Hamnet

UWAGA!
Recenzja zawiera spojlery. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Są takie filmy, które odbierają widzowi mowę, bo słowa wydają się być takie pozbawione ciężaru i mocy. Jak wiadomo obraz (kadr) wyraża więcej niż tysiąc słów, jednak postaram się podjąć tego wyzwania. A wszystko dotyczy nowego dzieła Chloe Zhao, czyli adaptacji powieści Maggie O’Connell „Hamnet”. Jeśli wam ten tytuł podobnie jak jedno z największych dzieł niejakiego Williama Szekspira, to nie jesteście osamotnieni.

Bo historia skupia się wokół młodej, dość specyficznej pary z drugiej połowy XVI wieku. Agnes (Jessie Buckley) często spędza czas w lesie, posiada sporą wiedzę zielarską, ale miejscowi traktują ją jako „wiedźmę”. Dziś byśmy powiedzieli, że to outsiderka. Lecz to właśnie ona wpada w oko młodemu facetowi, niejakiemu Szekspirowi (Paul Mescal). Syn szewca z aspiracjami literackimi oraz pustymi kieszeniami, próbuje spłacić dług ojca jako nauczyciel łaciny. Jednak coś zaczyna iskrzyć między nimi i wbrew woli rodziców (obojga) biorą ślub. W końcu udaje mu się znaleźć pracę w Londynie, ale kobieta zostaje w Strafford razem z trójką dzieci. Kiedy William pracuje w teatrze londyńskim, wybucha epidemia, doprowadzając do choroby oraz śmierci jedynego syna.

Reżyserka Chloe Zhao prowadzi swoją narrację powoli, bo i czasy były wtedy dużo wolniejsze. Na pierwszy rzut oka wydaje się nic nie dziać, sporo jest długich oraz statycznych ujęć. A także bardzo wielu momentów ciszy i skupienia. W sumie Zhao przygląda się młodym ludziom oraz prowadzonemu przez nich spokojnemu życiu. Do czasu, bo musi stać się nieuniknione. I to powolne tempo potrafi dać się we znaki, tak jak bardzo delikatna reżyseria. Zdarzają się jednak momenty bardzo intensywne jak dwa porody Agnes (jeden w lesie, drugi w domu z powodu powodzi), próba teatralna, gdzie Szekspir nasłuchuje aktora i kamera niemal pokazuje twarz autora czy wręcz desperacka walka o życie dziecka. Te chwile trzymały mnie najmocniej, bardzo angażując. Ale „Hamnet” pokazuje, że żałoba oraz cierpienie niekoniecznie musi być głośna, pełna ekspresji, wielkich słów. I jak każdy przeżywa ją inaczej, także na swój sposób sobie z nią radząc.

Technicznie ten kameralny film prezentuje się bardzo dobrze. W szczególności przepiękne oraz przemyślane zdjęcia Łukasza Żala w połączeniu ze scenografią oraz kostiumami tworzą ucztę dla oka. Nawet jeśli praca kamery jest powolna czy statyczna, oszałamia. W tle jeszcze gra delikatna muzyka Maxa Richtera. I to uczyniłoby w zasadzie dobry film. Ale dopiero trzeci akt oraz finał z wystawieniem „Hamleta” daje emocjonalną bombę. Ona sprawiła, że film Zhao zyskał więcej w moich oczach.

A to wszystko jeszcze bardziej trzymała na swoich plecach rewelacyjna Jessie Buckley. Będąca w silnym związku z naturą, początkowo jest pełna życia, energii oraz pasji. Jednak tragedia zmienia ją w bardzo wyciszoną, zjadaną przez ból kobietę, nie potrafiącą się pogodzić z najgorszym. Wręcz przypomina żywego trupa. Ta rola jest prawdziwym sercem tego filmu, bez której nawet w tych spokojniejszych momentach by nie działała. Zaś w ostatnim akcie wypada kapitalnie i jest to kreacja godna wszystkich nagród. Towarzyszący jej Paul Mescal w roli Szekspira prezentuje się więcej niż dobrze. Wydaje się bardziej zagubiony, pełen marzeń, a jednocześnie bardzo wycofany, niezbyt towarzyski i mało komunikatywny. Jednak czuć silną chemię między nim a Buckley: od opowiedzenia w lesie historii Orfeusza przez krótkie chwile między podróżami do miast aż po ostatnią scenę pełną samych spojrzeń. Świetnie się oboje wygląda. Na drugim planie całość kradnie niezawodna Emily Watson (matka Williama, zmieniająca swoje nastawienie wobec synowej – jej monolog o tym, że niczego nie można brać za pewnik – kapitalny), świetny Joe Alwyn (brat Agnes) oraz aktorzy dziecięcy: Olivia Lynes (Judith) i Damien Jupe (Hamnet).

