Candyman

Czym są miejskie legendy? Szeptanymi opowiastkami do straszenia czy skrywaniem naszych lęków i koszmarów? A co jeśli taki koszmar zmaterializuje się do tego stopnia, że nikt nie będzie w stanie wam uwierzyć? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć horror z 1992 roku.

candyman1

Tytułowy Candyman to miejska legenda dzielnicy Calibri Green w Chicago – nawiedzony duch, który odpowiada za śmierć wielu ludzi. By go wywołać wystarczy przed lustrem powiedzieć pięć razy jego imię, a wtedy pojawia się z hakiem zamiast dłoni oraz pszczołami we wnętrzu ciała. Jego legendę próbuje zbadać żona wykładowcy (Helen Lyle) akademickiego razem z przyjaciółką, by napisać pracę doktorską. Helen, nie wierząc w Candymana, wypowiada pięć razy jego imię, a następnie rusza do jego dzielnicy. Nie jest to bezpieczne miejsce, terroryzowane przez gangi i zamieszkiwany przez czarnoskórą społeczność. Od tej pory zaczynają się dziać dziwne rzeczy, z pojawieniem się Candymana. Ten żąda swojej ofiary i chce, by Helen mu się oddała (nie w sensie erotycznym), zaś wokół kobiety pojawia się krew oraz zbrodnia.

candyman2

Reżyser Bernard Rose oparł „Candymana” na opowiadaniu Clive’a Barkera – pisarza grozy, nie bojącego się sięgać po makabrę oraz gore, także w swoich próbach reżyserskich. Ale nie spodziewajcie się wiadra krwi oraz ekranowej rzeźni. Sam początek, z perspektywą Boga oraz organowo-chóralną muzyką Philipa Glassa buduje atmosferę tajemnicy i niesamowitości. Także krótkie wprowadzenie do opowieści (historia o mordzie dokonanym na dziewczynie), narzuca ton. Wszystko bardziej przypomina coś na kształt kryminału, gdzie Helen (zjawiskowa Virginia Madsen) dociera do niebezpiecznej dzielnicy i próbuje ustalić fakty. Samo miejsce robi wrażenie dzięki niesamowitym graffiti oraz świetnej pracy kamery. Powolne odkrywanie szczegółów i pewne detale (żyletki w opakowaniach po cukierkach) tylko potęgują aurę tajemnicy, miejscami skręcając ku obrzydliwym opisom zbrodni, które miał popełniać Mężczyzna z Hakiem.

candyman4

Wszystko zaczyna się zmieniać z pojawieniem się tej istoty o niepokojąco pociągającej aparycji Tony’ego Todda. Wydaje się być elegancko ubranym facetem z hakiem zamiast ręki oraz bardzo tragiczną historią, a potem historia idzie w niemal kierunku znanym z Hitchcocka – niewinna Helen zostaje wplątana w morderstwo i porwanie. Kompletnie nic nie pamiętając i budząc się otoczona krwią, z nożem w ręku. Czy to ona zabija, czy Candyman jest wytworem jej wyobraźni? A może ona jest przez niego sterowana? Problem jest jeden – nikt poza nią, nie widzi tej istoty. To działa efektywnie, pomagając w budowaniu napięcia i doprowadzając do efektywnego, mocnego finału.

candyman3

Nigdy nie byłem wielkim fanem horrorów czy kina grozy, ale od każdej reguły zawsze jest wyjątek. „Candyman” Rose’a bardziej działa atmosferą oraz gwałtownymi scenami krwawej jatki (zawsze pokazanej po fakcie) niż wielkim przerażeniem. Ale i tak potrafi oczarować swoją mniej konwencjonalną stylistyką od tego, czego należy oczekiwać po horrorze. Aż chętnie sprawdzę tego nowego „Candymana”.

7/10

Radosław Ostrowski

Truman Show

Poznajcie Trumana Brubanka. To zwykły szaraczek w zwykłym świecie, mieszkający w niemal idealnym miasteczku Seahaven. Pracuje jako agent ubezpieczeniowy, ma piękną żonę-pielęgniarkę oraz kumpla. Żyje w kompletnym spokoju, aż pewnego dnia zauważa swojego ojca. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż jego ojciec utonął podczas rejsu. Bo Truman nie wie, a my wiemy od początku, że nasz bohater od początku swojego istnienia jest gwiazdą reality show. I co teraz zrobić?

truman_show1

Kiedy w 1998 roku Peter Weir nakręcił ten film, zaczęły się pojawiać w telewizji programy pokroju relity show, czyli prawdziwi ludzie, prawdziwe emocje filmowane wręcz non stop. Ale na ile to wszystko było manipulacją, a ile „szczerymi” zachowaniami, to kwesta na osobny temat. Ale wizja świata, gdzie wszystko jest częścią przedstawiania, w którym absolutnie nie mamy wpływu na przebieg wydarzeń jest bardzo przerażająca. Weir z jednej strony atakuje telewizję, która kompletnie rozmywa granicę między prawdą a fikcją, jednocześnie dotykając wręcz filozoficznego aspektu naszego życia. Świat, gdzie wszystko z góry jest ustalone, a nasz los przypieczętowany, brzmi tak nieamerykańsko, że aż zastanawiam się kto dał pieniądze na ten film.

