Raz Dwa Trzy – Niecud

Niecud

Regularność wydawania płyt przez zespół Raz Dwa Trzy poraża konsekwencją. I też trzeba było czekać dwa lata na „Niecud”.

Różnica w porównaniu od poprzedników jest niewielka – to nadal melodyjne piosenki pełne poetyckich tekstów, ale chyba więcej tutaj słychać trąbek. I nie mogło zabraknąć „Policjantów (tutaj aż dwa razy – najpierw „Policjantki z Bukaresztu głaszczą cudzoziemca”, bardzo etnicznej w wersji ze smyczkami, klarnetem i perkusją oraz „Korytarz, czyli policjanci zdziwieni przeciągiem”, znacznie spokojniejszy, z dość niepokojącą perkusją). Jednak nie brakuje tutaj bardziej spokojniejszych momentów („Tylko nie płyń tą rzeką” z fletem na końcu czy „Amulet” przypominający utwory Leonarda Cohena). Najbardziej jednak wpadają w uszy szybsze i żwawsze melodie (utrzymane w latynoskich klimatach „Czarna Inez”, „A jeśli bym” z wybijającą się sekcją rytmiczną czy ”Nie tylko dla Ciebie” z bębenkami we wstępie oraz popisami dęciaków i gitary) czy nawet lekko psychodelicznego klimatu („Moja dusza się porusza”). Zmienność klimatu oraz różnorodność instrumentarium powoduje, że „Niecud” trzyma poziom poprzedników.

Jeśli zaś chodzi o wokal Nowaka, nadal jest bardzo przyjemny, choć tutaj częściej recytuje, idzie niskimi tonami, co przypomina trochę Cohena (jednak to nie ta barwa głosu). Zaś jeśli chodzi o warstwę tekstową, to trzymamy poziom poprzedników, przemycając egzystencjalne treści czasem w lekkiej formie.

Może i cud się nie zdarzył, ale nie musiał. Raz Dwa Trzy znów wzniosło się na wysoki poziom i póki co nie zamierza z niego zejść.

8/10

Radosław Ostrowski

Sylvester Levay – Hot Shots!

Hot_Shots

Kiedyś to się robiło filmowe parodie. Ostatnio robi się głównie na zasadzie jak największego ośmieszenia konkretnych scen z filmów. A jeszcze 25 lat temu tryumfy święciły kręcone przez trio Zucker-Abrahams-Zucker takie jak „Czy leci z nami pilot?” czy seria „Naga broń”, gdzie robiono sobie także z klisz i schematów kina popularnego. W tą samą stylistkę poszedł „Hot Shots!” z 1991 roku, będący parodią, głównie „Top Guna” z popisową rolą Charliego Sheena, zanim ostro brał koks, wyrywał laski i próbował je zabijać.

levayJednak nie będę opowiadał o filmie, który bardzo lubię, ale o jego warstwie muzycznej. A za nią odpowiada pochodzący z Węgier Sylvester Levay, znany głównie z tematu przewodniego do serialu „Airwolf”. Ale skoro film był niepoważny, to i muzyka musiała pójść w formę pastiszu. Kompozytor poszedł w modną wówczas elektronikę synth popową i zmieszał to z orkiestrą, co słychać już w „Main Title”, które przewija się tu parokrotnie (podniosła trąbka i patos polany gitarą elektryczną i syntezatorem). Na ekranie brzmi to rozbrajająco śmiesznie, zaś poza nim wypada to naprawdę nieźle. Coś takiego mógł popełnić Hans Zimmer, na początku swojej drogi. Owszem, jest dość chaotycznie i robi małe zamieszanie w głowie. Jednak całość brzmi zaskakująco lekko, zaś temat miłosny („Love Theme – The Fruit Seduction”) to kiczowate brzmienie gitary, fortepianu i smyczków po najprostszej linii oporu.

Problem jednak pojawia się w momencie, gdy utwory zaczynają się powoli zlewać w jedno, a taki styl powoli staje się robić mało ciekawy, choć jeszcze wyróżnia się „Training Flight” z pulsującą elektroniką. Taka rąbanka może i brzmi lepiej od tego, co serwują Jablonsky, Djawadi czy inni podopieczni Hansa Z., ale to trochę przymało, by wysłuchać tego więcej niż jeden raz. I nawet elegancka, jazzowa piosenka „The Man I Love” w wykonaniu Valerii Golino nie jest w stanie tego uratować. Bo mimo pewnej lekkości, od połowy muzyka staje się monotonna i pokazuje swoją pustkę w tej prostocie. Łatwo wchodzi, ale wychodzi jeszcze szybciej.

