Led Zeppelin – Physical Graffiti

led_zeppelinphysical_graffitideluxe_edition3cd2015

Zespół legenda nie odpuszcza i pojawił się kolejny album po remasteringu kierowanym przez Jimmy’ego Page’a. o takich legendarnych albumach pisze się najtrudniej, bo wszystko na ten temat już napisano. Tym razem jednak jest to album dwupłytowy i z dodatkowym materiałem, gdzie można usłyszeć utwory w mniej znanych aranżacjach.

Wiadomo, że będzie sporo rocka i bluesa, co dostajemy już w „Custard Pie” (świetny bas i klawisze) czy bardziej gitarowym „The Rover”, gdzie Page bluesa czuje bardzo mocno (a nawet troszkę brzmi jak… saksofon?), a perkusja dopomaga mu w tym. „In My Time of Dying” bardziej pachnie country (troszkę przesterowana gitara), długie popisy perkusyjne, jednak w połowie gitara z perkusją grają coraz dynamiczniej, bardziej rock’n’rollowo, rozkręcając się totalnie, stając się niemal progresywnym numerem. Wolniejszy jest „Houses of the Holy”, gdzie Page z sekcją rytmiczna troszkę łagodzą swoje tempo, co jest skontrastowane z „Trampled Under Foot” z funkową elektroniką. Ale tak naprawdę z tej płyty pamiętany jest jeden utwór – epicki „Kashmir” ze zgranymi smyczkami (efekt „orientalny”) oraz gitarą Page’a, co słychać coraz lepiej.

Druga płyta zaczyna się od „In the Light” z bardziej elektronicznym i dziwacznym wstępem, tworzącym niemal kosmiczny klimat. Nawet jeśli pojawia się gitara, to zostaje zdominowana przez klawisze udające klawesyn. Folkowy i krótki instrumental „Bron-Yr-Sur” pozwala się odprężyć lekkością z jaką gra Page. W podobnym tempie jest grany „Down by the Seaside”, gdzie w tle ładnie grają delikatne klawisze i łagodna gitara, jednak w połowie robi się zadziorniej, by pod koniec wrócić do początku. Podobnie działa „Ten Years Gone”.  Jednak druga płyta jest bardziej zwarta i przebojowa, ale też pewne sztuczki (zgranie perkusji z sekcją rytmiczną, mocne tempo) zaczynają powoli nużyć. Pewnym wyrwaniem z marazmu jest zaskakujące „Boogie with Stu” z bardzo fajnym fortepianem czy akustyczne „Black Country Woman” (przynajmniej na początku) z harmonijką ustną i mocny akcent w postaci „Stick Again”.

Z kolei trzecia płyta to inne wersje utworów z tego albumu, m.in. „Kashmir” w Rough Orchestra Mix czy Sunset Mix „Boogie with Stu”. Nadal Robert Plant czaruje i co poniektórych (zwłaszcza panie) doprowadza do ekstazy swoim charakterystycznym głosem.

Oczywiście dla fanów jest to propozycja obowiązkowa. Natomiast poszukujący początków współczesnej muzyki rozrywkowej powinni zapoznać się, bo przeszłość zawsze warto poznać.

8/10

Radosław Ostrowski

Toto – Toto XIV

Toto_XIV

Zespół Toto to jedna z najpopularniejszych kapel, która swoje lata świetności miała w latach 80., dzięki takim przebojom jak „Rosanna”, „Hold the Line” czy „Africa”. W zeszłym roku hucznie obchodzili swoje 35-lecie działalności, jednak pojawiły się wieści, ze będzie nowy album – pierwszy od dziesięciu lat. Ekipa w składzie: Steve Lukather (gitara elektryczna, bas i wokal), Joseph Williams (wokal), David Paich (klawisze), Steve Porcaro (klawisze) i Keith Carlock (perkusja) postanowili dać z siebie wszystko i wrócić do czasów swojej świetności.

