RPWL – RPWL Plays Pink Floyd

RPWl_Plays_Pink_Floyd

Niemiecki progresywny zespół RPWL to jedna z grup, która pozostaje mocno pod wpływem późnego Pink Floyd, ma jednak własny wyrobiony styl. Tym razem grupa postanowiła nagra tribute album wobec zespołu Watersa i Gilmoura, jednak robi to po swojemu.

Punktem wyjścia była trasa Pink Floyd „The Man and The Journey” z 1969 roku, gdzie grupa zaczęła grać swoje pierwsze konceptualne kompozycje. Oficjalnie takiej płyty nie wydano, lecz kompozycje te trafiły na płyty A Saucerful Of Secrets, Ummagumma i More. I to te utwory znalazły się na tej płycie koncertowej. Kompozycji jest siedem i trwają razem ponad godzinę. Na początek dostajemy pierwszy singiel grupy „Arnold Layne”, napisany przez Syda Barretta. Przebojowy, z mocnymi uderzeniami perkusji, rock’n’rollową gitarą oraz przestrzennymi klawiszami, z mocnym głosem Yogi Langa. Potem zostajemy zaatakowani przez 17-minutowy „Embryo” z kapitalnymi riffami, kosmicznymi klawiszami oraz silną sekcją rytmiczną. Coś magicznego i psychodelicznego. Kontrastem jest najkrótszy „Green Is The Colour”, ale brzmi bardzo przyzwoicie. Dalej są dwa kolosy: 11-minutowa suitę „Atom Heart Mother” z potężnym wstępem oraz 19-minutowy „Fat Old Sun”. Obydwa utwory są popisami muzyków, którzy po prostu czują ducha brytyjskiej formacji. Na koniec dostajemy krótsze (w przeciwieństwie do kolosów: „Let There Be More Light” oraz „The Narrow Way”.

Co najważniejsze, tych wersji nie usłyszymy nigdzie indziej, nawet na płytach Pink Floyd. Dlatego jeśli ktoś chciałby rozpocząć z dokonaniami zespołu Gilmoura oraz Watersa, nowe RPWL jest idealnym wyborem.

8/10

Radosław Ostrowski

Riverside – Love, Fear and the Time Machine

Love_Fear_and_the_Time_Machine

O warszawskiej prog-rockowej kapeli Riverside opowiadałem pisząc o poprzednim albumie „Shrine of New Generation Slave” nie zmieniły się dwie rzeczy – Mariusz Duda nadal śpiewa po angielsku, a zespół czerpie garściami z klasyki gatunku. Nowy album tylko to potwierdza, ale czy jest dobry?

Już sam tytuł jest intrygujący i początek zapowiada kontynuowanie ścieżki poprzednika – zestaw piosenek zrobionych w charakterystycznym stylu grupy. Mocne Hammondy w tle, prosty bas, do którego dołącza łagodna gitara elektryczna i akustyczna – tak gra „Lost”, ciepła i melancholijna ballada, która w połowie zmienia tempo oraz ostrość, dzięki perkusji oraz psychodelicznym klawiszom, serwującym swoje solówki pod koniec. „Under the Pillow” zaczyna się od prostej i zapętlonej melodii granej przez gitarę, do których dołącza zgrana sekcja rytmiczna oraz Hammondy przypominające troszkę Deep Purple oraz lekko orientalna gitara Piotra Grudzińskiego, skręcająca w stronę hard rocka. Mocne, trzymające za gardło dzieło. „#Addicted” zaczyna się od mało przyjemnego basu, wokół którego gra cała reszta, zmieniając tempo i nastrój (melancholijny refren z przestrzennymi klawiszami oraz ciepłą gitarą), by na samym końcu pojawiła się solówka akustyczna oraz kosmiczne klawisze.

