę i/lub strzelania i wyrazistych bohaterów. Już sam początek zapowiada młóckę, gdy Nina idzie do sklepu po piwo. Wracając do domu widzi grupkę „narodowców” zaczepiających młodą kobietę. Zamiast przejść obojętnie i pójść do domu, kończy się to bójką z użyciem browarów (co za marnotrastwo alkoholu!!!).

Dalej nie brakuje kreatywnych momentów, z których najbardziej wybija się młócka w kuchni. Tutaj kamera niemal przyklejona jest do Niny, jedynie w zbliżeniach zwraca uwagę na detale i jest to świetnie zmontowane. W takich chwilach widać jak reżyser bawi się konwencją i odnajduje rytm. Nie brakuje tu małych twistów czy bardzo charakternego antagonisty (a właściwie to dwoje), których z pamięci nie da się wymazać. Nieważne, czy to absolutnie przejaskrawiony Woltomierz (szalony Szymon Wróblewski) czy piorąca brudne pieniądze dyplomatka ze wschodu (zaskakująca Jowita Budnik) – to mocne postacie, jakich dawno nie było i pasuje do tego, trochę campowego tonu.

Mnie się to podobało, ALE jest parę problemów. Po pierwsze, parę scen akcji nie ma tak mocnego uderzenia czy tempa, a nawet widać markowane ciosy. Po drugie, syn bohaterki jest dość irytujący, co na początku jeszcze jest zrozumiałe, bo znalazł się w sytuacji, która go przerasta. I nie może się odnaleźć, a jego relacja z matką (o której nic nie wiedział) jest szorstka, niełatwa. Ale budowanie więzi między tą dwójką jest trochę bardziej przyjmowane na słowo, przez co nie kupiłem tego. A po trzecie, gdzieś w połowie „Dzień matki” traci impet i gdzieś pod koniec zaczynał wracać do dawnego rytmu.

Wszystko na swoich barkach trzyma Agnieszka Grochowskiej, jakiej nigdy nie mieliśmy szansę zobaczyć. Nina to twarda, szorstka, wycofana emocjonalnie, z twardymi pięściami oraz… poczuciem pustki. A wszystko to pokazane z jednej strony oszczędnie, mową ciała, a z drugiej w scenach akcji wypada bardzo przyzwoicie. Świetnie wypada też Dariusz Chojnacki jako pomagający protagonistce (ale czy na pewno?) Igor. Bardzo przekonująco pokazuje pewną nerwowość, poczucie presji (mruczenie pod nosem, dziwaczny coś jakby śmiech) oraz dość niełatwą relację z nastoletnią córką. Film jednak skradła zaskakująca Jowita Budnik, cały czas mówiąca pa ruski, kompletnie nie do rozpoznania oraz równie jaskrawy Szymon „Woltomierz” Wróblewski.

„Dzień Matki” nie zrobił na mnie aż tak piorunującego wrażenia jak debiutancki „Najmro”, ale to kawałek całkiem niezłego kina. Czuć tu pasję, sercę oraz kilka ciekawych pomysłów inscenizacyjnych, jednak doszło do paru potknięć. Niemniej jest to krok w dobrym kierunku, zaś zakończenie zostawia otwartą furtkę na ciąg dalszy i szansę na lepszy sequel. Czego bym sobie bardzo życzył.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tyler Rake II

Trzy lata temu, kiedy większość ludzi zmuszona została do pracy zdalnej, zaś ośrodki kultury zostały zamknięte, na Netflixie pojawił się On. Młodszy brat twardzieli kina akcji pokroju Stallone’a czy innego Schwarzeneggera, który zgubił się w czasie i trafił do naszej epoki. Nazywał się Tyler Rake (Chris Hemsworth), miał twarz słynnego boga młotków – Thora oraz był niemal chodzącą kliszą: twardym najemnikiem z cierpiącą duszą i absolutnie niczym do stracenia. Wtedy szalał po Bangladeszu, by odbić syna szefa kartelu narkotykowego, zaś w finale… no nie był w najlepszym stanie fizycznym.

Jednak nie z takich opresji wychodził, został znaleziony przez kumpelę z ekipy Nik, a następnie trafił do szpitala. Paromiesięczna rekonwalescencja oraz pobyt w leśnym domku na terenie robią swoje, choć ręka na temblaku i noga jeszcze kuleje. Czyli raczej koniec akcji i naparzanki oraz początek spokojnej emerytury? No nie, bo inaczej ten film by nie powstał. Pojawia się tajemniczy koleś z brytyjskim akcentem i daje Rake’owi robotę, której nie może odmówić. Dlaczego? Tym razem celem do odbicia jest jego szwagierka i ich dzieci trzyma w gruzińskim więzieniu razem z mężem-gangsterem. Jak to zrobić? Po cichu i bez hałasu. Co może pójść nie tak?