Za produkcję „Toto XIV” odpowiada C.J. Vanston, który współpracował m.in. z Joe Cockerem, Barbrą Streisand, Tiną Turner czy Princem. Że będzie rockowo i z pazurem, to słychać już w otwierającym całość „Running Out of Time” z szybkimi riffami Lukathera, pachnącymi ejtisami klawiszami (czy tylko mi to się kojarzy z „Policjantami z Miami”?) oraz nakładającymi się wokalami w refrenie. Jest moc, energia, a jednocześnie przebojowy potencjał. Nawet jeśli pojawiają się pewne momenty wyciszenia, to jest to cisza przed riffem. Widać to bardzo w „Burn”, który rozpoczyna delikatny fortepian oraz pulsująca perkusja, choć gra ona dość spokojnie, nawet gitara jest łagodna. Półtorej minuty później perkusja uderza mocniej, Lukater dostosowuje się do perkusji, a wokal Williamsa znów się nakłada i tak co zwrotkę. Nie brakuje też zarówno bardziej bluesowych zagrywek („Holy War”, która przypomina dynamiką Asię czy „21th Century Blues”, gdzie śpiewa Lukather i pojawia się saksofon) czy chwytliwych, ale bardzo prostych melodii (singlowy „Orphan”).

Jak tez powszechnie wiemy, każdy szanujący się zespół musi nagrać balladkę. Czymś takim jest „Unknown Soldier” (znowu Lukather na wokalu), gdzie dominuje akustyczna gra gitary oraz pianino ze smyczkami oraz chóralnym refrenem. Co nie znaczy, że nie pojawia się gitara elektryczna, przewijająca się między zwrotkami, nie wywołując żadnego zgrzytu. Znacznie delikatniejsze jest niemal elektroniczne „The Little Things” (czarujące dzwoneczki na początku) czy skręcające w jazz „Chinatown” (śpiewają Paich, Williams i Lukather), choć nie do końca mnie porwały. Spokojniejszy środek to próba innego, mniej przebojowego oblicza oraz troszkę łagodniejszego klimatu, jednak z tej grupy najlepiej prezentuje się „All the Tears”.

Dla mnie Toto najciekawsze i najlepsze jest z gitarą elektryczną w tle, gdzie gra albo łagodnie lub potrafi zaszaleć. A tutaj jest sporo takich kawałków, ale jedno nie ulega wątpliwości. Toto powraca ze sporą dawka energii oraz wieloma potencjalnymi przebojami. Dobrze, ze wracają.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kielich – Drapacz chmur

Drapacz_chmur

Fani Lady Pank znają Kielicha, a właściwie Krzysztofa Kieliszkiewicza – od 1994 roku jest on basistą w tym zespole. Trzy lata temu spróbował swoich sił jako solista nagrywając album „Dziecko szczęścia”, gdzie zaśpiewał tylko w dwóch utworach, ustępując zaproszonym wokalistom. To miałaby jednorazowa akcja, ale Kielich złamał słowo i postanowił nagrać drugi solowy album.

Za produkcję tym razem odpowiada sam Kielich razem z Rafałem Smoleniem. Skrzyknął swoich kumpli, m.in. perkusistę Kubę Jabłońskiego z Lady Pank oraz klawiszowca Jana Smoczyńskiego. Gatunkowo jest to melodyjny soft rock, który ma za zadanie podbić radiowe rozgłośnie. Zapowiedź jest już słyszalna w singlowym „Lepiej już nie będzie nam”, gdzie swoje robi tutaj przede wszystkim bas oraz elektronika. Nawet w tych bardziej gitarowych utworach, bardziej wybija się tutaj elektronika (obróbka głosu w „Na autsajdzie”), zgrana z sekcją rytmiczną (dynamiczne „I Wonder”) czy tworzącą warstwę liryczną (fortepian i smyczki w „Piece of Cake”, gdzie śpiewa Piotr Niesłuchowski). Nawet jeśli pojawiają się mocniejsze wejścia (początek „Drapacza chmury” z lekko garażową gitarą), to są one dość krótkie i fanom ostrzejszego grania, „Drapacz chmur” wynudzi.

Sam Kielich jako wokalista radzi sobie całkiem przyzwoicie, ale lepszy jest zaproszony Łukasz Lach z L.Stadt. Kompozytorem też jest niezłym, a jego gra zarówno na basie jak i gitarze elektrycznej nie budzi poważnych zastrzeżeń.

