Ciągle pojawiają się nowe hip-hopowi wykonawcy i składy w kraju. Co się jednak stanie, gdy grupa doświadczonych raperów, zdecyduje się założyć własny skład? Przekonałem się słuchając składu Polskie Karate. Ekipę tą tworzą Metro, Wyga (Afront), Igorilla (Mama Selita) oraz DJ Flip.
Debiutancki album zawiera 17 kawałków, gdzie za podkład serwowane są lekko funkowe brzmienia (gitara elektryczna, bas), skrecze – czyli oldskul pełną gębą. Poza tym odrobina dęciaków („Na ratunek”), delikatnej elektroniki, dźwięki ciosów („Szkoła karate”). Staroświeckie brzmienie nie drażni, ale nawet jest zaletą. W dodatku wyczuwalna jest atmosfera luzu i zabawy, a odbiór jest zaskakująco pozytywny. Skrecze, bity -wszystko to jest na poziomie.
A nawijka panów jest przebogata. Skład zgrabnie balansuje na bitach, mówiąc o balangach, alkoholu i braggach, nie brakuje przyśpieszeń (singlowe „W trzy dupy”), bluzgów, metafor i odniesień do „Kac Wawy” („W trzy dupy”), Macierewicza („Tak jak trza”), abstrakcyjnej jazdy o superherosach („Na ratunek”) czy komercjalizacji środowiska („Poczuj moc”).
Powiem tak, zabawa jest przednia, nie ma udawania, że chodzi o coś więcej, a wszystko jest zrobione na wysokim poziomie. Gotowi na lekcję i parę ciosów?
Kolejny raper z Wysp Brytyjskich, co tłumaczy dlaczego jest biały. Do tej pory nagrał trzy EP-ki, mixtape i jeden niezależny album. Teraz 30-letni Ben Haggerty, bardziej znany jako Macklemore zdecydował się nagrać swój pierwszy studyjny album. Wsparł go w tym producent Ryan Lewis i tak narodził się „The Heist”.
Album zawiera 15 kawałków, co hip-hopem chcą być zwane. Podkłady są bardzo rozbudowane jak na tego typu muzykę, ale nie brakuje tu masy elektroniki, której słucha się z niekłamaną przyjemnością. Pojawiają się też bardzo naturalne dźwięki („skaczący” fortepian w „Can’t Hold Us”), pójście w oldskul („Thrift Shop” z „klaszczącą” perkusją oraz dęciakami), r’n’b („Ten Thousand Miles” czy „Thin Line” z klaskaniem, organami), country(„Cowboy Boots” z banjo w tle), a nawet pop („A Wake” z oldskulową elektroniką). Poza tym pojawia się jeden utwór instrumentalny („Bombon” z bardzo szybkim fortepianem). Jednym słowem, dzieje się tu wiele.
Gospodarz ma bardzo dobre flow i ma wiele do powiedzenia, zarówno na temat kobiet, pieniędzy („Gold”), sławy czy nałogach. Brzmi to bardzo przekonująco i słucha się tego bardzo dobrze. Ale czym byłby hip-hopowy album bez gości? Większość nazwisk nic mi nie mówi, a są tutaj m.in. Ray Dalton, Buffalo Madonna, Evan Roman czy Mary Lambert. I nie mam do nich żadnych zastrzeżeń.
Jeśli to miał być skok, to Macklemore’owi się udał w 100%. Ukradł czas, pieniądze, serwując w zamian bardzo dobre bity, flow i nawijkę. Dobry układ.
Ten brytyjski raper w roku 2010 popłynął i zaszalał jak nikt przed nim. Rok później ukazała się druga płyta. Czy tym razem profesor pokazał na co go stać i podkreślił swój wysoki poziom?