5/10

Radosław Ostrowski

Norah Jones – The Fall

The_Fall

Z Norą Jones było coraz gorzej. Owszem, płyty się świetnie sprzedawały, jednak dla mnie skręcanie w stronę country było niebezpieczne i zaczęło po prostu nudzić. I po dwóch latach od poprzednika pojawił się nowy album, do którego podszedłem dość ostrożnie. I co tym razem wyszło?

Zmienił się producent, którym został Jacquire King znany ze współpracy z Kings of Leon, zespół też uległ wymianie (m.in. perkusiści Joey Waronker i James Gadson, klawiszowiec James Poyser oraz gitarzyści: Marc Ribot, Smokey Hormel, Lyle Workman, Peter Atanasoff), więc należało się spodziewać ewolucji. Już otwierający całość „Chasing Pirates” tylko potwierdził w tych przypuszczeniach – rytmiczna perkusja, delikatna elektronika oraz łagodnie grająca gitara elektryczna. Ale to dopiero początek, bo całość trochę pachnie popem z lat 70-tych („Even Though” z zadziorniejszą gitarą oraz chwytliwym basem), a jednocześnie brzmienie jest trochę barwniejsze, co nawet w spokojniejszych utworach jest bardziej odczuwalne, nadając chwytliwości i melodyjności jak w „Young Blood” czy „Light As A Feather”. Owszem, nie zabrakło pójścia w kałbojskie klimaty, jednak jest to dużo bardziej do słuchania („Waiting” z gitarą elektryczną i fortepianem, „You’ve Ruined Me” czy „Back to Manhattan” z delikatnym pianinem i gitarą), polewając  całość lekkim bluesem („It’s Gonna Be” z klawiszami na początku). Jest delikatniej i nastrojowo, ale na szczęście nie nudno.

W dodatku Norah nadal czaruje swoim delikatnym wokalem, który w tych nowych dekoracjach wypada naprawdę interesująco. Tak samo dużo dobrego można powiedzieć o tekstach, które są całkiem przyzwoite.

„The Fall” nie jest żadnym upadkiem, ale to dość spory progres. Może nie dorównuje debiutanckiemu albumowi, ale to jednak duży krok w dobrą stronę. Bardzo interesujący i świeży album.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Raz Dwa Trzy – Cztery

Cztery

Dwie poprzednie płyty zielonogórskiej grupy skupiły uwagę i przyniosły uznanie. Brakowało zespołowi jedynie popularności i szerszego grona odbiorców. To przyniósł im trzeci album, który dla zmyłki nazwano „Cztery”, na który trzeba było czekać zaledwie rok.

Więc co się zmieniło? Producent, którym został tym razem Wojciech Waglewski i to słychać, ale to nie jest nowe Voo Voo. Jednak zespół odszedł z jazzowego grania i poszedł w stronę bardziej melodyjnej muzyki. Gitara Adama Nowaka gra żwawiej i dynamiczniej, za to do instrumentarium dołączył akordeon. I jest to też pierwszy album z czymś, co można nazwać przebojami, a jednocześnie całość jest bardzo spójna i zwarta. W zasadzie każdy utwór ma potencjał na hit: „W wielkim mieście”, „Żyjemy w kraju”, czy „Nikt nikogo (i tak warto żyć)” – to najbardziej znane kawałki z tej płyty. Nie zabrakło charakterystycznych dla grupy instrumentalnych „policjantów” („P.w.p.p.f.”, czyli Policjanci w Paryżu pchają furgonetkę), są jeszcze marszowe „Czekam i wiem”, bardzo szybkie „Złote zęby” z kongami i perkusją w tle oraz wibrafonem, delikatne „Pod niebem”, bardzo atrakcyjna „Różana aleja” (wibrafon i piękne solo gitarowe) czy idący w stronę reggae „A poza tym”. Słabszych melodii tu nie ma, wszystko jest kapitalne i po latach broni się wszystkim.

Nowak też jest bardziej wyrazisty, zaś jego teksty nadal lawirują między poetyckością, zabawą i filozoficzną refleksję.

