Jessie Ware – Tough Love

Tough_Love

Debiutanci mają najgorszej. Jak zrobią słabą rzecz, to wypadają z gry, a jeśli pójdzie im dobrze, to wtedy jest ogromne wyczekiwanie na ich następne dzieło. Dwa lata temu Jessie Ware ujęła mnie swoją intymną, choć elektronicznym debiutem „Devotion”. Na jego następcę czekaliśmy dwa lata, a single brzmiały dość obiecująco.

Tym razem za produkcję odpowiada niejaki BenZel, jednak stylistycznie nie ma tutaj gwałtownych zmian. Chociaż elektroniczne bajery są coraz bardziej odczuwalne, to jednak klimat pozostaje ten sam. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu większej przebojowości („You & I (Forever)” z nietypową perkusja oraz delikatną gitara elektryczna czy najbogatsze aranżacyjnie „Want Your Feeling”), nie pozbawiając całości intymnego klimatu. Nawet w klimacie r’n’b (klaskanie i „płynące” klawisze w „Cruel” czy gitarowe „Say You Love Me”), chociaż muszę przyznać, że debiut był bardziej zróżnicowany brzmieniowo. Niemniej nadal pani Ware potrafi oczarować swoją delikatną barwą głosu.

„Tough Love” to w pewnym sensie powtórka z rozrywki, która czasami jest ubarwiana drobiazgami elektronicznymi. Klimat jest podobny i jeśli oczarował was debiut, to i ten album powinien was zachwycić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Colbie Caillat – Gypsy Heart

Gypsy_Heart.jpg

Muzyka popowa ma swoje różne odcienie i zazwyczaj kojarzy się z prostymi dźwiękami, brakiem ambicji, plastikiem oraz stacjami typu RMF FM. Obawiam się, że ten album nie zmieni tego obrazu, ale może będzie szansa na coś mniej drażniącego uszy? Zaraz się przekonamy.

Piąty album Amerykanki szukające swoich dźwięków miedzy popem a folkiem wyprodukował niejaki Kenneth „Babyface” Edmonds, przez co pojawiają się skręty w r’n’b. Elektronika się tutaj obowiązkowo pojawia, choć bazuje tutaj na sprawdzonych patentach. Elektronika nie wywołuje jakiejś specjalnej irytacji, czasami bywa ona ubarwiana akustyczną gitarą („Blaze”), chórkami („If You Love Me Let Me Go”), jednak najlepiej wypadają tutaj bardziej stonowane kompozycje, pachnące folkiem. Takie jak „Try”, gdzie towarzyszy nam tylko fortepian, gitara akustyczna oraz głos Colbie – delikatny, leciutki. Podobnie brzmi środkowa partia płyty, która brzmi na pewno świeżej („Never Gonna Let You Down” czy rozmarzone „Land Called Far Away”, gdzie jeszcze pojawia się łagodna gitara elektryczna). Ale takie rozkojarzenie trwa tylko chwilkę, gdyż dalej nie brakuje dyskotekowej perkusji (ocierająca się o umpa umpa „Nice Guys” czy pulsujace „Floodgates” z dzwonkami), nakładających się głosów oraz irytującego bitu.

Nie będę oryginalny, więc powiem, że „Gypsy Heart” jest zaledwie poprawnym, popowym graniem, które mi się lekko przejadło. Przesłuchać można z braku laku, tylko czy trzeba?

5/10

Radosław Ostrowski

Bryan Adams – Tracks of My Life

Tracks_of_My_Life

W ostatnim czasie bardzo modne stało się nagrywanie przez muzyków płyt z utworami pochodzącymi z czasów swojej młodości. Zazwyczaj jest podejrzenie, że jest to robione z czystej kalkulacji, by powiększyć stan swojego portfela, inni z braku pomysłów, a jeszcze inny, by przypomnieć o sobie. Do tych ostatnich zalicza się próbujący wrócić do czasów swojej świetności Bryan Adams. Po sześciu latach przerwy postanowił nagrać cover album. Czy udało się wrócić do dobrej dyspozycji?

