Black Star Riders – Killer Instinct

Killer_Instinct

Kojarzycie taki zespół Thin Lizzy? W 2012 roku zagrał po raz ostatni i jego dawni muzycy wpadli na pomysł, by stworzył zespół, który będzie funkcjonował pod inna nazwą i grał podobną muzykę jak macierzysta formacja. I o dziwo ich debiutancki album spotkał się z bardzo życzliwym przyjęciem. Po drobnej roszadzie (basistę Marco Mendozę zastąpił znany z Lynch Mob Robbie Crane), postanowili pójść za ciosem i nagrać drugi album.

Nadal jest to rockowe i mocne granie, tym razem jednak produkcja zajął się Nick Raskulinecz, znany ze współpracy z Accept czy Alice In Chains. Nadal brzmi to troszkę jak Thin Lizzy, ale nadal to energetyczne i ostre, co słychać w opeerze, czyli tytułowym kawałku. Siarczyste riffy, świetnie zgrana sekcja rytmiczna oraz świetny wokal Ricky’ego Warwicka – niczego więcej nie potrzeba. Podobnie jest z „Bullet Blues”, gdzie nie brakuje także marszowej perkusji, a riffy Gorhama i Johnsona się świetnie uzupełniają, w  bardziej podniosłym „Finest Hour”, stadionowym „Soldierstown” z iście marszowym tempem czy bardziej bluesowym, niemal akustycznym „Blindsided”. Całość jest tak równa, że w zasadzie każdy kawałek miażdży i porywa, sprawiając wielka przyjemność z odsłuchu.

Fani powinni się zaopatrzyć w wersję deluxe, zawierająca utwory w wersjach akustycznych oraz dwa dodatkowe kawałki. Widać, że debiut nie był dziełem przypadku, a nowy rozdział to najlepsze, co mogło trafić się zespołowi.

8/10

Radosław Ostrowski


Dodaj komentarz