Moim zdaniem nie. „At Your Inconvenience” zawiera 15 utworów, w których rap miesza się z popem, elektro czy dubstepem. Czyli niby tak jak poprzednio, ale jest bardziej spokojnie i z mniejszym biglem. Czy to znaczy, że jest nudno? Nie, podkłady są ciekawe, wpadają w ucho, jednak brakuje tu pewnej iskry i tego szaleństwa oraz nieprzewidywalności debiutu. Z czasem staje się on monotonny i od środka robi się zaledwie dobry, idący w stronę popu („Spinning Out” bazujący na gitarze akustycznej) i skrojony idealnie pod radio. Trochę szkoda. Niemniej zdarzają się jasne światełka jak dyskotekowe „Remedy”, otwierający album tytułowy kawałek (zadziorna gitara elektryczna i masa elektronicznych cudów) czy kończący „Into the Ground” (hip-hop z trąbkami, gdzie w połowie, a kawałek trwa 8 minut pojawia się drugi kawałek, w którym za podkład wykorzystano… „Taniec węgierski nr 5” Brahmsa. Ale to niewiele.
Nie zmieniła się za to nawijka Greena, która trzyma wysoki pułap. Facet robi to w sposób naprawdę przykuwający uwagę, zaś tematyka stara jak świat: kobiety, próby odniesienia sukcesu, życie w sławie, ale i braggi („Potrafię wymienić dłuższe słowo niż w słowniku”). I tu jest najciekawiej.
Tak samo jak przy debiucie, profesor zaprosił paru gości, a niektórzy z nich (Emeli Sande, Fink z Gym Glass Heroes i Ed Drewett) już byli przy debiucie. Ale jest parę nowych twarzy, z których najlepiej poradził sobie Royce da 5′ 9″. Reszta wypadła całkiem w porządku.
Szczerze, po tej płycie liczyłem na coś szalonego i nieobliczalnego jak debiut. Niemniej jest zaledwie dobrze. Ale pojawiły się wieści, że profesor nagrywa nowy materiał. Co z tego będzie, czas pokaże.
Gdy nagrał swoją pierwszą płytę, miał 27 lat i już swoją ksywa wywoływał furię, bo jak można w tym wieku się tytułować profesorem – bezczelny. Zwrócił na niego uwagę Skinner z formacji The Streets, który wydał jego pierwszą EP-kę (potem jego wytwórnia upadła). Cztery lata później podpisał kontrakt z Virgin Records i nagrał swój debiut.
„Alive Till I’m Dead” zawiera 12 kompozycji i wydawało mi się, że już wiem co będzie. Ale już początek zapowiadał, że bardziej to będzie przypominało płyty B.o.B., którzy mieszał rap z różnymi innymi gatunkami. „Kids That Love To Dance” to imprezowy, wręcz taneczny kawałek z funkową gitarą oraz szybkim podkładem. Potem poziom się obniża, bo „Just Be Good to Me” jest powolniejsze, zaś różne elektroniczne cuda wianki bardziej drażnią niż przyciągają, masakrując oryginał. Ale już „I Need You Tonight” (podkład wzięty z piosenki INXS) pachnie latami 80-tymi i jest powrót do świetnej formy, która zostaje z nami do samego końca. I dalej mamy jazdę bez trzymanki – pop, elektro, dubstep, dzieje się totalna odlot. „City of Gold” z mocnym basem, oldskulowymi organami, cykaczem oraz delikatnie graną gitarą. „Oh My God” w duecie z Example zaczyna się bardziej rockowo, by potem pójść w elektro pop. Przy „Jungle” idziemy już w dubstep, „Do For You” z klawiszami a’la eightees oraz refrenem trochę idącym w stronę nowej fali, trafimy na dyskotekę z lat 90-tych, zabawimy się w elektronikę (skromne „Closing the Door” bazujące na ” Cupid’s Chokehold” Gym Glass Heroes), by w finale usłyszeć popowy „Goodnight” z pianinem, smyczkami i dęciakami.