Bardzo przyzwoity materiał, który od debiutu jest na pewno spójniejszy i przebojowy. Chwytliwe, przyjemne i raczej łagodne (może poza elektronicznym „Motylem i ćmą”). Czemu by nie posłuchać?

7/10

Radosław Ostrowski

Scorpions – Return to Forever

Return_to_Forever

Weterani rocka niemieckiego w tym roku świętują 50-lecie działalności. Mimo że od kilku lat próbują żegnać się ze swoimi fanami (jak widać, to jest bardzo ciężkie), na razie nie zamierzają schodzić ze sceny. Zamiast tego postanowili wydać nowy album z nowymi kawałkami – czy będzie jakaś zmiana?

Nie, ale w tym przypadku nie należy ego traktować jako wady, gdyż gitary potrafią przykosić jak trzeba, energia jest silna i wiedzą jak grac rocka. Choć otwierająca całość „Going Out with a Bang” bardziej przypomina bluesa (perkusja mocniej daje o sobie znać), to singlowy „We Built This House” to czysta dawka Scorpionsów jakich znamy. Może troszkę za bardzo przypomina „Rock Me Like a Hurricane”, jednak nie ma się poczucia autoplagiatu. Petard jest tutaj sporo („Rock My Car” ze świetnie zgranymi gitarami i perkusją w zwrotkach, „All for One” czy „Rock’n’Roll Band”) i widać, że z prostych rzeczy można zrobić ogniste kawałki. Ale najsłabiej prezentują się te wolniejsze melodie, ale nie wynika to z braku doświadczenia (choćby „Lorelei” ze „Sting In the Tail”), tylko po prostu tym razem nie wyszło. „House of Cards”  były bardziej akustyczne troszkę lepsze było „Rollin’ Home”, choć zbyt plastikowa perkusja mogła przeszkadzać. Najbliżej ideału było „Eye on the Storm” z wejściami gitary elektrycznej.

Tym bardziej imponuje wokal Klausa Meine, który towarzyszy grupie od samego początku. Słychać, że to on i bez niego Scorpions straciłoby przynajmniej połowę swojej siły. Głos nadal jest mocny i zadziorny, wieku po prostu nie czuć tak mocno.

Jedno jest pewne: te Scorpionsy nadal są w stanie mocno kłuć i ostro zagrać. Fanom polecam zwłaszcza wydanie deluxe, które zawiera dodatkowe cztery kawałki. Jeśli nadal ta grupa ma działać, to właśnie dzięki takim płytom.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jack Savoretti – Written in Scars

Written_in_Scars

O tym zdolnym gitarzyście usłyszałem dzięki serialowi „Synowie Anarchii”, gdzie w jednym z odcinków wykorzystano jego piosenkę „Soldier’s Eyes”. Do tej pory Savoretti nagral trzy dobrze przyjęte płyty z gitarową muzyką akustyczną. Po trzech latach przyszła pora na nowy album 31-latka.

Niespodzianek nie będzie, nadal jest to granie łagodne, choć jest bardziej przebojowo. Słychać to już w „Back to Me”, gdzie zaskakuje dość bogata aranżacja (gitara, fortepian i perkusja). Bardziej chwytliwe jest „Home” ze świetną perkusją oraz wplecioną delikatną elektroniką, klaskaniem oraz chórkiem, podobnie jest z „Don’t Mind Me” (te cymbałki). Drugą niespodzianką jest pojawienie się gitary elektrycznej, która jednak nie szaleje, nie popisuje się i jest delikatnym tłem. Nie brakuje jednak tez momentów mniej dynamicznych („Tie Me Down”, gdzie ładnie gra banjo czy bardziej akustyczne „Broken Glass”), jednak trudno byłoby znaleźć jakiś niewypał (może trochę za dynamiczne i zbyt popowe „The Other Side of Love”), a czas mija dość szybko.

