Mumford & Sons – Wilder Mind

Wilder_Mind

Brytyjska formacja folk-rockowa kierowana przez Marcusa Mumforda próbuje się wyrwać ze swoich folkowych korzenie i marzy o podboju stadionów. Bo jak wszyscy wiemy na stadionach nie wpuszczają z banjo, mandolinami i gitarami akustycznymi. Tym większe były obawy fanów wobec nowej płyty „Wilder Mind”.

I rzeczywiście podłączenie gitary do pieców, zmieniło troszkę brzmienie, co jest zasługą producenta Jamesa Forda. Otwierający całość „Tompkins Square Park” przypomina troszkę to, co gra obecnie Kings of Leon. Podobnie z singlowym „Believe” z bardziej garażową gitarą czy dynamicznym „Wolfem”, którego nie powstydziłoby się Foo Fighters. Zresztą inspiracji jest tutaj całe mnóstwo od U2 aż po Coldplay, ale i nawet folkowy spokój się pojawia (łagodny „Monster” czy „Cold Arms”, brzmiący jak… Pearl Jam) okraszony fortepianem („Broad-Shouldered Beasts”). Jednak mimo różnorodności brzmienia, nie porwał mnie ten materiał. Poczułem się znużony i powoli zlewały mi się te piosenki.

Liczyłem chyba na coś innego słuchając nowego Mumforda. Warto sięgnąć też po wersje deluxe z 4 utworami nowymi w wersjach koncertowych. Co troszkę podnosi ocenę zaledwie przyzwoitego materiału.

6/10

Radosław Ostrowski

Czerwone Gitary – Jeszcze raz

Jeszcze_raz

Legenda polskiej muzyki rozrywkowej, który swój złoty okres miał w latach 60. oraz 70., a z podstawowego składu zostało tylko dwóch muzyków (gitarzysta Jerzy Kosela oraz perkusista Jerzy Skrzypczak), nadal funkcjonują i koncertują. Do składu doszli jeszcze młodsi: Mieczysław Wądołowski (gitara akustyczna i wokal), Arkadiusz Wiśniewski (gitara basowa i wokal), Dariusz Olszewski (gitara i wokal) oraz Marcin Niewęgłowski (gitara i śpiew). A z okazji 50-lecia działalności Czerwone Gitary wracają z nowym (po 10 latach) materiałem.

Stylistycznie nic się nie zmieniło – to nadal melodyjny pop-rock zrealizowany współcześnie, co słychać w dźwiękach wplecionej elektroniki. Ale panowie wiedzą też, jak grać szybko, chociaż nie są w żadnym wypadku metalowcami („Coś przepadło”), ale bluesa czują za to („Czerwona gitara”) i grają może troszkę monotonnie. Wszyscy wokaliści za to radzą sobie dobrze i nawet czuć troszkę klimat dawnych czasów. Łagodne gitary tworzą nostalgiczny klimat, a teksty są też jakby z innych czasów – troszkę banalne, ale nie naiwne opowiastki o miłości. Najlepsze jednak jest to, że słucha się tego więcej niż przyzwoicie. Czy będą z tego jakieś nowe przeboje? Trudno mi powiedzieć, ale nie czuć tutaj stęchlizny, a nasi rodzice powinni dać się oczarować.

7/10

Radosław Ostrowski

Kazik i Kwartet ProForma – Wiwisekcja

Wiwisekcja

Kazik jest jednym z niezmordowanych polskich twórców muzyki rozrywkowej. Tym razem jednak postanowił zrobić podsumowanie swojego dorobku razem z Kwartetem ProForma (skład:  Piotr Lembicz – gitara, Przemysław Lembicz – gitara i śpiew, Wojciech Strzelecki – bas i śpiew, Marek Wawrzyniak – perkusja oraz Marcin Zmuda – klawisze i śpiew). I co dostajemy?

