Dave Kerzner – New World (deluxe edition)

New_World

Dla fanów rocka progresywnego nazwisko Dave Kerzner nierozerwalnie łączy się z debiutancką kapelą Sound of Contact, która trzy lata temu wydała swój pierwszy album, a frontmanem był wokalista i perkusista Simon Collins. Kerzner był tam klawiszowcem oraz autorem utworów. Jednak po wydaniu debiutu doszło do spięć w grupie i Kerzner odszedł (na szczęście wrócił i już pracuje z resztą nad nowym materiałem). Jednak w tym czasie (czyli w 2014) wydał solowy album, a ocenione tutaj wydanie zawiera dwie płyty i trwa ponad dwie godziny.

Zaczynamy od mocnego uderzenia, czyli 4-częściowego „Stranted”. Najpierw słyszymy jakiś szum i sygnał z komputera, potem „Hello” niczym echo – tykanie zegara, kroki, plumkanie w tle, walenie młotem i wtedy wchodzi fortepian do tego futurystycznego tła, wspierana przez gitarę Steve’a Hacketta (dawnego członka Genesis) i czujemy się jakbyśmy słuchali zaginionego prog-rockowego klasyka z lat 70. Perkusja ciosa niczym za Pink Floyd (nawet Kerzner ma głos troszkę podobny do Gilmoura). Jeszcze pojawiają się chórki, mocne, kosmiczne wręcz uderzenia perkusji (wręcz marszowo-militarne), klawisze grają delikatnie, ale pod koniec wchodzi kosmiczna elektronika oraz wyciszający całość fortepian. I przechodzimy do lżejszego „Into the Sun” z prześlicznym żeńskim chórkiem w środku. Bardziej przebojowy jest „The Lie”, który troszkę przypomina… RPWL i jest szybszy na tej części płyty. Wtedy pojawia się podniosły, instrumentalny „The Traveller” ze smyczkami oraz mechaniczno-kosmiczną elektroniką. To tylko dwuminutowa przerwa dla odrobinę onirycznego „Secret”, po krótkim jest krótki przerywnik pianistyczny „Reflection”, zakończonego tykaniem zegara. Ten dźwięk rozpoczyna akustyczne „Under Control”, które w refrenie brzmi po prostu mrocznie i niepokojąco, by pod koniec jeszcze wskoczyć chwytliwym fortepianem.

A po tym kolejny rozbudowany kolos, czyli „Redemption Suite”. Zaczyna się podniośle ze smyczkami, werblami oraz fortepianem, by potem wskoczyła szybsza gra gitary Francisa Dunnery’ego (It Bites) oraz nieprawdopodobna solówka perkusji.Wtedy w połowie następuje wyciszenie, pojawia się „komputerowy” głos żeński, smyczki niemal chóralne, by potem wszedł bas i powrócić do mocnego uderzenia, wyciszonego na sam koniec przez flety oraz fortepian. „In the Garden” zaczyna się magicznie od akustycznej gitary, wolnej perkusji, by wzbogacić całość elektryczną gitarą, zachowując niemal baśniową aurę. Podobnie spokojniejszy jest „No Way Out” z łkającą gitarą w środku, by na finał dostać „Recurring Dream” – też gitara płacze, a nawet wyje.  Ale to dopiero pierwsza płyta.

Na początek drugiej dostajemy recytowane „Biodome” z kosmicznymi wstawkami oraz odgłosami latających pojazdów, dzieci. Wtedy pojawiają się śliczne klawisze w „Crossing of Fates” (gościnnie gra Keith Emerson z Emerson, Lake & Palmer), by zrobić miejsce dla podniosłych smyczków oraz żwawej gitary. Skrętem w stronę bardziej orientalną jest eteryczna „Theta” ze świętnymi bębenkami, kontynuowaną przez „My Old Friend” (tutaj więcej do powiedzenia ma gitara oraz klawisze), a w refrenie jest dynamiczniej. Równie mocny jest „Ocean of Stars” czy szybki, pianistyczny „Sollitude” z poruszającą wokalizą, a nawet przypominający ELO „Nothing” (prawdziwa petarda i jedyny przebojowy numer). Ale najlepsze dostajemy na sam koniec – 20-minutową suitę „Redemption”, która ma taką samą moc jak otwierający „Stranted”.