Mechaniczny bas w „Caterpillar and the Barbed Wire”, stanowi tło dla spokojniejszej perkusji oraz pasaży klawiszowca Michała Łapaja. Po drugiej minucie perkusja staje sie bardziej marszowa (w jej rytm grają gitary – to w refrenie). Wtedy następuje wyciszenie, pięknie gra gitara akustyczna, zaatakowana przez mocniejszą elektryczną, a sam koniec dostajemy wspólnie grającą gitarę z klawiszami – coś niesamowitego. Przebojowo zaczyna się najdłuższy „Saturate Me”, gdzie wszystkie instrumenty nakładają na siebie, tworząc mocny kolaż, jakiego nie powstydziłby się Steven Wilson czy metalowe kapele. Wstęp trwa ponad dwie minuty, po czym wszystko się uspokaja, nadając przestrzeni dla klawiszy oraz łkającej gitary. I wtedy Grudziński bardziej skręca swoimi riffami w cięższe rejony, by na końcu uspokoić całość. „Afloat” to kompozycja totalnie cicha, gdzie przewodzi akustyczna gitara oraz towarzyszące po minucie organy. I dostajemy najostrzejszy numer – „Discard Your Fear” z metalicznym basem, dynamiczna perkusją i najbardziej zapętloną gitarą elektryczną na tym albumie, by w finale eksplodować. „Towards the Blue Horizon” zaczyna się od delikatnej gitary akustycznej, by potem dołączyły inne instrumenty (echo wokalu, fortepian, jazzująca perkusja oraz coraz bardziej nakręcająca się gitara elektryczna, zmieniająca się potem w  akustyczną). Niemal akustyczny w całości jest „Time Traveller” (poza gitarami słychać tylko bas oraz klawisze, tworzące magię), by pod koniec weszły mocny fortepian oraz gitara, by poruszyć w finałowym „Found”.

Fani zespołu wiedzą, że jest wersja deluxe zawierająca dodatkowe pięć utworów instrumentalnych. Panowie pokazują pełnię swoich umiejętności, a wokal Dudy nadal potrafi ruszyć serce. Riverside nadal potwierdza klasę jako zespół i chociaż koło nie wymyśla od nowa (w rocku progresywnym wszystko już wymyślono), ale nadal brzmi znakomicie. Czyżby mocny kandydat do płyty roku 2015?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

John Lodge – 10,000 Light Years Ago

10000_Light_Years_Ago

Dawno, dawno temu w Wielkiej Brytanii działał zespół The Moody Blues, któremu rozgłos i nieśmiertelność zapewnił przebój „Nights in White Satin”. Teraz jeden z członków tej grupy – basista oraz wokalista John Lodge wydaje swój drugi, solowy album po… 36 latach przerwy.

Na „10,000 Light Years Ago” Lodge’a wsparli dawni członkowie macierzystej formacji – powracający z emerytury perkusista Ray Thomas oraz klawiszowiec Mike Binder, a także gitarzysta Chris Spedding (ex-Rosy Music). Utworów jest tylko 8 i całość trwa tylko pół godziny, ale to jeden z ciekawszych prog-rockowych albumów tego roku. Zaczyna się od mocnego uderzenia, czyli „In My Mind” – czuć w nim echa Pink Floyd (gitara przypominająca Davida Gilmoura), pulsujący bas, wejścia fletów oraz mocne uderzenia perkusji. Tak powinno zaczynać się płyty z taką muzyką. A dalej jest różnorodnie i bardziej przebojowo, co nie musi być wadą. Ładne i nostalgiczne „Those Days in Birmingham”, idące w stronę country „Simply Magic” (oj, ta gitara delikatnie gra) i „Love Passed Me By” (skrzypeczki z akordeonem nakręcają ten utwór), w sporej części akustyczne (chociaż nie pozbawione mocniejszych riffów) „Get Me Out of Here” czy rock’n’rollowe „(You Drive Me) Crazy”.

Rozrzut spory, a łączy go ciepły głos Lodge’a oraz dobre melodie, sprawiające olbrzymia frajdę z odsłuchu. Brzmi to zwyczajnie dobrze, a dwa wznoszą album na wyższy poziom. Otwierające „In My Mind” oraz finałowy utwór tytułowy, zaczynający się od melorecytacji, by potem pędzić jak rakieta z perkusją oraz gitarą, a także chóralnym zaśpiewem w refrenie.