Green nawija jak szalony, nie żeby szybko czy mega wolno, ale tak jak powinien, z werwą oraz błyskiem. I w prawie każdej konwencji (poza nr 2) sprawdza się po prostu bezbłędnie. Także masa gości tutaj dodaje smaczku. Poza zespołem Example pojawiającym się dwukrotnie, są tu jeszcze m.in. Emeli Sande (refren „Kids That Love to Dance”), Ed Drewett („I Need You Tonight”), Lily Allen („Just Be Good To Me”) czy Maverick Sabre. Wszyscy spisali się świetnie, po prostu, zaś warstwa tekstowa też jest na wysokim poziomie.
Myślałem, że już takich płyt się nie spotyka, gdzie hip-hop miesza się ze wszystkim (brakuje tu tylko rocka, heavy metalu i muzyki klasycznej, ale wszystko jest możliwe). Po prostu płyta, która zrobiła w ostatnich latach wielkie zamieszanie, jak najbardziej zasłużenie.
Ten młodzian na scenie amerykańskiej zrobił małe zamieszanie. Współpracował m.in. z Kanye Westem, The Game, Lloydem Banksem. W końcu nagrał dwie płyty, a teraz ukazuje się jego mixtape, gdzie znów potwierdza na co go stać.
Znajdujemy 11 piosenek, które wyprodukowali m.in. The Neptunes, Kanye West, Southside czy The Renegades. I wierzcie mi, bity są naprawdę mocne. I znów wszystko objawia się w intrze, gdzie zaczyna się od nawijki jakiegoś dzieciaka na temat rapera, który w skrócie kosi i wymiata. I tu pojawiają się organy, pianino, chór oraz powtarzający się w każdym utworze na końcu wołanie „My Name is My Name”. Bity są naprawdę mocne (brzmiące dość epicko „Millions”), spokojniejsze („It Doesn’t Matter” z różnego rodzaju perkusją), melodyjne („Road Runner” z bardzo delikatnymi dźwiękami elektroniki i cykaczem), pójściem w pop (najkrótsze „Revolution” oraz „Re-Up Gang Motivaton” z chórem), reggae („Take My Life” zapożyczone od Boba Marleya), r’n’b („Only You Can Tell it”- ten fortepian). Czyli jak widać jest różnorodnie, co zawsze jest zaletą.
Także sam raper potwierdza swoją dyspozycję, ma świetne flow, zaś sposób w jakim cedzi słowa zasługuje na uznanie. Co prawda nie bawi się w przyśpieszenia czy zwolnienia, ale wypada przekonująco. Tekstowo też jest różnorodnie, bo poza życiem w luksusie, samochodach, nie brakuje też wątków religijnych, rewolucji czy robieniu swojego bez względu na to, co mówią inni. Także goście też dopisali. Najlepszy jest Rick Ross, nieźle wypadli French Montana i Wale. Reszta nie przeszkadza.
Pusha T potwierdza tylko to, co już o nim słyszałem. Jest wymiataczem, a „Wrath of Caine” jest naprawdę mocny.
Pojawiły się głosy, że na blogu nie ma hip-hopu, że go marginalizuje. Dali mi to do zrozumienia goście, którzy wyglądali na fanów tego gatunku i zagrozili, że jeśli nie będzie ziomalskich klimatów, może się to dla mnie źle skończyć. W końcu zacząłem szukać i znalazłem parę albumów. A oto jeden z nich.
Kim jest Raekwon? Każdy fan Wu-Tang Clanu odpowie z zamkniętymi oczami. Raper do tej pory, poza działalnością w Clanie, nagrał 4 płyty solowe i już szykuje piątą. Ale w międzyczasie wydał EP-kę.
