Lao Che – Dzieciom

Dzieciom

Zespół Lao Che to dziwna ekipa, która miesza gatunki, bawi się słowami, a jednocześnie pozostaje melodyjna i dynamiczna. Po szalonym „Soundtracku”, tym razem przekornie wydali album dla dzieci. przynajmniej tak sugerowałby tytuł „Dzieciom”, którą wyprodukował Emade.

Dziwaczność przewija się już w egzotycznym „Dżinie”, gdzie dziwaczna elektronika na początku przenosi nas w jakiś arabski świat. Dziwaczna żonglerka jazzowo-cyrkowa pojawia się w singlowy „Tu” z opowieścią o kuszenia Szatana… posadą w niebie czy w bardziej elektronicznym „Wojenko” z delikatną gitarą oraz bitem (przewrotna fraza „Wojna to sport, a sport to zdrowie”). Mroczniejsza „Znajda” ma delikatne klawisze, nerwową gitarę oraz marszową perkusję, gdzie pod koniec przebijają się dęciaki. Znacznie spokojniejsze i bardziej akustyczne jest dwuczęściowa „Bajka o Misiu”, która budziła skojarzenia z… Raz, Dwa, Trzy (tom pierwszy) – to chyba z powodu tej akustycznej gitary i wyciszonego głosu Spiętego. Drugi tom tej bajki jest bardziej trip-hopowa z dziwacznym pomrukiem po refrenie. W podobnym, egzotycznej mieszaninie jest utrzymana „Z kamerą wśród zwierząt buszujących w sieci”, gdzie nie brakuje elektronicznych eksperymentów, jazzującej trąbki oraz egzotycznej perkusji. Co utwór to niespodzianka i kolejny labirynt.

Także teksty są tutaj zaskakujące, pełne ironicznego humoru i przede wszystkim są komentarzem do rzeczywistości (konsumpcjonizm, uzależnienie od Internetu, wojna, nietolerancja), a jednocześnie nie brakuje językowej zabawy („tu jest jak u mamy, jak u mamy tu mamy”). I ci, którzy znają dorobek poznańskiej grupy, powinni być zadowoleni. Także osoby szukające niekonwencjonalnych dźwięków powinni odnaleźć wiele dla siebie. Czyste wariactwo po prostu.

8/10

Radosław Ostrowski

Noel Gallagher’s High Flying Birds – Chasing Yesterday

Chasing_Yesterday

Kiedy doszło do rozpadu Oasis, wydawałoby się, że o braciach Gallagher już nie usłyszymy. Liam z resztą chłopaków założył Beady Eye, które kontynuuje ścieżkę Oasis, a Noel założył własny projekt, idąc swoją własną drogą. Po dość ciepło przyjętym debiucie na drugi album trzeba było czekać cztery lata.

I tak jak na poprzednim albumie słychać Noela zaczynającego każdy utwór od liczenia, potrafi zagrać interesujący riff i stworzyć miejscami mocno brudny klimat, podszyty melancholią. Jak w „Riverman” czy bardziej przebojowym „In the Heat of the Moment” z mocnym basem oraz… dzwonami. Facet wie jak zrobić potencjalny przebój, ale jednocześnie stara się, by tekst nie był o pierdołach. Czasami zdarzają się pewne podobieństwa do Oasis (melancholijne „The Girl with X-Ray Eyes” z Hammondami czy brudniejsze „Look All the Doors” z psychodelicznymi – troszkę – riffami), jednak Gallagher robi wszystko, by uniknąć monotonii, stąd m.in. pojawienie się dęciaków w „The Right Stuff” czy obecność Johnny’ego Marra w kończącym całość „The Ballad of Mighty I”.

