Jan Bo – Kawa i dym

kawa-i-dym-b-iext44170680_7060

Jan Borysewicz to jeden z bardziej rozpoznawalnych gitarzystów rockowych w naszym kraju. Poza działalnością w macierzystym Lady Pank, muzyk działa też na własną rękę od lat ze swoim własnym projektem zwanym Jan Bo. Poza nim grupę tworzy basista Wojciech Pilichowski oraz nowy perkusista, Radosław Owczarz. I w tym składzie wyszedł piąty album Jana Bo, czyli „Kawa i dym”.

Sam początek wywołuje skojarzenia z Lady Pank, bo „Na drugi raz” mogłoby zostać nagrane przez tą formację, a śpiewałby Panasewicz. Delikatny, wręcz cichy utwór z płynącą gitarą ładnie buja. I kiedy wydaje się, że tak już zostanie to „Bananowy dżem” kompletnie zmienia klimat, idąc ku bardziej hard rockowemu brzmieniu, riff jest cięższy, perkusja mocna. „Znów od początku” to powrót do oazy spokoju, z ładnymi riffami pod koniec, gdyby nie werblowa perkusja. Tytułowa kompozycja jest bardziej skoczna i pachnąca bluesem na kilometr, podobnie jak mroczniejszy „Jeśli tam nie ma nic” ze zgrabnie wplecioną elektroniką i ostrzejszy „Zawsze można dalej”.

Janek z gitarą bawi się świetnie nie bojąc się nawet skręcić w boogie („Przez słuchawkę”), bluesie („Odczep się, Kostucho”), hard rocku („Zostanę z tobą na zawsze” czy szybkie „Trzy wiadomości”) czy nawet metalu (kompletnie nie do poznania „Farby piekła”), ale udaje się tutaj zachować spójność. Spoiwem łączącym jest gitara Borysewicza oraz jego niezły wokal. Żeby jednak nie było, Janek zaprosił kilku gości, którzy dali z siebie wszystko i nie wywoływali poczucia dyskomfortu. Piotr Cugowski, Piotr Rogucki, Igor Herbut, Damian Ukeje i Ruda z Red Lips zrobili swoje.

„Kawa i dym” to kawał mocnego, rockowego grania i pokazuje troszkę inne oblicze Borysewicza. Gitarzysta tutaj serwuje różne oblicza muzyki z gitarą na pierwszym planie. Dla mnie spora niespodzianka, ale nie zrażajcie się ilością piosenek (aż 14), bo czas zleci jak z bicza strzelił. Mocna rzecz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Scorpion Child – Acid Roulette

scorpionchildacidcd

Debiutanci sprzed trzech lat garściami czerpali z hard rockowych brzmień lat 60. i 70., chociaż pochodzą z Teksasu. Scorpion Child wtedy mocno namieszało, a w tym czasie doszło do poważnych roszad. Perkusista Shawna Alveara oraz gitarzysta Tom Frank opuścili gang, pierwszego zastąpił Jona Rice, a z gitary rytmicznej zespół zrezygnował, dołączył za to klawiszowiec Aaron John Vincent. W tym nowym składzie, Dzieci Skorpiona pokazały swoje drugie wydawnictwo, które wzięło na swoje skrzydła Nuclear Blast.

Czuć różnicę w porównaniu do debiutu, a wsparcie klawiszy tworzy bardziej psychodeliczny klimat. Nadal jest obecny duch Zeppelinów (wokal Aryna Blacka tak mocno przypomina Roberta Planta, iż można pokusić się o pytanie, czy nie są spokrewnieni ze sobą), ale też jest mroczniej i mocniej. Czuć to w porażającym „She Sings, I Kill”, gdzie swoje robi tutaj sabbathowska perkusja, świdrujące klawisze oraz świetny refren z chórkami w tle. „Reaper’s Danse” jest bardziej żywiołowe, co jest zasługą gitary (w końcu to utwór… taneczny) oraz perkusji – czysty hard rock, mający ogień, podobnie jak „My Woman in Black” z ciężkim, metalicznym riffem na początku, stając się coraz mroczniejszym kawałkiem. Petardą jest też pędzący na złamanie karu „Winter Side of Dangerous”, niepokojący „Twilight Coven” czy wręcz diabelsko naspeedowany „Blind Man’s Shine”.

