Assal – Ciało i dusza

Assal__Cialo_i_Duch_2015

Polski rock progresywny ma się dobrze od lat. Jest to zasługa m.in. takich zespołów jak Riverside czy Millennium. Swoje na tym polu osiągnął tez Adam Łassa – kiedyś frontman zespołu Abrasax, a po rozpadzie grupy (2000 r.) działający jako Assal. Teraz wydał swój solowy album, gdzie sam zagrał na wszystkich instrumentach.

Po krótkim intrze, dalej mamy do czynienia z wyjątkowo nastrojowym i spójnym materiałem. Słychać to już w „Alter ego”, gdzie nakładają na siebie elektronika (m.in. imitująca skrzypce), zgrana sekcja rytmiczna i gitara elektryczna. Rzuca się w uszy brak agresywnych i mocniejszych brzmień, ale bardziej skręca to wszystko w stronę liryzmu, magii i tajemnicy („Campo de Fiori” czy „Historia o niebieskiej sukience” z metalicznym basem i gitarowymi pasażami) oraz pewnymi intrygującymi melodiami (pozytywkowy wstęp w „Migdałowej” oraz pomruki zmieszane z akustyczną końcówką czy trąbka w „Każdy myśli, że…”). Efekt jest porażający, choć fani troszkę mocniejszego grania poczują się mocno rozczarowani. W zasadzie wyróżnianie utworów nie ma tutaj żadnego sensu, bo jest to jednolity twór. Nie jest on jednak monotonny, a przyciągający uwagę wokal Łassy połączony z poetyckimi tekstami, działa bardzo dobrze. Fani progresywnych dźwięków znajda coś dla siebie.

8/10

Radosław Ostrowski

Marillion – A Collection Of Recycled Gifts

A_Collection_Of_Recycled_Gifts

Od dłuższego czasu grupa kierowana przez Steve’a Hogartha nagrywał płyty świąteczne, które są dostępne tylko za pośrednictwem strony internetowej zespołu. Album, o którym chce opowiedzieć jest kompilacją utworów z dotychczas wydanych albumów. Pytanie czy warto robić cover albumy, poza tym, że są bezpiecznym materiałem, który każdy kupi?

Na początek dostajemy cover Johna Lennona „Happy Xmas (War is Over)”, który brzmi bardzo majestatycznie oraz poważnie, o czym świadczą zarówno marszowa perkusja oraz chór dziecięcy. Dalej jest dość różnorodnie od bardziej do mniej poważnych. Do tych pierwszych zalicza się śpiewany niemal a capella „Gabriel’s Message” z nakładającymi się głosami Hogartha, do których dołącza się ponura elektronika oraz „mechaniczną” gitarą elektryczną, a także jazzowa „This Christmas Song” z wplecionym fragmentem „Jingle Bells” czy bardziej uduchowione „I Saw Three Ships” z łkającą gitarą Rothery’ego (czy tylko mi te cymbałki  kojarzą się z „Easter”?). Do tego drugiego należy bez wątpienia „Stop the Cavalry” z przyjemnymi klawiszami imitującymi trąbki oraz flety, a także śpiewana niemal a capella „That’s What Friends Are For” (zaśpiewane z pewną zgrywą), lekko musicalowe „Let It Snow” czy będący pastiszem „Lonely This Christmas”, gdzie Hogarth próbuje śpiewać jak Elvis.

Jednak drugą perłą tego wydawnictwa jest kończące całość „The Carol of the Bells”. Utwór ten powstał w zeszłym roku, a dochód z nabycia tego utworu (Internet only) był przekazany na cele charytatywne i jest to całkiem niezła zgrywa, gdzie panowie (poza chórem) pozwalają sobie na cytaty m.in. z Jamesa Bonda czy „Gabriel’s Message”. Jak widać gang z Ayesbury jest w dobrej formie i całkiem nieźle się bawi. A takich świątecznych albumów chciałoby się jak najwięcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Pendragon – Men Who Climbed Mountains

Men_Who_Climb_Mountain

Kwartet z Stroud był bardzo popularny w latach 80. oraz 90., jednak swoje najlepsze lata maja za sobą. Ostatni album „Passion” był jednak nieoczekiwanym powrotem do formy, ale to było trzy lata temu. Czy tym razem grupa Nicka Barretta będzie w stanie zaskoczyć?

