Paul Gilbert – I Can Destroy

i can destroy

Jeden z najbardziej rozchwytywanych gitarzystów rockowych (założyciel Mr. Big) powraca z nowym materiałem. „I Can Destroy” najpierw zostało wydane w Japonii, by pół roku później trafić na rynek europejski i amerykański. Wydawało się, że będzie dobrze, zwłaszcza, gdy producentem jest sam Kevin Shirley, a wsparcia udzielili gitarzyści Freddie Nelson i Tony Spinner, basista Kevin Chown oraz perkusista Thomas Lang. Tylko czy naprawdę dojdzie do zadymy czy będzie spokojniej?

Początek obiecuje wiele, bo „Everybody Used Your Goddamn Turn Signal” ma świetne riffy miedzy zwrotkami (ciężkie i improwizowane), klasycznego Hammonda i zgraną sekcję rytmiczną. Tytułowy utwór łoi aż miło, a ciężkie bluesowe zwrotki skontrastowano nośnym refrenem oraz bardzo szybkimi popisami gitary, stojąc w kierunku klasycznego hard rocka. Zmianę klimatu daje bardziej zwarty i przebojowy „Knocking on a Locked Door” – lżejszy i delikatniejszy, z chórkiem w refrenie, podobnie jak bluesowy „One Woman Too Many”. Z kolei „Woman Stop” ma bardziej „pijaną” gitarę oraz wolniejsze tempo. „Gonna Make Me Love You” to już powrót do szybkiego tempa (sekcja rytmiczna), chwytliwego refrenu oraz fajnego, rock’n’rollowego klimatu, tak jak zadziorniejszy „I Am Not The One (Who Wants to Be with You)”, by w finale zaatakować soczystą solówką.

Spokój wraca w nastrojowym „Blues Just Saving My Life”, chociaż wielu może ten utwór znużyć, ale riff Nelsona ratuje sytuację. Od tego momentu robi się nużąco – niby są jakieś energetyki, ale nie czuć tej mocy z riffów oraz ogólnego brzmienia. Słychać zawodowstwo muzyków, ale zarówno „Make It (If We Try)” usypia, a akustyczne „Love We Had” brzmi ładnie, lecz kompletnie nie pasuje do reszty. Bardziej w stronę popu idzie „I Will Be Remembered” oraz „Adventured and Trouble” (pod koniec mocno i ostro przyspiesza, co ratuje przed zapomnieniem).

„I Can Destroy” może nie rozłoży na łopatki, ale zaserwuje przyjemną dawkę dynamicznego, gitarowego grania. Sam wokal Gilberta jest bardzo przyzwoity i pasuje do brzmienia, a teksty są ok. Jeśli chcecie zacząć z hukiem nowy 2017 rok, to będzie odpowiedni materiał.

7/10

Radosław Ostrowski

Ania Rusowicz i Goście – RetroNarodzenie

image-4793-orig

Kolędowania ciąg dalszy, więc będzie następny album christmasowy. Przyznaje się bez bicia, że jestem fanem Ani Rusowicz – wokalistki tak zakorzenionej w rock’n’rollowo-hipisowskim entourage’u, a jednocześnie tak naturalnej w tej stylistyce, iż bardziej nie jestem w stanie tego opisać. Na wieść jednak o albumie bożonarodzeniowym bylem dość sceptyczny, gdyż spodziewałem się standardowego zestawu w niestandardowej formie. I jak się kolejny raz okazało, nie miałem racji – na szczęście.

Po pierwsze, to album w całości zawierający autorskie utwory. I już za to należy docenić „RetroNarodzenie”, które – jak sama nazwa wskazuje – jest retro, czyli po hipisowsku. Obowiązkowo pojawia się delikatnie grająca gitara elektryczna, nie zabrakło też miejsca dla Hammondów i trąbek („Trudne życzenia”). Najbardziej jednak zaskakują góralskie fragmenty w postaci smyków („Cosik się kolebie”, „Odwołano Narodzenie”), fletów („Pastorałka radosna”) i obowiązkowych cymbałków (ocierające się o reggae „Nie mówmy już nic”), a nawet ksylofon (rozmarzone „Cicho cichuteńko”). Nie zawsze jednak jest słodko i barwne, co pokazuje wyjątkowo melancholijne „Choć w stajeneczce” z akordeonem na pierwszym planie.