Adamsa przy produkcji wspierali Bob Rock oraz David Foster, którzy na tego typu produkcjach znają się jak mało kto. A Adams na “warsztat” wziął utwory takich wykonawców jak The Beatles, Creadence Clearwater Revival, Bob Dylan czy Chuck Berry. I od razu muszę przyznać, że wybrano niekoniecznie te największe hity. W dodatku aranżacje są całkiem przyzwoite. Owszem, pojawia się delikatnie grająca gitara elektryczna (“Any Time At All”), czarujący fortepian ze smyczkami (“I Can’t Stop Loving You”), skręty w rejony folkowe (“Lay Lady Lay”), a nawet dynamiczna zadyma w starym stylu (“Rock and Roll Music”). Ale I tak najlepiej sprawdza się Adams w nastrojowych balladach (jedyny nowy utwór, czyli dobre “She Knows Me” czy choćby utwór tytułowy).

Nie jest to nic zaskakującego, a charakterystyczny wokal Adams sprawia niezłą frajdę. A wersja rozszerzona zawiera cztery dodatkowe covery  oraz jeden niepublikowany utwór Adams (skoczne “You’ve Been a Friend To Me”). Nie ma tutaj odkrywania Ameryki na nowo, ale też nie ma mowy o jakiejś kompromitacji czy wstydzie. Mam nadzieję, że Adams znów nagra własne utwory. I że będą fajne.

7/10

Radosław Ostrowski

Orenda Fink – Blue Dream

Blue_Dream

Na tą wokalistkę natknąłem się przypadkowo. Jak wyszperałem, ta Amerykanka działa solowo od 2005 roku, wcześniej grając w Little Red Rocket i Azure Ray. I wychodzi jej czwarty album wyprodukowany przez jej męża Toda Finka oraz Bena Brodina.

Indie pop zmieszany z bluesem – tak można określić tą muzykę. Nie brakuje zarówno melodyjności (okraszone niezłą elektroniką „Ace of Cups”), klimatu (spokojny gitarowy wstęp w „You Can Be Loved”), a nawet odrobiny tajemnicy (cymbałki oraz „pogłosy” w „This is a Part of Something Greater”) czy nastroju przypominającego filmy Davida Lyncha – trochę senne, rozmarzone riffy („You Are a Mistery” czy „Holy Holy”), przewijająca się w tle elektronika, wokalizy (tytułowy utwór) – całość brzmi dość podobnie do siebie, ale potrafi czarować swoim tajemniczym głosem. To wszystko buduje swój nostalgiczno-melancholino-mroczny klimat, który działa na mnie bardzo mocno. Mam nadzieję, że na was też.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Y’akoto – Moody Blues

Moody_Blues

Zabrzmi to dziwnie, ale Niemcy tez potrafią grać dobrą muzykę. I nie mam tu myśli ani techniawy na Love Parade czy ostrego naparzania Rammsteina, ale nawet w delikatnym, lekko folkowym brzmieniu. Tutaj swoje robi pochodząca z Ghany (ale urodzona w Niemczech) Y’akoto, która wydała swój czwarty album.

Pozornie wydaje się to kolejny album z gitarą akustyczną jako wiodącym instrumentem – nazwa blues zobowiązuje. Ale to nie do końca prawda, bo tutaj najbardziej słyszalne są mieszanki, folku, soulu i bluesa. Pojawia się gitara elektryczna („Forget”), obowiązkowe dęciaki (singlowy „Perfect Timing”), rytmiczny bas (funkowe „I Will Go Down”), nawet hip-hop  z żywymi instrumentami („Tobo Darling”) czy skręty w reggae („chilloutowe „Carry This”). Jest różnorodnie, czasami przebojowo („Save You” ze świetnym saksofonem oraz chórkami w refrenie), czasem świadomie staroświecko („Moodyman” stylizowany na melodię graną z adaptera), ale jest w tym zarówno klimat jak i energia. Bywa i smutek (etniczne „Off the Boat” oparte na uderzeniach perkusji oraz mamrotaniach czy „Mother and Son” na klawiszach), refleksja („Come and Go”), ale i radość. To wszystko trzyma jest przez przedni głos Y’akoto, który współgra z cała resztą i dopasowuje się do niej.

