Phil Manzanera – The Sound of Blue

The_Sound_of_Blue

Tego brytyjskiego gitarzystę znają fani zespołu Roxy Music, jednak działa też jako solista. Potwierdzeniem tego jest jego nowy, dziewiąty album nagrany po ośmiu latach przerwy. I jest to album instrumentalny.

Zaczyna się od łagodnego i nocnego utworu „Magdalena”, któremu towarzyszy na początku cykanie świerszczy. Ale w połowie zaczyna uderzać bardziej egzotycznie perkusja, a riff staje się mocniejszy oraz bardziej żywiołowy i włączają się jeszcze smyczki z fletami. Zmianę estetyki przynosi „1960 Caracas” pełen elektroniki, funkowej gitary oraz niezłego wokalu Sonii Bernardo, troszeczkę przypominając dokonania Roxy Music. Elementy etniczne (czytaj: latynoskie) przewijają się przez cały materiał tak jak akustyczna gitara i różnego rodzaju dzwonki i karimby (utwór tytułowy), poruszających smyczków i fortepianu (pachnący latami 70. „Rosemullion Head” czy orientalna „Tramuntana”), bębnów oraz psychodelicznej elektroniki („Halmstad” z funkowym riffem).

Dzieje się tu wiele, a gitarowa gra Manzanery łączy poszczególne utwory w spójną całość. I nawet te elektroniczne wstawki brzmią naturalnie (rock’n’rollowo-fletowy „High Atlas”), pozwalając na odrobinę wypoczynku tak jak w odrealnionym „Mi Casa” czy ciepłym „In Conversation” (świetny saksofon), będącym tłem do krótkiej rozmowy z Andym McKayem. To po prostu znakomita płyta, która pozwala odsapnąć po upałach i cięższym dniu pracy.

8/10

Radosław Ostrowski

Led Zeppelin – Presence (deluxe edition)

Presence_Deluxe_Edition

Ktokolwiek wymyślił remastering jest geniuszem. I dzięki temu możemy przesłuchać na kompakcie całą dyskografie zespołu Led Zeppelin. 31 lipca tego roku zostały zremasterowane trzy ostatnie płyty zespołu, a nad całością – tak jak poprzednio – czuwał Jimmy Page.

Następne albumy w dniu premiery spotykały się z chłodniejszym przyjęciem zarówno wśród krytyki, jak i fanów. „Presence” powstało z powodu próby powrotu do początków działalności, gdy grali bezpretensjonalnego rocka i nie bawili się w progresywne eksperymenty. Dodatkowo panowie zrezygnowali z klawiszy oraz utworów akustycznych. Dlatego jest tutaj sporo krótkich piosenek, które rzadko kiedy przekraczają pięć minut. O tym, że jest to Led Zeppelin można stwierdzić po utworach zaczynających i kończących płytę. „Achilles Last Stand” i „Tea for One” przypominają czasy świetności zespołu z okresu „Houses of the Holy” oraz „Physical Graffiti” – rozbudowane z nakładającymi się riffami Page’a, pędzącą perkusją (ten pierwszy) oraz wolnym tempem wszelkiego instrumentarium (to drugie). Bluesowe zacięcie („For Your Life” ze zmiennym tempem perkusji), dynamiczne tempo w starym rock’n’rollu (niezłe „Royal Orleans”), przesterowane riffy („Nobody’s Fault But Mine”) – niby jest fajnie, ale poprzednie albumy podsyciły apetyt na coś więcej niż solidne rzemiosło. Owszem, Page gra tak jak tylko on potrafi, Bohnam naparza na perkusji aż miło razem z Jonesem na basie. I ten wokal Planta – zawsze w formie.

Sytuację częściowo ratuje dodatkowy materiał, zawierający głównie alternatywny mix utworów z podstawki oraz jeden dodatkowy utwór: instrumentalny „10 Ribs & All/Carrot Pod Pod (Pod)”, gdzie gra fortepian, delikatna gitara (także akustyczna) oraz perkusja, przykuwając uwagę na dłużej. Nie zmienia to jednak faktu, że to dobry album Zeppelinów. Tylko dobry.

