Stereophonics – You Gotta Go There to Come Back

You_Gotta_Go_There_To_Come_Back

Zazwyczaj jest tak, że płyty poszczególnych wykonawców są wydawana regularnie, czyli co 2-3 lata. Tak też było z zespołem Stereophonics. Jednak tym razem za produkcję odpowiadał sam wokalista, czyli Kelly Jones. Czy w związku z tym coś się zmieniło?

Trudno w zasadzie powiedzieć, bo nadal jest to alternatywne granie gitarowe. I to słychać już w „Help Me” z przesterowaną i i zadziorną gitarą oraz bardziej „podbrudzonym” wokalem. Ale już „Maybe Tomorrow” jest zupełnie odmienne. Grane bardzo delikatnie, z chórkiem w tle. Jednak w połowie wybrzmiewa gitara elektryczna oraz elektronika, co trochę zmienia atmosferę utworu. „Garażowe”, wręcz punkowe grania powraca w „Madame Helga”, która jest jednocześnie wpadająca w ucho tak jak „Moviestar” z niezłym rytmem oraz mocniejszymi wejściami gitary w refrenach. Pewnym odejściem jest bardziej akustyczne (przynajmniej do momentu wejścia gitary) „You Stole My Money Honey”, folkowym „Getaway” z ładnym pianinkiem, harmonijka ustną oraz przerobionym cyfrowo wokalem, a także w „Climbing the Wall” ze skrzypcami i dęciakami w tle. Mieszankę folkowo-garażową serwuje „Jealousy”, zaś pewne wyciszenie serwuje „I’m Alright” z delikatną elektroniką. I ta zmienność z utworu na utwór jest atutem tej płyty.

Wokal Jonesa nie ulega jakiejś specjalnej zmianie, nadal jest lekko chrypliwy, ale tutaj jeszcze przechodzi on cyfrową obróbkę, co wielu może wprawić w konsternację. Zaś teksty też są udane.

Tutaj zespół pozornie nie zmienia się, ale coraz bardziej skręca w stronę folkowo-akustyczną, co wychodzi zdecydowanie ciekawiej i jeszcze odezwie się w grupie kilka lat później. Po wydaniu tej płyty zespół opuści perkusista Stuart Cable. Ale to już inna historia.

8/10

Radosław Ostrowski

Nick Cave & the Bad Seeds – Live from KCRW

Live_from_KCRW

Płyty koncertowe zawsze są wyzwaniem dla artystów i wykonawców, bo one pokazują formę ich. Bez wsparcia studyjnych sztuczek i modulacji głosem, trzeba wyjść do publiki i zagrac najlepiej jak się tylko umie. To postanowił zrobić Nick Cave z zespołem, podczas trasy promującej ostatnia płytę.

Album jest zapisem koncertu w rozgłośni radiowej KRCW z Los Angeles dnia 18 kwietnia tego roku. Poza utworami z ostatniej płyty (m.in. „Mermaids”, „Push the Sky Away” i otwierające całość „Higgs Boson Blues”) nie brakuje największych przebojów. Utwory te są nagrane w bardziej spokojnym tempie, bez przesadnych udziwnień, za to z mocno rozbudowanymi partiami pianina, skrzypiec i klawiszy. Ale i gitara elektryczna tez się odzywa jak w „Stranger Than Kindness”, ale ta oszczędna aranżacja jest na plus, co słychać w „The Mercy Seat”. Zaś zespół naprawdę jest bardzo zgrany, aranżacje bardzo klimatyczne, nie jest to też przenoszenie utworów w skali 1:1 z płyty (solo gitary w „Mermaids”), zaś publiczność reaguje dość oszczędnie, czasami pozwalając sobie na wybuchy.

Zaś sam Cave jest po prostu w świetnej formie, a jego głos jest po prostu poruszający i pełen ekspresji, choć może nie od razu to słychać. Ale zespół nadal jest w wielkiej formie, a ten koncert tylko to potwierdza. To trzeba po prostu mieć.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Raz Dwa Trzy – Trudno nie wierzyć w nic

Trudno_nie_wierzyc_w_nic

Zaledwie rok po swojej poprzedniej płycie, gdzie mierzyli się w utworami Osieckiej, zespół Adama Nowaka pokazał się z nowym materiałem. Album rozszedł się w sporej ilości, osiągając status platynowej płyty.