Po flircie z blockbusterowym kinem w postaci „Eternals”, Chloe Zhao ze swoim „Hamnetem” wraca do bardziej kameralnego, intymnego kina. Dla wielu ta delikatność i spokój może wywołać znużenie przez dwie trzecie filmu, wszystko jednak spina się w samym zakończeniu. Bardzo satysfakcjonującym, poruszającym i pokazującym oczyszczającą siłę sztuki. Zdecydowanie warto zabrać ze sobą chusteczki.

8/10

Radosław Ostrowski

 

 

Gladiator II

Ridley Scott od lat straszył, że zrobi drugiego „Gladiatora”. Problem w tym, że postać grana przez Russella Crowe’a zginęła i nie bardzo było pole do pojawienia się. Koncepcje i pomysły zmieniały się na przestrzeni wielu, wielu lat, lecz wszystko zaczęło się materializować pod koniec 2023 roku. Jeszcze bardziej zmroziło mi krew, gdy za scenariusz miał odpowiadać David Scarpa, który współpracował ze Scottem przy m. in. absolutnie fatalnym „Napoleonie”. Entuzjazm w tym momencie zrobił sobie wolne, a ja poszedłem na seans niczym na ścięcie. I co z tego finalnie wyszło?

Akcja toczy się wiele, wiele lat po części pierwszej. Rzym zamiast zmienić się oraz podążać wizją Marka Aureliusza coraz bardziej pogrąża się w korupcji, zgniliźnie, wojnach i degeneracji. Być może dlatego Imperium rządzone jest przez dwóch Cezarów: Pojebusa i Pojebanusa. Ok, te imiona zmyśliłem, tak naprawdę to Geta (Joseph Quinn) i Karakalla (Fred Hechinger). Nic dobrego z tego nie wynika, o czym przekonuje się Hanno (Paul Mescal) z królestwa Numibii w Afryce Północnej. Rzymskie wojska pod wodzą generała Akacjusza (Pedro Pascal) atakują stolicę, masakrując wielu żołnierzy, w tym żonę Hanno. Mężczyzna trafia do niewoli i – ku niczyjemu zaskoczeniu – zostaje gladiatorem, przykuwając uwagę niejakiego Makrynusa (Denzel Washington). Ten handlarz niewolników chce wykorzystać wojownika do swoich planów i pomóc mu w zemście.

Jeśli czytając ten opis nie macie wrażenia lekkiego deja vu, to nie jesteście osamotnieni. Drugi „Gladiator” to w zasadzie… pierwszy „Gladiator”. Niby wpompowano więcej pieniędzy, ale skala wydaje się jakby mniejsza. Sama historia powtarza znajome elementy: walki gladiatorów, polityczny spisek, zemsta za śmierć żony, zdegenerowany oraz zgniły Rzym. Ale najgorsze jest to, że nad tym wszystkim unosi się duch Maksimusa. Jest nawet więcej razy powtarzane niż w pierwszej części, nawet wraca jego zbroja (że po tylu latach nie zardzewiała, to jakiś cud) oraz… ręka głaszcząca zboże. W zasadzie jedyna poważniejsza zmiana dotyczy tutaj wątku politycznego i wszelkie machinacje Makrynusa, którego motywacja w zasadzie pozostaje tajemnicą. Jednak wszystko dzieje się tak chaotycznie, zaś motywacje postaci są tak zmienne (szczególnie Hanno, który okazuje się… Lucjuszem, prawowitym następcą tronu oraz synem Maksimusa), że aż nie chciało mi się wierzyć. I jeszcze ta końcówka w Koloseum, gdzie brakowało tylko słów: Talk to me, Goose! Technicznie niby wszystko wydaje się być w porządku. Scott zbliżający się do 90-tki nadal ma świetne oko i wie, jak zrobić oszałamiający obraz. Sama akcja jest bardzo dynamiczna, aczkolwiek efekty specjalnie potrafią przerazić (walczące małpy i ich otwierające paszczy – o fak). Muzyka odnosi się do poprzednika, ale nie wnosi niczego nowego. Złego słowa nie powiem o kostiumach czy scenografii.

Także aktorsko jest dość nierówno. Paul Mescal w roli Hanno/Lucjusza wypada co najmniej dziwnie. Kiedy walczy i wykazuje się fizycznie wypada bardzo dobrze, jednak dialogi przez niego wypowiadane brzmią niczym zjarał za dużo zioła. Niby ma być Maksimusem 2.0, ale nie ma charyzmy Russella Crowe’a nawet w 1/10. Podobnie zmarnowany jest Pedro Pascal w roli generała, co jest zmęczony wojną i szaleństwem swoich władców oraz (wracająca) Connie Nielsen. Ale całość kradnie absolutnie świetny Denzel Washington wcielający się w Makrynusa. Absolutnie czarujący, diablo inteligentny i cwany manipulator, którego motywacja przez większość czasu pozostaje niejasna. Wielka szkoda, że to nie o nim jest ten film, bo zyskalibyśmy coś ciekawszego.

