Mike + The Mechanics – A Beggar On A Beach Of Gold

Beggar_on_a_Beach_of_Gold

Minęły cztery lata i zespół Mike’a Rutherforda (tym razem rola klawiszowca Adriana Lee została zmniejszona do muzyka sesyjnego, zastąpiony przez Rutherforda), próbował dorównać sukcesem swoim najlepszym albumom. Udało się sprzedać ponad 100 tysięcy egzemplarzy, co jest niezłym wynikiem. I pojawił się nawet jeden przebój. Czy po latach się to broni?

Zespół coraz bardziej idzie w stronę popu, co widać już w tytułowym utworze z bardzo ładną elektroniką. Klawisze odgrywają tutaj większą rolę, odpychając gitarę elektryczną. Ale nadal jest to bardzo przyjemne, trochę staroświeckie popowe granie. Plumkające klawisze w „Another Cup of Coffee”, elektroniczna perkusja we wspólnie zaśpiewanym przez Younga i Carracka „You’ve Really Got A Hold Of Me”, pstrykanie w „Mea culpa” czy świetnie śpiewający chórek w największym hicie, czyli „Over My Shoulder”. Owszem, zdarzają się wolniejsze fragmenty (trochę nijaki „Something To Believe In”, lekko rozmarzony „A House of Many Rooms” czy dwa niezłe covery).

„Żebrak na plaży złota” jest znacznie spokojniejszy i stonowany od poprzednik płyt Mike + The Mechanics. Young z Carrackiem nadal są świetnie zgrani, jednak potem zaczęły się pęknięcia w grupie, które odbiły się na brzmieniu. Porządne granie.

7/10

Mike + The Mechanics – Word of Mouth

Word_of_Mouth

Udało się odnieść wielki sukces jakim było “Living Years”. Ale jak się potem miało okazać, dla Mike’a Rutherforda i jego kumpli był to maksimum możliwości. Przynajmniej pod względem komercyjnym. Czy to znaczy, że ich następne płyty były kompletnie nieudane? Sprawdzę to na przykładzie pochodzącego z 1991 roku „Word of Mouth”.

Jeśli ktoś się spodziewał, że zespół pójdzie bardziej w stronę hard rocka, heavy popu czy disco polo, musiał być mocno rozczarowany, bo jest to proste, pop-rockowe granie. Ale za to jakie fajne i przyjemne, bo nagranie takich albumów tylko pozornie wydaje się łatwe, proste oraz nieskomplikowane. Nie brakuje tutaj szybkich energetyków („Get Up” z szalejącym pianinkiem oraz bardzo nośnym refrenem), podniosłych i krzepiących haseł (tytułowy utwór z równie nośnym refrenem jak w/w), jak i chwil wyciszenia (nastrojowe „A Time and Place” z delikatnymi klawiszami). Do wyboru do koloru, a słowo nuda w przypadku tych dżentelmenów jest słowem, które wykorzystaliby w tekście jednej z piosenek. Jak oni to robili? Nie mam pojęcia, w dodatku teksy nie były takie głupie i puste. W dodatku wzbogacali utwory małymi dodatkami jak saksofon („Everybody Gets a Second Chance”) czy pojawieniem się chóru („Before (The Next Heartache Falls)”). Nawet elektronika nie brzmi ani tandetnie, archaicznie, tylko potrafi czasem ukoić „Stop Baby”.

Reszta to już poziom, do którego ten zespół przyzwyczaił, czyli świetnie śpiewający Paulowie: Young i Carrack, przyjemne melodie oraz troszkę głębszy tekst (tytułowy utwór czy „A Time and a Place”). I mimo upływu lat pozostaje to dobrą, naprawdę bardzo fajną muzyką.

8/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – Living Years (25th Anniversary Edition)

Living_Years

Zgodnie z zasadą sequeli, zespół Mike + The Mechanics nie odpuścił i ruszył za ciosem. Co prawda, wymierzenie tego ciosu trwało trzy lata, jednak album „Living Years” odniósł wielki kasowy sukces, ale przetrwał próbę czasu? Zobaczmy.