Sam Kerzner ma głos przypominający późnego Davida Gilmoura, ale to nie jest w żadnym wypadku wada. Samo wydawnictwo, poza masą piosenek oraz rozmachem, imponuje realizacją – produkcja jest pierwszorzędna, z muzyk garściami czerpie z tradycji gatunku prog rocka. I robi to niesamowite wrażenie, a „New World” chce się odpalić jeszcze raz i jeszcze raz. Tak bogato jest tutaj.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Anderson/Stolt – Invention of Knowledge

635937958856657655

Najlepsze wydawnictwa rocka progresywnego powstały w latach 70., czyniąc ten gatunek jednym z popularniejszych w tamtym czasie. Gatunek ten przetrwał, chociaż nic potem nie zrobiło aż tak wielkiego wrażenia. Jedną z ikon tego czasu był zespół z charyzmatycznym wokalistą Jonem Andersonem. Po wyrzuceniu z grupy w 2009 roku, artysta nie próżnował i nagrywał zarówno solowe płyty, jak i ciekawe kolaboracje (ostatnia ze skrzypkiem Jean-Luc Pontym). Teraz Anderson znowu wraca i nagrał album wspólnie z gitarzystą Roine Stoltem – frontmanem zespołu Transatlantic.

„Invention of Knowledge” brzmi jak zaginiony album zespołu Yes z lat 70. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie po otwierającym całość „Invention”. Rozbudowana kompozycja z łkającą gitarą Stolta oraz tak archaicznie, ale i ciepło brzmiącymi klawiszami, tworzącymi magiczny klimat, wprowadzając do jakiejś niesamowitej krainy. I tak przez prawie 10 minut, dodając po drodze różne chórki, zaśpiewy, dzwoneczki, harfa – istne czary. „We Are Truth” zaczyna się od gitarowo-sitharowego wstępu idącego ku orientalności (bębny i perkusja), by potem weszły smyczki i klawisze z werblami, czarując dalej magią (gitarowy riff pod koniec). „Knowledge” po powrót do melodii z „Invention” oraz tego czaru z perkusyjno-klawiszowymi popisami z „We Are Truth”, na koniec dostając akustyczny finał.

„Knowing” zaczyna się od bajecznej elektroniki oraz zaśpiewów w tle, by dać miejsce Jonowi dla jego głosu (mimo lat, nadal niezmienny) oraz popisów muzyków – odzywają się perkusja, gitara (niemal miałem wrażenie, że to Steve Howe), klawisze, chórek, dzwoneczki. Bywa tutaj odrobinę patetycznie (fanfary i trąbki), ale nie trwa to zbyt długo i finał taki wyciszający, wręcz orzeźwiający. Renesansowy w duchu „Chase and Harmony” zachwycił mnie wstępem, podobnie mocarne wejście jest w „Everybody Heals” z cudowną gitarą oraz szybkim fortepianem na końcu.

Jednak najlepsze dostajemy na sam finał. O ile „Better By Far” i „Golden Light” można potraktować jako krótkie przerywniki, o tyle „Know…” to prawdziwa petarda, mimo spokojnego, niemal sennego wstępu. Przykład na to, ze by poruszyć nie trzeba bawić się w efekciarskie, bajeranckie popisy, tylko zwyczajnie grać.

Jak słychać, rock progresywny nadal się trzyma dobrze i czaruje jak nigdy. Nie ma tutaj odkrywania nowych horyzontów, tylko silne i gęste czerpanie z tradycji gatunku. Jon Anderson nadal jest w świetnej formie i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Nihil novi, ale za to jak fantastycznie to brzmi.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Airbag – Disconnected

airbag-disconnected-cover2016

Norwerski zespół Airbag to jedna z najciekawszych prog-rockowych kapel ostatnich lat, która powoli, acz konsekwentnie staje się coraz bardziej popularniejszy w Polsce. Brzmią niczym klasyczny Pink Floyd, ale naznaczony własnym stylem przez Asle Torstupa. Coraz wyraźniej to czuć na najnowszej, czwartej płycie „Disconnected”.