Jakbym miał podsumować drugiego „Gladiatora” najlepiej pasowałoby zdanie z serialu „Czarnobyl”: not great but not terrible. Spodziewałem się kompletnie nieoglądalnego barachła, a dostałem całkiem niezły blockbuster. Niedorównujący poprzednikowi i zbytnio się do niego odnoszący, przez co potrafi być nudny. Niemniej ma parę momentów, które zapadną w pamięć.

6/10

Radosław Ostrowski

Aftersun

Na pierwszy rzut oka debiut Charlotte Wells wydaje się filmem tajemniczym, chaotycznym, enigmatycznym (za bardzo) i… zwyczajnym. Przynajmniej z punktu wyjścia historii, jednak im dłużej się zastanowić po seansie, wszystko wydaje się łączyć. O ile będziecie uważni, macie sporą wyobraźnię i/lub empatię.

Akcja toczy się podczas wakacji w Turcji razem z ojcem i córką. Niby nic nadzwyczajnego, jednak 11-letnia Sophie (Frankie Corio) mieszka z matką, a takie spotkanie to coś istotnego. Calum (niesamowity Paul Mescal) próbuje sprawić, by ten wspólnie spędzony czas nie był stracony. I żeby to była dobra zabawa przez te kilka dni. I wydaje się, że dobrze się bawią, robiąc wiele wspólnych rzeczy: nurkowanie, gra w piłkę wodną, kąpiel w błocie, wspólne posiłki. Wiele rzeczy rejestrowanych jest cyfrową kamerą (mamy lata 90.). To jednak jest tylko jedna warstwa filmu.

Bo Wells niejako prowadzi całą historię dwutorowo. Pierwsza warstwa to wspomnienia „fizyczne”, zapisane na taśmie, oglądane przez dorosłą Sophie. Ale druga warstwa jest o wiele ciekawsza, BO… jest wiele sytuacji, gdzie Callum jest sam. Tu już można zacząć kwestionować „rzeczywistość”, próbując zweryfikować nagrane taśmy. Bo – jak niektórzy wiedzą – nasze wspomnienia z głowy z czasem ulegają zniekształceniu. Całe „Aftersun” to zderzenie tych dwóch warstw i próba zrozumienia, co tak naprawdę się stało podczas wakacji w Turcji. Niczym rozbite kawałki zwierciadła, gdzie nic nie jest powiedziane wprost.

Całość wygląda tak, jakbyśmy obserwowali wycinek z wakacji, gdzie widzimy bohaterów podczas zwyczajnych, prostych rzeczy. Jest w tym coś z podglądactwa, ale Wells nie ułatwia wejścia do tego świata. Wiele będzie scen, gdzie postacie są widocznie albo w odbiciach lustra czy ekranu telewizora, albo widzimy tylko część postury (ręka, nogi itp.) podczas sceny/dialogu. Cały czas nie mogłem pozbyć się wrażenia, że nie wiedziałem dokąd to wszystko zmierza. A kiedy jeszcze pojawiały się sceny z jakiegoś rave’u, gdzie mamy krótkie przebitki światła, jeszcze bardziej rozmywały obraz. Strzępki dialogów dają pewne poszlaki, jednak pewni nie będziemy nigdy. Tak jak dorosła już Sophie, wiemy niewiele i nagrane filmy nie wyjaśniają za wiele, pozostawiając wszystko w kwestii domysłów, spekulacji, przypuszczeń.

I jak to jest zgrane. Może inaczej, jak te rozmowy oraz relacja naszej dwójki wydaje się bardzo naturalna. Paul Mescal i Frankie Corio są wręcz zachwycający, zwłaszcza ten pierwszy jako ojciec skrywający depresję oraz problemy. Niby wydaje się być wyluzowany oraz spokojny, lecz to wszystko jest maską, robieniem dobrej miny do złej gry. Nie odkryjemy, dlaczego Callum jest przygnębiony, co go naprawdę dręczy, jednak czuć jak bardzo to przygniata. I jak bardzo stara się to wszystko ukryć. Wszystko bardzo trzymane w ryzach, stonowane.

Wielu na „Aftersun” się wynudzi i uzna za stratę czasu, pozbawioną jakiegokolwiek sensu sklejkę scen. Ale to wszystko okazuje się bardzo przemyślanym, skrywającym o wiele więcej obrazkiem depresji. Ostatnie minuty wywracają wszystko do góry nogami i dopiero dając sobie czas na przemyślenie po seansie, film zaczyna rosnąć w oczach. Przynajmniej moich oraz – mam nadzieję – potencjalnych widzów.

8/10

Radosław Ostrowski