W sumie jeśli miałbym opisać drugą część dzieła Sama Hargrave’a, to wygląda jak misja ze współczesnych odsłon Call of Duty, gdzie grasz na kodach i jesteś praktycznie niezniszczalny. Czyli jest jeszcze krwawiej, brutalniej, ostrzej i na większą skalę. Czuć, że dano większy hajs i reżyser jeszcze pewniej operuje kamerą niż poprzednio. I tak jak poprzednio historia jest pretekstem, by zobaczyć naszego wściekłego Rake’a w akcji. To ten typ, co mówi mało, jest cynicznym twardzielem, którego determinacja jest tak silna, że NIC nie może go powstrzymać. Choćby był dźgany, postrzelony, bity i połamany, niczym „Nobody” czy bohater „Sisu”.

Akcja jest jeszcze bardziej szalona niczym z komputerowej strzelanki, co dobitnie pokazuje ponad 20-minutowa (!!!), zrealizowana w jednym ujęciu (albo z poukrywanymi cięciami montażowymi) sekwencja ucieczki z więzienia. Czego tam nie ma: bunt więźniów, przebicie się przez spacerniak, ścigające motocykle, helikoptery czy atak na pociąg. Wszystko skąpane we krwi zmieszane z praktycznymi i komputerowymi efektami specjalnymi, wybuchami, oraz świszczącymi kulami. Bez żadnych większych ambicji, prób pokazania skomplikowanego świata czy głębokich portretów psychologicznych. To jest BRUTALNY, gwałtowny i intensywny film akcji dla dorosłych, gdzie ludzi morduje się z bezwzględnością zwierzęcia. Nawet z płonącą ręką!!! Naparzanka jest jeszcze bardziej satysfakcjonująca niż w poprzedniku, zaś Chris Hemsworth i (mający o wiele więcej czasu ekranowego) duet Golshifteh Faharani/Adam Bessa mają o wiele więcej roboty, będąc w swoim żywiole. Gdybym nie widział nowego Johna Wicka, byłbym pod jeszcze większym wrażeniem.

Wiele wyrazistszy jest antagonista, czyli psychopatyczny brat gangstera (Tornike Gogrichiani). Wychowany surową ręką jest w zasadzie lustrzanym odbiciem Rake’a – jest tak samo zdeterminowany, twardy, ale jest w stanie zrobić wszystko dla zemsty. Bez względu na cenę i ofiary jakie musi ponieść, włączając w to nawet swojego siostrzeńca, Sandro. A propos niego – chłopak oraz cała rodzinna drama jest dla mnie. I nawet nie chodzi o to, że to moment na złapanie oddechu przed kolejną rzeźnią oraz lepsze poznanie tych postaci. Ale dzieciak jest strasznie irytujący, choć raczej chodziło o wywołanie w jego głowie konfliktu między lojalnością wobec ojca i wuja a matką oraz ekipą Rake’a. Co doprowadza do śmierci kilku osób.

Ale poza tym wątkiem reszta była dla mnie dokładnie tym, czego się spodziewałem. Czyli ostrą, wściekłą młócką na większą skalę. I nie chodzi tylko o różne lokacje, ale o więcej wiader krwi oraz wręcz szalonych technicznie scen akcji. Hargrave rozwija się jako reżyser i tak dalej pójdzie, to może zostać postawiony obok klasyków gatunku. Od razu uspokajam, będzie część trzecia, której nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Transformers: Wojna o Cybertron – Królestwo

Ostatnia część serialowej trylogii tym razem toczy się nie na Cybertronie, nie na statkach kosmicznych, lecz na nieznanej planecie. Tutaj rozbijają się statki Megatrona i Optimusa Prime’a w poszukiwaniu Wszechiskry, od której zależą losy Cybertronu. Na miejscu okazuje się, że planetę zamieszkują… Transformersy z przyszłości. Znaczy się z innej linii czasowej, ale zamiast w maszyny zmieniają się w zwierzęta: Maximale i Predacony. Sprawy się jeszcze bardziej komplikują, gdy Megatron otrzymuje od Predaconów Złoty Dysk, gdzie zapisana jest cała przyszłość.

transformers3-1

„Królestwo” podbija stawkę do granicy możliwości, cały czas rozwijając to uniwersum. Tym razem akcja niemal wydaje się skupiona na jednym celu i nie jest aż tak przeładowana wątkami pobocznymi jak poprzednie sezonu. Nowe postacie oraz powrót paru istotnych podbudowuje tą szaloną historię, gdzie czuć ciężar stawki. Cały czas trwa ewolucja liderów, dorastających do swoich ról, ale cały czas skrywa ich pewna mgła tajemnicy. W pewnym momencie teraźniejszość i przyszłość ścierają się ze sobą, co było sugerowane już w jednym odcinku „Wschodu Ziemi”.