I w zasadzie „Cztery” to coś, co można nazwać kamieniem milowym polskiej muzyki. Kapitalne melodie, silna osobowość Nowaka, bardzo interesujące teksty złożyły się na, nie zawaham się użyć tego słowa, arcydzieło. Najlepszy album zespołu lat 90.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Raz Dwa Trzy – Jestem Polakiem

Jestem_Polakiem

Od wielu lat mają bardzo duże grono wielbicieli. Tworzą dość alternatywną muzykę wobec mainstreamu, a znakiem rozpoznawczym są poetyckie teksty oraz wokal Adama Nowaka. W tym roku Raz, Dwa, Trzy obchodzi okrągłą, 23. rocznicę działalności. I z tej okazji przyjrzę się dyskografii zespołu.

Zaczynali w składzie: Adam Nowak (gitara, wokal), Grzegorz Szwałek (klarnet, saksofon), Mirek Kowalik (bas) i Jacek Olejarz (perkusja), zaś ich debiutancki album pozostaje trochę zapomniany. „Jestem Polakiem” wyszło w 1991 roku, zaś producentem został Winicjusz Chrust, u którego zespół nagrał materiał. Już tutaj objawiają się pewne charakterystyczne elementy w dorobku zespołu: poetyckie teksty, instrumentalny utwór o policjantach (tu aż dwa: „Policjanci w Warszawie… mhm” oraz „Policjanci w Chicago niszczą stare gazety”) czy rozpoznawalnym wokalem Adama Nowaka.

Zespół tutaj skręca w stronę łagodnego jazzu i spokojniejszych brzmień, bez potencjału na wielkie przeboje. Ale nie zawsze jest spokojnie (lekko kryminalne „Rytmiczne usiłowanie zabójstwa” czy „Mesdames et Messieurs!!! Arnold S. Voiľa!!!” z werblami i strzałami w tle), zaś całość ma dość niepokojący klimat, w czym dopomaga klarnet i saksofon, pojawiający się niemal cały czas. Jedynym utworem, który może kojarzyć się z tą płytą jest „Talerzyk” w dość oszczędnej formie. Teksty zaś są dość intrygujące i tyle można o nich powiedzieć.

Sam debiut jest dość solidny, jednak swoje najlepsze utwory miały dopiero powstać.

7/10

Radosław Ostrowski

Norah Jones – Feels Like Home

Feels_Like_Home

Jeśli powiedziało się A, to trzeba było powiedzieć B. Tak jak nagrało się debiutancki album, to wiadomo, że nie zrobiło się tego po to, by się pojawić i potem zniknąć na długie lata, ale żeby potem nagrać następne, rozchodzące się w milionach egzemplarzy. W przypadku Nory Jones trzeba było czekać dwa lata.

Za „Feels Like Home” od strony produkcyjnej odpowiadała sama wokalistka oraz odpowiedzialny za debiut Arif Mardin, więc jeśli ktoś spodziewał się brzmieniowej rewolucji, np. pójścia w stronę heavy metalu, hard rocka czy industriala, to musiał się rozczarować. Niby jest tak jak poprzednio, bo nadal idziemy w stronę akustycznego, melodyjnego grania w stylu folk (wybrany na singiel „Sunrise”) czy country („Creepin’ In” z Dolly Parton i szybką gitarą akustyczną). Spokojnie, nastrojowo i elegancko. Czyli tak jak było przy debiucie, tylko jeszcze bardziej. Nuda? O dziwo nie – piosenki są więcej niż ładne, a zbliżone instrumentarium (kontrabas, fortepian, gitara) tworzą intymny klimat. Nie brakuje akustycznych melodii („Carnival Town” z pięknymi skrzypcami czy „Humble Me”), lekko rockowego zacięcia (gitarka w „What Am I To You”) czy dość rytmicznego, ale stonowanego popu („Toes”). Wielu może to znużyć po kilku utworach, zwłaszcza pod koniec, jednak można to przełknąć (najlepiej z tej części broni się kończące „Don’t Miss You At All” z fortepianem tylko).

Zaś wersja deluxe zawiera jeszcze 3 dodatkowe utwory, które są dość zbliżone do siebie. Nadal podoba mi się wokal Nory, bo ma w sobie to słynne „coś” i chce się jej słuchać. Także teksty trzymają poziom i dość zgrabnie opowiadają o tym, co zawsze.