Widać, że Noel lata wysoko i nawet pewne powtórzenia czy inspiracje macierzystą grupą jestem w stanie wybaczyć. Jedno jest pewne, Gallagher trzyma formę oraz fason, a słuchanie go sprawia naprawdę wielką frajdę. Mocny kandydat do płyty roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Archive – Restriction

Restriction

Bardzo popularna w Polsce grupa Archive po rocznej zwyżce formy w postaci “Axiom” nie odpuszcza i już teraz pojawia się ich najnowszy, dziesiąty album “Restriction”, przy nagrywaniu którego pomógł dawny współpracownik Jerome Devoise. Jak tym razem wypada brytyjska grupa z Londynu?

Postanowiła bardziej pójść w elektronikę, nie pozbawionej znamion przebojowości. Jest to już słyszalne w bardziej gitarowym „Feel It” czy mieszającym gitary z klawiszami utworze tytułowym, gdzie dominuje prosta i zapętlająca się linia melodyczna (perkusja robi się dziwaczna). Także singlowy „Kid Corner”, gdzie muzycy bawią się elektronicznymi dziwadłami oraz „strzelającą” perkusją robi świetne wrażenie. I kiedy wydaje się, że będzie dynamiczna dyskoteka, następuje wyciszenie w postaci „End of the Days” z bardzo delikatną elektroniką oraz wyciszonym głosem Holly Martin, do którego w połowie (poza przestrzennymi wokalizami) dołącza elektroniczna perkusja. W podobnym tonie jest rozmarzony „Third Quartet Storm”, który w połowie brzmi groźnie (nieprzyjemne pomruki), by się wyciszyć (jazzowa perkusja, wyciszone głosy) oraz niemal pianistyczny „Half Built Houses”.

Dalej jest kolejna wolta – pulsująca perkusja, pomruk w tle oraz wybijająca się gitara, czyli „Ride In Squares”. W środku dzieją się mocniejsze wejścia elektroniki i wtedy wkracza dynamiczny – jak na tą grupę – „Ruination”, gdzie cały zespół wybrzmiewa tak jak w pulsującym „Crushed” przerywanym mocniejszymi wejściami gitary. A wtedy wycisza się wszystko w „Black and Blue”, by rozgrzać się w finale, który po prostu wgniata w fotel.

Wszystko tutaj gra i już na chwilę obecną mogę śmiało stwierdzić, ze nowy Archive będzie walczył o miano płyty roku 2015. Elektroniczno-rockowa mieszanka się sprawdza, wokale Holly oraz Pollarda Berriera, melodyjność, poczucie przestrzeni – po prostu bardzo dobry i bardzo piękny album.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Fisz Emade Tworzywo – Mamut

mamut

Fisz i Emade to sprawny duet hip-hopowy działający od lat jako Tworzywo Sztuczne, a także pod swoim własnym szyldem. Jednak jako Tworzywo wrócili po 10 latach przerwy i… zrobili wszystkim niespodziankę.

Panowie zazwyczaj grali surowe bity, pachnące mocno oldskulowym brzmieniem. Tym razem jednak poszli ku nowoczesności. I słychać to już w niemal dyskotekowym „Pyle” oraz jeszcze bardziej pulsującym „Zwiedzam świat”. Elektronika w niemal dyskotekowym stylu jest też mocno obecna we „Wróć” czy instrumentalnym „Mamucie” wspieranym przez niemal etniczny bit. Dzieją się tutaj rzeczy zaskakujące, nawet dla mnie – osoby mało obeznanej z rapem polskim (i nie tylko polskim). Zaskakują tutaj wydawałoby się zapomniane skrecze, pojawiają się żywe instrumenty jak trąbka („Bieg”), etniczne wstawki perkusji („Wojna”, gdzie jeszcze są poruszające smyczki) czy pójście w funky (gitara i Hammondy w „Karate”). Pod tym względem jest tutaj naprawdę wysoki progres, a całość ma mocno popowy sznyt.

Do tego zarówno świetnie grająca nawijka Fisza oraz bardzo interesujące teksty (refreny to wyszły świetne), w których mówią o sprawach ważkich (relacje międzyludzkie itp.). Do tego panowie zaprosili dwójkę gości, która dopełniła całości. Najwięcej, bo aż trzy razy pojawia się Justyna Święs z zespołu The Dumplings i myślę, że nie było to dziełem przypadku, za to klasą samą w sobie była Kasia Nosowska w „Wojnie”.