Za produkcję tak jak w poprzednich dwóch albumach odpowiada Marcin Pospieszalski. I mamy tutaj piosenki (sztuk 11) i jeden instrumentalny utwór („Policjanci w Atenach udają Greka” – zapętlająca się zorba, która zaczyna potem przyśpieszać) – wszystko własne i swoje. I jest tak jak od „Niecudu”, czyli połączenie melodyjnych, chwytliwych piosenek z filozoficznymi tekstami Adama Nowaka (tutaj naprawdę świetnymi, choć wyjątkiem jest „Jestem tylko przechodniem” Justyny Korn – też udany tekst). I to jest chyba pierwsza płyta, którą mógłbym nazwać przebojową, choć to nie było intencją jedyną. Dominuje tutaj gitara elektryczna, naznaczająca swoim piętnem każdy utwór. Od spokojnych „I tylko to wiem” oraz „Trudno nie wierzyć w nic”, po idący w stronę rock’n’rolla „Mógłbyś temu zaprzeczyć” (z kapitalnymi dęciakami, Hammondem oraz perkusją) czy reggae’owy „Idę przed siebie”, gdzie dęciaki szaleją. Ale nie brakuje tutaj bardziej wyciszonych piosenek jak „Mam imię, nazwisko i pracę” czy bluesowy „Jestem tylko przechodniem” (z saksofonem Mateusza Pospieszalskiego). Nie wspominając o takich hitach jak „Jutro możemy być szczęśliwy” (chwytliwa gitara i smyczki pod koniec) czy „Tak mówi Pismo” (żwawy akordeon).

A jeśli chodzi o teksty, to dotykają one m.in. tematyki wiary, nietrwałości dobytku materialnego czy nadziei. I nie brakuje im zarówno chwytliwości jak głębokich treści, co nie jest takie łatwe.

Mógłbym napisać trochę więcej o tej płycie, ale powiem wam szczerze: nie chce mi się. Posłuchajcie jej, a zrozumiecie dlaczego.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Raz Dwa Trzy – Czy te oczy mogą kłamać

Czy_te_oczy_moga_klamac

Po ponad 10 latach działalności zespół Raz Dwa Trzy tym razem postanowił nagrać płytę dość nietypową dla nich z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to płyta koncertowa, nagrana w studiu im Agnieszki Osieckiej w radiowej Trójce. Po drugie, zespół zmierzył się z cudzym repertuarem, a dokładniej z piosenkami do tekstów Agnieszki Osieckiej. I jak wyszli z tej konfrontacji?

Zwycięsko i co najważniejsze, przerobili te utwory po swojemu, naznaczając je swoim piętnem. Ale co najważniejsze, nie wzięli tylko tych najsłynniejszych i najbardziej znanych piosenek Osieckiej, przerywanych krótkimi zapowiedziami (w ilości cztery). Jeśli zaś chodzi o instrumenty, tutaj najbardziej wybija się delikatnie grająca gitara elektryczna (bywa pobrudzona jak w „Urodzie”, idąca w reggae jak w „Nim wstanie dzień” czy idąca w stronę bluesa w „Uciekaj moje serce”) i różnego rodzaju perkusje z bębnami („Czy te oczy mogą kłamać”), a także akordeon („Uciekaj moje serce” czy bardzo szybka „Piosenka o okularnikach”) i klawisze (bardzo dynamiczna „Wielka woda”). I muszę przyznać, że brzmi to po prostu fantastycznie, zaś bardziej stonowany głos Adama Nowaka współgra z resztą, tworząc głównie melancholijny klimat i wyłapując humor w tekstach, których treść dotyczy głównie niespełnionej miłości.

A na koniec dostajemy jeszcze ciekawy duet z Hanną Śleszyńską („Gaj”) oraz instrumentalną wersję „Niech żyje bal”, co jest zwieńczeniem tego znakomitego i niesamowitego koncertu. Na szczęście nie ostatniego.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nick Cave & the Bad Seeds – Dig, Lazarus, Dig!

Dig_Lazarus_Dig

Do 2008 roku u Nicka Cave’a działo się wiele. Najpierw powstał projekt Grinderman, napisał scenariusz do filmu „Propozycja” i zaczął pisać muzykę filmową (z Warrenem Ellisem do „Propozycji” oraz „Zabójstwa Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”. Dlatego na nowy album Złych Nasion trzeba było czekać aż 4 lata.