„Lost Jewlry” jak na Ep-kę jest dość obszerna, bo zawiera aż 12 utworów i śmiało mogłaby z tego wyjść pełnowymiarowa płyta. Za podkłady odpowiadają m.in. Scram Jones, Roads-Art i Frank G., zaś brzmienie jest mocno oldskulowe. Żadnych cykaczy, elektronicznych udziwnień, jest spokojnie i po bożemu. I to już słychać w intrze, gdzie smyczki idą w parze z perkusją. A dalej jest jeszcze bardziej staroświecko, ale nie nudno. Ponure „Prince of Thieves” z syrenami radiowozów na początku oraz smyczkami budującymi brudny klimat czy „Die Tonight” pachną brudem i ulicą, ale nie brakuje zróżnicowania. Są skręty w r’n’b („Hold You Down”- rozpisane na pianino, delikatną elektronikę, gitarę elektryczną), nostalgię („’86”, w którym opowiada o swojej młodości), pop („Whatever, Whenever” rozpisane na smyczki czy „Came On” bazujący na… „Owner of a Lonely Heart” Yes) czy orient (początek „To The Top”).
Zaś sam Raekwon jest w naprawdę dobrej dyspozycji, ma fajne flow, zaś nawija głównie o ulicy, gangach, ale też o przeszłości czy miłości. Nie brakuje oczywiście wiązanki nazwisk (od Nasa po… Bruno Marsa) i braggów, ale to jest standard. I nie zabrakło paru gości, z których najlepiej poradził sobie Freddie Gibbs.
Album jest ciekawy i świadomie oldskulowy. Dość długa to EP-ka, ale zapowiada zamieszanie w USA.
Stodoła 12 maja 2012. Tego dnia doszło do jednego mega koncertu hip-hopowego, bo zagrali Projekt Parias, Molesta i Eldo. Wszystkie zostały one wydane na płytach kompaktowych + koncertowe DVD.
Utworów jest 22, zaś raperowi towarzyszy Daniel Drumz, a także DJ Dej i DJ B. Kawałki są przede wszystkim okraszone bardzo oldskulowymi bitami, zaś nawijka Eldoki jest naprawdę wysoka. I nie ważne czy nawija o Warszawie („Ferajna” zaczynająca się „Balem na Gnojnej”), wizycie diabła („Diabeł na oknie”), o kraju („Nie pytaj o nią”) czy jego definicję rapu („Styl, flow, oryginalność”), facet ma bezpośredni kontakt z widownią, która potrafi z nim nawijać („Nigdy, zawsze, na pewno”) i słucha się tego z niekłamaną przyjemnością. Trudno wybrać najlepszy czy najsłabszy kawałek, bo takiego praktycznie nie ma. Całość jest naprawdę interesująca i tworzy atmosferę obecności na miejscu, a to w płytach koncertowych jest najważniejsze.
Mógłbym rozpisać się trochę więcej, ale moim zdaniem nie ma to sensu. Jeśli jeszcze tego nie nabyliście, to co tu jeszcze robicie? Ja na waszym miejscu już bym to nabył.
Ekipa ta pojawiła się w 2005 roku, a tworzy ją 4 raperów (z czego jeden gra na klawiszach i gitarze, drugi tylko na gitarze), jeden wokalista z gitarą elektryczną i perkusista, który czasem drze ryja. Tak narodził się zespół Hollywood Undead grający rapcore, czyli łączą rocka z rapem. Efektem tego jest 3 płyta „Notes from the Underground”.
Wersja deluxe zawiera 14 kawałków, które są mieszanką ostrego, ale przystępnego rocka z hip-hopem, co zarówno dla nich jak i muzyki nie jest niczym nowym. Jednak ta mieszanka nadal się sprawdza, choć jest tu trochę za łagodnie w porównaniu do poprzedników. Czy to jest wada? Raczej nie. Panowie próbują ciągle czegoś nowego i eksperymentują, co wychodzi im z różnym skutkiem. Najlepsze są zdecydowanie ostre kawałki jak otwierające album „Dead Bite”, „We Are” czy z łudzącym początkiem na fortepianie „From the Ground”, gdzie dalej mamy ostrą gitarę w refrenach i farsz elektroniczny. Czasem zdarza się bardziej pójść w stronę popu („Another Way Out”, „Lion” zajeżdżający trochę Linkin Parkiem) czy niemal akustyczny „Rain”), czystego rapu („Pigskin”, „One More Bottle”), a nawet czegoś wręcz radiowego („Believe” z fortepianem i lżejszą elektroniką), co może przyprawić o ból głowy. Ten totalny rozrzut jest zdecydowanie na plus, zaś kawałki są w najgorszym wypadku całkiem przyzwoite.