Różnorodność „Moody Blues” działa na plus. Owszem zdarzają się wolniejsze kawałki, które mogą wielu znużyć, ale brzmi to po prostu przednio. Dawno nie słyszałem tak przyjemnej „czarnej” płyty (wersja deluxe zawiera jeszcze dwa kawałki w wersjach akustycznych).

7,5/10

Radosław Ostrowski

Maroon 5 – V

V_Deluxe_edition

Był kiedyś taki czas, ze lubiłem słuchać Maroon 5. Ale to było wtedy jak nagrali świetny debiut, ale to było dziesięć lat temu, teraz kapela z pop-rockowego brzmienia wybrała pop. I to taki najgorszy, bo plastikowy. Chyba tylko moja naiwność i wiara w to, że kiedyś wrócą do początku skusiła mnie po sięgnięcie najnowszego, piątego albumu pt. „V”.

Produkcją zajęła się cała armia producentów kierowana przez Maxa Martina. Już jego portfolio nie zapowiada niczego dobrego – współpraca z Backstreet Boys, N’Sync czy Britney Spears nie wróżyła dobrze. Singlowe „Maps” oraz następny „Animals” brzmią całkiem nieźle, pozwalając się przebić delikatnej funkowej gitarze. Niestety, im dalej tym gorzej, bardziej plastikowo i tandetnie. I w zasadzie mógłbym na tym skończyć opowiadanie tej okropnej płyty (broni się tylko Adam Levine na wokalu), która została wydana tylko i wyłącznie, by zbić szmal na fanach i liczyć na to, ze zrobią drugie „Moves Like Jagger”. Niespójność i przeskoki w stronę bitów zaczerpniętych od Katy Perry („Sugar” trochę kojarzy się z „Teenage Dream”) tylko pogrąża całość. Nie wiem jak wy, ale ja sobie „piątkę” odpuszczam.

4/10

Barbra Streisand – Partners

Partners

Barbra Streisand. Uuuuu-uuu-uuu-uu. Wszyscy kojarzą ją tylko z utworu niejakiego Duck Souse (czy jakoś tak się to pisze), a tak naprawdę ta piosenkarka i aktorka jest jedną z weteranek eleganckiej muzyki rozrywkowej, która zaczęła swoją karierę już w latach 60. I teraz pojawia się z nową 44 (!!!) płytą.

„Partners” to płyta z duetami, gdzie wykonuje swoje przeboje, a także standardy. A że to eleganckie brzmienie, więc pojawią się smyczki, fortepian, gitara (akustyczna zwana tez klasyczną) i dęciaki. Czyżby szykowała się nudna, archaiczna płyta? Niekoniecznie, gdyż pojawiają się jeszcze takie drobne gadżety jak harmonijka ustna („People”) czy delikatnie grająca gitara elektryczna („Come Rain or Shine Me”) oraz skręty w stronę country (przyzwoite „I’d Want It to Be You”). Dla wielu to może być zbyt monotonne, ze względu na podobieństwo jednego utworu do drugiego, ale i tak całość wypada więcej niż przyzwoicie.

Głównie to zasługa zarówno wokalu Barbry jak i zaproszonych gości, którzy świetnie się z grali z całością. A są naprawdę znani wykonawcy jak Michael Buble, Stevie Wonder, Billy Joel, Lionel Richie czy Andrea Boccelli. To i tak nie wszyscy (na koniec mamy „Love Me Tender” z samym Elvisem), a więcej i tak nie zdradzę. Jeśli się odważycie, możecie być mile zaskoczeni.

Radosław Ostrowski

Indila – Mad World

Mini_World

W muzyce popowej w tym roku (a dokładnie w te wakacje) zrobiła piosenka niejakiej Indili. Naprawdę nazywa się Adila Sedraïa, ma lat 30, sama pisze teksty oraz muzykę. Właśnie wydała swój debiut „Mini World”. Pora uważniej się przyjrzeć temu albumowi.