7/10

Radosław Ostrowski

Joe Satriani – Shockwave Supernova

Shockwave_Supernova

Kolejny zasłużony gitarzysta rockowy, który działa na scenie od ponad 30 lat. Joe Satriani ma tak wyrobiony styl, że nie można go pomylić, a każdy album spotykał się z ciepłym odbiorem wśród słuchaczy. Po trzech latach przerwy (i świetnym „Unstoppable Momentum”) powraca z nowym materiałem.

Przy „Shockwave Supernova” gitarzystę wspierali basista Bryan Beller, perkusista Marco Minnermann (obaj z The Aristocrats) oraz klawiszowiec (i drugi gitarzysta) Mike Keneally. Otwierający całość utwór tytułowy to mocne, ale i melodyjne wejście Satrianiego, brudzącego swoją gitarą aż miło (nadając lekko orientalnego charakteru) oraz marszowej perkusji. Ale poza mocnymi riffami Satiraniego, który bawi się tempem oraz stylami grania (przyspiesza w „Crazy Joey”), jego wspólnicy mają przysłowiowe pięć minut. Trudno nie zachwycić się „kosmiczną” elektronika w „Lost in a Memory”, świetnie zgraną sekcję rytmiczną (początek „Crazy Joey” czy lekko orientalny „In My Pocket”).

Rozrzut stylistyczny jest tutaj ogromny – nie brakuje zarówno klasycznego hard rocka („On Peregrine Wings” z mocnymi i szybkimi ciosami perkusji czy „A Phase I’m Going Through”), elementów orientalnych (dzwonki i smyczki w „Cataclysmic”), bluesa (wolniejszy „San Francisco Blue” czy osadzony w latach 70. ‚Scarborough Stomp” z Hammondami w tle), jazzu (pianistyczny wstęp w „Keep on Movin'”, który w środku przyspiesza dzięki szalonej grze Satrianiego) czy nawet country, jednak bardziej podkręconego (łagodne „All of My Life”, gdzie gitara „strzela”) niż zazwyczaj.

Wszystko to spina gitara Satrianiego, który „śpiewa” za pomocą gitary. Riffy brzmią świetnie zarówno pod względem technicznego warsztatu, którego nie jestem w stanie opisać, jak i emocji przez nią grane. Energetyczny power, który działa mocniej niż jakiekolwiek baterie.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Hey – Hey w Filharmonii. Szczecin Unplugged

Hey_w_Filharmonii._Szczecin_Unplugged

Zespół Kasi Nosowskiej jest jedną z najpopularniejszych kapel w Polsce. Mieli już w swoim dorobku albumy unplugged, jednak tym razem postanowili połączyć siły z Orkiestrą Symfonicznej Filharmonii w Szczecinie, gdzie zapisano koncert znajdujący się na tym albumie. Efekt jest bardzo interesujący.

Na płycie usłyszymy utwory z ostatnich płyt zespołu. Zaczynamy od krótkiego „Intra”, gdzie słyszymy dźwięki orientalne (sitar), do których dołącza gitara akustyczna i mandolina. I potem zaczyna się zabawa – „Chiński urzędnik państwowy” z mocnymi solówkami trąbki wrzuca melodię z kultowego przeboju Dela Shannona „Runaway”, „Woda” gdzie rytmiczny bas i mocne uderzenia perkusji skontrastowane są z łagodnymi klawiszami, skrzypcami, cymbalkami oraz gitarami. Podobnie rytmiczny (także dzięki łagodnym fletom oraz oklaskom) był „Lot pszczoły nad tymiankiem”, zaś folkowa wersja „Umieraj stąd” z zaśpiewem zespołu wprawiła mnie w lekkie osłupienie (w porównaniu z oryginałem), tak samo jak podniosła (kotły i dęciaki) „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan” czy ze skocznymi dźwiękami cymbałków „Kto tam? Kto jest w środku?” (dęciaki drewniane jeszcze grały).