Nie spodziewałem się po tej płycie absolutnie niczego, a wyszła z „10,000 Light Years Ago” prawdziwa dźwiękowa paleta, pełna niesamowitości oraz kolorów. Niespodzianka roku 2015.

8/10

Radosław Ostrowski

Muse – Drones

Drones

Z tym zespołem od zawsze było mi nie po drodze. Grupa Matthew Bellamy’ego tak mocno czerpie z dorobku innych twórców, że można się zastanawiać czy posiadają własną tożsamość. „Drones” to ma być powrót do korzeni, czyli gitarowo-basowego grania. Czy tak jest?

Od strony produkcji zespół wspierany był przez legendarnego Roberta Johna „Mutta” Large’a, współpracującego m.in. z AC/DC, Bryanem Adamsem czy Def Leppard. Teoretycznie powinno być dobrze. Początek jest dość dziwaczny – rytmiczna, pulsująca perkusja oraz elektroniczne eksperymenty. To mamy w „Dead Inside” plus jeszcze przesterowana, metaliczna gitara elektryczna. Troszkę hałaśliwe, ale było nieźle (zwłaszcza końcówka gitarowo-basowa). Potem dostajemy krótki „Drill Sergeat”, czyli… musztrę wojskową. A im dalej to robi się intrygujący festiwal kopiowania wzorców. „Psycho” to podrasowany i bardziej rockowa melodia kojarząca się z… „Personal Jesus” Depeche Mode, by pod koniec odezwała się bardziej hard-rockowa gitara. Singlowe „Mercy” ociera się tutaj o U2 i Coldplay (pianistyczny wstęp), tylko jest agresywniejszy. Z kolei „Reapers” i „The Handler” ostrymi riffami przypominają AC/DC ( w tym pierwszy jest to podrasowane „Back in Black”), dając szybkiego kopa oraz mocnymi uderzeniami perkusji (gdyby tylko zrezygnować z cyfrowo modyfikowanego głosu oraz elektroniki, byłaby petarda), z kolei „Defector” bardziej skręca w stronę Queen (chóralne partie).

Jeszcze można przełknąć te inspiracje oraz miejscami mocno bezczelne kopiowanie (wstęp do „Aftermath” to czysty plagiat solówki The Edge’a z „One”, tylko tutaj zagrana na smyczkach, a gwizdy z bardziej progresywnego i przedobrzonego  „The Globalist” automatycznie kojarzą się z Ennio Morricone), gdyby było dobre melodie.

Niestety, poczucie deja vu jest tak silne, że nie byłem w stanie ich odnaleźć, a wokal Bellamy’ego jest bardziej patetyczny i za bardzo inspirujący się Bono. Trio się mocno pogubiło, chociaż początek był bardzo obiecujący. I nie pomagają tu teksty o współczesnym „sterowaniu ludźmi”. Wielka szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Steve Hackett – Wolflight

Wolflight

Fani rockowego grania znają Steve’a Hacketta. Rozgłos przyniosła mu gra w zespole Genesis w latach 70-tych, zanim poszli w popowe brzmienia. Od dłuższego jednak czasu działa solowo i postanowił o sobie przypomnieć po wydaniu koncertowego „Genesis Revisited” z 2013 roku.