Największe (i nie tylko) przeboje Kazika zarówno ze swojego macierzystego zespołu, jak i z kariery solowej w innych aranżacjach (album jest zapisem jednego z koncertów tego przedsięwzięcia, o czym przypominają oklaski). W dodatku całość aranżacyjnie jest dość spokojna, klimatem przypominająca troszkę knajpę, co słychać w „Rybim puzonie” z szybką grą fortepianu oraz jazzującą trąbką czy mrocznym „Oddaleniu” (niepokojący akordeon i kontrabas). Panowie pamiętają też, co to jest dynamika i potrafią zagrać ciężej (garażowy „Sztos”) albo bardziej w stylu Kultu („Pieśń o kanonierach” z mocną perkusją, brudną gitarą oraz trąbką z klawiszami). Nieobcy im też rock’n’roll („Przesłuchiwałem cała noc” z dziwacznymi dźwiękami w tle), przebojowe tempo („Deszczowe psy”), kiczowatość ludowa („Mariola”)  oraz pewne żarty (wpleciony „Marsz Imperium” do „Komandora Tarkina” czy wrzucona „Lambada” w „Do You Remember?”). Dzieje się tu sporo, a muzycy grają świetnie, natomiast Kazik i jego charakterystyczna barwa głosu współgra z muzyką.

Jedyna rzeczą, która mi tu nie pasuje, to czemu na drugiej płycie jest tylko pięć piosenek (prawie same nowości). Także Kwartet śpiewa (na początku i na końcu) bardzo dobrze, co zapowiada owocną współpracę. A płytę polecam.

8/10

Van Morrison – Duets: Re-Working The Catalogue

Duets

Amerykański wokalista i bard Van Morrison to jeden z najbardziej płodnych artystów, który na przestrzeni 50 lat swojej kariery nagrał 35 albumów, mieszając rocka, bluesa i soul. Tym razem przy nowym albumie postanowił nagrać swoje stare utwory od nowa i w dodatku śpiewając je w duetach.

Ktoś może powiedzieć, że artysta poszedł na łatwiznę i chce w prosty sposób zarobić pieniądze. wspierany przez producentów Dona Wasa (Elton John, Annie Lennox, Zucherro) i Bob Rocka (Michael Buble, Metallica) Morrison wybrał te mniej znane utwory, co już samo w sobie jest wielką zaletą. Aranżacyjnie jest tu bogato oraz pełnych smaczków. Słychać to już w otwierającym całość „Some Piece of Mind”, gdzie mamy klasyczne i płynące smyczki, funkową gitarę elektryczną oraz skoczny fortepian.  Czasami tempo jest spokojne i pojawi się Hammond z trąbką („If I Ever Needed Someone”), czasem pojawi się liryczny i łagodny fortepian („Wild Honey”), swingujące dęciaki („Whatever Happened to PJ Proby”) czy werblowa perkusja („The Eternal Kansas City”). Miłośnikom takiego oldskulowego brzmienia oraz eleganckich (mimo wszystko) kompozycji odnajdą tu wiele (mi najbardziej podobała się wyciszone „Streets of Arklow” ze świetną grą gitary).

Sprawdza sprawdza się bardzo dobrze jako wokalista, jednak pozwala tez swoim gościom na wiele. A zaprosił osoby, które były dla niego inspiracją jak Bobby Womack, PJ Proby, George Benson czy Taj Mahal, jak i osoby darzone przez niego dużym szacunkiem jak Mark Knopfler, Mick Hucknall, Michael Buble czy Natalie Cole.

Takie duety brzmią świetnie, a Van Morrisona słucha się z wielką przyjemnością. W zasadzie trudno wskazać jakiś nieudany utwór czy słaby duet, bo takich tu nie ma. Klasa, energia i charyzma – to wszystko tu znajdziecie.

8/10

Radosław Ostrowski

Simple Minds – Big Music

Big_Music

Szkocka kapela Simple Minds, kierowana przez Jima Kerra, była jedną z popularniejszych grup lat 80. z nurtu new romantic. W zeszłym roku powrócili, po wielu perturbacjach i zmianach składu, kapela zgrała się i w zeszłym roku wydała album „Big Music”. Czy to naprawdę wielka muzyka?

