

Zespół legenda nie odpuszcza i pojawił się kolejny album po remasteringu kierowanym przez Jimmy’ego Page’a. o takich legendarnych albumach pisze się najtrudniej, bo wszystko na ten temat już napisano. Tym razem jednak jest to album dwupłytowy i z dodatkowym materiałem, gdzie można usłyszeć utwory w mniej znanych aranżacjach.
Wiadomo, że będzie sporo rocka i bluesa, co dostajemy już w „Custard Pie” (świetny bas i klawisze) czy bardziej gitarowym „The Rover”, gdzie Page bluesa czuje bardzo mocno (a nawet troszkę brzmi jak… saksofon?), a perkusja dopomaga mu w tym. „In My Time of Dying” bardziej pachnie country (troszkę przesterowana gitara), długie popisy perkusyjne, jednak w połowie gitara z perkusją grają coraz dynamiczniej, bardziej rock’n’rollowo, rozkręcając się totalnie, stając się niemal progresywnym numerem. Wolniejszy jest „Houses of the Holy”, gdzie Page z sekcją rytmiczna troszkę łagodzą swoje tempo, co jest skontrastowane z „Trampled Under Foot” z funkową elektroniką. Ale tak naprawdę z tej płyty pamiętany jest jeden utwór – epicki „Kashmir” ze zgranymi smyczkami (efekt „orientalny”) oraz gitarą Page’a, co słychać coraz lepiej.
Druga płyta zaczyna się od „In the Light” z bardziej elektronicznym i dziwacznym wstępem, tworzącym niemal kosmiczny klimat. Nawet jeśli pojawia się gitara, to zostaje zdominowana przez klawisze udające klawesyn. Folkowy i krótki instrumental „Bron-Yr-Sur” pozwala się odprężyć lekkością z jaką gra Page. W podobnym tempie jest grany „Down by the Seaside”, gdzie w tle ładnie grają delikatne klawisze i łagodna gitara, jednak w połowie robi się zadziorniej, by pod koniec wrócić do początku. Podobnie działa „Ten Years Gone”. Jednak druga płyta jest bardziej zwarta i przebojowa, ale też pewne sztuczki (zgranie perkusji z sekcją rytmiczną, mocne tempo) zaczynają powoli nużyć. Pewnym wyrwaniem z marazmu jest zaskakujące „Boogie with Stu” z bardzo fajnym fortepianem czy akustyczne „Black Country Woman” (przynajmniej na początku) z harmonijką ustną i mocny akcent w postaci „Stick Again”.
Z kolei trzecia płyta to inne wersje utworów z tego albumu, m.in. „Kashmir” w Rough Orchestra Mix czy Sunset Mix „Boogie with Stu”. Nadal Robert Plant czaruje i co poniektórych (zwłaszcza panie) doprowadza do ekstazy swoim charakterystycznym głosem.
Oczywiście dla fanów jest to propozycja obowiązkowa. Natomiast poszukujący początków współczesnej muzyki rozrywkowej powinni zapoznać się, bo przeszłość zawsze warto poznać.
8/10
Radosław Ostrowski