Po eksperymentach z ostrzejszym brzmieniem, następuje wyraźne stonowanie, co już słychać w „Belle Ami” opartym na monotonnej gitarze elektrycznej. Nie brakuje jednak ciekawych pomysłów jak mocne wejście w „Beautiful Soul” (plus delikatne klawisze) czy dziwaczny wstęp z nakładającą się gitara w „Come Here Jack” (do tego naprawdę ładny fortepian), które w połowie staje się ostrzejsze i mocniejsze, gdy włączają się inne instrumenty (bas, perkusja, klawiszowe pasaże), jednak miejscami usypia. Za to prawdziwą magia jest „In Bardo” z delikatną grą gitary oraz bardzo przestrzennymi klawiszami (fantastycznymi), tylko co tam wyprawia pod koniec perkusista, idąc w stronę jazzu i popisując się swoimi umiejętnościami. „Faces of Light” przykuwa uwage fortepianowym wstępem oraz intrygującym riffem. Zmiana tonu znajduje się w mrocznym „Faces of Darkness” z dziwacznymi dźwiękami maszyn, niepokojącymi smyczkami oraz dynamiczną grą gitarowo-perkusyjną. Sam finał jest bardziej stonowany i wyciszony, a drobnymi fragmentami (środek chóralny w  „Explorers of the Infinite” czy łkająca gitara w „Netherworld”).

Ogólnie mówiąc, jest to niezły album, który ma porywające momenty. Właśnie momenty, bo tak naprawdę jako całość chwyciły tylko dwa utwory. Może następnym razem pójdzie lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski


 

Bjorn Riis – Lullabies In A Car Crash

Lullabies_in_a_Car_Crash

Czy są tutaj fani norweskiego zespołu Airbag? Ceniony przez wielu zespół jest uważany za jedną z ciekawszych grup progresywnego rocka. Jeden z jej członków – gitarzysta, kompozytor i autor tekstów Bjorn Riis postanowił nagrać solowy album.

Sześć utworów, wsparcie kolegów z zespołu (perkusista Henrik Fossum, obsługujący loopy Asle Torstrup) oraz informacja, ze część utworów to odrzuty niewykorzystane przez Airbag pokazują, czego należy się mniej więcej spodziewać. Progresywnych dźwięków przypominających dokonania Pink Floyd oraz klimatu znanego z płyt Airbag. Gitarowe riffy Riisa budzą automatyczne skojarzenia z Davidem Gilmourem i nie brakuje tutaj długich, ponad dziesięciominutowych kompozycji. Klawiszowe pasaże, liryczne dźwięki, mocne riffy gitarowe, melodie oraz delikatny wokal Riisa tworzą mocną mieszankę, która może nie tworzy niczego nowego, ale pozwala zatracić się całkowicie. I nie ważne czy to instrumentalny „The Chase” (najbardziej dynamiczny utwór), róznorodny „Stay Calm”, delikatny „Disappear” – to wszystko tworzy tak spójną całość, która jest w stanie poruszyć wzelkie zmysły oraz emocje. Wyróznianie poszczególnych utworów nie ma sensu, zaś teksty pozostają naprawdę interesujące, ale jedno pozostaje pewne. Własnie taki album powinni nagrać Pink Floyd zamiast tego, co wyszło.

Więcej nie będę opowiadał, ale jedno nie ulega wątpliwości. Uczeń przerósł mistrza, a fani Norwegów sięgnąć po ten album po prostu muszą. Takie rzeczy za kilka lat staną się klasyką, prawda?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pink Floyd – The Endless River

The_Endless_River

Ten zespół to ikona progresywnych brzmień lat 70. Ostatni album nagrali w 1994 – owiane kultem „Division Bell” z ostatnim hitem „High Hopes”. I choć nikt w to nie wierzył – David Gilmour i Nick Mason zapowiedzieli nowy album, gdzie również są partie klawiszowe zmarłego w 2006 roku klawiszowca Richarda Wrighta. Więc jaka jest ta nieskończona rzeka?