Niespodzianką była obecność „Cudzoziemki w Raju Kobiet” z płyty „sic” (najstarszy utwór w zestawie) z oszczędną aranżacją (gitara i perkusja) plus delikatne trąbki i zaśpiew zespołu.

Dzieje się tu wiele, Nosowska ma czarujący głos (i zawsze po każdym utworze dziękuje i nie wywołuje to irytacji), a między zespołem i orkiestrą nie ma żadnych zgrzytów. I w zasadzie trudno mi się do czegokolwiek przyczepić. Nie tylko dla fanów zespołu.

8/10

Radosław Ostrowski

Jesse Malin – New York Before The War

New_York_Before_The_War

Ten amerykański rockman działa już od 15 lat. Tym razem zrobił sobie pięcioletnią przerwę i powraca z kompletnie nowym i świeżym materiałem. Pytanie brzmi, co tym razem nam zaproponuje?

Zaczyna się przygnębiająco – w „The Dreamers” wybija się bardzo smutny fortepian, a w tle gra garażowa, chociaż łagodna gitara oraz współgrający, żeński wokal. Ale dalej już jest żywiołowo i dynamicznie: oszczędne aranżacyjnie „Addicted” z szybką grą gitary oraz perkusji, zadziorniejszy „Turn Up The Mains” z solówką saksofonu, bardziej bluesowa „Oh Sheena” (te Hammondy w tle!!) czy funkujące „Boots of Immigration”. Jak na każdej płycie, nie można tylko pędzić na złamanie karku i biec, więc muszą pojawić się chwile złapania oddechu. Takie są na pewno „She’s So Dangerous”, gdzie jest łagodny fortepian, mocna perkusja i garażowa gitara, pod koniec pokazująca swoje pazury, niemal folkowy „The Year That I Was Born” czy idący w podobny ton „Bent Up” (obowiązkowa harmonijka ustna). Garażowe i dość punkowe jest „Freeway”, lekko „pijackie” „She Don’t Love Me” ma dęciaki, ale to nie wszystkie atrakcje na tych 13 piosenkach.

Sam wokal Malina sprawdza się bardzo dobrze – niska, głęboka barwa miesza się z zadziornością współgrając nie tylko z muzyką, ale też i osobistymi tekstami. Ciekawa i intrygująca płyta rockowa, w której każdy powinien znaleźć coś dla siebie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rob Smoker – Rob Smoker

Rob_Smoker

O tym zespole (na początku myślałem, że to jedna osoba) Internet posiada śladowe ilości informacji. Wiadomo tylko tyle, że są z Kanady i właśnie wydali swój debiutancki album. Zobaczmy co tutaj mamy.

Jedenaście piosenek w hard rockowym stylu. Zestaw klasyczny, czyli perkusja, bas i dwie gitary elektryczne plus wokal. Jest surowo, rytmicznie i z zadziornymi riffami. Nawet skręty w bluesa (mocny „One More Time”) czy bardziej cięższe kawałki („They Got High” z ciekawą perkusją) nie zmieniają faktu, ze zostaje zachowany spójny klimat. Gitara kosi i szaleje troszkę jak u Zacka Wykke’a, tempo bywa zabójcze (najszybszy w zestawie „Get Your Gun”), jednak dla mnie najlepszy był wolny, lecz surowy „Wanted”. Reszta jest solidna, a „brudny” wokal tylko podkręcił klimat całości. Trudno mi – poza „Wanted” – coś wyróżnić (chyba że epicki, instrumentalny „Exit Moon” kończący całość), bo jest to wyrównane dzieło na solidnym poziomie, z energią oraz odrobiną mocy. Na początek to w zupełności wystarczy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

 

David Duchovny – Hell or Hghwater

Hell_or_Highwater

Dlaczego aktorzy biorą się za śpiewanie? Różnie z tym bywa – bo uważają, ze mają talent, z kaprysu, dla większej sławy i popularności? Trudno powiedzieć co skusiło Davida Duchovnego, znanego bardziej jako Fox Mulder/Hank Moody (niepotrzebne skreślić) do podjęcia tego trudu, ale skoro wyszedł jego album, to spróbuję się przyjrzeć temu dziełu.