Po drugie, w każdym utworze pojawia się gość, który współtworzy każdą z piosenek. I to nie są jacyś niedoświadczeni leszcze, tylko prawdziwe tuzy jak: bracia Zielińscy (Skaldowie), Adam Nowak, Czesław Mozil, Artur Andrus, Marek Piekarczyk, Renata Przemyk czy Martyna Jakubowicz. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiły Południce, brzmiące niczym dawny zespół ludowy. Sama gospodyni radzi sobie bardzo dobrze, ale nie jest tutaj osobą dominującą, raczej wspiera, by każdy utwór wybrzmiał, co te jest zasługą refleksyjnych, ale i niepozbawionych humoru tekstów (satyryczne „Odwołano Narodzenie” z marketami w tle).

Co ja więcej mogę powiedzieć? „RetroNarodzenie” to album świąteczny wielokrotnego użytku, gdyż za rok na pewno włączę sobie do przesłuchania to wydawnictwo. Wszystko tam jest zgrane, dopięte i czarujące, co w przypadku takich albumów nie jest sprawą oczywistą. Gotowi na święta w starym stylu?

8,5/10

Radosław Ostrowski

Kult – Wstyd

wstyd-b-iext45460136

Nie ma w Polsce drugiego takiego zespołu jak Kult – grupy mieszającej rocka, punka, jazz z publicystycznym, krytycznym spojrzeniem na świat. Potwierdzili to dwa lata temu pełnym wściekłości albumem „Prosto”. Jednak w porównaniu z nim, „Wstyd” wydaje się bardziej stonowany. Czyżby Kazik Staszewski złagodniał i się uspokoił?

I tak, i nie. Nadal słychać, że jest to Kult – sekcja dęta i rytmiczna (ten metaliczny bas!) jest zbyt charakterystyczna, nie do podrobienia. Ogień daje tez brudna, chropowata gitara jak w otwierającym całość „Jeśli będziesz tam” czy utworze tytułowym (pomruki, przestery, nieczystość). Spokój (pod względem muzycznym) było czuć w singlowym „Madrycie”, gdzie przewija się w tle fortepian z fletem. Pozornie delikatnie jest w „To nie jest kraj dla starych ludzi”, gdzie bardzo sceptycznie odnosi się do Ameryki, a średnie tempo (zwrotki) kontrastuje z atakującymi dęciakami i gitarami (refren). Ale konsternacje wywołała we mnie akustyczna „Cisza nocna” z delikatną gitarą oraz fletami niemal wziętymi od KSU. I od fletów zaczyna się też niepokojąca „Dwururka” ze świetnym solo trąbki oraz surową elektroniką. Na szczęście, nie zostaje zapomniana melodyka jak w szybkich „Bezbronnych w furii” czy mrocznym „Odejdę” (nawet krzyczą jak w „Serious Samie”).

Na sam koniec dostajemy mocny, dwuczęściowy „Pęknięty dom”, opisujący podział naszego kraju, gdzie czuć tutaj echa „Prosto”, tylko szybkie i przebojowe oraz podniosła „Apokalipsa” (te organy i perkusja – świetne).

Chociaż Kult jest znacznie bardziej przebojowy, to nie ucieka od obserwacji obyczajowo-politycznych. Niby o tym opowiadał od zawsze, ale nadal nie stracił pazura. Nie boi się piętnować korupcji, zepsucia, znieczulicy i podziałów. Charakterystyczny głos Kazika dopełnia całości tego lekkiego wydawnictwa. Bardziej mi się podobało „Prosto”, ale nomen omen wstydu nie ma.