Czyżby to był kandydat do hip-hopowej polskiej płyty roku? Na to wygląda. Wszystko jest dopięte, brzmi bardzo energetycznie, różnorodnie i ciekawie. Przesłuchać koniecznie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


 

Marianne Faithful – Give My Love To London

Give_My_Love_to_London

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy lat 60., a jednocześnie jedna z najaktywniejszych wokalistek rockowych – Marianne Faithful, postanowiła przypomnieć o swojej obecności, wydając 20 solowy album.

Już tytułowy utwór, który otwiera całość wskazuje, ze będzie staroświecko i klasycznie, czyli bez elektroniki oraz z dominacją żywego instrumentarium (gitara, skrzypce, perkusja), a klimatem przypomina ona (znaczy się płyta) wcześniejsze dokonania Nicka Cave’a – gitary są tak samo „brudne” i podrasowane dziwnymi pomrukami (singlowe „Sparrows with Sing”), czasem plącze się fortepian (ponury „True Lies” z mocnymi partiami perkusji oraz minimalistyczny „Late Victorian Holocaust”), ale nie brakuje tez skrętów w bardziej folkowe dźwięki (akustyczny „Love More or Less”) czy nawet bluesowych zagrywek („The Price of Love” z harmonijka ustną oraz gitarami). Zdarzają się wręcz piękne melodie („Falling back” ze świetnymi smyczkami czy orientalny „Mother Wolf”), a całość w zasadzie pozbawiona jest słabego punktu (nawet pianistyczny cover „Going Home” Leonarda Cohena wypada bardzo przyzwoicie).

W dodatku podniszczony głos Marianne tworzy bardzo dziwna mieszankę., która w zaskakujący sposób łączy się zarówno z muzyką jak i tekstami. Nick Cave w tym roku zrobił sobie przerwę, więc Marianne zajęła jego miejsce i to z dobrym skutkiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Skubas – Brzask

Brzask

Dwa lata temu Skubas zachwycił publiczność swoim debiutanckim albumem „Wilczełyko”. Ale jak wiadomo, by utrzymać się w punkcie zainteresowania, trzeba nagrywać dość regularnie. Dlatego na nowy materiał czekaliśmy standardowe (zazwyczaj) dwa lata. Tym razem jednak Skubas sam odpowiada za całość brzmienia.

„Brzask” zawiera tylko 10 piosenek, które są stylistyczną kontynuacją debiutu. Wiec mamy dalej gitarowe granie, miejscami naprawdę mroczne (lekko psychodeliczny „Diabeł” z przesterowanymi gitarami), innym razem bardziej delikatne i spokojniejsze („Ballada o chłopcu”). Różnorodność jest największym atutem, zarówno pod względem tempa jak i instrumentarium. Poza gitarami słychać dęciaki (‘Rejs”), dynamiczną perkusję (szybki „Plac Zbawiciela” z dziwaczną elektroniką pod koniec), pstrykanie („Kołysanka”), wiolonczelę (końcówka „Kołysanki”). Efekt jest porażający i każdy utwór jest przebogaty aranżacyjnie – instrumentarium naprawdę piękne wybrzmiewa, nie brakuje tez potencjału na radiowe przeboje jak w tytułowym utworze.

Klimat jest spójny, wokal Skubasa przykuwa uwagę od pierwszego do ostatniego dźwięku, a bardzo poetycki teksty zapadają w pamięć na długo. I to wszystko czyni „Brzask” na chwilę obecną najlepszą polska płytą tego roku. Jesień będzie wyjątkowo bogata i przyjazna.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Wu-Hae – Poeci wyklęci

Poeci_wykleci

Coraz bardziej staje się widoczny trend mieszania różnych gatunków. W Polsce taką grupą jest Wu-Hae, kierowana przez Bzyka i Guzika, gdzie jest mieszanka rocka, elektroniki, alternatywy i nawet hip-hopu. W zeszłym roku wydali album, który dostał bardzo ostro potraktowany przez fanów jak i krytykę. Czy zasłużenie?