Niby jest jakiś krok na przód (choć bardziej w stronę country, czego zaczynam się obawiać), ale jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie do końca gra. Niby jest dobrze, ale gdzieś zaczyna się to wszystko gubić. To album zbyt mocny, by go ochrzanić, ale za słaby, by go chwalić. I z tą łamigłówką zostawiam was samych.

7/10

Radosław Ostrowski

Norah Jones – Come Away with Me

Come_Away_With_Me

Jest to jedna z najpopularniejszych wokalistek amerykańskich, która miesza folk z popem i jazzem. Do tej pory wydała pięć studyjnych płyt, które rozeszły się w ponad 50 milionach sprzedanych egzemplarzy. Robi wrażenie? Oprócz tego pisze teksty, komponuje, gra na gitarze i fortepianie. Mówię oczywiście o Norze Jones, której dorobek postanowiłem prześledzić. A wszystko zaczęło się w 2002 roku, dzięki „Come Away with Me”.

Album zawiera aż 14 piosenek. Za produkcję poza panną Jones odpowiadali wtedy: Arif Mardin (m.in. Queen, Phil Collins czy Richard Marx), Jay Newland (Ayo) oraz Craig Street (k.d. lang czy John Legend). No i wyszło z tego bardzo stonowane popowe granie idące czasem w stronę folku (gitara w „Seven Years” czy równie delikatne „Feelin’ The Same Way” z ciepłymi klawiszami), country („Lonestar”) czy jazzu („Don’t Know Why”). Jednak poza gitarą zarówno akustyczną, jak i stonowaną elektryczną (utwór tytułowy czy „Nightingale”) pojawia się tu kontrabas, fortepian („Shoot the Moon”), skrzypce (idące w stronę tanga „I’ve Got to See You Again”) czy akordeon („If I Was a Painter”). Może wydawać się to odrobinę monotonne czy nużące, jednak płyta posiada swój specyficzny klimat – lekko melancholijny, nostalgiczny, a na pewno bardzo intymny.

Bardziej od wokalu Nory (naprawdę dobrego i pełnego uroku) podobały mi się teksty, które w dość mniej banalny sposób mówią o miłości, nie wywołują rozdrażnienia i dopełniają ten album.

Cokolwiek by powiedzieć o tym albumie, jedno nie ulega wątpliwości. Mimo 11 lat, to świeża, dobra i naprawdę przyjemna płyta, która o tej porze roku brzmi po prostu świetnie. Czy wy też zaryzykujecie?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Michał Bajor – Moje podróże

Moje_podroze

Tego człowieka nie trzeba przedstawiać. Piosenkarz, aktor działający od ponad 40 lat. Nadal nagrywa płyty, jednak nie jest o nich zbyt głośno. Po zmierzeniu się z piosenkami francuskimi (dwa lata temu „Od Piaf do Garou”) powraca z nowym materiałem.

Tym razem jest to płyty z podróżami w tle, zaś stylem balansuje między popem a jazzem, gdzie elegancko gra fortepian („Man, Man, Manhattan”) z kontrabasem oraz perkusją. Jednak nie tylko, bo tutaj najbardziej dominuje gitara akustyczna. Ale też utwory są dopasowane do klimatu miejsca, gdzie jesteśmy (akordeon w „Paryż mój”, szybka gitara i klaskanie w „Los to flamenco”, jazzujące dęciaki w „Man, Man, Manhattan” czy bardziej stonowana gitara w „Smutny jak fado”), jednocześnie budując bardziej nostalgiczny, lekko melancholijny klimat. Nie brakuje też zaskakująco etniczną perkusję („Londyńka mgła”) czy tanga („Wszystkie kolory Argentyny”). Kompozycje są naprawdę eleganckie, ale jednocześnie przyjemne w odsłuchu, co jest zasługą m.in. Włodzimierza Korcza, Janusza Senta czy Jerzego Derfela.

Bajor śpiewa w bardzo charakterystycznej dla siebie barwie głosu, który wypada naprawdę dobrze i nie ma przeszarżowania i nadmiernej ekspresji, co dla mnie jest sporą zaletą. Drugą jasnym punktem są teksty Wojciecha Młynarskiego, którego talentu i umiejętności nie brakuje. Jest zarówno wspominkowo, dowcipnie („Ja jestem Bliźniak”), refleksyjnie i poetycko („Wszystkie kolory Argentyny”).