Przy „Wolflight” Hacketta wsparł niezawodny klawiszowiec Roger King (współproducent), otoczyli go doświadczeni muzycy (basista Nick Beggs, perkusiści Gary O’Toole i Hugo Dagenhardt oraz saksofonista Rob Townsend).  Zaczyna się od wycia wilków oraz mocnych uderzeń perkusji (instrumentalny „Out of the Body”), by potem pójść w etniczne klimaty. Tytułowy utwór to mieszanka akustycznej gitary, średniowiecznego klimatu (klawiszowe pomruki, piękne chórki, łkające smyczki i niebezpiecznie mroczna perkusja), do której dołącza klawesyn oraz gitarowe riffy – instrumentalny mostek między zwrotkami to prawdziwa perła. Bogatszy aranżacyjnie jest genialny „Love Song To a Vampire” (na basie gra zmarły dzisiaj Chris Squire) – akustyczny wstęp, chóralny śpiew, gitarowe wejście, brzmienie orkiestry. „The Wheel’s Tunnel” wprawia w osłupienie klawiszową melodią oraz aranżacja przypominającą… wędrowny cyrk (cymbałki, skoczne tempo) do momentu pojawienia się syren. Wtedy robi się mroczniej, słychać „tykanie”, płaczą skrzypce i ciągle zmienia się nastrój oraz tempo (podniosłe solo gitarowe, dziwaczna perkusja). Egzotyczne dźwięki oudu (turecka lutnia) i duduka (ormiański instrument dęty drewniany) współgrają ze smyczkami oraz klawiszami w „Corycian Fire” tworzy nieprawdopodobną, przestrzenną barwę (i potężnie brzmiący chór pod koniec).

Przerwą jest krótki, akustyczny „Earthshine”, gdzie Hackett popisuje się swoim talentem oraz szybką grą, która jest kontynuowana przez żywsze „Loving Sea” oraz dłuższe „Black Thunder”, gdzie dzieje się wszystko (lutnia, harmonijka, mocna, hardrockowa gitara oraz perkusja, przestrzenny chór), a „Dust and Dreams” czarują orientalnym basem oraz pięknymi smyczkami, by w połowie uderzyć mocnymi kotłami oraz poruszającym riffem, by płynnie dojść do finałowego „Heart Song”.

„Wolflight” chwyta za gardło i pokazuje na czym polega rock progresywny. Delikatny i ciepły głos Hacketta oraz jego gitarowa maestria plus kosmiczny klimat tworzą jedną z najlepszych płyt tego roku. Więcej nie trzeba pisać.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Glass Hammer – The Breaking of the World

The_Breaking_of_the_World

Wbrew pozorom, prog-rock nie umarł i nie zamierza na razie przejść na emeryturę. Tak samo jak amerykański zespół Glass Hammer pod wodzą Freda Schendela (klawisze i wokal). Mimo pewnych przetasowań (grupę opuścił wokalista Jon Davison, by dołączyć do Yes i doszedł perkusista Aaron Raulston), kapela ma się dobrze, co potwierdza swoim piętnastym albumem.

Zespołowi najbliżej brzmieniowo jest właśnie do Yes (podobne pasaże elektroniczne oraz łagodny głos Carla Grovesa) i te przypuszczenia potwierdzają się w otwierającym całość „Mythpoeia” – delikatne uderzenia perkusji, łagodne klawiszowe przejścia i zgranie sekcji rytmicznej – w połowie zmienia się tempo, wyciszając się z wokalem wspieranym tylko przez gitarę akustyczną, by pod koniec ożywić się powrotem do początku. Ale myśleliście, ze to jest rozmach? To nie słyszeliście 11-minutowego „Third Floor” – początek to spokojne wejścia klawiszy, gitary i sekcji rytmicznej. Groves wchodzi, ale w refrenie pojawia się głos Susie Bogdanovich, brzmiący anielsko (z braku lepszego określenia – w czym pomagają nieziemskie klawisze), a około 2:40 mocniej odzywa się perkusja oraz gitara, a klawisze brzmią skoczniej nagrywając motyw na przyspieszeniu, budując niemal kosmiczną aurę. I wtedy (ok 4:30) gra fortepian pod głos Susie, jednak nie trwa to długo z powodu pachnącego Stevenem Wilsonem wejścia gitarowo-klawiszowo-perkusyjnego, tworząc istny rollercoaster, wyciszony fletem oraz jazzująca perkusją i basem.

Łagodnie zaczyna się też „Babylon”, a pojawienie się fletu grającego z klawiszami, może przypominać dokonania Jethro Tull czy King Crimson, a żywiołowa gra gitary elektrycznej jest po prostu kapitalna. Krótkie i żwawe „A Bird When It Sneezes” jest tylko przystankiem dla długiego „Sand” z ładnym fortepianowym wstępem oraz garażowym riffem pod koniec.