7/10

Radosław Ostrowski

The Rolling Stones – Blue & Lonesome

blue & lonesome

Czy ktoś z fanów muzyki rockowej nie zna tych dinozaurów? Stonesi po 10 latach wracają z nowym materiałem. Używam słowa nowy, gdyż nie ma tu żadnej własnej kompozycji. Jagger i spółka wpadli na pomysł, by wrócić do bluesowych korzeni z początku działalności. Wsparci przez producenta Dona Wasa, zamknęli się w studiu Marka Knopflera na trzy dni, a wyszło „Blue & Lonesome”.

Brzmi to tak, jakby ktoś wykopał niepublikowane nagrania z lat 60., jest sporo brudu i „postarzenia” dźwięku. To czuć od samego początku, czyli „Just Your Fool”, a duch klasycznego bluesa jest obecny do samego finału. Mick szaleje na harmonijce, Richards na gitarze nie zawsze czysto gra, a sekcja rytmiczna płynie po muzyce. Czasami odezwie się jeszcze fortepian i klawisze, dodając odrobiny smaczku. Tempo jest raczej dość średnie, ale nawet wtedy potrafią zaszaleć. Tak jest w zadziornym „Commit z Crime”, spokojnym, ale pełnym soczystych riffów utworze tytułowym czy „All of Your Love”, gdzie szaleje fortepian. Czadu nie zabrakło w szybkim „I Gotta Go” czy spokojniejszym „Everybody Knows About My Good Thing”, gdzie na jednej z gitar gra sam Eric Clapton, brzmiący jak z czasów swojej świetności (muzyk pojawia się jeszcze w finałowym „I Can’t Quit You Baby”), by potem znowu zaszaleć w „Ride’ Em On High” oraz „Hate To See You Go”.

I nie mogę wyjść ze zdumienia, że panowie nadal mają w sobie tą energię z początków drogi. Wszystko tu pasuje do siebie i – co w przypadku albumów z coverami nie jest takie oczywiste – nie ma tutaj poczucia skoku na kasę, odcinania kuponów. Jagger nadal ma głos jak dzwon, a na harmonijce gra jak mistrz. Czuć tutaj autentyzm, chociaż wszystko zrobione jest po bożemu. Co Stonesi wymyślą następnym razem? Aż boję się pomyśleć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Carly Simon – Anticipation (remastered)

Carly_Simon_-_Anticipation

Dla wielu (także i dla mnie przez jakiś czas) nazwisko Carly Simon pozostało tajemnicze i niewiele mówiące. Ale w Stanach Zjednoczonych to jedna z najpopularniejszych wokalistek z lat 70. Chociaż ostatni studyjny album wydała w 2009 roku, cieszy się nadal olbrzymią popularnością oraz sympatią milionów wielbicieli. Skąd się wziął fenomen Carly Simon? Kluczem może być zremasterowane wydanie drugiej płyty „Anticipation” z 1971 roku.

Produkcją zajął się sam Paul Samwell-Smith – współzałożyciel popularnej rockowej grupy The Yardbirds, w której wykuły się talenty Erica Claptona, Jeffa Becka i Jimmy’ego Page’a. Można założyć więc, że będzie to muzyka bardzo gitarowa, pełna rocka. Nie do końca tak jest, co czuć w tytułowym utworze. Zaczyna się od delikatnej gitary akustycznej, gdy w refrenie mocniej swoją obecność naznacza perkusja. Równie akustycznie jest w świetnym „Legend of Your Time” z bardzo oszczędną perkusją (tylko bębenki) czy delikatnie bluesowym (w duchu), melancholijnym „Our First Day Together”. Bliżej tutaj jest do Joni Mitchell, tylko bardziej intymna i delikatna. Nie brakuje jednak żywszych fragmentów (końcówka „The Girl You Think You See”), ale nie są one najważniejsze. Czy to oznacza monotonię? W żadnym wypadku jak pokazuje walczyk „Summer’s Coming Around Again”, gdzie prowadzony jest ładny dialog gitary z fortepianem czy „Share The End”, w którym przewijają się smyczki, gitara, a nawet chórek w refrenie, nadając niemal sakralny charakter.