I następuje wolta w postaci tytułowego utworu – nie jest to dynamiczna naparzanka, tylko wolno krążący walec z soczystymi riffami (w zwrotkach niby się uspokajają, ale jest psychodelicznie, brzmią one jak echo), a w tle szumi niebezpiecznie Hammond, dominując w połowie grany tak szybko jakby to Jon Lord grał na nich. Nie przesadzam. Recytowany „Seance” brzmi niczym modlitwa podczas spotkania sekty i trwa tylko minutę – niby taki przerywnik, ale spójny z resztą wydawnictwa. Drugim zaskoczeniem jest „Survives”, zaczynający się odrobinę patetycznym fortepianem i kiedy wydaje się, ze tak już zostanie, po zwrotce wchodzi reszta ferajny (krótko, ale intensywnie). A na sam koniec dostajemy dwa potężne numery: „I Might Be Your Man”, gdzie najważniejszy jest tutaj elektroniczny pomruk na początku i niepokojące riffy w środku oraz zadziorniejsze „Addictions”, prawie 7-minutowy strzał gitarowo-perkusyjny, zakończone szumem morza i gwałtownym krzykiem kobiety.

Skorpiony kąsają mocno, grają na pewno ostrzej, intensywniej, psychodeliczno-hard rockowo, wyrabiając powoli swój własny styl. Czy jest lepiej od debiutu? Moim zdaniem tak, godnie czerpiąc z klasyków gatunku, a jednocześnie dodając nową jakość. 

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The Monkees – Good Times (deluxe edition)

Good_Times%21_%28The_Monkees%29_%28Front_Cover%29

To jedna z kapel rock’n’rolla, która przeszła do historii dzięki jednemu utworowi – „I’m a Believer”, chociaż współcześni słuchacze znają wersję zespołu Smash Mouth, wykorzystaną m.in. w pierwszym „Shreku”. Mimo tego faktu, The Monkees nadal funkcjonowała. W tym roku obchodzi 50-lecie działalności i z tej okazji nagrała pierwszy od 20 lat (!!!) studyjny materiał, już bez udziału zmarłego w 2012 roku Davy’ego Jonesa. I powiem od razu – nic się w tym świecie nie zmieniło.

Za stronę produkcyjną odpowiada Adam Schlesinger – basista zespołu Fountains of Wayne, ale także kompozytor i autor tekstów, dla którego lata 60. to czas, w którym czuje się najlepiej. Jedyną rzeczą zdradzającą fakt, że jest to produkcja współczesna to głosy śpiewających członków zespołu – Petera Torka, Mickeya Dolentza oraz Michaela Nesmitha. Opener „Good Times!” wprowadza w ten klimat epoki rock’n’rolla – krótki wstęp fortepianowy, lekka i szybka gra gitary, a także zadziorniejszy riff w środku. Jest lekko, bezpretensjonalnie, przyjemnie, ale nie nudnawo. Małpki ubarwiają każdy utwór drobiazgami – imitacją fletów w „You Bring the Summer”, delikatna mandolina w singlowym „She Makes Me Laugh”, klawesyn w „Our Own World”, Hammondy w „Gotta Give It Time” czy delikatny fortepian w akustycznej „Me & Magdalena”.

Jednak największą niespodziankę może sprawić „Love to Love”, gdzie znajduje się wokal… Dave’a Jonesa. Utwór ten po raz pierwszy nagrano w 1967 i głos Jonesa nałożono na współczesną wersję (i jeszcze ta gitara). Podobać się też może pachnące country „Little Girl” oraz „Birth of an Accidental Hipster” z pomysłowymi echami, fakami (tak, tam bluzgają) oraz bardzo delikatnym środkiem z płynącym fortepianem.

Muszę przyznać, że nie wierzyłem w ten album, podejrzewając bezczelny skok na kasę (wszak granie muzyki z lat 60. jest wyczuwalnym trendem) oraz granie na sentymentach. „Good Times!” pozytywnie zaskakuje dobrymi melodiami, czuć pozytywną energię członków grupy, a i te bardziej refleksyjne momenty („I Know What I Know” z wykorzystanym Chamberlinem) nie wywołują zgryzu. Jest też duch czasów rock’n’rollowych, bez spiny (w końcu najlepiej pamiętają ten okres), ale szczerze i leciutko. List przebojów i stacji radiowych nie podbije, zwłaszcza że wiele głośnych zespołów skupia swoją uwagę. Niemniej dobre czasy chyba wróciły, a Małpki pokazały klasę. Wersja deluxe zawiera jeszcze dwa dodatkowe utwory, w tym bardziej bogatszą wersję (aranżacyjnie) „Me & Magdalena”. Dobre czasy naprawdę wróciły.