To jednak nie koniec niespodzianek, bo pojawią się m.in. skrzypce (dynamiczny „Bandwagon”) czy dziwaczna mieszanka gitarowa (psychodeliczny „Haunted”). Całość brzmi po prostu znakomicie i obok „Hand. Cannot. Erase” to najlepsza płyta prog-rockowa 2015 roku. Rozmarzyłem się i przesłucham całość jeszcze nie raz.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


 

Anderson Bruford Wakeman Howe – Anderson Bruford Wakeman Howe

Anderson_Bruford_Wakeman_Howe

W 1988 roku doszło do rozłamu w zespole Yes. Porażki odnoszone przez grupę kierowana przez Trevora Rabina (album „Big Generator”) doprowadziły do tego, że Jon Anderson opuścił grupę i skrzyknął kumpli z czasów świetności zespołu: klawiszowca Ricka Wakemana, perkusistę Billa Bruforda oraz gitarzystę Steve’a Howe’a. Tak narodziła się supergrupa Anderson Bruford Wakeman Howe, która nagrała tylko tą jedną, studyjną płytę.

I ten album jest najciekawszą płyta Yes z lat 80., nie wydana pod tym szyldem. Jednak na pierwszym planie wybijają się przestrzenne klawisze Wakemana oraz kompozytorskie zacięcie Andersona. Słychać to juz w otwierającym całość 3-częściowym „Themes”, które jeszcze pachnie latami 80., jednak zarówno mocne ciosy Bruforda oraz gitarowy riff Howe’a (pod koniec tego utworu) przypomina stare Yes z czasów świetności, choć zrealizowane w czasach komercyjnego sukcesu grupy. Mroczne „Fist of Fire” z egzotycznymi klawiszami Wakemana (czasami zbyt ostrymi) oraz bardziej elektroniczna perkusją. Ale po tym pojawia się perła – 10-minutowy „Brother of Mine” z pięknym wstępem oraz bardzo łagodną gitarą Howe’a buduje liryczny nastrój. Fortepian brzmiący troszkę orientalnie oraz dynamiczna gitara Howe’a świetnie się uzupełniają, by pod koniec zaserwować pozytywną energią. W bardziej orientalnym tonie utrzymany jest „Birthright” z mocną perkusją, akustyczną gitarą (środek, gdzie są przestrzenne klawisze oraz riff elektryczny), a wyciszający „Meeting” działa bardzo kojąco. Podobnie jak druga perła – gitarowy „Quartet”, który po 3 minutach staje sie bardzo przyjemną kompozycją (imitacja trąbki), „karaibska” w klimacie „Teakbois” (pod koniec afrykańska perkusja oraz świetny chóralny śpiew – to trzecia perła) czy kolos „Order of the Universe” – Howe gra jak z nut, a Wakeman nie przesadza. A całość wieńczy gitarowy „Let’s Pretend”.

Jednak w 2011 roku wyszła reedycja tej płyty zawierająca drugi krążek z dodatkowym materiałem (innymi wersjami utworów z tej płyty), co jest interesującym smaczkiem. Nie zmienia to faktu, że grupa pod wodzą Andersona tworzy interesującą i najciekawszą płytę w dorobku Yes grupy, na co mają świetne teksty oraz pozytywna energia wybuchająca z całości.

8,5/10

Radosław Ostrowski

The Everlasting Songs – An All Star Star Tribute to Pink Floyd

An_All_Star_Tribute_To_Pink_Floyd__The_Everlasting_Songs

Pink Floyd to zespół-legenda, który wydał ostatnią płytę w zeszłym roku. To była wspaniała okazja, by nagrać tribute album, który zawiera ich największe dokonania. Do udziału na tym albumie zgodzili się wziąć udział muzycy, m.in. z zespołów Yes, Toto, Styx, UFO, Journey czy King Crimson. Brzmi imponująco, prawda?