Jest to płyta instrumentalna (poza piosenką „Louder Than Words”), podzielona na cztery części składających się z popisów Gilmoura, Wrighta i Masona, gdzie kompozycje płynnie przechodzą z jednej w drugą. Pierwsza część to gitara Gilmoura i warstwowe klawisze Wrighta (m.in. klasyczne Hammondy w „It’s What We Do”), z których przebija się a to jakieś głosy („Things Left Unsaid”), a to zapętlona perkusja, bas czy mocniejszy riff Gilmoura (dziwacznie brzmi tu gitara akustyczna w „Ebb and Flow”, jakby puszczona od tyłu).

Druga część zaczyna się od lekko psychodelicznego „Suma” z „tykającymi” klawiszami, której towarzyszy „brudny” riff Gilmoura oraz perkusja Masona. A po drodze elektroniczne wstawki i ledwie słyszalny fortepian. Najmocniejszy fragment tej płyty, kończący się dziwacznymi dźwiękami jakby lotu. „Skins” jest bardziej perkusyjne, choć początek budził skojarzenia z Tangerine Dream z etniczno-jazzową perkusją. Czysto elektroniczny „Unsung” brzmi tajemniczo i enigmatyczne, a jego dalszy ciąg, czyli „Anisina” z pięknie grającymi smyczkami oraz fortepianem, których wspiera delikatny klarnet. Ta część ma magię i klimat, choć jest tu trochę sprawdzonych patentów.

Trzecia część ma siedem kompozycji, które rzadko kiedy przekraczają dwie minuty. Tutaj dominują klawisze, fortepian i elektronika Wrighta. Jest spokojniej, brzmienie jest bardziej wyciszone, a nawet lekko jazzowe („On Noodle Street”). Z tą częścią mam taki problem, że utwory zaczynają się zlewać w jedno, a tego nie lubię za bardzo. Wyjątkami są bardziej rockowymi dwoma częściami „Allons-Y”, organowym „Autumn ‘65” czy typowy dla grupy „Talkin’ Hawkin’” z wypowiedziami Stephena Hawkinga.

Pytanie, czy ostatnia część zachwyci? „Calling” to mieszanka klasycznej elektroniki syntezatorowej przerywanej dziwnymi, nie do końca wyraźnymi dźwiękami. I to brzmi całkiem nieźle, łącznie z przesterowaną gitara oraz zapuszczonymi przez elektronikę perkusję. „Eyes to Pearls” wyróżnia się akustycznymi gitarami oraz przestrzennymi klawiszami. „Surfacing” przypomina starych Floydów, a na sam koniec dostajemy jedyną piosenkę – „Louder Than Words”. Delikatna gitara, metronom, gitary i chórki, wreszcie wokal Gilmoura, brzmiący jakby nie zestarzał się. Brzmi to dobrze, dla mnie tylko dobrze.

I co mam zrobić z tą płytą? Nie jest ona aż tak zła jak mówi spora część prasy zagranicznej, ale nie jest też tak wybitna jak chcieliby tego fani. Dla mnie to jest kawałek dobrego grania, choć na sprawdzonych patentach. Mnie ta wtórność przeszkadzała (zwłaszcza w części pierwszej), ale całość poniżej bardzo przyzwoitego poziomu nie schodzi. Każdy musi sam przesłuchać ten album i samemu wyrobić zdanie. Nie zachęcam, ale też nie odradzam.

Lunatic Soul – Walking on a Flashlight Beam

Walking_on_a_Flashlight_Beam

To miał być jednorazowy project frontmana grupy Riverside, ale trio w składzie Mariusz Duda (wokal, bas), Maciej Szelenbaum (klawisze i gitara) i Wawrzyniec Dramowicz (perkusja) od momentu powstania, czyli od 2008 roku nagrała trzy płyty. Teraz pojawił się album czwarty, który dla fanów powinien być gratką.

Progresywne, przestrzenne dźwięki bazujące na syntezatorach – ten instrument tutaj dominuje. Czasami działa bardzo kojąco niczym odpływające fale oceanu („Shutting Out the Sun”), czasem zdarzają się pulsacje klawiszowe oraz dziwaczne pasaże (przebojowe „Cold”), elementy orientalne (gitara elektryczna w „Gutter”), przestrzenne wokalizy (wręcz minimalistyczne „The Fear Within” z intrygującym końcem). Melodie też są jak słychać w delikatnym „Treehouse”, który potem się rozkręca dzięki elektronicznym wstawkom oraz mocnym uderzeniom perkusji, choć bardziej liczy się tutaj nieprawdopodobny nastrój. A że nie brakuje tu długich utworów (najdłuższy i najróżnorodniejszy jest kapitalny, półakustyczny „Pygmalion’s Ladder”, imitujący „starożytne” dźwięki, jednak w połowie pojawia się gitara elektryczna, lekko podrasowana), to fani progresywności znajda wiele dla siebie. W dodatku wokal Mariusza Dudy brzmi dość nieziemsko (głównie dzięki nakładającym się wokalom), tworząc piorunującą mieszankę. Co prawda jest 9 kompozycji, ale za to dopracowanych, bogatych aranżacyjnie i chwytających za gardło. Ocena może być tylko jedna…