Pozornie nie dzieje się wiele, ale Simon potrafi oczarować jak w niesamowitym „The Garden”, gdzie jest tylko ona, gitara oraz smyczki. Nie inaczej jest w finałowym „I’ve Got to Have You”, gdzie pojawia się w końcu gitara elektryczna. Sam wokal Carly jest tak spokojny i przyjemny w odbiorze, że nie da się tego opisać słowami. Także teksty, opowiadające o uczuciach, nie ocierają się o naiwny banał czy kicz, co samo w sobie jest sporym plusem. W zasadzie można się czepiać, ze to tylko niecałe półgodziny, ale tylko tyle mieściło się na winylu.

Może i po latach nie robi to tak wielkiego wrażenia jak w dniu premiery, ale „Anticipation” to bardzo intymna, wyciszona i refleksyjna płyta. Innymi słowy taka, jaka pasuje do obecnej pory roku. Nie mniej, nie więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Status Quo – Whatever You Want (deluxe edition)

whatever you want

Dla wielu tu obecnych nazwa tego zespołu nic nie mówi. W naszym kraju brytyjska formacja Status Quo jest znana dzięki wielkiemu hitowi z lat 80. „In the Army Now”. Jednak działająca od 1962 roku (nazwę Status Quo przyjęła w 1969 roku) formacja kierowana przez Francisa Rossiego miała znacznie więcej do zaoferowania. Przypomina o tym wznowiony album z 1979 roku. „Whatever You Want” to dwunasty album w dorobku formacji granej w składzie: Francis Rossi (gitara, wokal), Rick Parfitt (gitara, wokal), Alan Lancaster (bas, wokal) i John Coghlan (perkusja). Dołączył do nich klawiszowiec Andy Brown, a od strony producenckiej trzeci raz wsparł ich Pip Williams.

A że jest to zgrana ekipa, słychać w otwierającym całość utworze tytułowym, gdzie na dzień dobry dostajemy coraz mocniejsze i żwawsze riffy gitarowe, w połowie zdecydowanie bardziej natarczywe, wręcz bluesowe. Nie inaczej jest w rock’n’rollowym „Shady Lady”, którego nie powstydziłoby się samo ELO (ten fortepian w tle też robi robotę) czy bardziej zadziornym „Who Asked You” (bardzo lekkie riffy na początku i zgrabnie wplecione klawisze w tle). Odrobinkę (ale tylko odrobinkę) spokojnie robi się w bluesowym „Your Smiling Face” (kolejne wejście fortepianu) oraz akustycznym „Living on an Island” (tu wyróżnia się bas oraz wspólny śpiew w refrenie).

Jednak, gdy muzycy łapią za gitarą to grają głośno. Może nie tak ostro jak dzisiaj metalowcy, ale to w zupełności wystarczy. Nie brakuje czadu w prostym, ale nie prostackim „Come Rock with Me” (płynne przejścia perkusji oraz zgranie gitar), przechodzącym do szybszego „Rockin’ On”, jakiego nie powstydziłoby sie Deep Purple, gdyby postanowili grać troszkę lżej czy zadziorniejszego „Runaway”. A na sam finał dostajemy potężnego kopa w postaci „Breaking Away”.

Muszę przyznać, że „Whatever You Want” przyzwoicie znosi próbę czasu, chociaż klawisze dzisiaj wydają się mocno archaiczne. Jednak poza zremasterowanym materiałem jest jeszcze druga płyta z dodatkami. Najpierw dostajemy dwa nowe kawałki, czyli „Hard Ride” (harmonijka ustna wymiata) i „Bad Company”, które nie zmieściły się w pierwotnej edycji. Następnie jest singlowa wersja „Living on the Island”, dwa utwory w wersji demo oraz osiem wersji utworów z tej płyty w nowych miksach (American Remix/Now Hear This Version). I nie są to zwyczajne zapchajdziury, by zbić kasę. Jest to zdecydowanie wartość dodana tej dobrej płyty. Dobrej, uczciwie zrobionej, rockowej płyty.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sting – 57th & 9th (deluxe edition)