O dziwo wokal jest bardzo zróżnicowany, bo jedyny śpiewający Danny bywa zarówno bardzo spokojny („Believe”) jak i bardzo ostry i wściekły („From the Ground” czy „We Are”). Za to ziomale, czyli Charlie Scene, Funny Man, J-Dog i Johnny 3 Tears wymiatają i napędzają ten album. Tak po prostu. Jeśli zaś chodzi o lirykę, to tutaj jest bardzo ponuro – przemoc, strach, beznadzieja, ale też wolność, chęć zerwania z rutyną. Nie ma nudy i szablonu, tak jak w muzyce.
Zespół znów pokazuje, że potrafią zaskoczyć i stworzyć bardzo nieobliczalny materiał. Huśtawka emocji i rytmów może być odskocznią. Za to mają szacun.
The Game jest jednym z tych raperów, którym wodzi się dość różnie, a ostatnie płyty spotkały się z dość średnim przyjęciem. Teraz pojawiły się wieści, że wyszła nowa płyta. A ci co ją słyszeli twierdzili, że jest świetna. Nie wierząc, postanowiłem sprawdzić ten album.
Już okładka wydaje się dość dziwna. Czarny Jezus to nic nowego, ale ubrany w dresie, noszący złoty łańcuch i z maryśką w tle – w dodatku wszystko jako witraż. Mocne uderzenie na dzień dobry, a w środku 15 (wersja deluxe) kawałków, za które odpowiadają m.in. duet Cool & Dre, Black Metaphor czy K. Roosevelt. I co ja będę mówił, bity są świetne, kreujące klimat będący mieszanką tego co święte (chórki i wokalizy) z codziennym w tych bardziej stonowanych numerach. Nie zabrakło też energetyzerów jak „Name Me King” czy „Church”. Bbardzo zgrabnie połączono zapożyczone sample, m.in. z utworów Florence + The Machine (genialne „Ali Bomaye”) czy D’Angelo („All That (Lady)”. Słucha się tego z niekłamaną frajdą, a lepszy od Gracza był tylko Nas.
Sam Game jest w naprawdę świetnej dyspozycji, zaś jego nawijka to wysoki level. A o czym nawija Gracz? O gangsterce („Scared Now”), o religii („Hallelujah” – zapytanie, co naprawdę przyciąga ludzi do kościoła; „Church” – myśl o pójściu do klubu ze sptriptizem w trakcie mszy), o kobietach („All That (Lady)”) czy o balandze („Celebration”) i o dziwo, gościu potrafi trochę pomyśleć. Mógł przerazić za to featuring, gdyż raper zaprosił masę gości (nie pojawiają się tylko w dwóch kawałkach) i szczerze powiedziawszy, można było z paru zrezygnować, gdyż nie zostali w pełni wykorzystani (serio, Kanye West tylko w refrenie?? I to z jednym zdaniem?? Litości). Za to najbardziej należy pochwalić Pusha T („Name Me King”) oraz Kendricka Lamara („See No Evil”), którzy pozamiatali najbardziej, zaś reszta też raczej nie zrobiła wstydu.
Nie będę ściemniał i powiem krótko: The Game wraca do gry i pokazuje, że jeszcze może namieszać. Czy uda się zatrzymać tę formę? Will see.