Słychać na pewno, ze to album z lat 80., a to dzięki wszelkiego rodzaju elektronicznym wstawkom jak plumkający początek „Nobody’s Perfect” (jeszcze w tle przewija się marszowa perkusja) czy brzmieniu perkusji, jednak nadal jest to zestaw melodyjnych i chwytliwych piosenek (szybkie „Seeing is Believing” z niezła gitarą oraz imitacja chóru w refrenie), a niektóre z nich jeszcze potrafią pięknie zabrzmieć. Tak jak tytułowa piosenka z delikatną gitarą, przestrzenna elektroniką oraz świetnie śpiewającym chórem w refrenie czy bardzo płynące „Nobody Knows” z delikatnym wstępem gitarowym i ładnymi klawiszami oraz szybszymi refrenami. Żeby jednak nie było tak przyjemnie, to pojawia się parę mocniejszych uderzeń jak „Poor Boy Man” z potężna gra klawiszy na początku czy szybkie „Blame” (klawisze przyśpieszają i w takim tempie jadą w tle oraz naprawdę mocnym riffem pod koniec). A tak naprawdę każdy utwór jest przynajmniej bardzo dobry, a to w połączeniu ze świetnymi głosami Paula Younga i Paula Carracka oraz niebanalnymi tekstami (m.in. o odpowiedzialności, samotności czy wierze).

W tym roku wyszła reedycja albumu. A co to oznacza? Dodatkowy album, a w nim zapis trasy koncertowej z 1989 roku, promującego „Living Years”. Na początek jednak drugiej płyty dostajemy nową wersję „Living Years” zespołu w odmienionym składzie (z wokalem Andrew Roachforda) i brzmi to całkiem nieźle. A koncertowe wcielenie Mike’a prezentuje się naprawdę więcej niż solidnie i nie jest to tylko zbędny dodatek. Za to dodatkowy punkt.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – Mike + The Mechanics

Mike__The_Mechanics

Jeżeli członek progresywnej kapeli, decyduje się założyć popową kapelę, zawsze jest pytanie o co tu chodzi. Tak zrobili muzycy grupy Asia, ich szlakiem podążył Mike Rutheford – basista zespołu Genesis, gdzie po odejściu Steve’a Hacketta zaczął tez grać na gitarze elektrycznej. Kiedy Genesis poszło w stronę bardziej popowego brzmienia, Rutheford doszedł do wniosku, by zadziałać na własny rachunek i założył kapelę Mike and the Mechanics (zapisywana też Mike + The Mechanics). Poza Ruthefordem, który poza graniem na basie/gitarze, był też kompozytorem zespół tworzyli: klawiszowiec Adrian Lee, perkusista Peter Van Hooke oraz dwaj wokaliści: Paul Young i Paul Carrack (na płycie śpiewają swoje utwory na zmianę). W tym składzie w A.D. 1985 roku wydali swój debiut.

Za produkcję odpowiadał Christopher Neil, który współpracował m.in. z a-ha, Celine Dion czy Shakin’ Stevensem. Pytanie tylko czy po latach ten album może się wybronić, choć formuła na dobry, popowy album wydaje się prosta: chwytliwe melodie; proste, lecz nie naiwne teksty; świetny wokal (przynajmniej przyzwoity) i producent z głową na karku. Już otwierający całość „Silent Running” – pierwszy przebój ma to wszystko. Delikatna gra klawiszy, proste i rytmiczne granie sekcji rytmicznej, nakładające się w refrenie wokale oraz gitarowy riff w środku, a mocniejszy na koniec. A że wstęp trwa prawie dwie minuty i zaczyna się od dziwnych dźwięków, to inna kwestia. Choć perkusja oraz elektronika zdradzają wiek płyty (słychać to chyba najmocniej w „All I Need is a Miracle” z wstępem trochę pachnącym new romantic), to jednak brzmi ona chyba szlachetnie i trochę mniej plastikowo od dzisiejszego grania.