Na pewno mocno pachnąca latami 80., będąca czymś, co nazywano „inteligentnym popem”. Pulsująca perkusja i metaliczna gitara w „Blindfolded”, nakładająca na siebie elektronika („Honest Town”) oraz melancholijny klimat. Słucha się tego bardzo przyjemnie, choć zdarzają się skręty w bardziej dyskotekowe klimaty („Human”). Środkowa część płyty (od „Blood Diamonds”) jest może odrobinę kiczowata (to jeden z elementów tego typu muzyki), czasami spokojniejsza i bez tego poweru z początku, jednak całość jest tak spójna, że nadal ma ten klimat. Wszystko jednak wraca do normy pod sam koniec, od świetnego „Kill Or Cure” (chwytliwy refren i bardzo dobra gra gitary Charliego Burchilla) po kończącego „Spirited Away”.

Czaruje głos Jima Kerra, kompozycje są więcej niż dobre, a Simple Minds jak tak jak nigdy. Warto też sięgnąć po album deluxe z dodatkowymi sześcioma utworami (m.in. cover „Riders on the Storm”). Nie wiem, czy to jest wielka muzyka, ale to na pewno świetna płyta, która mimo wad, potrafi wciągnąć i zanurzyć swoim klimatem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Europe – War of Kings

War_of_Kings

Kiedy w 2004 roku, szwedzki zespół Europe reaktywował się, fani mogli przeżyć szok. Zamiast przebojowych utworów w rodzaju „The Final Countdown”, coraz bardziej brzmienie przypominało hard rocka oraz bluesa z lat 70., czego kwintesencją był ich ostatni album „Bag of Bones”. Czy będzie tak samo w kwestii „War of Kings”?

Za produkcję odpowiada pochodzący z Nashville Dave Cobb, jednak już otwierający całość utwor tytułowy wskazuje jedno – zmian nie będzie. Nadal dominują ciężkie gitarowe granie pachnące klasyką spod znaku Deep Purple czy Black Sabbath. Podniosły wstęp, spokojne dość tempo oraz mocne uderzenia perkusji zmieszane z chwytliwym riffem tworzą bardzo mocny kawałek, chociaż przewija się też elektroniczny pomruk. Kompletnie inny jest dynamiczny „Hole in My Pocket” z niskimi dźwiękami gitar. I ta przeplatanka dwóch stylów będzie się mieszać i towarzyszyć nam do końca. Nie zabranie też wejścia w bluesa („Praise You” ze świetnymi klawiszami oraz basem), ostrych wejść Hammondów („California 405” czy brawurowe „Days of Rock’n’Roll”) oraz świetnych riffów Johna Noruma (najlepsze w „Children of the Mind”).

Do tego trzeba pochwalić znakomity głos Joeya Tempesta, który idealnie pasuje do tego całego entourage’u i nie ma w tym krztyny fałszu. Coraz bardziej przekonuję się do nowego Europe i z płyty na płytę się rozkręcają Szwedzi.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Maciej Balcar – Ruletka

ruletka

Macieja Balcara znam przede wszystkim jako frontmana Dżemu (od 2001 roku), gdzie naprawdę dobrze się odnajduje. Tym większym było dla mnie zaskoczeniem, gdy trafiłem na solową płytę tego znakomitego wokalisty. I to drugą w jego dorobku.

„Ruletka” to mieszanka różnych gatunków oraz instrumentów, gdzie Balcar pokazuje całkiem inne oblicze. Widać to już w rockowej „Nadziei”, gdzie poza gitarowymi riffami (w połowie) swoje robią delikatne trąbki czy akustyczne „Chłonę małe rzeczy”, gdzie (poza gitarą – uroczą i zwiewną) mamy tylko bas oraz oszczędną perkusję. Jednak na mnie najciekawsze były utwory, gdzie Balcar miesza elektronikę z etnicznymi dźwiękami jak w przypadku „Wojny” z kapitalnym basem działającym jako siła napędowa( po drodze będą jeszcze bębny, flety, sitar, a w refrenie odzywa się jeszcze trąbka i gitara elektryczna z klaskaniem) czy melancholijni „Niewierni sobie” z elektroniczną perkusją i delikatnymi cymbałkami. To bardziej liryczne oblicze, co słychać także w spokojnym (zazwyczaj) wokalu oraz skłaniających do refleksji tekstach.