Jednak nie można traktować tego albumu inaczej niż jako ciekawostkę, bo różnice między oryginałami a wersjami z tej płyty są niewielkie. Słychać to już w otwierającym całość „Hey You” (poruszający wokal Johna Wettona z Asii, wspierany m.in. przez Steve’a Lukatera z Toto, Geoffa Downesa i Alana White’a – obaj z Yes), aczkolwiek jest parę smaczków  takich jak głos Malcolma McDowella na początku dwuczęściowej „Speak to Me/Breathe” (tam pojawia się też steel guitar), pomruki elektroniki w „Shine On You Crazy Diamond” z popisową grą gitary Steve’a Lukatera czy wpleciony sitar na początku „Time” (gra na nim Robby Krieger z The Doors).

Jeśli chodzi o utwory, to nie ma zaskoczeń, bo sa tutaj wielkie przeboje (jakkolwiek to dziwnie brzmi w przypadku wykonawców rocka progresywnego) tej grupy jak „Another Brick In the Wall” ze zmienionym tekstem drugiej części (i z gitarą Steve’a Morse’a z Deep Purple, która w drugiej połowie pozwala sobie na więcej), „Money” czy „The Great Gig In the Sky”. Znalazł się także instrumentalny „Any Colour You Like” (na klawiszach szaleje Scott Walton)

Wokaliści nie próbują naśladować głosu Davida Gilmoura – i bardzo dobrze, starając się naznaczyć każdy. I są same znakomitości – Steve Lukather (Toto), w/w John Wetton, Adrian Belew (King Crimson), Fee Wayball (The Tubes), Tommy Shaw (Styx), Doug Pinnick (King X) i Bobby Kimball (ex-Toto) – każdy z nich poradził sobie przynajmniej dobrze i trudno im cokolwiek zarzucić.

Innymi słowy – solidny tribute album, który bywa czasami agresywniejszy od oryginałów („Have a Cigar”), a samo zestawienie i nazwiska muzyków robią wrażenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Neal Morse Band – The Grand Experiment

The_Grand_Experiment

Neal Morse jest jednym z niezmordowanych twórców progresywnego brzmienia jako wokalista i multiinstrumentalista. Działając w takich zespołach jak Spock’s Beard, Transatlantic czy Flying Colors zbudował sobie reputację, jednak tym razem skrzyknął kilku sprawdzonych kumpli i postanowił nagrać album na „setkę” (jak się nagra, tak wyjdzie) i bez żadnych prób. Dlatego jest to wielki eksperyment. Co z tego wyszło?

Morse’a wsparli tutaj Mike Portnoy (perkusista znany z Dream Theater oraz bliższy współpracownik Morse’a), Randy George (basista z grupy Ajalon), Eric Gillette (gitara) i Bill Hubauer (klawisze). Wyszedł z tego pachnący latami 70. album garściami czerpiący z hard rocka i bluesa. Słychać to już w „The Call” zaczynającym się wielogłosem bez instrumentalnego wsparcia. Potem są dynamiczne popisy gitary i przede wszystkim perkusji, by w połowie odezwały się „chóralne” klawisze oraz „mechaniczny” bas. Podobna energia jest w epickim utworze tytułowym. Pewną zmyłką jest akustyczny wstęp w „Waterfall” oparty tylko na gitarze oraz wielogłosie, do którego dołączają się klawisze (troszkę kojarzy mi się to z Yes) oraz pięknymi wejściami smyczków oraz saksofonu. Inna jest mroczniejsza i brudniejsza „Agenda” z niemal garażową gitara oraz pomrukom elektronicznym. Największe wrażenie jednak robi ponad 20-minutowy kolos „Alive Again” – czego tam nie ma? Od delikatnych po agresywne i podniosłe riffy, popisy klawiszów ze smyczkami, wielogłosy, dęciaki, na pewno nie jest tutaj nudno.