I tak jak poprzednio za produkcję odpowiada Nick Laundry, zaś płyta miała być w klimatach Grindermana. Innymi słowy jest brudniej, psychodelicznie i z silniej zaznaczoną obecnością gitary elektrycznej, która gra może i trochę monotonnie, ale za to bardzo niepokojąco („Night of the Lotus Eaters”, „Lie Down Here & Be My Girl”). Ale jednocześnie zespół skręca trochę w stronę folku (gitara akustyczna w „Hold On To Yourself”), eksperymentuje z dźwiękiem (elektronika w refrenie „We Call Upon the Author”), nawet fortepian tutaj ustępuje pola choćby organom („Jesus of the Moon” z równie dziwacznym fletem i skrzypcami). Całość jest mroczna, dziwaczna i lekko eksperymentalna jak za czasów starego Nicka z początków drogi, co trzyma naprawdę dobry poziom. Bo stare sztuczki już nie robią aż takiego wrażenia.

Zaś w tekstach Cave znów przygląda się współczesnemu światu i nie jest to przyjemny widoczek – obojętność polityków, samotność zwykłych ludzi, a Bóg patrzy gdzieś tam, zaś Łazarz kopie sobie grób, przerażony tym, co widzi. A to wszystko bardziej wyrecytowane niż zaśpiewane, ale za to jak.

Wiele lat minęło, ale Cave zawsze trzymał formę. „Dig, Lazarus, Dig!!!” to także ostatni album Cave’a nagrany z Mickiem Harveyem, który potem opuścił zespół. Naprawdę godny uwagi materiał.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Nick Cave & the Bad Seeds – Abattoir Blues/The Lyre of Orpheus

Abattoir_BluesThe_Lyre_of_Orpheus

Rok po „Nocturamie” zespołu Cave’a opuścił Blixa Bargeld – jeden z założycieli grupy. W tym czasie the Bad Seeds pracowało nad nowym materiałem, który był jedynym w dorobku zespołu podwójnym albumem. Jak z tego eksperymentu wyszli?

Za produkcję tego albumu odpowiada Nick Laundry znany ze współpracy z Arcade Fire oraz Yeah Yeah Yeahs. I te dwa albumy różnią się nie tylko perkusistami (na „Abattoir Blues” gra Jim Sclavunos, zaś na „The Lyre of Orpheous” Thomas Wydler), ale Bargelda zastąpił organista James Johnston. „Blues” jest bardziej gitarowym albumem, dynamicznym, gdzie Mick Harvey wybija się najbardziej. Jednak poza gitarą wyróżnia się sekcja rytmiczna, organy („Nature Boy”), fortepian (monotonny w tytułowym utworze) oraz świetny żeński chórek („Get Ready for Love”).

„Lira Orfeusza” pozornie wydaje się kontynuacją tego brzmienia (tytułowy utwór może dać takie złudzenie), tylko bardziej mroczna i tajemnicza. Okazuje się to zmyłką, bo dalej jest bardziej akustycznie, klimat wyciszenia, wręcz baśni, łagodniej brzmi fortepian. I nawet jeśli pojawia się gitara elektryczna, to brzmi bardziej spokojnie, ale i złowrogo („Easy Money”). Tak samo skrzypce, ale pojawiają się i żywsze utwory jak „Supernaturally” z nerwowym fortepianem oraz perkusją. Jednak ta część jest bardzo poruszająca (finałowa „O Mother”).

Ta dwa różne oblicza Cave’a i jego zespołu są świetnie pokazane, a jednocześnie słucha się tego bardzo przyjemnie. Jest melodyjnie, klimatycznie i w stylu Cave’a, który potwierdza swoją dyspozycję wokalną oraz tekstową, mówiąc m.in. o kanibalach, śmierci, przemijaniu czy miłości.

Tutaj Cave wspina się na wyżyny swoich umiejętności i mimo braku jednego z filarów, nadal potrafi stworzyć niesamowite dzieło. Kapitalny album.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Nick Cave & the Bad Seeds – Nocturama

Nocturama

Nick Cave nie zwolnił tempa po „No More Shall We Past” i znów wrócił do regularnego tempa nagrywania i już w 2003 r. (po dwóch latach), zespół wydał album nr 12. Już tytuł zapowiada, że będzie mrocznie.