7,5/10

Kuba Płucisz i Goście – Tu jest mój dom

tu-jest-moj-dom-b-iext37960624

Kuba Płucisz był fundamentem zespołu IRA, ale odszedł z grupy w 1996 roku. Jednak do tej pory takie utwory jak „Mój dom”, „Nadzieja” są najbardziej rozpoznawalnymi piosenkami macierzystej formacji. Gitarzysta i kompozytor postanowił wszystkim sprawić niespodziankę, skrzyknął wielu swoich znajomych i odświeżył piosenki napisane przez siebie dawno temu. Tak powstał projekt Kuba Płucisz i Goście.

Jednak nie jest to tylko odtwórcze granie starych przebojów, tylko kompletnie zremasterowanie oraz stworzenie de novo całości. Już otwierająca całość nowa wersja hitu „Mój dom” zachowuje pazura oraz zadziorność oryginału, okraszoną świetną elektroniką oraz świetnymi wokalami. A wśród gości są takie osobowości jak Titus z Acid Drinkers, Olej z Proletaryatu, Adam Asanov z Piersi, Darek Majelonek, Sebastian Riedel, Grzegorz Skawiński czy nawet… Jurek Owsiak. A dalej jest równie ogniście („Zew krwi”, „Jeden”) oraz z potężnym wsparciem symfonicznym („Nie tracę wiary”, „Nadzieja”).

Nie zabrakło jednak niespodzianek jak „Adres w sercu” – zaczyna się jak akustyczna ballada, by mocno dać do pieca, a w finale jeszcze pojawia się chór gospel. Niepojęte. Podobnie metalowe „Nie uciekaj” z popisówką klawiszy pod koniec. Drugim zaskoczeniem jest epickie „Nie zatrzymam się” z przepięknymi smyczkami oraz fortepianem. I na koniec jeszcze dostajemy drugą wersję „Adresu w sercu”, gdzie słyszymy głos Tomasza Kowalskiego, frontmana zespołu Katedra oraz samego Płucisza.

I jedno, co mnie mocno uderzyło to fakt, że te teksty nie zestarzały się ani chwili, co tylko potwierdza, że wiele rzeczy się nie zmieniło w tym czasie. A i sami goście nie zawiedli, ubarwiając każdy z tych utworów. Posłuchajcie tego sami – tak się powraca w wielkim stylu.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Tony Banks – The Fugitive

TheFugitive

Drugiego takiego zespołu w historii rocka progresywnego jak Genesis nie było i nie będzie. Jednak każdy z członków zespołu podejmował solowe działania – jedni po rozstaniu z grupą (Steve Hackett, Peter Gabriel), pozostali jeszcze grając w macierzystej grupie. Mniej znanym na tym polu twórcą był klawiszowiec Tony Banks. Omawiany album został wydany w 1983 roku, ale dopiero teraz został wydany na kompakcie w zremasterowanej wersji.

Muzyka, który także udziela się wokalnie, wsparli gitarzysta Daryl Stuermer, grający na koncertach Genesis oraz Phila Collinsa, a także basista jazzowy Mo Foster. I jest to w zasadzie, tak jak pozostałych aktywnych członków Genesis, album pop-rockowy. Tak można wywnioskować po otwierającym „This Is Love” z klawiszami przypominającym troszkę klimatem Asię oraz świdrującą gitarą w środku. Spokojniejsze jest „Man of Spells” z łkającymi riffami oraz idące w stronę delikatnego Orientu (klawisze) „And the Wheels Keep Turning”. „Say You’ll Never” to delikatna ballada z wybijającym się basem oraz sporadycznie odzywającą się gitarą, plumkające „By You” całkiem nieźle zniosło próbę czasu, rozkręcając się z każdą sekundą, dzięki intensywnym klawiszom. Mnie wgniotło w fotel, zagrane z pazurem „At the Edge of Night” (ta gitara gra z taką werwą, że nie ma szans) oraz zmieniające tempo „Moving Under”.