57th%269thAlbumCover

Wraca Grzegorz Lato. I nie, nie chodzi mi o tego piłkarza oraz ex-prezesa PZPN, tylko o Gordona Matthew Summera znanego w muzycznym półświatku jako Sting. Ostatnie płyty bardziej skręcały w nieoczywiste kierunki (muzyka dawna, kolędy, symfoniczna, musical), że właściwie zwątpiono w talent i umiejętności kompozytorskie Anglika. „57th & 9th” to powrót (po 13 latach!!!) do pop-rockowego grania. Wrócili sprawdzeni muzycy (gitarzysta Dominic Miller, bębniarz Vinnie Colaiuta oraz klawiszowiec Martin Kierszenbaum, pełniący rolę producenta) i wydaje się, że powinno być dobrze.

Już wybrany na singla opener „I Can’t Stop Thinking About You” zapowiada zwyżkę formy oraz powrót do przebojowego, chwytliwego grania. Nieźle brzmi gitara, sekcja rytmiczna robi swoje, chórek w refrenie fajnie dopełniają obrazu. Bardziej epicki wydaje się „50,000” z mocnym wstępem gitarowym, bardziej wyciszonymi zwrotkami (bas ma wiele do powiedzenia), z kolei „Down, Down, Down” przypomina dawne czasy The Police.

Wyciszenie oraz spokój serwuje „One Fine Day” (ślicznie wpleciony fortepian do całości), a także „Pretty Young Soldier” z przyjemną perkusją, a także sprytnie wplecionymi klawiszami oraz delikatną niczym wiatr gitarą. I kiedy wydaje się, że będzie spokój do samego końca, strzela jak rakieta „Petrol Head” z brudniejszą gitarą wspartą, a także mocniejszymi uderzeniami perkusji. Pod koniec robi się spokojniej, ale nie trwa to zbyt długo. Zaskakuje akustyczna wręcz „Heading South on the Great North” oraz niezła ballada „If Yu Can’t Love Me”. Z kolei „Inshallah” to powrót do eksperymentów Stinga z orientalnym brzmieniem i moim zdaniem, wyszedł z tego obronną ręką, by w finale uderzyć akustycznym „The Empty Chair”.

Sting sięga garściami do wszystkiego, co robił do tej pory i wychodzi z tego naprawdę przyzwoity miks. Wolniejsze kompozycje mogą się wydawać tylko zapchajdziurami, ale sam wokal Stinga – mocno podniszczony, czasami zmęczony, ale też niepozbawiony ognia („Petrol Head”) robi robotę. Fani mogą sięgnąć po wersje deluxe zawierającą trzy dodatki: koncertową wersję „I Can’t Stop Thinking About You” (klawisze mocniej obecne), pochodząca z sesji w Berlinie wersja „Inshallah” oraz nagrane z triem The Last Bandoleros „Next to You”. Milutko. Innymi słowy jest bardzo przyzwoicie, troszkę w starym, pop-rockowym stylu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

T. Love – T. Love

t-love-remiera

Minęły cztery lata odkąd Muniek Staszczyk i jego wesoła kompania z Częstochowy zaatakowała swoim dwupłytowym wydawnictwem. Jednak panowie nie opieprzali się (Muniek zadziałał ze starymi kumplami z formacji Shamboo), by powrócić w pełni sił z nowym dzieckiem, nazwanym po prostu „T. Love”. Czyżby panowie wrócili do początków swojej drogi spod znaku rock’n’rolla?

Otwierający całość singlowy „Pielgrzym” to melodyjny i chwytliwy kawałek, gdzie swoje robią klawisze w tle, a także lightowa gitara. Funkową energię czuć w „Bum Kassndra”, gdzie basik z klawiszami skręcają w lata 70., a skoczna melodia skontrastowana jest z gorzkim tekstem, zaś „Alkohol” ma gorzką gorycz brytyjskiego punka, pokazując swoją destrukcyjną siłę. Żeby jednak nie było tak do śmiechu, to pojawia się kilka ponurych oraz nieoczywistych numerów jak niemal dyskotekowe „Siedem” niczym w starych numerach kapeli (refren) czy bluesowym „Blada”, którego nie powstydziłby się ani Mark Knopfler czy Eric Clapton z dominującym fortepianem.