Że będzie troszkę inaczej, pokazuje zadziorniejszy (przynajmniej na początku) „Killer”. Zaczynający się od szybszych uderzeń perkusji (to tempo zostaje zachowane do końca) oraz krótkich wejść gitary wspieranych przez przestrzenne klawisze w refrenie. W połowie gitara Bjorna Riisa niemal płacze, potem zostaje zastąpiona przez elektronikę, niemal złowrogą przypominającą uderzenia robota, do końca popisując się instrumentalnie (szybkie tempo gitarowo-klawiszowe, by pod koniec pójść z mocą całego Wszechświata). „Broken” i „Slave” to powrót brzmienia akustycznej gitary, który przyniósł grupie rozpoznawalność (pamiętacie magiczne „Colours”?), jednak Riis przypomina sobie, jak podłączyć gitarę do wzmacniacza i kosi niczym młody David Gilmour. Ten drugi utwór jest bardziej elektroniczny, przez co może działać usypiająco, na szczęście nadrabia to końcówka.

Wszystko ożywa w dynamicznym „Sleepwalkerze”, gdzie pod koniec odzywa się także bas i fortepian, a zaczynają epickie smyczki. Ale prawdziwą perłą jest różnorodny utwór tytułowy: zaczyna się od przestrzennej elektroniki i niemal orientalnej perkusji z minimalistyczną gitarą, ale wtedy pojawia się wokal Torstupa przypominający troszkę Stevena Wilsona. W refrenie robi się dynamiczniej, jednak bez przesady. Po drugim refrenie sytuacja się zaostrza, Riis robi totalną zadymę, by się wyciszyć i ustąpić sekcji rytmicznej oraz klawiszom, by zaatakować 6 minut przed końcem i wtedy pojawia się echo, następuje zmiana tempa, klimatu też. A na sam koniec bardziej jako wyciszenie dostajemy „Returned” z delikatnym fortepianem, gitarą i klawiszami. Do czasu, gdy wszystko zaczyna przypominać sen, Riis maluje gitarą, a perkusja uderza marszowym rytmem, by się uspokoić.

Airbag znowu potwierdza klasę i chociaż nie przeskoczyło poziomu poprzedniego albumu, to jednak nie ma się czego przyczepić. Bardzo dobry album także pod względem tekstowym, gdzie poznajemy historię samotności.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Katatonia – The Full of Hearts

Katatonia_-_The_Fall_of_Hearts_2016

Skandynawia znana jest z bardzo wyciszonej, indie popowej otoczki oraz progresywnego rocka. To z tych krajów pochodzą takie zespoły tego drugiego nurtu jak Gazpacho czy Airbag. Ale swoje robiła też szwedzka Katatonia kierowana przez Jonasa Renkse i Andersa Nystroma. Jest to też pierwszy album z nowymi muzykami (gitarzystę Pera Erikssona oraz perkusistę Daniela Liljekvista zastąpili Roger Ojersson i Daniel Moilanen), ale nie miało to aż tak silnego wpływu na brzmienie.

Otwierający całość „Takeover” zaczyna się dość spokojnymi, zapętlonymi gitarami wspieranymi przez klawisze, jednak po minucie robi się ciężej, wyraźniej odzywa się perkusja, klawisze stają się mroczniejsze, a ciepły głos Renksego zmienia się. Czasem zagra w tle fortepian (krótko), klawisze będą współgrać z zapętlonymi riffami (początek „Serein”), by uderzyć z całą mocą, ale też uspokoić przez złagodzenie (złudne „Old Heart Falls” czy niemal akustyczna „Decima” z fletami w tle).

Ta strategia się opłaca, a muzycy serwują kilka drobnych smaczków (chór w ostrym „Sanction”,  Hammondy w jazzującym „Residual”, zmieniającym swoje oblicze, fortepianowy wstęp „Last Song Before the Fade” czy syrena alarmowa na początku „Shifts”), a ostrzejsze wejścia gitary podkręcają atmosferę („Serac”). Brzmi to po prostu pięknie.