transformers3-2

Dynamika między naszymi starymi znajomymi a bardziej zaawansowanymi, nowymi maszynami nie pozbawiona jest zarówno odrobiny docinków, jak też wsparcia i szacunku. Najbardziej zaskoczyła mnie dynamika między Blackarachnią (Predaconem zmieniającym się w pająka) a Starscreemem. Oboje wydają się niejako zbuntowanymi, chodzącymi swoimi drogami intrygantami, nie budzącymi zaufania. Wszystko jednak zmienia poznanie treści Złotego Dysku, co mocno niszczy psychikę prawej ręki lorda Megatrona. Tak samo postać skonfliktowanego Dinobota, który rozdarty jest między lojalnością a obserwowaniem szaleństwa swoich towarzyszy. Jeszcze przebijają się pewne podejrzenia, że cały ten konflikt był niejako od samego początku zaplanowany. Że komuś bardzo jest to na rękę, by doszło do rozpadu i zniszczenia Cybertronu.

transformers3-3

Z odcinka na odcinka wszystko zaczyna rozpędzać się aż do mocarnego i satysfakcjonującego finału. Poszukiwanie Wszechiskry wciąga mocno, bo a) wszelkiego rodzaju kosmiczne GPSy świrują, b) w przestrzeni znikają pewne rzeczy. To wszystko wygląda niesamowicie, tak jak wizje Starscreema po obejrzeniu Złotego Dysku. Z kolei dwa ostatnie odcinki to zderzenie różnych linii czasowych, gdzie pojawiają się alternatywne wersje liderów oraz silna (także emocjonalnie) konfrontacja. Byłem kompletnie oszołomiony, a finał zostawia pewną otwartą furtkę na kontynuację.

transformers3-4

„Królestwo” wieńczy i zamyka „Wojnę o Cybetron” z hukiem oraz pełną satysfakcją. Nie byłem wielkim fanem anime, ale po serialowej „Castlevanii” mój stosunek zaczyna się zmieniać. Rewelacyjne dzieło, które bije na głowę wszystkie filmowe inkarnacje Transformersów.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Transformers: Wojna o Cybertron – Wschód Ziemi

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery dotyczące pierwszej serii – „Oblężenia”

Akcja „Wschodu Ziemi”, czyli drugiego sezonu „Wojny o Cybertron” kontynuuje historię konfliktu między Autobotami a Decepticonami. Optimusowi udaje się wysłać Wszechiskrę przez Kosmiczny Most poza macierzystą planetę. W konsekwencji Cybertron traci swoją energię, doprowadzając to miejsce na skraj zagłady. Arka z załogą pod wodzą Prime’a wskutek eksplozji mostu gubi źródło życia i rusza w poszukiwaniu Wszechiskry. W tym samym czasie niedobitki Autobotów pod wodzą Elity-1 odbijają uwięzionych towarzyszy i odkrywają, że Megatron coś kombinuje.

Twórcy idą dalej ścieżką wyznaczoną przez „Oblężenie”, czyli dodaje głębi bohaterom (także drugoplanowym) i utrzymuje w odcieniach szarości. Nadal jest to sześć odcinków po około 25 minut oraz utrzymane w stylistyce anime, a czas mija jak z bicza strzelił. Jednocześnie dzięki wyjściu poza Cybertron coraz bardziej poznajemy ten świat. Bo jest zarówno grupa najemników, rasa panów z wieloma głowami, pojawiają się retrospekcje (Megatron jako wojownik na arenie) i nowe postacie.

Znowu można odnieść wrażenie, że dzieje się tu bardzo dużo w tak krótkim czasie. Niemniej „Wschód Ziemi” cały czas trzyma w napięciu, zaś dwutorowość narracji działa tu na korzyść. Jest parę absolutnie świetnych scen akcji, z których najbardziej imponująca jest próba wysadzenia stacji kosmicznej uwięzionej w Kosmicznym Moście. I jeszcze próba zabicia znajdujące się robota o kształcie… skorpiona, na którego pociski nie robią żadnego wrażenia. Ale najważniejszy jest tutaj odcinek piąty, gdzie ekipa Prime’a oraz ścigających ich Megatron trafiają do Martwego Wszechświata. Nie tylko sama pustka robi piorunujące wrażenie, ale to przełomowy moment dla obu liderów. Obaj trafiają na przebywających tu mentorów, którzy pozwalają wyzwolić najlepsze z nich (lub w przypadku Megatrona najgorsze), przez co brutalny finał działa jeszcze mocniej. I oczywiście, że kończy się to mocnym cliffhangerem, zapowiadając mocne zwieńczenie trylogii.