Dla mnie jednak prawdziwą petardą jest „Niewierny patrzy na krzyż”, gdzie gitary nakładają się na siebie, a perkusja tworzy oniryczny klimat razem z nowofalową wręcz elektroniką. Szokiem była dla mnie „Marta Joanna od aniołów”, mocno idąca w… gospel oraz „czarne” brzmienia, wspierana przez wzruszający tekst, „Marsz” rozsadza swoją wściekłością, a „Lubitz i Breivik” bardziej pachnie latami 80. (śpiewane chórki w refrenie) idzie w stronę publicystyki, jednak nie wywołuje irytacji. Rozczarowuje „Warszawa Gdańska” – spokojna, delikatna kompozycja, która nie do końca mnie przekonuje swoim rytmem oraz tekstem, chociaż gitara z odrobinę psychodeliczny saksofon mogą się podobać. Drugim dziwadłem jest folkowy „Moi rodzice”, który bardziej pasowałby do „Old is Gold”, ale osobisty tekst Muńka opowiadający o swoich rodzicach może zwrócić swoją uwagę. Jednak wszystko wywraca do góry nogami skrętem w disco („Ostatni gasi światło”)

Muniek w swoich tekstach coraz bardziej przygląda się światu i nie kryje rozczarowania. Wściekły wobec podziałów („Marsz”), rozmyśla nad szaleństwem terrorystów („Lubitz i Breivik”), brakiem wiary („Niewierny patrzy na krzyż”), wojną i pijaństwem, a także nad historią („Ostatni gasi światło”). Niby utwory są skoczne i melodyjne, ale to tak naprawdę refleksyjne i dające do myślenia dzieło. I cieszy też fakt, że grupa próbuje stworzyć coś nowego i świeżego, chociaż nie wszystko gra jak powinno, ale Muniek nadal jest w formie (zarówno tekstowo, jak i wokalnie – posłuchajcie finałowego „Kwartyrnika”).

T. Love mimo 30 lat na karku nie zdziadziało i nie straciło swojego rock’n’rollowego pazura, ale robi to też z głową. A jak was nie przekonałem, to hak z wami.

7,5/10

Radosław Ostrowski

No Sinner – Old Habits Die Hard

Old_Habits_Die_Hard

Bluesa czują wszyscy bez względu na wiek, pochodzenie i kraj. Nie inaczej jest w przypadku kanadyjskiej grupy No Sinner. Kwartet z Vancouver kierowany przez Collenn Ronninson właśnie wydał swoją drugą płytę pod wielce mówiącym tytulem „Old Habits Die Hard”.

I brzmi to jak klasyczny blues zrobiony z pazurem, czyli gitara z sekcją rytmiczną robi swoje, a zadziorny wokal Ronninson podkręca atmosferę. Tak jest w szybkim „All Woman”, ocierającym się o western (tylko taki na sterydach) „leadfoot” z przesterowaną gitarą oraz agresywną harmonijką w tle. Chwilę oddechu daje spokojniejsze i prostsze „Tryin’”, które brzmi bardzo przyzwoicie. Klasycznego rocka (troszkę spod znaku Guns’n’Roses) czuć w zadziornym „Saturday Night”, a powrót do bluesowych korzeni jest obecny w „Hollow” z delikatnym wsparciem fortepianu, by znowu wrócić i dać czadu. „Get In Up” to takie AC/DC, tylko dwa razy szybsze i bardziej melodyjne, uspokajając się we „Friend of Mine” (pod koniec jednak riff ostrzejszy jest). I wtedy pojawia się dziwna konsternacja, spowodowana przez „Fading Away” z basem oraz perkusją brzmiąca niczym z lat 80., by wejść w mrok dzięki brudnemu „When the Bell Rings”.

