Superman: Powrót

Do zobaczenia za 20 lat – tymi słowami zwrócił się Superman do Lexa Luthora w czwartej części przygód Człowieka ze Stali. Nikt jednak nie spodziewał się, że niemal te słowa okażą się prorocze. Bo niecałe 20 lat od katastrofalnego „Superman IV” największy harcerzyk kina superbohaterskiego wrócił. Po dwóch nieudanych próbach kontynuacji, z błogosławieństwem samego Richarda Donnera oraz znanym z serii „X-Men” reżyserem Bryanem Singerem na pokładzie. Mimo sporego budżetu i całkiem niezłych wyników box office, film wydaje się zapomniany wśród fanów kina superbohaterskiego.

Akcja „Superman: Powrót” zaczyna się pięć lat po wydarzeniach z drugiej części, kompletnie ignorując pozostałe. Superman (debiutujący Brandon Routh) zniknął z Ziemi. Przyczyną były informacje od astronomów o odnalezieniu resztek planety Krypton. Ale naszemu herosowi nie udaje się znaleźć nikogo żywego z jego pobratymców. Teraz wraca na Ziemię, gdzie świat bardzo mocno się posunął do przodu. Lois Lane (Kate Bosworth) zdobyła nagrodę Pulitzera, ożeniła się z siostrzeńcem naczelnego Daily Planet, Richardem Whitem (James Marsden) i ma pięcioletniego syna. Z kolei Lex Luthor (Kevin Spacey) wymknął się sprawiedliwości, a teraz zaczyna znowu knuć. Zgadnijcie kto go może powstrzymać?

Film Singera to dość dziwna bestia. Z jednej strony jest to sequel, w zasadzie można nazwać go „Superman V”, lecz z drugiej jest w pewnym sensie… remakiem klasyka Donnera. Reżyser mocno odnosi się do filmu z 1978 roku, zarówno w kwestii dialogów, inspirowanych scen, jak i głównego planu Luthora (lekko zmodyfikowany, ale ogólny szkielet jest identyczny). Niby próbuje dorzucić coś od siebie, ale w zasadzie jedynym elementem był… syn Supermana, o którego istnieniu przypadkowo odkrywa łysy geniusz zbrodni. Akcji jest zaskakująco niewiele (najbardziej zapada w pamięć ratowanie samolotu pasażerskiego czy ułożenie spadającej kopuły Daily Planet na ziemię), wszystko w szaro-burych, niemal wypranych kolorach (próbuje być na siłę realistyczny wizualnie) i bardzo się wlecze. Nawet scenografia (poza siedzibą Daily Planet i Smallville) nie rzuca się za mocno w oczy. Brakuje tutaj jakiegoś ognia, emocji i zaangażowania. Sytuację częściowo ratuje fantastyczna muzyka Johna Ottmana, wykorzystująca ikoniczny motyw Johna Williamsa oraz niezły montaż.

Sama obsada jest dość nierówna mieszanka. Brandon Routh jako Superman/Kent przypomina fizycznie Christophera Reeve’a, ale scenariusz oraz dialogi ciągną go mocno w dół. Do tego w scenach latania nasz Supek jest zrobiony w CGI i wygląda niczym figura woskowa (szkoda, bo reszta efektów specjalnych jest cholernie dobra). Za to ogromnym rozczarowaniem jest Kate Bosworth w roli Lois Lane – absolutnie sztuczna, egoistyczna, znowu wciśnięta do roli damy w opałach. Co gorsza, między nią a Routhem chemia postanowiła zrobić sobie wolne, przez co kompletnie się nie wierzy w ten związek. Za to absolutnie świetny jest Kevin Spacey w roli Luthora – odpowiednio teatralny, opanowany i jednocześnie ma najwięcej frajdy z grania. Reszta aktorów (Frank Langella, Parker Posey, James Marsden) wypada przyzwoicie, ale nic ponadto.