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 

The Pineapple Thief – Magnolia

Magnolia

Obok Anathemy jest to jedna z ważniejszych grup grających neoprogresywne dźwięki na Wyspach Brytyjskich. Ekipa Bruce’a Soorda działa od końca 90. i po paru perturbacjach (perkusistę Keitha Harrisona teraz zastąpił Dan Osborne) nadal dzielnie się trzyma. Po dwóch latach przerwy (dość chłodno potraktowany album „All the Wars”) kwartet wraca z nowym materiałem.

„Magnolia” trzyma się szlaku wyznaczonego przez poprzednika, czyli mamy zestaw krótkich piosenek (rzadko przekraczających 4 minuty). Na szczęście panowie przypominają sobie, co to jest dobra melodia. Słychać to zarówno w otwierającym całość „Simple As That” z zapętloną gitarą, która wybrzmiewa mocniej w refrenie (tak jak perkusja) czy następnym „Alone At Sea” z delikatnym wstępem oaz agresywnymi refrenami. Ale dalej jest dość różnorodnie, choć dominuje tutaj bardziej melancholijny nastrój. I wtedy przewijają się smyczki („Don’t Tell Me”), fortepian („Seasons Past”) czy trąbka („Bond”), a nawet refreny śpiewane są wspólnie. Więc jeśli ktoś szuka bardziej progresywnych dźwięków, to się mocno rozczaruje. Soord (dobrze śpiewający) stawia na krótkie brzmienia oraz nastrojowe melodie (najlepsze w tym są utwory kończące album).

Niby nic zaskakującego ani oryginalnego, ale słucha się tego z dużą frajdą. Ładna ta „Magnolia” jest.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Steve Rothery – The Ghosts of Pripyat

Steve_Rothery__The_Ghosts_Of_Pripyat

Każdy fan zespołu Marillion wie jak ważny dla tej grupy jest Steve Rothery. Jego gra na gitarze wzbogacała każdy utwór. Tym razem gitarzysta postanowił wydać solowy album i… poprosił o wsparcie finansowe na Kickstarterze, co okazało się sporym sukcesem (zebrano dwa razy więcej funduszy niż planowano). Album już jest dostępny w Internecie, tylko trzeba poszukać.

Rothery’ego wspiera zespół (m.in. gitarzysta Dave Foster, basista Yatim Halimi i perkusista Leon Parr), tworząc instrumentalne kompozycje. Dominują tutaj spokojniejsze i mniej agresywne rytmy, ale po kolei. Zaczyna się dość sennym „Morpheus”, gdzie gitary grają bardzo łagodnie, gdzieś w tle słychać mewy, elektronika rozwarstwia się (zwłaszcza „komputerowe” dźwięki liczydła), ale pod sam koniec klimat gęstnieje, a gitara staje się mocniejsza i bardziej wyrazista. Melodyjniejsze i bardziej chwytliwe jest idące w stronę orientu „Kendris”, głównie dzięki perkusji, ale zarówno klawisze jak i mocniejsze riffy przypominające Marillion wnoszą ten krótki (w porównaniu z resztą) utwór na wyższy poziom. Wyzwaniem może być ponad 10-minutowy „Old Man of the Sea”, ale to najlepsza kompozycja na tej płycie. Bardzo delikatne, wręcz magiczne klawisze oraz „wschodnie” zabarwienie (akordeon) plus dźwięki morza w tle – wielki odpływ jednym słowem, zmiana tempa, powolnie włączanie się każdego z instrumentów. Bardziej w stronę folku (to przez perkusje) idzie „White Pass”, gdzie poza gitarami wybija się fortepian. Ale w połowie pojawia się mroczniejsza elektronika z równie niepokojącymi organami oraz dziwacznymi wejściami gitar – bardziej agresywnych i ostrych.