Tym razem ekipa postanowiła wziąć się za wiersze poetów przeklętych jak Andrzej Bursa, Rafał Wojaczek czy Stanisław Grochowiak. I nie ma co się oszukiwać, jest to ponura płyta tak jak ponure są teksty. Nawet jeśli pojawiają się liryczne fragmenty (pianistyczne „Dwoje”), to one są tylko małym światełkiem w tunelu. A i stylistycznie też jest rozrzut: od agresywnego punka („Zrób to!”, „Nie ma miecza”) przez delikatne reggae („Fiński nóż”) po imitację Kultu („Modlitwa bohaterów” czy „Od pleców” z agresywnym saksofonem i gitarą). Po pewnym czasie jednak gitarowe popisy mogą wielu znużyć, choć nie brakuje tutaj poruszających fragmentów jak „Księżyc” czy pachnące new wave „Kontrola”. Teksty pełnych makabreski („trupy na płozy pokładli”) oraz bardzo trafnych metafor stanowiących trafną obserwację naszej rzeczywistości („Modlitwa bohaterów” czy „Zrób to!”) w połączeniu z ekspresyjnymi głosami obu frontmanów tworzą całkiem niezłą mieszankę, którą dobrze się słucha.

Jedno to było trochę za mało i doprowadziło do rozpadu grupy. Choć doszło do przetasowania składu oraz reaktywacji. Pytanie tylko czy dadzą radę i wrócą w chwale.

7/10

Radosław Ostrowski

Morrissey – World Peace Is None of Your Business

World_Peace_Is_None_of_Your_Business

Ten wokalista ma naprawdę duży dorobek. Najpierw jako frontman bardzo popularnego w latach 80. zespołu The Smiths, a od roku 1988 roku działa solowo. I po pięciu latach Morrissey powraca – najpierw w Wielkiej Brytanii wyszła jego autobiografia, a teraz można nabyć dziesiąty album.

Już sam tytuł rzuca się w oczy, a za produkcję odpowiada znany już producent Joe Chiccarelli, który odpowiadał m.in. za ostatnie płyty Alanis Morissette i Jasona Mraza, współpracował także z Beckiem, U2 czy The White Stripes. „World Peace Is None of Your Business” jest płyta bardzo różnorodną i bogatą, ale trzymającą się stylistycznie szeroko pojętej muzyki gitarowej, która nie brzmi zbyt współcześnie. I parę razy potrafi zaskoczyć, a nawet uwieść. Tytułowy utwór jest pozornie kołysanką (początek z perkusją, delikatną grą gitary, klawiszy i innych dzwoneczków), choć po pierwszej zwrotce delikatne dźwięki cymbałkowo-dzwonkowe zostają skontrastowane z mocniejszą perkusją i ostrzejszą gitarą (pod koniec lekko punkowy riff), bywa odrobinę brudny (przesterowane gitary oraz klawisze w „Neal Cassidy Drops Dead”), nawet zahacza o progresję (długie „I’m Not a Man”), skręca w stronę nazwijmy to etniczną (idące we flamenco „Earth Is the Loneliest Planet”, „orientalna” gitara i elektroniczne smyczki w „Istambul” czy akordeon i trąbka w „The Bullfighter Dies”) czy akustycznie („Smiler with Knives”) . Nie mogło tez zabraknąć melodyjnego rock’n’rolla („Staircase in the University” czy szybkie „Kiss Me a Lot” z refrenem pachnącym tangiem). Dzieje się tu dużo, ale nie ma tutaj zbyt dużego rozrzutu czy niespójności. Wszystko brzmi tu świetnie i muzyka jest tutaj naprawdę miejscami zaskakująca.