Może i Szwedzi nie odkrywają niczego nowego, ale brzmi to bardzo świeżo oraz dynamiczniej niż na ostatnim albumie Dream Theater. Strzelają bardzo ostro (finałowy „Passar”), ale te potrafią wyciszyć, nie idąc w przesadę, ani popisywanie się. Rzeczywiście włożono tutaj wiele serca.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Backward Runners – Another Day, Another Dream

another day, another dream

Kolejny młody zespół warty uwagi pojawił się na polskiej scenie muzycznej. Powstały dwa lata temu w Olsztynie Backward Runners tworzą: Maciej Romanowski (gitara), Oscar Jensen (wokal), Małgorzata Zemanowicz (klawisze, wokal), Jacek Olszewski (bas) i Maciej „Adaś” Pancer (perkusja). I na początku tego roku ci doświadczeni muzycy grający wcześniej m.in. w zespołach Kofeina i Komp wydali swój debiut.

„Another Day, Another Dream” wyprodukował mózg zespołu, czyli Maciej Romanowski oraz Piotr Kędzierzawski – gitarzysta Huntera. I jest to melodyjny prog-rock, czerpiący garściami z dorobku innych, co nie jest wadą. Otwierający całość „Rise” z zapętloną perkusją oraz malowniczymi riffami ociera się o bluesa, a nad wszystkim mocno czuwa duch Stevena Wilsona. Po części to zasługa wokali Jensena, przypominający troszkę tego amerykańskiego muzyka. W „I Could” pojawiają się w tle smyczki z fortepianem, zmieniającą się perkusją (w połowie marszową, by potem znormalnieć), a mroczniejszy „Newborn” z niskim głosem oraz niespokojną gitarą z elektronicznymi smykami wywołuje poczucie niepokoju. Podobny klimat czuć w „Fairy Tale”, którego początek mógłby idealnie nadawać się do filmu Davida Lyncha, gdyby nie chwytliwy refren oraz klawisze. Czaruje też „Gravity” z rozmarzonymi klawiszami na początku czy troszkę marillionowy „Put the Line”.

Kompozycje są naprawdę dobre, chociaż nie jest to nic nowego w tym gatunku. „Another Day, Another Dream” to bardzo melodyjna, chwytliwa i przyjemna płyta, jak na tego typu muzykę. No i Olsztyn górą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tides from Nebula – Safehaven

TIDES-FROM-NEBULA-SAFEHAVEN-2016

Polski zespół Tides from Nebula to jeden z nielicznych grup, grających muzykę instrumentalną, czyli rock progresywny. 3 lata temu swoim „Eternal Movement” przykuli moją uwagę, ale ekipa Macieja Karbowskiego nie odpuszcza i znowu gra swoją kosmiczną muzykę. Nie inaczej jest w „Safehaven”.

Czwarty album zawiera tylko osiem utworów, ale aura jest niesamowita. Właściwie jak to opisać? Kwartet – po raz pierwszy – sam wyprodukował całość bez wspierania się innymi. Czuć ten kosmos już w utworze tytułowym, z eterycznymi klawiszami, monotonnie uderzającą perkusją oraz konsekwentnie przycinającej gitary. Paleta dźwięków staje się silniejsza, słychać nawet kobiecą wokalizę. Kiedy wydaje się, że wszystko nabierze przyspieszenia, następuje wyciszenie i odzywają się klawisze. I można odnieść wrażenie, iż jesteśmy w przystani. To było jednak tylko uśpienie czujności, gdyż nagle wszystko staje się złowrogie, perkusja wali jak szalona i budzi się strach. „Knees to the Earth” zaczyna się dziwacznym galopem klawiszy z perkusją, do której dołączają się mocniejsze wejścia gitar. Wtedy szybkie tempo ustępuje rozmachowi i kopniakowi, by – jak zwykle – doszło do uspokojenia. Na krótko, riffy rozkręcają zabawę (gitara nawet świdruje), perkusja naparza z całej siły doprowadzając do mocnego finału.