Kompozycje są naprawdę solidne (nastrojowe i wyciszone „Lines on the Highway” ze ślicznymi smyczkami), ale największego pazura czuć pod koniec w ponad 5-minutowych numerach. Taki jest imprezowy „One More Time”, gdzie gitarowe riffy rozsadzają wszystko wokół siebie, a środek zwalnia bardziej w rejony psychodelii. Znaczcie cięższy i surowszy jest „Mandy Lyn” z riffami jadącymi niczym walec drogowy, a wrzask pod koniec wywołuje ciarki.

Collenn trzyma to wszystko w ryzach, muzyka sprawia wielką przyjemność i chociaż nie ma tutaj niczego nowego, to jest tutaj impreza. Dla fanów jest jeszcze wersja deluxe, zawierająca trzy dodatkowe utwory: rock’n’rollowy „Wait”, wolniejszy „I Know It’s a Sin” oraz ocierający się o country „Slippin’”. Dla fanów blues rocka to pozycja obowiązkowa i interesująca.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Perfect – Muzyka

muzyka

Perfect jest jedną z tych kapel, których nie da się nie znać, jeśli chodzi o polską muzykę rockową. Grzegorz Markowski i spółka przez 30 lat nagrali tyle przebojów, że wiele kapel z zazdrości patrzy na ich dokonania. Po wydanym „DaDaDam” wydawało się, że zespół zamierza zakończyć swoją 30-letnią działalność. Nic z tego, co potwierdza najnowsze wydawnictwo, czyli „Muzyka”.

Muzycy rezygnują z pazura, a gitarę elektryczną zastępuje akustyczna. Czuć to od początku do końca. Czy to oznacza, że będzie nudno? Zaczyna się spokojnie, od akustycznego singla „Dobre dni” z płynącym, niemal walczakowym basem. „Zgaś papierosa” ociera się o country, z bardzo lekkim riffem, ogranowym popisem w środku i werblami. Bluesem czuć w „Czy to już” ze zgrabnym chórkiem w refrenie oraz „Tylko mnie kołysz” z mocną perkusją. Kołyszą oraz koją „Ludzie niepowszechni” z elektronicznie wplecionymi fletami oraz saksofonem, a „Ta sama krew” pachnie starym, szybkim rock’n’rollem z lat 50. Gdy wydaje się, że będzie tak przyjemnie i nastrojowo, klimat się zmienia w „Dzień jak dziś” – szum morza, pojedyncze dźwięki trąbki, bębenki i te niepokojące wejście gitary. Bardziej refleksyjny jest pianistyczny „Kocham się w życiu”, a ogień wraca w bluesowym „Za ile kobiet”, gdzie znowu pojawia się saksofon oraz solo na fortepianie. To najbardziej czaderski utwór w zestawie, po którym następuje bardzo romantyczny (pachnący odrobinę Francją) akustyczne „Daje słowo”, a sam finał świdruje instrumentalny „M.U.S.K.K.” idący w kompletnie nieoczywistym tropem (flamenco?), gdzie szansę mają wykazać się klawiszowiec oraz gitarzyści.

Tekstowo grupa zmierza ku bardziej refleksyjnym tematom przewijania, miłości (takiej dojrzalszej), życiu oraz samotności. I nie czuć tutaj żadnego fałszu czy oszustwa, w czym pomagają autorzy tacy jak Adam Nowak czy Bohdan Olewicz. Markowski ze swoim głosem dalej robi swoje i potrafi chwycić za gardło („Dzień jak dziś”, „Za ile kobiet”), sporadycznie jednak efekty psują żeńskie chórki jak w „Za ile kobiet”.

Moim skromnym zdaniem, bardziej podobał mi się ostrzejszy i stricte rockowe „DaDaDam”, gdzie panowie pokazali, że mimo upływu lat, nadal potrafią zagrać z ogniem oraz mocą, ale i ten refleksyjny, bardziej jesienny materiał nie powinien rozczarować fanów Markowskiego i spółki. To inny rodzaj „Muzyki” po prostu. I tyle.

7,5/10

Radosław Ostrowski