Aktor nie tylko zaśpiewał, ale też je napisał (podobnie jak Robert Downey Jr.) i trzeba przyznać, ze wyszło przyzwoicie. Jest to muzyka mocno gitarowa i ma kilka pomysłów na swoje dzieło. Widać mocno inspiracje różnymi twórcami: od The Waterboys przez Leonarda Cohena, Pixies aż do R.E.M., co nie jest żadną wadą. Nie brakuje tu amerykańskiego sznytu (otwierający całość „Let It Rain”), mieszania brudnych gitar z chwytliwą melodią (agresywne wręcz „3000”), by potem zmienić klimat w krainę łagodności (folkowe „Stars”) czy stworzyć skoczną piosnkę do tańca („Another Year”). Jest różnorodnie, bez elektroniki, a muzycy grający znają się na swojej robocie.

Jednak jest jeden poważny problem – a jest nim sam Duchovny. Co jest z nim nie tak? To, ze śpiewa, bo jego wokal jest tak płaski i beznamiętny, że psuje (całkiem dobre) wrażenie. Gdyby nie to, „Hell or Highwater” byłoby bardzo przyjemną płytą, a tak jest tu niewykorzystany potencjał.

6/10

Radosław Ostrowski

Whitesnake – The Purple Album

The_Purple_Album

Legendarny brytyjski zespół Whitesnake lata świetności ma dawno za sobą. Jednak ekipa Davida Coverdale’a postanowiła nie odpuszczać i zaserwowała album z coverami utworów równie wielkiego klasyka – Deep Purple.

Nie jest to dziwne, zwłaszcza ze Coverdale przez trzy lata był wokalista Deep Purple, a wszystkie zagrane tu utwory pochodzą z tego okresu. Więc będzie ciężko, ostro i agresywnie, riffy Reba Heacha są soczyste i pachną dawnymi czasami („Love Child”), a klawisze Michaela Lippi niemal żywcem przypominają dokonania Jona Lorda („Burn”). Nie brakuje też momentów wyciszenia i o dziwo jest tego trochę  – akustyczny „Sail Away”, początek „Holy Man” z chóralnym refrenem czy poruszający „Soldier of Fortune”. Fani ciężkiego brzmienia na pewno polubią wolnego „Mistreated”, gdzie gitara tnie ostro, a wolne tempo nie przeszkadza (w połowie następuje przyśpieszenie riffowe), ale nie brakuje nietypowych elementów (akustyczny, niemal country wstęp do ” Might Just Take Your Life” czy wplecione bicie serca na początku „Lady Double Dealer”) i obowiązkowego przyśpieszacza (drapieżny „Lay Down Stay Down” i agresywny „Stormbringer”, gdzie gitara brzmi jak podrasowany silnik samochodowy).

Wokal Davida Coverdale’a idealnie współgra do mocnego i ostrego grania, które zawsze było znakiem rozpoznawczym Whitesnake. Grupa na własną modłę przerobiła dawne utwory z czasów Deep Purple i wyszło znakomicie. Na pewno jeszcze do tej płyty powrócę nie raz.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


 

Ringo Starr – Postcards from Paradise

Postcards_from_Paradise

Pytanie o to, kim jest Ringo Starr jest dla mnie pytaniem z rodzaju idiotycznych. Perkusista legendarnego zespołu The Beatles po rozpadzie grupy kontynuował karierę solowa z różnym skutkiem, ale zawsze nagrywał albumy na przyzwoitym poziomie (ostatnia „Ringo 2012” z… 2012 roku). i na ten poziom liczyłem przy nowym, 17-tym albumie.