„All The Steps I’ve Made” wydaje się być kontrastem dla poprzednich utworów, rozkręca się on bardzo powoli, a gitara delikatnie maluje obrazy. I tak w połowie głos biorą inne instrumenty, jednak robią to bez agresji i chamstwa, mimo silnego natężenia. Podobnie jest z „The Lifter” z minimalistyczną perkusją i silniejszym basem oraz rozmarzonym środkiem. „Traversing” zaczyna się od mocnego uderzenia, jednak będącego czymś w rodzaju echa, brzmiącym z daleka, ale to trwa krótko. Dalej jest już normalnie z cudowną elektroniką i agresywniejszymi gitarami nakładającymi się w połowie utworu. „Colour of Glow” intryguje elektronicznym basem na początku oraz cykaczami w tle (to najbardziej wyciszony utwór w zestawie).

A na sam koniec wisienki na torcie – przepiękny „We Are the Mirrors” z nieziemskimi gitarami wspieranymi przez kosmiczną elektronika oraz rozpędzoną sekcję rytmiczną. „Home” – utwór ku pamięci zmarłego w tym roku Piotra Grudzińskiego, gitarzysty Riverside – ma tak kozacką sekcję rytmiczną wspieraną przez delikatną gitarę, że nie da się nie wzruszyć. Po prostu odlot, a fani instrumentalnego gitarowego grania muszą nabyć ten album. Kwartet znowu jest w formie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dream Theater – The Astonishing

DreamTheaterTheAstonishing

Kiedy w latach 90. Metallica złagodniała swoje mocniejsze oblicze, fani ostrego grania czekali na coś, co ich powali. Wtedy zastąpiła ich grająca rocka progresywnego formacja Dream Theater, która jak żadna inna w tym gatunku, nie bała się tworzyć bardziej agresywnego brzmienia. Jednak tym razem jeszcze bardziej zaszaleli, wydając dwupłytowy „The Ashtoning”.

Jest to pierwszy od ponad 15 lat koncept album grupy Jamesa LaBrie i opowiada o dystopijnym świecie, gdzie tylko maszyny mogą tworzyć muzykę. Brzmi intrygująco? Zaczyna się niepokojącym „Descent of the Nomacs”, pełnym elektronicznych eksperymentów, gwałtownych smyczków i dźwięku syreny alarmowej. Dalej jest różnie, ale wytrzymanie dwóch godzin jest zadaniem dla najwytrwalszych fanów zespołu. Dominuje tutaj patos w dawkach większych niż wszystkie filmy Michaela Baya razem wzięte – obecność chóru i orkiestry potęguje to poczucie, a dodatkowym problemem są kompozycje w rodzaju „Dystopian Overture”, gdzie co kilka sekund następuje krótki popis brzmienia: od smyków przez klawisze po gitarę. Od takich rzeczy można dostać bólu głowy. I nawet spokojniejsze fragmenty z dominującym fortepianem czy smyczkami w tle („Act of Faythe”, gdzie wpleciono śmiech dzieci) pozwalają na chwilę oddechu. Podobnie z „Three Days”, które w połowie skręca w stronę jazzu.

Dodatkowo pojawiają się różnego rodzaju wstawki, bo tego inaczej nie da się nazwać – wojskowy, podniosły marsz (początek „Brother, Can You Hear Me?” czy jazda konna w musicalowym „Lord Nafaryus”).

Muzycy są zwartymi i świetnymi warsztatowo specjalistami w swoich dziedzinach (może poza perkusistą brzmiącym zbyt mechanicznie), potrafiąc parę razy zaskoczyć (niepokojący fortepian na początku „A Life Left Behind” czy melancholijny „Ravenskill” z pięknym smyczkiem), a riffy Johna Petrucciego trzymają fason. Nawet wokal LaBriego brzmi cholernie dobrze. I przełamania nastrojów pozytywnie zaskakują (spokojny fortepian na początku skontrastowany z mrokiem i strachem – perkusja i gitara w „A Tempting Offer” czy najbardziej epicki w zestawie „A New Beginning”). Jednak nie jest to w stanie uratować przed znużeniem, wywołanym zarówno długością jak i brzmieniem, sporadycznie rozładowywanym przez takie utwory jak folkowy „Hymn of a Thousend Voices”.