Ciągle są zaskoczenia (ponad 15-minutowe „W próżni” dla wielu może być nie do przebicia), jednak niezmienne są dwie rzeczy – wysoki poziom realizacji oraz charyzma Balcara. I to wszystko składa się na grę, w którą warto zagrać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mark Knopfler – Tracker

Tracker

To nazwisko fani rocka znają bardzo dobrze. Frontman legendarnego zespołu Dire Straits, od dłuższego czasu działa solo. Po dwupłytowym „Privateering” postanowił sobie przypomnieć. Miał trzy lata, wziął gitarę do ręki, wyprodukował całość i mamy „Tracker”.

Zaczyna się dość powoli – jazzowa perkusja, Hammond i… skrzypce z fletem. „Laughs And Jokes And Drinks And Smokes” potrafi wprawić w refleksyjny nastrój, jednak krótkie riffy Knopflera powodują, że kompozycja nie doprowadza do depresji. A dalej będzie tutaj dominował spokój – Knopfler nikomu nic nie musi udowadniać, nie kosi riffami jak inni rockowi gitarzyści czy metalowcy. Zwłaszcza, że dalej mamy  fortepian, saksofon („River Towns”), akordeon („Mighty Man”, które budzi skojarzenia z „Brothers in Arms”) czy klaskanie („Broken Bones”). Klimat jest na „Trackerze” pierwszorzędny (troszkę dynamiczniejszy jest singlowy „Beryl”), ale wielu może to wynurzyć i zniechęcić. Album bardziej pasuje na jesienną pogodę, gdy szaro i buro, a chciałoby się coś posłuchać spokojnego.

Mark Knopfler na „Trackerze” udowadnia, że nie musi niczego udowadniać – folk, blues i country znowu zostały zmieszane. Sam głos też jest bardziej głęboki, spokojny, bez szaleństwa. To bardziej refleksyjny materiał pozwalający na rozmyślenia oraz stawiający na klimat. Fani będą wniebowzięci, cała reszta nie. Ja jestem na tak, ale nie czuje się zmiażdżony.

7/10

Radosław Ostrowski

Soundgarden – Echo of Miles: Scattered Tracks Across the Path

Echo_of_Miles

Każdy fan grunge’owej muzyki zna Chrisa Cornella i jego kompanię zwaną Soundgarden. W latach 90. stworzyli dwa wielkie hity: „Black Hole Sun” i „Spoonman”, które przyniosły im sławę. W 1997 roku grupa się rozpadła, by wrócić w 2010 roku. Teraz wychodzi 3-płytowa składanka.

Dlaczego warto zwrócić na nią uwagę? Bo zawiera rarytasy, utwory koncertowe, piosenki ze stron B singli oraz nieznane dotąd kompozycje na przestrzeni całej historii grupy (gry jeszcze na basie grał Hiro Yamamoto).

Pierwsza płyta to „originals”, czyli utwory znane z singli i składanek, ułożone chronologicznie. Nie brakuje tutaj zarówno garażowej energii (przebojowy „Sub Pop Rock City” z metalicznym basem), cięższego riffu („Toy Box”), odrobiny mroku („Heretic” ze środkiem w rytmie walca) oraz psychodelii („Fresh Deadly Roses”). Nawet dziwaczne eksperymenty (zapętlona gitara w koncertowym „HIV Baby”) oraz wokalizy w chórkach (potężny „Cold Bitch”, gdzie Cornell śpiewa prawie jak Robert Plant z czasów Led Zeppelin) i mamy tutaj możliwość prześledzenia narodzin stylu Soundgarden. Nawet jak się pojawiają łagodniejsze kawałki (dziwnie niepasujący do całości „Show Me” czy szybki „She’s a Politician”), to one są jedynie dowodem rzemiosła. Ekipa Cornella jest najlepsza wtedy, gdy gra ciężko jak w metalowym „Birth Ritual”, gdzie w refrenie słychać nakładające się głosy, a twardy bas i gitarą robią wielką rozwałkę na uszach. Podobnie jest, gdy bawią się tempem („She Likes Surprises”), umieszczają inne dźwięki  (rozmowy w „Toy Box” czy warkot motoru w „Kyle Petty, Son of Richard” z przerobionym wokalem Cornella). Na samym końcu tej części dostajemy jeszcze dwa premierowe kawałki. „Kristi” ma mocne, perkusyjne uderzenie oraz dziwacznie brzmiącą gitarę z ciężkim klimatem. Z kolei „Storm” jest troszkę lżejszy, ale czuć klimat i styl Soundgarden (producentem był stary znajomy zespołu– Jack Endino, który pracował też z Nirvaną przy „Bleach”).