Tym razem udało się ściągnąć znakomitych gości, m.in. gitarzystę Steve’a Lukathera z Toto, Dave’a Stewarta czy Richarda Marxa (kojarzycie taki przebój „Right Here Waiting”? Tak, to on śpiewał). Efektem jest jak zawsze różnorodna brzmieniowo i stylistycznie płyta.  Zaczyna się jak klasyczny rock’n’roll z czasów świetności macierzystej kapeli („Rory and the Hurricanes”), by potem pójść w rejony orientalne (sitar i perkusjonalia w „You Bring the Party Down”), czysto popowe (początek tytułowego utworu) czy reggae („Right Side on the Road”). Aranżacje są różne, tempo też, pojawia się tez nawet melancholia i nostalgia (pianistyczny „Not Looking Back”), ale też i czasami dzika radość (akordeon i trąbki w „Bamboula” czy wyborny saksofon w „Island in the Sun”), ale i tak dominuje tutaj gitara elektryczna.

Mimo różnorodnej stylistyki, całość łączą dwie rzeczy. Po pierwsze, lekkość i luz, po drugie, solidny wokal samego Starra.  Dzięki czemu naprawdę miło i przyjemnie spędzamy czas. Bardzo ładna ta pocztówka od Ringo z raju (gdziekolwiek on się znajduje).

7/10

Radosław Ostrowski


 

Simple Minds – Sparkle in the Rain (deluxe edition)

Sparkle_in_the_Rain

O Simple Minds pisałem już przy okazji ich ostatniej płyty. Tym razem jednak postanowiłem sięgnąć po wcześniejszy album z 1984 roku, który został poddany remasteringowi. Co oznacza poprawienie dźwięku oraz dodatkowy krążek. Ale najpierw przesłuchajmy podstawkę.

Za produkcję tego albumu Jima Kerra i spółki odpowiadał Steve Lillywhite, który współpracował wtedy m.in. z Peterem Gabrielem i U2. Grupa już wtedy była zaprawiona, ale była jeszcze rok przed nagraniem swojego wielkiego przeboju („Don’t You Forget About Me”), ale stylistyka grupy – mieszanka synthpopu z rockiem – już wtedy była kojarzona Otwierający całość „Up on the Catwalk” tempem i dynamika przypomina wczesne U2 z mocnymi uderzeniami perkusji (refren) oraz elektronicznymi pasażami i delikatną gitarą. „Book of Brilliant Things” z kolei pachnie Azją (dziwaczna gra gitary elektrycznej), a szybki „Speed Your Love to Me” (perkusja pędzi razem z basem, a łagodne klawisze budują bardziej liryczny klimat) podtrzymuje skojarzenia z kapelą Bono, co też wynika z podobnej barwy głosowej Jima Kerra. Po drodze pojawiają się jednak pewne smaczki (prosty basowy wstęp w „Waterfront” – czy tylko mi troszkę przypomina „Polskę” Kultu?, po którym wchodzą delikatne trąbki). Nie brakuje też bardziej nastrojowych ballad jak stonowane „East at Easter” (ta gitara i te klawisze – oaza spokoju), który w połowie zmienia tempo,  poważniejsze „Street Hassie” z marszową perkusją i podniosłymi klawiszami czy bardziej rockowe „White Hot Day”, a na sam koniec dostajemy instrumentalny „Shake Off the Ghosts”.

Druga płyta zawiera utwory w wersjach singlowych, wydłużonych (m.in. dłuższy perkusyjny wstęp czy większa ilość gitarowych wejść w „Speed Your Love to Me”) oraz 3 wcześniej niepublikowane piosenki. Koncertowy „Hunter and the Hunted” czaruje rozmachem, uroczą gitarą elektryczną i przestrzennymi klawiszami, instrumentalny „Bass Line” zachwycał zarówno prostą linią basu, jak i mocniejszymi solówkami gitary. Podobnie z „A Brass Band in Africa”, który troszkę przypomina „Shake Off the Ghosts”.

Wszyscy tzw. niepoprawni romantycy oraz osoby szukające muzyki troszkę niedzisiejszej, ale mające swoją duszę oraz klimat powinni sięgnąć po „Sparkle in the Rain”. Muzycy są w formie, a dodatki tylko ubarwiają i wydłużają przyjemność ze spędzenia czasu.

8,5/10

Radosław Ostrowski