Za produkcję tym razem odpowiada Nick Launay, z którym zespół wyprodukował następne albumy. I jest trochę inaczej niż myślałem. Choć przez większość czasu jest tak jak poprzednio, czyli oszczędnie, z dominacją fortepianu i skrzypiec jak w ładnym „Still in Love” czy „Right Out of Your Hand”. Jednak zaczynają też wybrzmiewać inne instrumenty. Delikatnie pojawia się gitara elektryczna („Rock of Gibraltar”), choć potrafi i mocno przyłoić (dynamiczny „Dead Man in My Bed” i lekko psychodeliczna druga część „Bring It On”). A przypomnieniem starego, brudnego Cave’a jest kończący, prawie 15-minutowy „Babe, I’m On Fire” – szybka perkusja i bas, przesterowane gitary Harveya i Bargelda oraz równie dziwaczne klawisze. Innymi słowy: czyste szaleństwo, z którego powoli jednak zespół zaczyna rezygnować albo redukować do minimum. Trochę szkoda, bo to na pewno urozmaica muzykę. Jeszcze nie czuję znużenia, a Cave jeszcze wie jak tworzyć klimatyczną muzykę

Wokalnie też jest dość różnorodny – od bardziej stonowanego i delikatnego recytowania, po bardziej ekspresyjne, punkowe ciągoty. Tekstowo też nie ma tu zbyt wielu zaskoczeń, ale chyba i nie o to tu chodziło.

„Nocturama” to solidny album w dorobku Cave’a i spółki, a jednocześnie ostatni, w którym brał udział Blixa Bargeld. Nic dziwnego, bo zwiększyły się wpływy Ellisa. Mocny album (momentami), liryczny (częściej), ale bardzo spójny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nick Cave & the Bad Seeds – The Boatman’s Call

The_Boatmans_Call

Rok po megaprzebojowej płycie „Murder Ballads”, Nick Cave i jego zespół (wzmocniony przez skrzypka Warrena Ellisa) nagrał dość zaskakujący album, który był pierwszym tak oszczędnym w formie i aranżacji.

Za produkcję odpowiadał zespół oraz Mark „Flood” Ellis, stary współpracownik grupy. Już ten minimalizm jest widoczny w otwierającym całość „Into My Arms”, gdzie Cave’owi towarzyszy tylko fortepian i bas. Te pierwszy instrument będzie przewijał się dość często i będzie szkieletem wielu kompozycji, zaś oszczędność brzmienia pozostanie znakiem rozpoznawczym grupy, budując melancholijny i mroczny klimat. W „Lime Tree Arbur” jest trochę lepiej, bo dochodzi perkusja i Hammond, a w nieśmiertelnym „People Ain’t No Good” pojawiają się skrzypce i wibrafon, a nawet jeśli pojawiają się inne instrumenty, to są one bardziej wyciszone i stonowane. Nie ma tutaj eksperymentowania, dziwacznych dźwięków. Czasami jest pójście w country („West Country Girl”), a to pojawi się akordeon („Black Hair”), znowu wybrzmią skrzypce („Idiot Prayer”) czy pojawi się gitara akustyczna („Green Eyes”). Ta płyta zaskoczyła starych fanów zespołu, kompletnie zmieniając formę, stając się bardziej piosenkową i bardzie przystępną dla słuchacza.

Sam Cave niewiele zmienił ze swojej barwy głowy, nadal bardziej delikatnie recytując niż śpiewając. Za to tekstowo, też jest o smutku, straconej miłości w bardziej liryczny sposób, co też może być zaskoczeniem.

Bad Seeds złapało wiatr w żagle i utrzymuje wysoki poziom, tym razem brzmiąc tak minimalistycznie jak przy „Push the Sky Away”. Zaskakująco piękny album.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Nick Cave & the Bad Seeds – Murder Ballads

Jest rok 1996. Od poprzedniej płyty Cave’a i jego zespołu minęły dwa lata, czyli zazwyczaj tyle, ile minąć powinno. Jednak chyba nikt się nie spodziewał, że ten album przyniesie artyście i jego kapeli popularność i sławę, a także obecność w radiowych stacjach. Wszystko za sprawą jednego utworu. Ale po kolei.