Drugi album to z kolei covery – wiadomo, każdy szanujący się zespół gra utwory innych wykonawców. Tutaj jest rozrzut wykonawców ogromny: od kawałków z lat 50. („Smokestack Lightning” Howlin’ Wolf) przez Bitelsów (wielokrotnie przerabiane „Come Together”, które brzmi ciężej czy dynamiczne “Everybody’s Got Something to Hide Except Me and My Monkey ) czy Black Sabbath („Into the Void”). Spora część utworów pochodzi z sesji audycji BBC “Friday Rock Show” oraz z koncertów, co jest tylko dodatkowym smaczkiem.

Z kolei trzeci album to ciekawostki – utwory instrumentalne, wśród których mamy dwa nieznane wcześniej utwory. „Twin Tower” to krótki instrumentalny popis gitary elektrycznej oraz perkusji, zaś „Night Surf” to zupełnie inny kaliber, które  brzmi jak… The Doors (staroświeckie klawisze, akustyczne brzmienie gitar), pokazujących kompletnie inne oblicze zespołu, bardziej eksperymentalne („Jerry Garcia’s Finger” z dźwiękami przewijania).

Już sam rozmiar może wielu zmiażdżyć, jednak za ilością idzie też jakość, pozwalajaca uprzyjemnić czekanie na nowy album Cornella i spółki. Jest szansa, że będzie lepiej niż w „King Animal”, a sam wokal frontmana jest po prostu fenomenalny (zwłaszcza przy starszych utworach).

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Black Star Riders – Killer Instinct

Killer_Instinct

Kojarzycie taki zespół Thin Lizzy? W 2012 roku zagrał po raz ostatni i jego dawni muzycy wpadli na pomysł, by stworzył zespół, który będzie funkcjonował pod inna nazwą i grał podobną muzykę jak macierzysta formacja. I o dziwo ich debiutancki album spotkał się z bardzo życzliwym przyjęciem. Po drobnej roszadzie (basistę Marco Mendozę zastąpił znany z Lynch Mob Robbie Crane), postanowili pójść za ciosem i nagrać drugi album.

Nadal jest to rockowe i mocne granie, tym razem jednak produkcja zajął się Nick Raskulinecz, znany ze współpracy z Accept czy Alice In Chains. Nadal brzmi to troszkę jak Thin Lizzy, ale nadal to energetyczne i ostre, co słychać w opeerze, czyli tytułowym kawałku. Siarczyste riffy, świetnie zgrana sekcja rytmiczna oraz świetny wokal Ricky’ego Warwicka – niczego więcej nie potrzeba. Podobnie jest z „Bullet Blues”, gdzie nie brakuje także marszowej perkusji, a riffy Gorhama i Johnsona się świetnie uzupełniają, w  bardziej podniosłym „Finest Hour”, stadionowym „Soldierstown” z iście marszowym tempem czy bardziej bluesowym, niemal akustycznym „Blindsided”. Całość jest tak równa, że w zasadzie każdy kawałek miażdży i porywa, sprawiając wielka przyjemność z odsłuchu.

Fani powinni się zaopatrzyć w wersję deluxe, zawierająca utwory w wersjach akustycznych oraz dwa dodatkowe kawałki. Widać, że debiut nie był dziełem przypadku, a nowy rozdział to najlepsze, co mogło trafić się zespołowi.

8/10

Radosław Ostrowski