Dodatkowo jeszcze wplecione zostały dodatkowe dźwięki (m.in. cykanie świerszczy w nastrojowym „Par Avion” – te klawisze naprawdę robią nastrój –  gdzie śpiewa trzeci wokalista – John Kirby czy „strzelająca” perkusja w bardziej rockowym „Hanging by a Threat”, gdzie klawisze są w środkowej części zgrane z klawiszami), a prostota zmieszana z finezja. Jeśli ktoś chce potańczyć, to mamy „I Get the Feeling” z dęciakami do towarzystwa, preferujący dynamikę polubią „Take the Reins” z akustyczną gitarą oraz chórkami w tle, chyba że szukamy nastrojowych melodii, to czymś takim jest wręcz epickie „You’re Are the One” czy „A Call to Arms” (niewykorzystana melodia  grupy Genesis).

Wokale tutaj bazują na kontraście: mocny Carrack kontra delikatny Young. Panowie nie mają żadnego wspólnego utworu, co na pewno byłoby dodatkową atrakcją do spółki z naprawdę ambitnym tekstem (dotyczy to „Silent Running”).

Debiut Mike’a Rutherforda z nowym projektem okazał się jedną z większych niespodzianek roku 1985. I mimo upływu prawie 30 lat, jakoś nie chce się zestarzeć, jakby pokazywał: tak należy robić pop. Reszta jest historią, którą spróbuje wam przybliżyć.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Tori Amos – Unrepentant Geraldines

Unrepentant_Geraldines

Ta rudowłosa Amerykanka w latach 90. naprawdę robiła furorę. Po wielu latach i dwóch płytach zagranych z orkiestrą symfoniczną (wytwórnia Deutsche Grammophon zobowiązuje) tym razem postanowiła nagrać piosenkowy i normalny album, w całości przez siebie wyprodukowany.

Obowiązkowo pojawia się fortepian, na którym Amos gra (ona zresztą gra na wszystkim co ma klawisze) i jest przede wszystkim bardzo spokojnie i nastrojowo. Zdarzają się jednak wyjątki w sprawie tempa (singlowe „Trouble’s Lament” z ładnie grającą gitarą akustyczną, lekko orientalne „Wedding Day” – bębenki, delikatna elektronika), ale nawet w tych spokojniejszych utworach coś się dzieje. I nie chodzi tylko o to, że fortepian gra naprawdę ładnie jak w „Weatherman” czy przypominający melodię z pozytywki „Maids of Elfen-Mare”. Czasem pojawi się delikatnie gitara elektryczna („America” czy popowy utwór tytułowy), syntezatory (tutaj jest ich więcej jak w „16 Shades of Blue”, gdzie klawisze plumkają, imitują smyczki i tykanie zegara czy organy w „Promise”), grube dęciaki (dziecięce – jeśli chodzi o klimat „Giant’s Rolling Pin”) czy nakładające się głosy (to prawie w każdym utworze).

Ale w takiej muzyce trzeba się po prostu zanurzyć, bo zmian poważnych nie ma. Tori nie przerzuciła się na heavy metal, plastikowy pop czy – nie daj Boże! – disco polo. Jeśli jednak nie lubiliście poprzednich płyt, to ta wam się raczej nie spodoba. Warto też pochwalić teksty Tori, które w paru utworach są inspirowane konkretnymi obrazami. Zaś jej głos pozostał (na szczęście dla mnie) niezmieniony. I nie będę oszukiwał, że jestem naprawdę oczarowany tym albumem. Widocznie dlatego, że po prostu lubię taką muzykę. A może dlatego, że kręcą mnie rudowłose wokalistki? Sam nie wiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Sarah McLachlan – Shine On

Shine_On

Jak wiadomo, w każdym gatunku muzycznym są królowie, królowe i książęta. Jedną z takich rozpoznawalnych (przynajmniej dla mnie) wokalistek popowych jest Kanadyjka Sarah McLachlan. Zrobiła sobie cztery lata przerwy i postanowiła sobie przypomnieć nowym albumem z prostym i chwytliwym tytułem „Shine On”, za którego produkcję odpowiada stały współpracownik Pierre Marchand.