„The Ashtoning” to wyzwanie nawet dla największych fanów zespołu Dream Theater. Dwie godziny muzyki to zadanie, mogące wywołać przerażenie i strach, jednak dla mnie to przerost formy nad treścią. Zbyt patetycznie i poważnie, ale przede wszystkim nudno. Tak się nie robi.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Steven Wilson – 4 1/2

fron

Steven Wilson to współczesna legenda rocka progresywnego, której aktywność po prostu imponuje. Po wydanym w zeszłym roku albumie „Hand. Cannot. Erase.” pojawia się z kolejnym materiałem, jednak nie jest to pełnoprawny album, tylko EP-ka. „4 1/2” zawiera piosenki odrzucone z sesji nagraniowych płyt „Hand. Cannot. Erase” jak i „The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)”.

Jest tu tylko sześć utworów, ale całość trwa ponad pół godziny, a muzyk ściągnął doświadczonych kolegów (m.in. klawiszowca Adama Holzmana, basistę Nicka Beltza oraz perkusistę Craiga Brundella), dzięki którym stworzył intrygujące, klimatyczne dzieło. Na początek prawie 10-minutowe „My Book of Regrets”. Zaczyna się niczym pop-rockowy kawałek, z pobrudzoną gitarą oraz elektroniczne przerobioną perkusją. Riffy nabierają większej mocy i wtedy następuje wyciszenie, by zapętliła się gitara w towarzystwie ciepłych klawiszy i tak w kółko. Koło 2 i pół minuty, gitara zmienia melodię, perkusja przyspiesza i wali jak huragan z pięknym basem, a klawisze mocno pachną latami 70. I następuje kolejna wolta oraz uspokojenie (bardzo ciepłe klawisze zmieszane z deszczem oraz burzą), by wrócić do melodii z początku. „Year of the Plague” to z kolei kompozycja instrumentalna rozpisana na solo skrzypiec oraz tworzące aurę tajemnicy klawisze, do których dołącza się delikatna gitara oraz werblowa perkusja (pod koniec). „Happiness” jak na utwór o szczęściu, zaczyna się bardzo smutno – samotnej gitary oraz odgłosów miejskiej komunikacji. Wtedy pojawia się gitara elektryczna oraz mocniejsza sekcja rytmiczna, przyspieszając gwałtownie aż do końca.

Spowolnieniem jest kolejny instrumental – „Sunday Rain Sets In”, gdzie dominuje tutaj wolna gra gitary oraz klawiszy, imitujących flet i fortepian, ale pod koniec dochodzi do mocniejszego uderzenia gitary i sekcji rytmicznej. Następny jest kolejny instrumental, czyli „Vermillioncore” zaczynający się mrocznymi dźwiękami klawiszy, mooga i basu, do których dochodzi dziwacznie przesterowana gitara, coraz mocniej oraz ostrzej atakująca. A na sam koniec dostajemy „Don’t Hate Me” zaśpiewane wspólnie z Ninet Tayeb, gdzie wybijają się dynamiczne klawisze oraz agresywny saksofon.

Sam Wilson na wokalu radzi sobie dobrze, a jego niska barwa współgra z całością brzmienia. Bardzo czarującego, uwodzącego i na najwyższym poziomie, jaki można sobie wyobrazić.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tomasz Beksiński In Memorian

Tomasz_Beksinski__In_Memoriam_2015

Dla słuchaczy radiowej Trójki Tomasz Beksiński był jedną z wyrazistszych osobowości dziennikarskiej. Ja go znałem tylko jako tłumacza list dialogowych do zagranicznych filmów (Monty Python, seria o Bondzie) i byłem za młody, by słuchać „Trójki pod księżycem”. 24 grudnia 1999 roku Beksiński popełnia samobójstwo. By przypomnieć tą postać, Polskie Radio wydało kompilację zawierającą ulubiona muzykę redaktora, a wyboru dokonali dziennikarze Trójki oraz fani dziennikarza.