Quentin Tarantino – wiadomo, że jak zrobi film, to raczej nie ma bata i musi się zakończyć sukcesem. „Django” to kolejny przykład na mistrzowska formę reżysera, gdzie wszystko tu zagrało. Reżyser znany jest też z tego, że nigdy nie zatrudnia kompozytora, zaś muzyka to wybrane przez niego piosenki i kompozycje instrumentalne. W filmie sprawdza się to rewelacyjnie. A jak na wydanym albumie?
Kompilacja zawiera 23 utwory, z czego część to dialogi, część to utwory instrumentalne i reszta to piosenki – wszystko ze sobą pomieszane i poplątane. Ponieważ film jest westernem, to dominują utwory utrzymane w tej konwencji. Zacznę po kolei od dialogów – zazwyczaj takie elementy na płycie zwyczajnie wydają mi się niepotrzebne, choć celem ich jest wprowadzenie w odpowiedni klimat. Tutaj nie drażnią, ale można byłoby z nich zrezygnować (choć ostatni dialog między Samuelem L. Jacksonem i Jamie Foxxem „Six Shots Two Guns” jest nawet zabawny), ponieważ one będą zrozumiałe tylko dla tych, co film widzieli.
Właściwa praca zaczyna się od piosenki ze spaghetti westernu „Django” z 1966 roku. Kompozycja Luisa Enrique Bacalova brzmi po prostu rewelacyjnie otwierając film, zaś gitarowy wstęp i smyczki w refrenie budują kowbojski klimat. Innymi tematami Bacalova w filmie są: piosenka „His Name Is King” (temat Schultza ze świetnym żeńskim wokalem, harmonijką ustną, dęciakami) oraz „La Corsa (2nd Version)” instrumentalna kompozycja zaczynająca się od nerwowych skrzypiec, bardziej pasujących do horroru, które potem się uspokajają dając pole podniosłej trąbce.
Drugim kompozytorem mającym spory udział w filmie jest Ennio Morricone, którego kompozycje Tarantino wykorzystuje od drugiej części „Kill Billa”. Tu najbardziej należy wyróżnić dwa tematy z westernu „Dwa muły dla siostry Sary” z Clintem Eastwoodem. „The Braying Mule” to zapętlająca się gitara, z powtarzającym się fletem oraz cymbałkami buduje odpowiedni klimat, kontrastem jest rozpisany na gitarę i grzechotkę liryczny „Sister’s Sara Theme”. Poza tym jeszcze pojawia się piosenka „Ancora Qui” śpiewana przez Elizę Toffoli oraz majestatyczny temat „Un Monumento” rozpisany na trąbkę, chór i bardzo charakterystyczną perkusję. Poza tym jeśli chodzi o muzykę instrumentalną jest wykorzystany „Nicaragua” Jerry’ego Goldsmitha z ciekawą elektroniką (film „Pod ostrzałem”) oraz „I Giorni Dell’ira” Riza Orlotaniego – typowo westernowy kawałek z porywającymi gitarami oraz dęciakami.
Jeśli chodzi o piosenki nie mogło zabraknąć typowo westernowych brzmień (z gitarą na pierwszym planie), ale nie brakuje też tzw. czarnych brzmień. Stąd też pojawia się zarówno John Legend (soulowy „What Did That You Do?”), Brother Dege (gitarowy „Too Old to Die Young”), wykorzystany w zwiastunie smash-up Jamesa Browna i 2Paca (mieszanka soulu i hip-hopu) oraz dość kontrowersyjny Rick Ross (rapowy „100 Black Coffins”), ale dziwnie pasujący do całości. Reszta piosenek na dobrym poziomie.
Nie ma tu wszystkich kompozycji wykorzystanych w filmie, ale dobór Tarantino do albumu jest trafiony. Kompozycje są świetne, żadna nie gryzie się ze sobą i to wszystko brzmi świetnie także poza filmem. Brać, kupować, słuchać i niczego nie żałować.