Ma być przede wszystko prosto, melodyjnie i przede wszystkim przyjemnie. W dodatku bez żadnych elektronicznych i plastikowych dźwięków, od których bolą uszy i działają one dość destrukcyjnie. W zamian za to dostajemy fortepian, perkusję, smyczki i perkusję. I zapomniałbym jeszcze o gitarze elektrycznej, ale spokojnie – to jest bardzo soft rockowa muzyka, choć ma też swoją siłę („Flesh and Blood” z nakładającą się wokalizą czy „Love Beside Me” z dość mocną elektroniką jak na tego typu muzykę). A jest tutaj kilka naprawdę ładnych fragmentów – gitara akustyczna w „Monsters” i „Song for My Father”, fortepian w balladowym „Broken Heart” oraz „Surrender and Certainty”, któremu towarzyszy trąbka. Pozornie jest spokojnie i prosto, ale w tej prostocie jest tutaj naprawdę wielka siła oraz spory ładunek emocjonalny, który najbardziej jest słychalny w naprawdę przepięknym głosie Sary.

Teksty pod względem tematycznym niczym nie zaskakują, ale brzmią naturalnie i nie są w żaden sposób ani tandetne ani kiczowate. To dojrzała kobieta opowiada i to słychać. Nie wiem jak wy, ale ja się dałem oczarować i obiektywny w żadnym wypadku nie będę.

8/10

Radosław Ostrowski

VA – The Boat That Rocked

Boat_That_Rocked

Trudno to sobie wyobrazić, ale był taki czas, gdy muzyka rock’n’rollowa i pop był zakazany przez państwowe stacje radiowe. I to się działo w Wielkiej Brytanii w czasach wielkiego boomu tej muzyki (lata 60-te). Na szczęście działało wtedy wiele pirackich rozgłośni radiowych. O jednej z nich zwanej Radio Rock opowiada film Richarda Curtisa „Radio na fali”. Można rzec, ze to typowa brytyjska komedia, która ma to, co mieć powinna – świetne dialogi, sporo humoru, fantastyczne aktorstwo pełne gwiazd (Philip Seymour Hoffman, Bill Night, Rhys Ifans, Nick Frost) no i najważniejsza rzecz – muzyka, a mówiąc konkretniej piosenki z lat 60., które budują klimat tej opowieści. Więc przyjrzyjmy się muzyce.

Wytwórnia Mercury Records wydała soundtrack na dwupłytowym albumie. Co prawda Curtis zatrudnił jako kompozytora Hansa Zimmera, jednak jego wkład był bardzo niewielki. Jego pojawia się w scenach tonięcia statku. Twórcy filmu garściami sięgają po piosenki z lat 60-tych, piosenek rodzącego się rocka i popu.

Wykonawcy nie są zbyt zaskakujący ani oryginalni (zabrakło jednak The Beatles i The Rolling Stones, co trochę uatrakcyjnia tą składankę) – The Kinks, The Who, Jimi Hendrix Experience, The Beach Boys, Dusty Springfield czy Cat Stevens. To są bardzo znane zespoły i nazwiska kojarzące się z okresem hipisowskim. Część piosenek robi tylko za tło, gdzieś tam puszczane przez naszych DJ-ów, jednak wiele z nich silnie łączy się ze scenami z filmu. Podkreślają sytuację bohaterów: pierwszy seks („This Guy in Love with You”), rozstanie („Stay with Me Baby”, które pojawia się także w napisach końcowych scoverowane przez Duffy), pojawienie się dziewczyn na statku („Judy in Disguise”) czy ślub („Elenore”). Każda z tych piosenek ma swój łatwy do rozpoznania klimat i sznyt epoki, w której dominowały gitara elektryczna i akustyczna, pierwsze klawisze, a także smyczki, chórki czy trąbki. Nie jest tu zachowana kolejność chronologiczna, ale to w zasadzie nie przeszkadza w czerpaniu wielkiej przyjemności z tego albumu. Choć wiele z tych piosenek jest bardzo dobrze znanych z innych filmów czy ze stacji radiowych („All Day and All of the Night” The Kinks, rozpoczynające film, „A Whiter Shade of Pale” Procom Harum czy „My Generation” The Who), to nie tylko one pasują do scen, w których się pojawiają, ale też nadal brzmią bardzo dobrze.