Widać, że Savoretti stara się rozwijać i zrobić parę niespodzianek. Głos ma bardzo poruszający i bardzo dobrze się sprawdzający. Musze przyznać, że jest to chyba najbardziej melodyjna płyta w dorobku Amerykanina. Ciekawe, co będzie dalej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

1976 – Goodbye the Kingdom of You and I

Goodbye_the_Kingdom_of_You_and_I

Po raz pierwszy stykam się z rockowa kapela, która pochodzi z… Japonii. Nazwa wzięła się stąd, że wszyscy członkowie urodzili się w roku 1976, a teraz wydali swój szósty album. I muszę przyznać, że radzą sobie naprawdę nieźle.

Czuć tutaj inspiracje brytyjską nową falą z lat 80, ze szczególnym uwzględnieniem The Smith – widać to w grze gitary elektrycznej („South Area of Taipei” i „December”) oraz raczej średniemu tempu grania. Jest melodyjnie, swoje robi też sekcja rytmiczna oraz klawisze w tle. W zasadzie kompozycje są troszkę do siebie podobne (wyjątkiem jest walczak „Emmett Doc Brown” czy bardzo zimny „All the Choices That We Never Choose”), a różnice miedzy nimi są minimalne – jedynie bardziej rzucają się te utwory, które są śpiewane po japońsku, przez co kompletnie nie rozumiem o co tam chodzi.

Brzmi to całkiem nieźle, jest kilka fajnych melodii, ale brakuje mi tutaj większego zróżnicowania, przez co album mógł być znacznie ciekawszy. A tak jest tylko poprawnie.

5,5/10

Radosław Ostrowski

The Waterboys – Modern Blues

Modern_Blues

Grupa kierowana przez Mike’a Scotta od dawien dawna, jednak udało im się zrobić jeden wielki hit: „The Whole of the Moon”. Od tego czasu było różnie – doszło nawet do rozpadu zespołu, jednak nastąpiła reaktywacja, a ostatni album wyszedł 4 lata temu. Tym razem Scott i spółka postanowili wrócić do formy, nagrywając nowy materiał w Nashville. Efekt?

Całkiem przyzwoity. Mieszanka gitarowego rocka z bluesem działa bardzo sprawnie. Nie brakuje mocniejszego zacięcia gitarowego (bluesowe „Still a Freak”czy „Rosalind”), skrętów folkowych (przepiękne „The Girl Who Slept for Scotland” – refren to perła, niepozbawionego bluesowej gitary) oraz robiących największe zamieszanie organów Hammonda (najbardziej robią zamieszanie w pachnącym troszkę Bruce’m Springsteenem dynamicznym „Beautiful Now”). Jednak mimo melodyjności, album sprawia wrażenie mocno wtórnego, a inspiracje są tutaj mocno wyczuwalne. Zresztą nie wstydzą się ich, co słychać w tekstach, gdzie wymieniani są m.in. Charlie Parker, Elvis Presley, John Coltraine (okraszone jazzem spokojne „Nearest Thing to Hip” czy finałowe „Long Strange Golden Road”).

Ale mimo wtórności słucha się tego nieźle, muzycy wiedzą jak grać i nie brakuje mocy, a wokal Mike’a Scotta (oraz teksty jego) trzymają więcej niż dobry poziom. Niby nic nowego, ale parę razy zaskakuje.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bruce Springsteen – The River (remastered)

The_River

Kolejna zremasterowana w zeszłym roku podwójna płyta Bossa z 1980 roku. W zasadzie mógłbym na tym skończyć, ale trzeba podać troszkę więcej.

Nadal jest to mieszanka rocka, bluesa oraz odrobiny jazzu. Początek jest dynamiczny i bardzo przebojowy okraszony solówkami saksofonu wsparte przez fortepian i klawisze („Sherry Darling”), saksofon („The Ties That Bind”) oraz szybkimi ciosami perkusji. Pewnym momentem na złapanie oddechu jest  refleksyjna oraz odrobinę podniosłe „Independence Day”, ale już „Hungry Heart” z prostym rytmem, świetnie zgranym fortepianem oraz saksofonem miał potencjał na wielki hit, co się udało. Jeszcze czasami odezwie się mocniej gitara elektryczna (rozkrzyczany „Crush On You” czy rock’n’rollowy „You Can Look”), nastrój stanie się bardziej liryczny („I Wanna Marry You” a organami w tle).