Za produkcje odpowiada Pascal Boniani Koeu bardziej znany jako Skalpovich i jak się łatwo można domyślić się idziemy w stronę popu. A całość otwiera już znany „Derniere Dance”, gdzie wszystko brzmi nieźle (może poza dyskotekową perkusją – te cymbałki, kotły i chór w środku – zgrabne). I właśnie te elektroniczne wstawki są najsłabszym elementem płyty, gdyż przez to kilka ciekawych kompozycji skręca w stronę tandety (lekko walczykowe „Tourner Dans Le Vide” z cudnym akordeonem) czy chyba najładniejsze w zestawie „Love Story” (pachnące pozytywką). A dalej nie brakuje i akustycznej gitary („Comme un bateau”) i jeszcze drażniącej elektroniki (nie tak agresywnej jak Lady Gagi i im podobnych „gwiazdeczek” jak w „Ego”, gdzie naśladuje klaskanie, choć „Run Run” próbujące naśladować reggae delikatnie mówiąc nie podchodzi). Ogólnie mówiąc, posłuchać można i są momenty przebłysku, a i sama Indila śpiewa bardzo pięknie.

Gdyby jedno troszkę zmienić tło i postawić na bardziej żywe instrumentarium, mogło być jeszcze lepiej. A tak jest nieźle. Fani powinni się zaopatrzyć w wersję deluxe, gdzie znajdują się dwa utwory w wersji symfonicznej i jeden akustyczny.

6/10

Radosław Ostrowski


Patricia Kaas – Kaas chante Piaf

Kaas_chante_Piaf

Kim była Edith Piaf? Właściwie można by było długo na ten temat, bo od niej zaczęła się francuska muzyka rozrywkowa. I do dzisiaj wielu artystów czerpie z jej piosenek. Do grona osób składających hołd, dołączyła Patricia Kaas, która swoje lata świetności miała na przełomie wieków.

Album zawiera 16 szlagierów, a wokalistce towarzyszy orkiestra symfoniczna (autorem aranżacji jest Abel Korzeniowski). I to właśnie brzmienie orkiestry jest najmocniejszym atutem, która nadaje zarówno rozmachu („Padam, padam”), jak i bardziej intymnego charakteru („Avec ce soleil” z delikatna gitarą akustyczną na początku). Nie brakuje też trochę kabaretowego sznytu („Milord” ze staroświecko brzmiącym fortepianem – jakby był niedostrojony, a w połowie klimat zmienia się w lekko baśniowy), silnych emocji (trąbki i kotły w walczyku „La belle histoire d’amour”), odrobiny magii (gra fortepianu, harfy w „T’es beau tu sais”), a nawet mroku (kotły i gra dęciaków na początku „La foule”, które potem staje się skoczna piosenka graną na gitarę, bas i cymbałki) i aranżacje sa tutaj naprawdę piękne i nie ma mowy o monotonii.

Do tego zaskakująco dobrze pasuje wokal samej Kaas, która jest w dobrej dyspozycji. Jak widać, orkiestra czasem potrafi zrobić cuda i uszlachetnić każdy utwór. Bez względu na wiek.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Jason Mraz – Yes!

Yes

Ten młody chłopak do tej pory nagrał cztery całkiem przyzwoite popowe płyty. 37-letni Amerykanin właśnie przypomniał o sobie po dwóch latach i nagrał nowy materiał.

Co tu dużo mówić, to płyta taka na lato, czyli lekka, delikatna, bez żadnych agresywnych dźwięków. Tylko gitarka akustyczna, fortepian, kontrabas i perkusja. Więcej nie trzeba, a całość jest naprawdę przyjemna w odsłuchu. W dodatku czasem pojawią się pewne urozmaicenia jak mandolina („Long Drive”), delikatnie wchodząca gitara elektryczna („Everywhere”) czy żeńskie chórki („Hello, You Beautiful Thing”). I potrafi dzięki temu stworzyć bardzo różnorodne melodie: od takich bardzo spokojnych, wręcz wyciszających („Quiet”), skrętów w folk („Out of My Hands”), nastrojowe ballady („It’s So Hard To Say Goodbye To Yesterday” z fortepianem i paniami), niepozbawione chwytliwości popisy akustycznej gitary („3 Words”).

Można powiedzieć, że Mraz to trochę lepsza wersja Eda Sheerana i śpiewa bardzo łagodnie. Chociaż mimo pewnej powtarzalności (zwłaszcza pod koniec), „Yes!” okazuje się bardzo przyzwoitą płytą, która sprawdza się właśnie w takie letnie dni. Delikatna, pogodna i po prostu ładna.

6,5/10

Radosław Ostrowski