Jak jednak wiadomo każda składanka, choćby nie wiem jak była doskonała ma swoje wady. Po pierwsze to nie jest cała muzyka. Poza śladową obecnością Hansa Zimmera, pojawiają się fragmenty kompozycji samego Ennio Morricone ze spaghetti westernów (scena konfrontacji Hrabiego z Gavinem), jednak ich brak nie jest żadną przeszkodą, zaś sama obecność mogłaby zepsuć spójny klimat albumu. Druga sprawa to fakt, że nie wszystkie piosenki pochodzą z lat 60. O ile cover „Stay with Me Baby” w wykonaniu Duffy broni się stylową aranżacją, o tyle „Let’s Dance” Davida Bowie pochodzi z zupełnie innej epoki i trochę zgrzyta z resztą piosenek. Choć w finałowej scenie tańca wypada ona całkiem nieźle.

W zasadzie można potraktować „The Boat That Rocked” jako muzyczną encyklopedię lat 60., która pokazuje drogę muzyki rozrywkowej, w której proste teksty razem z pięknymi melodiami tworzyły magię w najczystszej postaci. Nie ma tutaj mowy o znużeniu czy monotonii, a dwie godziny spędzone przy tej płycie mijają jak z bicza strzelił. Poza filmem, ta składanka na pewno sprawdziłaby się na niejednej imprezie, w dodatku ja bardzo lubię takie retro klimaty. Jeśli chcecie przeżyć odrobinę staroświeckiej zabawy i poznać przy czym mogli bawić się wasi rodzice, nie traćcie czasu i przesłuchajcie. Ale najpierw zobaczcie „Radio na fali”, bo to kapitalne kino. Tak jak ta kompilacja.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Paolo Nutini – Caustic Love

Caustic_Love

Wykonawców popowych i soulowych jest po prostu na pęczki. Więc dlaczego zwracać uwagę na kolejną płytę z tego typu muzyką? Bo czasami zdarza się po prostu coś dobrego. Jak na przykład trzeci album walijskiego wokalisty Paulo Nutiniego.

Razem z producentem Dani Castelarem postanowili pójść w stronę soulu i r’n’b z lat 70-tych. I słychać to najbardziej w instrumentarium, gdzie najbardziej wybijają się dęciaki, organy Hammonda („Diana”), bas i delikatnie grająca gitara elektryczna. Nie brakuje tutaj zarówno chwytliwych i szybkich numerów jak „Fashion” (gościnnie wspiera wokalnie rapująca Janelle Monae) czy singlowe „Scream”. Jednak większą uwagę skupiają dłuższe (ponad 5 minutowe kompozycje), które powoli, lecz stopniowo się rozkręcają i budują bardzo intymny klimacik. Tak jest w przypadku „Looking for Something” (świetne smyczki) czy „Cherry Blossom” z „sennym” gitarowym wstępem, gdzie potem wszystko się rozkręca. Należy też absolutnie wyróżnić kapitalny „Iron Sky” z wplecioną przemową Chaplina z filmu „Dyktator”. Jedyną dla mnie poważną wadą są dwa instrumentalne utwory, które niczego nie wnoszą – „Bus Talk” i „Superfly”. A wokal Nutiniego jest mocny tam, gdzie być powinien (wspomniane „Iron Sky” i delikatny, gdzie jest to wymagane („Diana”).

Retro od dłuższego czasu jest w cenie i „Caustic Love” wpisuje się w ten trend. Ale jest tutaj sporo melodii i piekielnie dobrych piosenek, dla których warto spędzić czas. Jestem naprawdę zaskoczony.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Asia – Aria

Aria

Jest rok 1994. Dwa lata wcześniej Asia się reaktywowała i wydała nowy album, przy okazji zmieniając skład. Tutaj też doszło do roszad, odszedł Howe i Palmer, został Pitrelli, a nowym perkusistą został Mike Sturgis, który rok później dołączył do Wishbone Ash. I w tym składzie grupa zaczęła prace nad nowym albumem „Aria”.