Druga płyta zaczyna się spokojniej od „Point Blank”, jednak dalej jest równie przebojowo jak na pierwszej, co udowadnia „Cadillac Ranch”, gdzie znów odzywają się klawisze, bas i fortepian czy bardziej dynamiczny „I’m a Rocker”, jednak bardziej dominuje tutaj wyciszenie i spokój jak w „Stolen Car”. Boss niby wydaje się odrobinę monotonny, jeśli chodzi o brzmienie, ale nie jest to w żadnym wypadku wadą. Wokal nadal ma mocny, a teksty są mocno odbiegające od banalnych pioseneczek o miłości. Czyli standard.

Pochwalić trzeba osoby odpowiedzialne za remastering, gdyż dźwięk jest bardzo czysty i odbiór muzyki należy do bardzo przyjemnych. Więc jeśli chcecie zacząć poznawać dorobek Bossa, sięgnijcie po ten album koniecznie.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Bruce Springsteen – Darkness on the Edge of Town (remastered)

Darkness_on_the_Edge_of_Town

Kolejny remastering – tym razem padło na wydaną w 1978 roku płytę “Darkness on the Edge of Town” Bruce’a Springsteena, nagrana po przełomowym „Born to Run” razem z zespołem E Street Band.

I jest to bardzo różnorodna płyta. Pozornie wydaje się rockowa i nie brakuje tutaj mocniejszych wejść gitary („Candy’s Room”, brudna „Adam Raised a Cain” czy „Streets on Fire”), ale tez nie brakuje bardziej refleksyjnych kawałków (fortepian, Hammond i harmonijka ustna w „The Promised Land” czy bardziej gitarowe „Factory”). Może konstrukcja tych utworów jest dość prosta i niezbyt zaskakująca, ale taki tez jest sam Boss, a jakość dźwięku jest naprawdę dobra. Wokal Bossa też nie zawodzi, a chociaż nie dostajemy żadnych dodatkowych piosenek, jednak energia i power jest mocno odczuwalny.

Dziesięć utworów, w których Boss opowiada o prostych ludziach oraz ich problemach i robi to w sposób bardzo interesujący. Być może Boss nagrał lepsze i ciekawsze płyty, ale ten album tez prezentuje się bardzo przyzwoicie. Poza tym, opowieści Bossa nigdy nie są nudne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

David Bowie – Nothing Has Changed The Very Best Of Bowie

Nothing_Has_Changed

Ten brytyjski wokalista od ponad 40 lat zaskakuje, eksperymentuje i ciągle czegoś szuka. W zeszłym roku przypomniał się swoim fanom nowym albumem „The Next Day”. Jednak tym razem postanowił wydać kompilacje zawierającą najważniejsze utwory z jego bogatego dorobku, tylko ułożoną w odwrotnej kolejności.

Trzy płytowy box „Nothing Has Changed” zaczyna premierowe „Sue (Or In a Season of Crime)”, który jest… jazzowym utworem, gdzie wokalistę wspiera orkiestra Marii Schneider. A im dalej w las, tym bardziej sięgamy do początków. Nie brakuje utworów w wersji radiowej, remiksów („Love Is Lost” z klaskanym początkiem) oraz kompletnego pomieszania z poplątaniem. Rock miesza się z elektronika, dyskotekowym popem. W zasadzie mógłbym ograniczyć się do wymienienia tytułów takich jak „Rebel Rebel”, „Heroes”, „Ziggy Stardust”, „This is Not America” czy z ostatniej płyty „Where Are We Now?”. Są też bardziej nastrojowe ballady (niemal pianistyczny „Shadow Man” czy gitarowy „Survive”), mroczna elektronika („I’m Afraid of Americans” czy „The Hearts Filtyhy Lessons”) jak i bardziej imprezowe numery (lekko funkowy „Jump They Say” czy nieśmiertelne „Let’s Dance”).

Mógłbym pisać więcej, ale tytuł mówi wszystko: nic u Bowiego się nie zmieniło. Ciągle eksperymentuje i szuka nowych rzeczy, jednak jakimś cudem udaje się stworzyć przebojowe kawałki. Jak on to robi? Nie mam pojęcia.

Radosław Ostrowski