truman_show2

Chociaż wiemy, że Truman (rewelacyjny Jim Carrey) jest pionkiem w tej „idealnej” wizji świata wyglądającej niczym z filmów lat 50. (imponująca robota scenografów oraz kostiumologów), to trzymamy za niego kciuki i wierzymy, że wyjdzie z tej złotej klatki. Powoli widzimy jego walkę, determinację oraz próbę przełamania, coraz bardziej zaczyna obserwować pewne stałe zachowania oraz irracjonalne momenty (nagła blokada, zamiast radia słychać polecenia reżysera, a winda jest częścią dekoracji), zmuszające go do zadania kilku pytań o sens wszystkiego. A poczucie nierzeczywistości potęguje jeszcze znakomita praca operatorska z dziwnymi kątami, zmienną perspektywą.

truman_show3

Chociaż zakończenie wydaje się szczęśliwe, to jednak miałem wątpliwości, czy Truman poradzi sobie w naszym, niedoskonałym świecie. A ostatnie zdania pokazują, że silny wpływ ma telewizja. Wolimy wygodę, lenistwo oraz bycie w takie klatce, która daje bezpieczeństwo.

truman_show4

„Truman Show” jest bardzo krytycznym spojrzeniem na świat mediów, mogących wykreować niemal raj na ziemi, ale jednocześnie zmusza do zastanowienia nad sensem życia. Brzmi to prowokacyjnie, ale wizja tego świata coraz bardziej budzi przerażenie. Zwłaszcza dziś, gdy technologia tak posunęła się do przodu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sen Kasandry

Ian i Terry są braćmi pochodzącymi z nizin społecznych, zaś ich rodzinę od lat wspiera wuj Howard. Pierwszy pomaga ojcu przy restauracji, choć marzy o prowadzeniu hoteli, drugi zaś pracuje w warsztacie samochodowym i jest nałogowym hazardzistą, wpędza się w długi. Kiedy przyjeżdża wuj Howard, bracia chcą pomocy, ale to Howard potrzebuje pomocy od nich – trzeba usunąć pewnego człowieka, przez którego wuj może pójść do więzienia.

sen_kasandry1

Woody Allen znów w Londynie i znów o zbrodni, ale tym razem bez wygłupów. To poważny dreszczowiec, w którym słychać echa „Wszystko gra” oraz Dostojewskiego. Jednak jeśli oglądaliście „Wszystko gra” ten film was rozczaruje. Mamy podobną intrygę, mamy bohaterów walczących z wyrzutami sumienia i ponury, wręcz antyczny dramat mogący skończyć się tylko w jeden sposób. Ponura atmosfera jest budowana zarówno przez oszczędne zdjęcia Vilmosa Zsigmonda, jak i zapętlającą się muzyką Philipa Glassa. I co z tego, skoro cały film jest dość wtórny. Allen opowiada tą samą historię, ale wchodzenie drugi raz do tej samej rzeki nie wychodzi najlepiej, zwłaszcza w przypadku poważniejszych filmów Allena. Technicznie i realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić.

sen_kasandry2

Aktorsko też jest więcej niż dobrze. Ewan McGregor i Colin Farrell jako dwaj bracia są po prostu świetni oraz ich przemianę jaką zachodzą w trakcie opowieści. Także Tom Wilkinson potwierdza klasę jako pozbawiony skrupułów wuj. Poza tym triem mamy jeszcze apetyczną Hayley Atwell (Angela) i ciepłą Sally Hawkins (Kate).

sen_kasandry3

Cóż, ten Allen nie jest tak udany jak „Wszystko gra” i chyba Londyn przestał służyć temu reżyserowi. Dlatego zmienił klimat, ale to temat na inny wpis.

6/10

Radosław Ostrowski

Kundun – życie Dalaj Lamy

Chyba nie muszę wam tłumaczyć, czym był i jest Tybet. Kręcenie filmów o tym kraju, jest bardzo ryzykowne i grozi zakazem przyjazdu do Chin, które mają własną wersję historii. W 1997 roku powstały równolegle dwa filmy o Tybecie z Dalajlamą w tle – „Siedem lat w Tybecie” Jeana-Jacquesa Annauda i „Kundun” Martina Scorsese, o którym opowiem wam więcej.

kundun1

Film jest niczym innym jak biografią Dalajlamy XIV od odnalezienia przez mnicha i uznania jako kolejnego wcielenia Buddy aż do ucieczki do Indii, gdzie przebywa do dnia dzisiejszego. Film imponuje zarówno rozmachem jak i realizacją. Udało się twórcom odtworzyć świat, który zniknął bezpowrotnie. Świat pozbawiony przemocy, głębokiej wiary i zwyczajnej dobroci, pełen kolorów i zwyczajów (pogrzeb ojca, wyrocznia, zwoływanie rządu), ale kiedy w Chinach władzę przejęli Chińczycy, Tybet zmienił się nie do poznania, co najbardziej pokazują sceny wizyt Lamy w Chinach oraz relacje jego najbliższych współpracowników, a także sceny wizji Dalajlamy, gdzie przeszłość miesza się z teraźniejszością (genialnie zmontowane). Całość jeszcze jest okraszona genialnymi zdjęciami Rogera Deakinsa (zwłaszcza ujęcia plenerów i rysunków) oraz bardzo klimatyczną muzyką Philipa Glassa, dopełniając opowieści o bezsilności jednostki wobec Historii – bezwzględnej i ślepej.

kundun2

Aktorstwo w tym filmie jest fantastyczne, tym bardziej zaskakuje, że wszystkie role zagrali naturszczycy. Nie będę tu wymieniał nazwisk, bo wszyscy nie zawiedli, ale i tak najważniejszą postacią jest Dalajlama, który wierny ideom Buddy, stara się powstrzymać to, co nieuniknione. Naprawdę polubiłem tego człowieka.

Scorsese znów zaskakuje i nakręcił ostatni film, który był powszechnie uznany za arcydzieło. Potem podobno miał zejść w dół, ale to temat na osobną historię.

8/10

Radosław Ostrowski