To nie jest taki powrót na jaki fani Supermana czekali. Singer nie może się zdecydować czy robi kontynuację, czy remake, przez co film stoi w dużym rozkroku. Historia nie powala, dialogi są najwyżej średnie, warstwa wizualna lekko szara, a aktorstwo jest tylko troszkę powyżej średniej. Był rozważany plan kontynuacji, lecz dostaliśmy w zamian reboot od Zacka Snydera. I wiemy jak to się skończyło.

6/10

Radosław Ostrowski

Nieracjonalny mężczyzna

Abe Lucas jest profesorem filozofii, który jest strasznie przygnębiony. Zostaje przeniesiony na uniwersytet, gdzie ma zostać wykładowcą, a już jego zła sława przyszła wcześniej. Wypalony, zmęczony i dręczony poczuciem bezsensowności egzystencji powoli zatapia się w życiu uniwersyteckiego. Do czasu kiedy poznaje studentkę Jill. Dziewczyna się w nim podkochuje, ale on się opiera. Podczas jedzenia posiłku, oboje podsłuchują rozmowę kobiety skarżącej się wobec nieuczciwego sędziego. Abe postanawia wykorzystać szansę i planuje zbrodnię doskonałą.

nieracjonalny_mezczyzna1

Woody Allen to jeden z tych reżyserów, którzy nawet jak się powtarzają i kręcą jeden, ten sam film, nie schodzi jednak poniżej wysokiego poziomu. Rzadko zdarzają mu się wpadki czy rozczarowania, ale zeszłoroczny film trudno określić innym słowem niż rozczarowanie. Oskarżanie reżysera o wtórność tematyczną jest czymś takim jak czepianie się garbatego, że chodzi krzywo. Bo Allen mimo pewnej powtarzalności zawsze miał duża dawkę uroku oraz trafnej obserwacji. Jednak tutaj trudno mówić o czymś takim w „Nieracjonalnym mężczyźnie” – to kolejna egzystencjalna opowieść o tym, jak życie potrafi być nieobliczalne, o wszystkim decyduje przypadek. To wiemy z innych filmów Nowojorczyka, a dylematy zbrodni i kary w pełni zostały pokazane w znakomitym „Wszystko gra”. I że paradoksalnie dokonanie najgorszego czynu, może dokonać przemiany człowieka (na lepsze).

nieracjonalny_mezczyzna2

W porównaniu z tamtym thrillerem z 2005 roku, przedostatni film Allena zwyczajnie nie trzyma w napięciu. Ani w scenie przygotowania morderstwa, gdy Abe znajduje się w laboratorium i zostaje zauważony przez studentkę czy podczas sceny morderstwa. Sam wątek romansowy też jest poprowadzony dość ślamazarnie i bez zaangażowania. I nie wiem, czy to wina dialogów czy reżyserii Allena, ale nie zagrało to wszystko. Może poza zakończeniem, ale to troszkę za mało.

nieracjonalny_mezczyzna3

Aktorzy starają się, by nadać charakteru swoim postaciom i to oni ratują ten tytuł przed porażką. Klasę potwierdza niezawodny Joaquin Phoenix w brawurowej roli Abe’a. Gdy go poznajemy, sprawia wrażenie wiecznie zmęczonego, zgorzkniałego faceta z zawsze towarzyszącą mu manierką. Ale powoli (i stopniowo) zaczyna na nowo wracać do krainy żywych, chociaż motywacja jest co najmniej dwuznaczna. Równie urocza jest Emma Stone jako niby pewna czego chce Jill, jednak dziewczyna ulega pokręconemu Abe’owi, niejako chcąc być jego kochanką i partnerką. Ale to ona okazuje się być osobą z silniejszym kręgosłupem moralnym. Chemia między tym duetem to w zasadzie największy atut tego filmu.

nieracjonalny_mezczyzna4

Powiedzmy to sobie wprost – „Nieracjonalny mężczyzna” to nie jest najlepszy film w dorobku Allena. To po prostu niezłe kino z zabarwieniu kryminalnym z odrobinką humoru oraz drwiną z wszelkiej maści filozofów teoretyków. Bo najważniejsze jest tutaj przeżycie życia, jakiekolwiek ono jest. Dla mnie to nihil novi.

6/10

Radosław Ostrowski