Wyciszeniem jest „Yesterday’s Hero” z bardzo spokojną perkusja oraz przyjemna grą gitarową, ale do czasu. Dwie minuty przed następuje przyspieszenie perkusji oraz żwawsze tempo gitary wiodącej. Na podobnym tempie działają tez finałowe „Summer’s End” i kończący całość utwór tytułowy.

„The Ghosts of Pripyat” to album bardziej kontemplacyjny, choć nie pozbawiony mocniejszych wejść (dominują w drugiej części płyty) pokazującej klasę Rothery’ego. Bardzo interesująca i ciekawa propozycja.

8/10

Radosław Ostrowski

Mastodon – Once More ‚Round the Sun

One_More_Round_The_Sun

Co powstanie, gdy zmieszamy progresywne dźwięki z ostrzejszą, metalową gitarą? Odpowiedź jest bardzo prosta – Mastodon. Kwartet z Atlanty po trzech latach doszedł do wniosku, że pora nagrać coś nowego, by dać znać swoim fanom. I tak powstało „Once More ‘Round The Sun”.

Za produkcję odpowiada Nick Raskulinecz, który współpracował m.in. z Alice in Chains czy Accept, więc ciężkie granie nie jest mu obce. I tutaj jest to bardziej heavy metalowa płyta niż progresywne dźwięki, zaś inspiracjami dla nich były dokonania Rush, Alice in Chains czy Foo Fighters. Sekcja rytmiczna z gitarą elektryczną robia tutaj po prostu rzeź. A jednocześnie jest to bardzo przebojowy i porywający materiał, co potwierdzają otwierające całość „Thred Lightly” i „The Motherload”. Ale nie brakuje tutaj różnych urozmaiceń (marszowe tempo oraz świetnie zaśpiewany chóralny refren w „High Road”, powolny wstęp w „Chimes at Midnight” czy elektronicznie przerobiony wokal w refrenach „Feast Your Eyes”). Do tego mamy aż trzech wokalistów, którzy są też świetnymi muzykami (gitarzysta, basista i perkusista), a całość miejscami jest bardzo mroczna (spokojne „Asleep in the Deep”), czasami dziwaczna („Aunt Lisa” z zaskakująca żeńską przyśpiewką w stylu cheerlederek), ale ekipa z Altanty nie odpuszcza i jedzie na złamanie karku, dosłownie miażdżąc i wgniatając w fotel. 11 naprawdę kapitalnych i fenomenalnych utworów, które trzeba koniecznie przesłuchać. Więcej pisać po prostu nie trzeba, bo to marnotrawstwo czasu i miejsca.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The Alan Parsons Project – Ammonia Avenue

Ammonia_Avenue

I po dwóch latach przerwy, w 1984 roku pojawił się nowy album Alana Parsonsa i spółki. „Ammonia Avenue” okazała się największym sukcesem komercyjnym. Pytanie tylko czy broni się po 30 latach.

Na pewno można poznać czas realizacji po elektronicznej perkusji otwierającej „Prime Time”. To piosenka mocno rockowa z delikatnymi klawiszami oraz zgraną sekcją rytmiczną. Do tego naprawdę delikatny wokal Woolfsona tworzy tutaj bardzo poruszającą opowieść. Całość jest bardziej uproszczona i zwarta, bardziej pop rockowa. Słychać też wpływy synth popu (dyskotekowa perkusja w „One Good Reason”), hiszpańskie rytmy (największy przebój „Don’t Answer Me”), ale płyta jest dość mało urozmaicona jak na tego typu grupę. Jedynym wyjątkiem jest synth popowa elektronika w „You Don’t Believe”, solówka saksofonu oraz gra orkiestry w „Pipeline” czy kończąca całość mini-suita tytułowa (pięknie gra orkiestry oraz gitary skustycznej). Cała reszta (poza przebojowym „Don’t Answer Me”) działała na mnie dość sennie i przymulająco.

„Ammonia Avenue” jest bardziej pop-rockowym albumem, który z dzisiejszej perspektywy nie robi aż takiego wrażenia jak w 1984 roku. Bardziej popowa, niby przebojowa, ale nie porywająca, co w przypadku tej grupy jest sporym potknięciem.

6/10

Radosław Ostrowski