Frajdy sporo daje tez drugi album, zawierający covery („MacArthur Park”), dwie kompozycje nie mieszczące się w podstawce (orientalne „New Jerusalem” oraz bardziej elektroniczno-gitarowe „Doomsday Destiny”) oraz dwa utwory w wersji koncertowej. To jest naprawdę wielki eksperyment czerpiący garściami z tradycji, jednak nie ograniczający się tylko do kopiowania. Brzmi to po prostu znakomicie i na chwilę obecna to jedna z najbarwniejszych płyt tego roku.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Steven Wilson – Hand. Cannot. Erase.

Hand._Cannot._Erase

Fani progresywnego rocka znają twórczość Stevena Wilsona bardzo dobrze. Zarówno jego działalność z Purpucine Tree, Blackfield, solowe dokonania czy remastering płyt King Crimson. Teraz Wilson powraca z nowym materiałem, utrzymanym nadal w stylistyce progresywnego rocka.

„Hand. Cannot. Erase” to koncept-album, zainspirowany historią Joyce Holland. Miała 38 lat, mieszkała w Londynie, miała pracę i przyjaciół, Aż pewnego dnia… zniknęła bez śladu. Po dwóch latach znaleziono jej ciało – we własnym łóżko. A że nie będzie to przyjemna podróż, słyszymy już w „First Regret”, gdzie do dźwięków dzieci nakłada się najpierw ponura elektronika, a następnie melancholijny fortepian. Ale „3 Years Later” to Wilson w najczystszej postaci – różnorodny wobec nastroju, tempa. Dynamiczna perkusja w refrenie skontrastowana z łagodną grą gitary akustycznej, fortepianu oraz basu. Mocniejszy jest tytułowy utwór, gdzie Wilson pozwala zaszaleć swojej gitarze. „Perfect Life” zaczyna się mrocznie od nieprzyjemnych klawiszy oraz dziwacznego Mooga, by potem dołączyła elektroniczna perkusja oraz głos Katherine Jenkins opowiadającej o „idealnym życiu”, którą w połowie zastępuje Wilson. Mocne wrażenie robi drugi kolos, czyli „Routine” zaczynający się od fortepianu niemal żałobnego, do którego potem dołącza się głos Ninet Tayeb (zwyciężczyni izraelskiego Idola, rekomendowana przez Aviva Geffena) oraz minimalistyczna perkusja. Fortepian ożywia się, gitara zaczyna się aktywizować, by w okolicy 2:40 wyciszyć się całkowicie, dając pole do niemal sakralnego głosu żeńskiego oraz tajemniczej gitary oraz fletu, usypiającego czujność, bo dalej dochodzi do eksplozji. Jeszcze bardziej przeraża „Home Invasion” z agresywną grą gitary oraz sekcji rytmicznej, które płynnie przechodzi do „Regret #9” zdominowanym przez mellotron oraz gitarę elektryczna (druga połowa), dopiero pod koniec pojawia się wyciszenie.

Łamańce, eksperymenty i zmienność nastrojów jest tutaj standardem, a Wilson garściami czerpie zarówno z własnego dorobku jak i klasyków gatunku z King Crimson na czele. Słychać to także w „Ancestral”, gdzie poza fortepianem (dość chętnie wykorzystywanym przez Wilsona tutaj) są cymbałki, flet, smyczki, wokal Tayeb, wspierający głos Nicka Beggsa, mocny riff gitarowy oraz jazzowa końcówka. Sam głos Wilsona jest dość wyciszony i stonowany, co nadaje tylko jeszcze większej siły emocjonalnej.

Rock progresywny tak naprawdę umarł gdzieś w połowie lat 70., jednak wielu twórców czerpie z tego nurtu i potrafi ubarwić ją współczesną realizacją. Wilson kiedyś bardziej eksperymentował i szalał w tym gatunku, jednak czas wariactw chyba dobiegł końca. Smutna, melancholijna to płyta, która mimo pewnych niedoskonałości (nie do końca wykorzystany wokal Tayeb, większa odwaga i brawura realizacyjna) jest płyta na pewno interesującą i udaną, nadrabiająca emocjami oraz warsztatem.

8/10

Radosław Ostrowski