Matka Teresa od kotów

Pozornie kolejny polski film o tragedii, patologii i dramacie. Tym razem debiutujący reżyser Paweł Sala wywraca chronologię do góry nogami, czyli idziemy od końca do początku. Wszystko zaczyna się od momentu, gdy policjanci zgarniają dwóch chłopaków: Artura oraz Marcina. Co takiego zrobili? Zabili swoją matkę. Dlaczego? No właśnie.

matka_teresa1

Odwrócenie chronologii, gdzie cofamy się najpierw po dniu, a potem po tygodniu wstecz daje szeroką perspektywę. Reżyser nie daje odpowiedzi wprost, zaś pytania budzą skojarzenia z „Musimy porozmawiać o Kevinie”, gdzie padają pytania o genezę zła. Czy człowiek rodzi się zły ze swoją zwichrowaną psychiką? A może to otoczenie go kształtuje? Dlaczego matka się go boi? Czemu ojca nie ma w domu? O co tu tak naprawdę chodzi? Reżyser powoli zaczyna rzucać kolejnymi informacjami, ale brutalnych scen nam oszczędza. Samego morderstwa matki nie widzimy. Nie oznacza to jednak, że ogląda się ten film spokojnie. Coraz bardziej podkręcane jest napięcie, zachowanie chłopaka jest coraz bardziej irracjonalne, zaś źródło pozostaje ciągle zagadką. Widać, jak bardzo ma silny wpływ na młodszego brata, który jest nim zafascynowany. Przestaje chodzić do szkoły, wierzy w jego „nadprzyrodzone” moce (pierścień, dotyk, co leczy kota, przewidział wypadek kelnerki), wierzy, bo chce w to wierzyć. Bo brat ma więcej charakteru niż wracający z wojny ojciec (wycofany Mariusz Bonaszewski), bo nie jest taki spokojny jak przerażona matka (świetna Ewa Skibińska) i jest pełen gniewu wobec otaczającego go świata.

matka_teresa2

Ta relacja braci jest najmocniejszym punktem tego filmu. Mateusz Kościukiewicz i Filip Garbacz są absolutnie znakomici. Artur w wykonaniu pierwszego to bardzo niejednoznaczna postać, skrywająca w sobie wiele mroku, pozostając do samego końca łamigłówką. Pełen wściekłości, gniewu, tłumionej agresji oraz skłonności do manipulacji, wywołuje różne reakcje: od niezrozumienia i wściekłości aż po żal. Garbacz wydaje się bardziej stonowany w roli tego młodszego, który chce zdobyć akceptację brata i jest w niego wpatrzony jak w obrazek, ignorując matkę. Więź między nimi budzi silny niepokój, którego nie da się w żaden sposób stłumić.

Kolejny przykład mrocznego, niepokojącego dramatu, kompletnie rezygnując z klasycznej konwencji kryminału czy thrillera. Sala w pozornie skromnym filmie, buduje bardzo gęstą atmosferę, prowokując do pytań o to, skąd się bierze zło. Tylko, że odpowiedź nie jest wcale taka prosta, o ile w ogóle taka jest.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Niewidzialne

Przenoszenie na ekran sztuki teatralnej zawsze jest karkołomnym zadaniem, zwłaszcza jeśli podejmuje się go sam autor. Nawet jeśli wcześniej zrobił udany film. Paweł Sala tym razem pokazuje losy trzech panien pracujących jako szwaczki w jakiejś obskurnej piwnicy. Szyją ubrania, szefa nie ma nigdy, pieniędzy też niewiele. Jest jeszcze kroczy, do którego nasze dziewuchy lecą i kręci bardzo, chociaż nie wiadomo dlaczego. Może dlatego, że jest tutaj jedynym facetem.

niewidzialne1

„Niewidoczne” są zrobione tak, jak klasyczny dramat teatralny – jesteśmy w jednym miejscu, gdzie przebywają szwaczki i krojczy, którzy prowadzą rozmowy. I tak gadają, gadają, gadają. A o czym? O wszystkim i o niczym. A że są to osoby raczej z marginesu, to głównie o ciężkim życiu. Bo jedna szwaczka (dobra Natalia Rybicka) samotnie wychowuje syna-niemowę, druga (nierówna, bardzo manieryczna Sandra Korzeniak) ma męża-skazańca i myśli tylko o jednym, czyli o bzykaniu, z kolei trzecia jest samotną, starszą panią. No i jest jeszcze krojczy, który poza byciem źródła pożądania (zostaje ono zaspokojone przez wszystkie trzy panie naraz w niezbyt przyjemnej scenie) czasem coś pomaluje i napisze jakiś wierszyk. Jako jedyny wydaje się osobą niepasującą do tego miejsca. Jeszcze jest pojawiająca się Maria Miracle (niezła Aleksandra Popławska), która jest wypadkową akwizytora i szarlatanki, proponującej duże pieniądze w zamian za wypełnienie kwestionariusza. Niemal czysty symbol kapitalizmu oraz lepszego, dostatniego życia.

niewidzialne2

Problem w tym, że sam reżyser albo nie wie, o czym tak naprawdę chce opowiedzieć, albo wybrany temat zwyczajnie jest nieciekawy. Że jest biednie, szaro i nieciekawie – wystarczy poczytać pierwszą, lepszą gazetę. Fabuły, jak intrygi jako takiej tu nie ma, zaś sam widok brudnej piwnicy, choć wygląda pięknie – według kryteriów turpistów – oraz gwałtownie wchodząca muzyka między przejściami to troszkę za mało, by porwać. No jest jeszcze monolog, gdzie szwaczka-erotomanka mówi o swoich dzieciach – to potrafi uderzyć piorunem.

Jednak poza tym „Niewidzialne” miałoby większą siłę rażenia w teatrze. Sam film działa bardzo przysypiająco, wymaga wiele wysiłku i nie pokazuje niczego nowego wobec życia ludzi marginesu. Czyli wyszedł typowy polski snuj, a szkoda.

4/10

Radosław Ostrowski