Jest to kompilacja zawierająca zarówno brzmienia new romantic jak i rocka progresywnego. Na początek dostajemy fragment „Neon Mariners” zespołu The Legendary Pink Dots, który zaczynał audycje Beksińskiego. A im dalej, tym ciekawiej. Można uznać to za zestaw mroku, tajemnicy i piękna w odpowiednich proporcjach. Smyczkowo-perkusyjna Lacrimosa („Halt Mich”), pianistyczne Deine Lenken (niepokojące „The Game”), rockowy Galahad, poruszający Collage (nieśmiertelny „Living in the Moonlight”), mieszający elektronikę z etniką Fish („Virgil”) czy cięższy Closterkeller z niemal operowym głosem Anji Orthodox („Violette”). I kiedy wydaje się, że bardziej nie można zaskoczyć, to dostajemy 12-minutowe „Pokuszenie” Abraxasa – pełnym zaskoczeń, zastojów, mroku oraz głosu Adama Łassy, a pewną nadzieję daje melancholijny „Sugar Mice” Marillionu. Troszkę może nie pasować Jethro Tull ze swoimi fletami w „Living In The Past”, ale i tak brzmi bardzo dobrze. Także mieszający muzykę klasyczną z elektronika Cockney Rebel tworzy dziwny klimat, a na koniec dostajemy progrockowy Alan Parson Project i ostatni kawałek zagrany w ostatniej audycji Beksińskiego – instrumentalny „Stationary Traveler” Camel, który chwyta nadal.

Album w zasadzie będący hołdem oraz próbą stworzenia portretu Beksińskiego za pomocą ukochanej przez niego muzyki jest zaskakująco udany. Muzyka pełna pięknych momentów, mroku i czegoś nieodgadniętego, co tylko dźwiękiem da się opisać. Przesłuchajcie to sami, oceny wyjątkowo nie będzie.

Radosław Ostrowski

Anderson Ponty Band – Better Late Than Never

00._AndersonPonty_Band__Better_Late_than_Never

Jona Andersona nie trzeba przedstawiać – jeden z najbardziej charyzmatycznych wokalistów rocka progresywnego i frontman legendarnego zespołu Yes powraca. Choć jego macierzysta grupa zakończyła działalność z powodu śmierci jednego z założycieli – basisty Chrisa Squire’a, Anderson postanowił połączyć siły z kanadyjskim skrzypkiem Jean-Luc Pontym i stworzyć własny zespół. Anderson Ponty Band tworzą jeszcze gitarzysta Jamie Dunlop, klawiszowiec Wally Minko, basista Baron Browne i perkusista Rayford Griffin. I ten skład wydał swój debiutancki album, dzięki zbiórce z Kickstartera.

„Better Late Than Never” to zapis koncertu grupy w Wheeler Opera House w Aspen w stanie Colorado z 20 września 2014 roku. Znalazły się tam przeboje Yes nagranych na nowo oraz kompozycji Ponty’ego. Po krótkim i podniosłym „Intrze”, opartym na melodii z „And You And I” dostajemy wybrany na singla „One In The Rhythm of Hope”, gdzie Ponty fantastycznie gra na smyczkach, sekcja rytmiczna współgra z sobą, a Anderson porusza swoim głosem. Uderza też to jak płynnie przechodzimy z utworu na utwór. „A for Aria” jest lekka, ciepła i bardzo delikatna. Nie mogło zabraknąć też takich utworów jak „Owner of a Lonely Heart”, „Wonderful Stories”, „Roundabout” i wspomnianego „And You And I”, jednak nie są to utwory przepisane nuta po nucie. Smyki Ponty’ego ubarwiają oraz odświeżają te nieśmiertelne przeboje, a pozostali muzycy też robią swoje. Niespodzianką było dla mnie reggae’owe „Time and a Word”, pianistyczne „Wonderful Stories” czy idące w stronę Orientu „Renaissance of the Sun”.

Ciekawe czy ten zespół przetrwa, bo jestem bardzo, ale to bardzo ciekawy, co zaproponują następnym razem. Zestaw coverów brzmi tutaj bardzo świeżo i czuć zgranie między członkami grupy, a to już coś.

8/10

Radosław Ostrowski