Za „Murder Ballads” odpowiada poza zespołem Victor Van Vugt – producent znany ze współpracy z PJ Harvey czy Beth Ordon. Album zawiera 10 piosenek, które zgodnie z tytułem są balladami z morderstwem w tle, a część z nich istniała od czasów średniowiecznych. Stylistycznie nic się specjalnie nie zmieniło, nadal jest minimalistycznie i oszczędnie, a jednocześnie klimatycznie oraz mrocznie. Ale co chyba najciekawsze, wszystkie utwory są znakomite. Ale po kolei.

Zmian w składzie nie było, zaś instrumentarium jest takie jak zawsze, jednak tutaj tworzy to naprawdę wyjątkowy klimat, co chyba jest też spowodowane zmniejszeniem eksperymentowania i postawienia na bardziej piosenkowy charakter utworów. A to skręcamy w stronę bluesa („Crow Jane”), reggae (najdłuższy prawie 14-minutowy „O’Malley’s Bar”), country („Stagger Lee”), a nawet elementów psychodelii (początek „The Curse of Millhaven” z wrzaskami i przesterowaną gitarą, który potem zmienia się w skoczną i wesołą melodię, która mocno kontrastuje z treścią). Najbardziej wybijają się tu fortepian i klawisze oraz perkusja (mroczny rytm w „Song of Joy” czy marszowe uderzenia w „Lovely Creatures”), choć swoje robią też smyczki (nieśmiertelne „Where the Wild Roses Grow”) oraz gitara elektryczna, choć tutaj robi za tło („Stagger Lee”, „Lovely Creatures”). Każdy z utworów poraża, przeraża, a do spółki z mrocznymi tekstami pełnymi obrazów okrucieństwa i zbrodni (a także czarnego humoru) tworzy prawdziwy koktajl Mołotowa.

W dodatku Cave bardziej recytuje niż śpiewa, ale robi to w taki sposób, że trudno się nie przerazić. Oprócz tego zaprosił jeszcze PJ Harvey („Henry Lee”) oraz Kylie Minogue („Where the Wild Roses Grow”), które sprawdziły się wybornie. Zaś ostatni utwór poza nimi śpiewają, m.in. członkowie zespołu – perkusista Thomas Wydler i gitarzysta Blixa Bargeld.

Dzięki tym morderczym balladom, Cave wypłynął do szerszego grona odbiorców, odniósł prawdopodobnie największy kasowy sukces i zrealizował swoje największe dzieło. Epokowy album, który powinien mieć każdy interesujący się muzyką w ogóle.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Nick Cave & the Bad Seeds – Let Love In

Let_Love_In

Minęły następne dwa lata i pojawił się kolejny album Nicka Cave’a i jego Złych Nasion. Roszad w zespole nie było (wspomagał ich m.in. Warren Ellis, który rok później zostanie członkiem zespołu), zaś produkcją zajął się Tony Cohen.

Więc czy coś się zmieniło? Brzmieniowo w zasadzie nie. Nadal jest intrygująco, mroczno i tajemniczo. Każdy z muzyków robi, co może, ale chyba najbardziej wyróżnia się perkusista Thomas Wydler, trzymający równy poziom cały czas. O tym, że jest to Cave słychać najbardziej w takich utworach jak „Loverman” z podrasowanym wokalem, brudną gitarą, dzwonkami czy psychodeliczny „Jangling Jack”. Nadal jest minimalistycznie, mniej przebojowo, ale jak zawsze klimatycznie. Poza tym pojawiają się typowe dźwięki, czyli gitara, smyczki, chórki czy organy (nieprzyjemne w „Red Right Hand”), a poszczególne utwory potrafią oczarować. Jest też zróżnicowanie tempa (bardzo dynamiczny „Thirsty Dog” czy lekko pogrzebowy „Lay Me Low”), lekkie skręty w orient („Ain’t Gonna Rain Anywhere”), a wszystko zaskakująco równe i dobre.

Wokal Cave’a już nie ulegnie zbytnim zmianom, co dla fanów jest plusem. Za to teksty o miłości, dość ponurej (tytułowy utwór) czy o swoim pogrzebie („Lay Me Low”). Jak zawsze nie brakuje celnych, poetyckich fraz i zgrabnych metafor.

Ale tak naprawdę o tej kapeli zrobiło się głośno na całym świecie po wydaniu następnej płyty. Ale jeszcze przyjdzie na to czas.

7,5/10

Radosław Ostrowski