Jakby było mało atrakcji, jeszcze mamy dwie kompozycje instrumentalne. „Thirty-Three’s” jest przede wszystkim popisem Banksa, którego klawisze wręcz tworzą kosmiczną aurę (tylko ta dyskotekowa perkusja mnie odstrasza). „The Charm” bardziej przypomina mi podkład do gry komputerowej z tamtych czasów (tykające klawisze, elektroniczna perkusja) i potem perkusja zmienia wszystko. I jeszcze na płycie umieszczono, dwa kawałki niepublikowane wcześniej. „K2” brzmi niemal majestatycznie, ze świetnymi klawiszami oraz cudną gitarą, a „Something Never” to najbardziej czaderski numer na płycie.

Sam Banks śpiewa całkiem nieźle, chociaż czasami potrafi on troszkę brzmieć jak nastolatek. I o ile będzie w stanie przebić się przez tą manierę, to będzie w stanie się rozkoszować kawałem dobrego grania rockowego z lat 80. Broniącego się mimo upływu lat, dobrą melodyką oraz solidnymi tekstami.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Carrion – Dla idei

dla idei

Polski rock od dłuższego czasu ma się dość dobrze i ma kilka oblicz. To cięższe reprezentuje radomska formacja Carrion grająca hard rock od prawie 10 lat. Dwa lata temu wydała swój czwarty album „Dla idei”, jednak jest to pierwsza produkcja nagrana z nowym wokalistą, Kamilem Pietruszewskim. Czy to była dobra zmiana?

Brzmieniowo to nadal stary, dobry Carrion z surowymi oraz brudnymi riffami. „Retro” już brzmi dość brutalne, a delikatne klawisze nie są w stanie uspokoić nas. To jednak była tylko dopiero rozgrzewka. „Eunomia” ma krótki, lekko orientalny wstęp klawiszowy, by dołożyć do ognia. O dziwo, nie zostaje zapomniane, by dodać do tego melodię (chwytliwy refren z metalicznym basem). Muzycy parę razy przyspieszają (bardzo mroczne „Od zła, ostra „Minoderia” ze świdrującymi klawiszami w refrenie czy typowa dla tego zespołu „Gra słów”), serwując siarczyste solówki, przypominając choćby to, co robi Frontside, ale też zaskakują wolniejszymi (ale nie nudnymi) fragmentami jak akustyczny wstęp „Mowy cieni” czy egzotyczne wprowadzenie do utworu tytułowego z wyciszonym refrenem. Do tego jeszcze odrobinę patetyczne smyczki w „Krótkowzrocznych zerach”, które nie burzą całości i nie wybijają z rytmu.

A o czym opowiada zespół? O manipulacji, walce dla idei zmieniającą się w fanatyzm, zaślepieniu oraz ogólnie widzianej dehumanizacji. Co do nowego wokalisty, to brzmi on naprawdę solidnie, a jego nadekspresja troszkę przypomina mi… Piotra Roguckiego, chociaż mogę być odosobniony w tym poglądzie. Ale pasuje tutaj do całości – jest ostro, mocno i głośno, ale i z przesłaniem. To się rzadko zdarza taki miks.

7,5/10

Radosław Ostrowski

New Model Army – Winter

NMA_WINTER_FRONT_COVER

Brytyjska nowa fala zawsze dzieliła się na dwa nurty: post-punkową, gdzie zawsze dominowała gitara oraz na synth pop, gdzie prym wiodła elektronika. Z tym pierwszym nurtem najbliżej było kapeli New Model Army kierowanej od samego początku przez charyzmatycznego Justina Sullivana. Kwintet po pięciu latach wraca z nowym, 14 albumem „Winter”.

Całość wyprodukowana przez Sullivana oraz Joe’ego Baressi (współpraca m.in. z Coheed and Cambria, Bad Religion czy Queens of the Stone Age), od początku idzie w stronę bardziej surowego rocka. Czuć to w nieprzyjemnym „Beginning”, gdzie dominuje bardzo nieprzyjemna gra gitary. Po drugiej minucie dochodzi mocne uderzenie perkusji oraz fortepian, by potem wyciszyć się. Cisza trwa dość krótko i znowu odzywa się gitara, skręcając w bardziej psychodeliczne klimaty. Równie mroczny jest „Burn the Castle” z orientalnym riffem i świdrującymi uderzeniami perkusji oraz wściekłym refrenem. Zmianę wprowadza singlowy utwór tytułowy, zaczynający się akustyczną gitarą, by potem nakładały się mocniejsze riffy gitary oraz sekcji rytmicznej (genialny instrumentalny środek). Akustyczno-elektryczne wsparcie pojawia się także w intrygującym „Part the Waters”.