Sam wokal Morrisseya jest na tyle rozpoznawalny, że nie można go pomylić z nikim. Odrobinę melancholijny, trochę tajemniczy głos dopełnia teksty, które nie są banalną nawijką o miłości. Nie brakuje tutaj poważnych refleksji na temat samotności, bezradności czy kryzysie męskości. A kilka fraz jest tutaj naprawdę trafnych („Seks i miłość to nie to samo” – niby wiemy, ale jakoś niespecjalnie o tym pamiętamy czy z „The Bullfighter Dies”: Hura, hura/Matador umiera/I nikt nie płacze (…)/Bo wszyscy chcemy, by byk przeżył”) i wartych uwagi.

Morrissey może i zniknął na jakiś czas, ale powrócił. I jest to powrót naprawdę w mocnym stylu i z dużą klasą. Album w wersji deluxe zawiera jeszcze pięć piosenek, które nie są gorszymi odrzutami. Są jeszcze ciekawsze od podstawki. Ale to już sami się musicie przekonać.

8/10

Radosław Ostrowski

Stereophonics – Violence. Sex. Language. Other?

Language._Sex._Violence._Other

Czas wrócić do zespołu Stereophonics, który ciągle trzymał formę. Do grupy dołączył nowy perkusista Javier Weyler, który zastąpił zmarłego Stuarta Cable’a. Nowy członek, nowa płyta pod dość wyrafinowanym tytułem.

A przy produkcji Jonesowi pomagał Jim Love i już widać pewne zmiany. Najważniejszą jest tutaj obecność elektroniki, co buduje miejscami mroczniejszy klimat (otwierający całość „Superman” ze świetną sekcją rytmiczną). Nie zabrakło tutaj punkowej energii („Doorman” z mocną solówka gitary), która nadal jest zaprawiona melodyjnością, ostrzejszymi (jak na nich) killerami („Brother” z krzyczącym po prostu Kellym Jonesem), jak i bardziej stonowanymi piosenkami (początek „Devil” z zapętlającym się fortepianem oraz wplecionymi „rozmowami”, który potem nabiera siły ognia czy „Dakota” z ciekawym elektronicznym intrem). To totalna mieszanka wybuchowa, gdzie gitara po prostu strzela swoimi riffami jak karabin maszynowy, bas z perkusją są świetnie ze sobą zgrane i razem walą naprawdę mocno, zaś wokal Jonesa jest bardziej „brudny” niż poprzednio. A rozpisywanie się o kolejnych utworach („Rewind”, „Pedalpusher” czy bardzo krótka „Girl”) nie ma w zasadzie żadnego celu. To spójny i mocny materiał – prawdopodobnie najlepszy w całej karierze zespołu. W takiej sytuacji ocena może być tylko jedna.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Neil Finn – Dizzy Heights

Dizzy_Heights

Po raz pierwszy poznałem tego wokalistę, gdy po raz pierwszy usłyszałem „Song for a Lonely Mountain”. I potem dowiedziałem się, że to uznany wokalista i gitarzysta z Nowej Zelandii, grający muzykę bardziej alternatywną. I teraz wychodzi jego siódmy album, sygnowany jego nazwiskiem.

Za produkcję albumu „Dizzy Heights” odpowiada znany ze współpracy z The Flaming Lips Dave Fridmann. I poza elektryczną gitarą, która gra bardziej surowo oraz w tle, ale dominują tutaj smyczki oraz zmieszana elektronika. Słucha się tego zaskakująco przyjemnie i nie brakuje też tutaj eksperymentowania (w „Divebomber” słyszymy dźwięki samolotu oraz podniosłe trąbki z werblami, zaś w „Better Than TV” są orientalnie brzmiące bębenki), ale jest nadal chwytliwe i bardzo melodyjnie. Co pozornie może nie pasować do siebie. Czasami zdarzają się „brudnawe” dźwięki elektroniki („White Lies and Alibis”), przewinie się jeszcze fortepian („Recluse”) i chórki („Stranglest Friends” z mocniejszą gitarą), a sam wokal Neila potrafi oczarować i przykuć uwagę do samego końca.

Pozornie nic specjalnego, ale jak dobrze się przy tym spędza czas? Taka mała niespodzianka.

7/10

Radosław Ostrowski