Już się przyzwyczaiłem do nowych głosów i tego animowanego stylu, zaś dialogi (nadal miejscami ociekające patosem) pasują do tego świata. „Wschód Ziemi” rozwija i utrzymuje poziom poprzednika, co tylko mój apetyt na część trzecią – „Królestwo”. A podobno Netflix marnuje znane franczyzy i rozmienia na drobne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Transformers: Wojna o Cybertron – Oblężenie

Netflix uderzał tyloma serialami oraz zdobytymi markami, że ciężko wręcz za tym nadążyć. „Seria niefortunnych zdarzeń”, „Ciemny kryształ”, „Castlevania”, „League of Legends” – żeby wymienić tylko kilka z nich. Ale trzy lata temu pojawiła się serialowa trylogia oparta na… Transformersach. A dokładniej na wojnie na Cybertronie, czyli gdzie żadne filmy live action nie skupiały pełnej uwagi.

Pierwszy sezon – „Oblężenie” niejako rzuca nas w sam środek konfliktu między Autobotami a Decepticonami. Walka już trwa, zaś planeta przypomina coraz bardziej zgliszcza. Drogi Optimusa Prime’a i Megatrona, którzy wiele lat temu wspólnie walczyli z tyranią rozeszły się. Teraz ten drugi wydaje się dominującą siłą, zaś Prime desperacko próbuje znaleźć sposób na wygraną. Jego siły są coraz słabsze, ale wszystko się zmienia przez jeden cenny przedmiot – Wszechiskra (Allspark). To źródło energii Cybertronu, bez którego cała planeta wyginie. Megatron chce użyć jej mocy do wyczyszczenia Autobotów, Optimus Prime – wystrzelić poza planetę, co może doprowadzić do niemal zagłady planety i wszystkiego, co się znajduje.

Pozornie to tylko sześć odcinków po nieco ponad 20 minut, więc raczej nie ma zbyt wiele czasu na poznanie całego świata, bohaterów itp. A jednak twórcy tego anime w krótkich zdaniach budują podwaliny pod ten świat. Jak doszło do rozłamu, jak bardzo różnią się (i są jednocześnie podobni) przywódcy i gdzie wielu wojowników czuje zmęczenie, inni mają to wszystko gdzieś (Bumblebee), a inni zmieniają strony. Niemniej wszystko jest jasno poprowadzone, mimo natłoku wątków i postaci oraz ograniczonego budżetu. Sama planeta wydaje się się opustoszała, pozbawiona życia i wyniszczona przez wojnę, co buduje depresyjny klimat oraz poczucie ciągłego zagrożenia.

Zaskoczyło mnie jak cała ta historia wciąga od samego początku. Nawet jak pojawiają się chwile przestoju, nie trwają zbyt długo, pomagając w zarysowaniu charakterów i dodając o wiele większej głębi niż się można było spodziewać. Choćby sami liderzy obu stron, którzy nie są jednowymiarowymi jednostkami z góry podzielonymi na tego dobrego (Optimus Prime) i złego (Megadron). Obaj wierzą w swoje racje, są uparci wręcz do granicy szaleństwa i do pewnego stopnia zaślepieni swoimi racjami, bez jakiejkolwiek szansy na porozumienie. Tak, Prime’a też to dotyczy, gdzie nawet jego towarzysze (Elita) powątpiewają w jego zdrowy rozsądek, a nawet jak Ultra Magnus poddają się.

Sama animacja jest więcej niż przyzwoita, gdzie tło jest dwuwymiarowe, zaś nasze roboty to trójwymiarowe postacie. Poruszają się trochę wolniej niczym mechy z „Pacific Rim”, ale mi to kompletnie nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do irytującego dźwięku, gdy roboty zamieniały się w maszyny. Jeszcze bardziej zaskakujący jest brak znanych aktorów głosowych, którzy kojarzeni są z serią Transformers. Niemniej ich zmiennicy poradzili sobie naprawdę dobrze, czego chyba nikt się nie spodziewał. Trudno mi wskazać jednak faworyta w tym składzie, bo każdy dźwiga swoją postać i jest łatwy do rozróżnienia.

Pierwsza część serialowej „Wojny o Cybertron” jest świetnym wprowadzeniem w świat mechów zmieniających się w pojazdy. I to zarówno dla fanów serii, jak też dla osób nie mających styczności z zabawkami, poprzednimi filmami czy komiksami. Ja już nie mogę się doczekać kolejnych części tego cyklu.

8/10

Radosław Ostrowski