I kiedy wydaje się, ze tak zostanie, następuje przyspieszenie w postaci punkowego „Eyes Got Used to the Darkness” oraz bardziej przestrzennego, skocznego wręcz „Drifts” z melancholijnymi smyczkami w tle oraz gwałtownym finałem. Mrok wraca do „Born Feral” z organami pod koniec oraz popisami perkusji, a także w akustycznym, trzymającym za gardło „Die Trying”. „Devil” jest dynamiczniejszy, dzięki perkusji, a mrok zachowuje dzięki nieprzyjemnym dźwiękom elektroniki, podobnie w gitarowym „Strogoula” czy metliczno-garażowym „Echo November” z niesamowitymi wokalizami w refrenie.

„Winter” ciągle zaskakuje, a Sullivan ze swoim stonowanym głosem, współtworzy niesamowity klimat tego wydawnictwa. Tajemniczego, niepokojącego, ale jednocześnie bardzo przebojowego i dynamicznego. Takie rzeczy osiągają tylko mistrzowie. Ja czekam już na prawdziwą zimę.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Elektryczne Gitary – Czasowniki

00002801-9513

Żaden inny polski zespół rockowy nie dorobił się reputacji kapeli grającej z dystansem do świata oraz takim poczuciem humoru jak Elektryczne Gitary. Po świętowaniu w zeszłym roku 25-lecia działalności, Kuba Sienkiewicz i spółka wracają z materiałem troszkę innym niż zwykle, bo kontynuującym szlak z płyty „Historia” z 2010 roku.

Czyli jest to opowieść o wydarzeniach z naszej historii, jednak nie do końca potraktowana serio. Zaczyna się od zgrabnej i lekkiej „Nazywam się Mieszko I” opowiadając o początku chrześcijaństwa w naszym kraju oraz dlaczego zdecydował się na chrzest („Powiem jak ktoś już przyznał/Ja nie chcę ale muszę”) oraz odnosi się do obecnej rzeczywistości. Potem jest wręcz marszowa „Jedenasty Listopada 1918”, pachnąca miejskim folklorem, ale jednocześnie są pytania o to, co dalej. I nagle następuje zmiana klimatu, jakbyśmy trafili w średniowiecze, chociaż utwór opowiada o przewrocie majowym („Zamach 1926”), podobnie mrocznie brzmi „Szymon Kobyliński 1942” z wolno grającą perkusją, gitarą oraz wiolonczelą.

Chociaż muzycy opowiadają i o poważnych sprawach, to nie pozwalają sobie na patos czy zgrywę jak w „Pilocie Josefie Frantisku” o polsko-czeskim pilocie, który nie do końca myśli tylko o walce („Nad Anglią bitwa, Londyn się smaży/A ja w dożynki bawię się na plaży”) czy spokojnym, chociaż gorzkim „Zwycięstwo 1945”, opisującym trudny powrót do normalności, tak samo jak „Nikt nie obiecywał” odnoszący się do przeżyć polskich Żydów w trakcie i po wojnie.

Parę razy muzycy zaskakują, jak wprowadzając tango w „Andrzej Panufnik wybrał wolność” o gorzkim losie polskiego kompozytora, idącego po wojnie na emigrację czy idąc w skoczny „Poznań – Czerwiec 1956” z gorzkim opisem stosunków władzy do robotników („I nie będzie byle robol pluł sekretarzowi w twarz/Czy to Poznań czy stolica – bij robola póki czas/Kałasznikow, pała, gaz/Bij robola póki czas”), zakończony werblami.