Nie jest to jakaś spektakularna czy widowiskowa muzyka, co w obecnych czasach może się to wydawać poważną wadą. To jest uczciwa, prosta, ale zaskakująco piękna płyta. Na tą porę roku idealna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Marek Jackowski – Marek Jackowski

Marek_Jackowski

Płyty wydawane po śmierci twórcy zawsze wprawiają w konsternację. Zwłaszcza gdy zawierają premierowy materiał i zwyczajnie nie wypada powiedzieć nic złego. Tak jest w przypadku ostatniej płyty Marka Jackowskiego, który nagrał z zaproszonymi gośćmi.

Jest to bardzo delikatne granie gitarowe, bardziej wyciszające i refleksyjne, a także bardzo melodyjne. Ale nie brakuje tutaj trochę mocniejszego uderzenia („Przychodzisz, odchodzisz” z silną gitarą oraz wokalem Piotra Cugowskiego), jednak dominują tutaj smyczki („Deszcz”, „Odnajdziemy się”), delikatne brzmienia gitary, choć perkusja potrafi zaszaleć albo skręcamy w stronę lekko popowej („Tyle muszę”), orientalnej („Kraj”) czy bluesowej („Miasto wzywa” ze świetnym saksofonem, „Matka od samotnych drinków”). Brzmi to po prostu bardzo dobrze, zaś nawet lekko taneczne elementy (perkusja w „Tyle muszę” czy „Nie zawsze jest tak jak chcesz”) nie przeszkadzają, a nawet intrygują.

Bardzo podobały mi się teksty – proste, ale za to poruszające, intrygujące i życiowe. Także sam Jackowski śpiewa naprawdę dobrze, choć bardzo delikatnie. Zaś wśród śpiewających tutaj są trzymający fason Piotr Cugowski, lekko stonowany Muniek Staszczyk („Ulica miłości”, „Nie zawsze jest tak jak chcesz”), rozpoznawalny Maciej Maleńczuk („Miasto wzywa”, „Kraj”), delikatna Anna Maria Jopek („Deszcz”, „Tyle muszę”), dająca radę Ania Wyszkoni („Odnajdziemy się”, „Matka od samotnych drinków”) oraz mocna Ewa Prus („Nie ma cię”). I wszyscy wypadli naprawdę zgrabnie i słuchało się tych piosenek z wielką frajdą.

Powiem wam szczerze – jest to naprawdę dobra płyta, serwująca coś, co wiele lat temu można było określić mianem szlachetnej muzyki rozrywkowej. Proste, ale nie prostackie, delikatne, eleganckie oraz zaskakująco pogodne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Eliza Doolittle – In Your Hands

In_Your_Hands

Wielka Brytania to kraj, który miał i ma wiele zespołów oraz wokalistów, którzy dziwny cudem podbijają światowe listy przebojów. Trzy lata temu pojawiła się niejaka Eliza Doolittle, lat 22 wydając swój debiutancki album zawierający bezpretensjonalne popowe piosenki. Teraz przyszła kolej na album nr 2 – „In Your Hands”.

Początek zapowiada kontynuację tego szlaku – „Waste of Time” z delikatnym fortepianem oraz tamburynem.  Ale dalej jest już różnorodniej, choć nie do końca. Klawisze nie wywołują drażnienia („Hush”, choć pojawiają się „cykacze”), nawet znalazły się smyczki („Let It Rain”), klaskanie („No One Can”), gitara akustyczna. Jednak im dalej (a dokładnie od nr 6 – „Walking on Water”) tym robi się coraz bardziej nudnawo i elektronika zaczyna wywoywać rozdrażnienie (perkusja w „Walking on Water”), a i piosenki zaczynają się rozmywać. I nie pomaga obecność dęciaków („Big When I Was Little”) czy fortepianu, nie mówiąc o niezłym basie.

Sam wokal Elizy już nie dziecinny, ale jeszcze nie dojrzały potrafi jeszcze przykuć uwagę, zaś same teksty są mocno średnie. Ja nie oddałbym się w jej ręce, a szkoda, bo mógł wyjść z tego naprawdę fajny album. A tak wyszło rozczarowanie.

5/10

Radosław Ostrowski