Za produkcję i piosenki odpowiadali Payne z Downesem, czyli bas i klawisze powinny dominować. Początek jest dość tajemniczy i mroczny w „Anytime”, ale po „biciu” basem oraz przestrzennych klawiszach dołącza reszta grupy. I w zasadzie mamy starą, sprawdzoną formułę – nastrojowe klawisze, chwytliwe refreny śpiewane chóralnie i bardzo surowo brzmiącą (wtedy) gitarę elektryczną. Ale pojawiają się drobne elementy zaskoczenia jak „etniczna” perkusja i wokali w stonowanym „Desire”, gdzie jeszcze wpleciono elektroniczną wersję jednego z utworów Bacha, akustyczny wstęp w „Summer”, bardzo szybkie klawisze w refrenach „Don’t Cut the Wire (Brother)” + marszowa perkusja w połowie czy odgłosy jazdy konnej i strzały w dynamicznym „Rememberance Day” (perkusja z gitarą szaleją). Mimo że tak naprawdę niewiele się zmienia, a John Payne radzi sobie coraz lepiej na wokalu, to jednak płyty Asii słucha się naprawdę dobrze. Nadal jest przebojowo i dynamicznie, ale teksty są dość poważne, bo poza typowym miłosną treścią, nie zabrakło tutaj refleksji o wojnie i telewizji („Reality” z elektronicznie zmodulowanym głosem w refrenie).

„Aria” potwierdza, że Asia mimo przetasowań i zmian w grupie nie zmienia się specjalnie, nie zatraca się. Styl pozostaje ten sam i mimo upływu wielu lat, odbiór pozostaje pozytywny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Morten Harket – Brother

Brother

Gdy słyszę nazwisko Morten Harket, pierwsze skojarzenie to zespół a-ha, czyli bardzo melodyjne, nastrojowe i elektroniczny pop. Ale w 2010 roku, grupa postanowiła zakończyć działalność, jednak wokalista zespołu już wcześniej udzielał się solowo. I teraz ukazuje się jego szósty, solowy album „Brother”.

Za produkcję płyty odpowiada szwedzki producent i muzyk Peter Kvint. I choć można było się spodziewać powtórki z a-ha, to jednak do niczego takiego nie dochodzi. Nie jest to album aż tak mocno elektroniczny, choć klawisze odgrywają w nim istotną rolę (m.in. w „Whispering Heart”). Najwięcej roboty robi tu gitara elektryczna, która gra na tyle wyraziście, żeby ją wyłapać (tytułowy utwór), choć niespecjalnie się popisuje. Ale każdy z utworów, mimo dość różnego tempa, ma potencjał, by spodobały się w radiu. I nie ważne czy jest to nastrojowa ballada („Heaven Cast” z wyraźną gitarą oraz smyczkami w refrenie czy „There Is a Place” z towarzyszącym fortepianem i solówką skrzypiec na samym końcu) czy utwór odrobinkę szybszy lub bogatszy aranżacyjnie („Oh What a Night”), to słucha się tego z niekłamaną przyjemnością i bez poczucia straty czasu. Jest to bardzo nastrojowy i klimatyczny album.

Jaki jest wokal Mortena, każdy słyszy i jakoś niespecjalnie chce się zestarzeć. Jest delikatny, czarujący, a jak się wspina na wysokie rejestry, to potrafi zrobić wrażenie. Dopełnia on całości, tak jak teksty i mógłbym go słuchać w nieskończoność. Serio, serio.

„Brother” tylko potwierdza dobrą dyspozycje Harketa. Choć w trochę innym instrumentarium, gdzie dominują żywe instrumenty, ale nadal pozostaje interesującym wokalista.

7/10

Radosław Ostrowski