Mógłbym więcej opowiedzieć o poszczególnych piosenkach, ale powinniście sami przesłuchać „Czasowniki”. Album o przeszłości, ale nie zrobiony na hurra, bez patosu, z lekkością, odrobiną humoru, lecz i refleksją nad tym, co było. Bo pewne sytuacje lubią się powtarzać, zwłaszcza historia.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lady Pank – Akustycznie

Akustycznie

Tego zespołu przedstawiać nie trzeba. Panasewicz i Borysewicz działają ze sobą od wielu dekad, ale ostatnie lata to raczej zjadanie swojego ogona. Ciekawe, czy zeszłoroczna płyta akustyczna jest w stanie czymś zaskoczyć? Album jest zapisem trasy koncertowej z 2015 roku po całej Polsce.

Co do tej akustyczności, to rzeczywiście czuć brzmienie unplugged, jednak charakterystyczny styl gry Jana Borysewicza może wielu wprawić w konsternację, jakby była tam podłączona gitara elektryczna. Ale to tylko złudzenie słuchowe. Zestaw to mieszanka zarówno nieśmiertelnych hitów, jak i nowszych piosenek („Wenus, Mars”, „Dobra konsternacja”) i brzmi to naprawdę przyzwoicie. Linie melodyczne zachowane, parę razy odzywa się fortepian („Marchewkowe pole”), wyczuwa się dziwaczne plumkanie („Młode orły”) oraz wręcz kosmiczna elektronika („Dobra konstelacja” z ciekawą perkusją). Na szczęście ją też takie mniej znane utwory zespołu (mniej znane osobom, które nie są fanom grupy) jak „To tylko rock’n’roll” czy „Raport z N.”, co jest tylko plusem. Podobnie jak reakcje publiczności oraz gitarowe popisy Borysewicza, który nawet na normalnej gitarze czaruje niczym magik (końcówka „Zabić strach”). Ale w przypadku Janusza Panasewicza, to jego głos nie do końca wytrzymał próbę czasu i miejscami zwyczajnie fałszuje. Z drugiej strony wyobrażacie sobie Lady Pank bez tego głosu.

14 piosenek tutaj brzmi dobrze, potwierdzając, że nawet w wersjach akustycznych kapela potrafi oczarować i grać na swoim poziomie. A że to poziom bardzo porządny, to się czepiał nie będzie. Dobre wydawnictwo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Blues Pills – Lady in Gold

157701_Blues_Pills___Lady_In_Gold

Kapela Blues Pills to kolejna – obok Scorpion Child i Rival Sons – kapela garściami czerpiąca z brzmienia lat 60. i 70. Jednak po debiucie doszło do jednej roszady – perkusistę Cory’ego Berry’ego zastąpił Andre Kvarnstrom, ale reszta ekipy (basista Zack Anderson, gitarzysta Dorian Sorriaux i wokalistka Elin Larsson) pozostała bez zmian, decydując się na wydanie drugiego albumu.

Jaka jest „Lady In Gold”? W zasadzie taka sama jak debiut – mieszanką blues rocka z psychodelią. Opener, czyli tytułowy kawałek daje nam to, co trzeba: mocna perkusja, odjechana, niemal metaliczna gitara, klawisze zmieszane z fortepianem. Tak jakby Hendrix, Joplin, Plant i Clapton postanowili założyć grupę. I to wrażenie jest obecne do samego końca. Drobne detale – moog w dynamicznym i onirycznym „Little Boy Preacher”, pełen klasycznego Hammonda oraz surowej gitary „Burned Out”, gdzie powolne tempo zwrotek nasila się w refrenie. I kiedy wydaje się, że takie rockowe granie pozostanie z nami do samego końca, wtedy pojawia się „I Felt a Change” – ciepła kompozycja z delikatnymi klawiszami oraz smyczkami. Bardzo liryczna piosenka płynnie przechodzi do mroczniejszego „Gone So Long” oraz szybkiego niczym bolid Formuły 1 „Bad Talkers”. Spokój pojawia się w „You Gotta Try” z łagodniejszą gitarą, ale wokal jest tak intrygujący, że trudno nazwać go delikatnym, by potem przyspieszyć w „Won’t Go Back”.

Jedynym nienapisanym przez grupę numerem jest finałowy „Elements and Things” autorstwa Tony’ego Joe White’a, jednak nie psuje to spójności. Wszyscy nadal grają tak, jakby żyli tą muzyką, chociaż żadne z nich nie ukończyło nawet 25 lat. Poziom zostaje zachowany, wokal elektryzuje, a muzyka brzmi po prostu znakomicie. Ta dama rzeczywiście warta jest złota.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski