Toto – Toto XIV

Toto_XIV

Zespół Toto to jedna z najpopularniejszych kapel, która swoje lata świetności miała w latach 80., dzięki takim przebojom jak „Rosanna”, „Hold the Line” czy „Africa”. W zeszłym roku hucznie obchodzili swoje 35-lecie działalności, jednak pojawiły się wieści, ze będzie nowy album – pierwszy od dziesięciu lat. Ekipa w składzie: Steve Lukather (gitara elektryczna, bas i wokal), Joseph Williams (wokal), David Paich (klawisze), Steve Porcaro (klawisze) i Keith Carlock (perkusja) postanowili dać z siebie wszystko i wrócić do czasów swojej świetności.

Za produkcję „Toto XIV” odpowiada C.J. Vanston, który współpracował m.in. z Joe Cockerem, Barbrą Streisand, Tiną Turner czy Princem. Że będzie rockowo i z pazurem, to słychać już w otwierającym całość „Running Out of Time” z szybkimi riffami Lukathera, pachnącymi ejtisami klawiszami (czy tylko mi to się kojarzy z „Policjantami z Miami”?) oraz nakładającymi się wokalami w refrenie. Jest moc, energia, a jednocześnie przebojowy potencjał. Nawet jeśli pojawiają się pewne momenty wyciszenia, to jest to cisza przed riffem. Widać to bardzo w „Burn”, który rozpoczyna delikatny fortepian oraz pulsująca perkusja, choć gra ona dość spokojnie, nawet gitara jest łagodna. Półtorej minuty później perkusja uderza mocniej, Lukater dostosowuje się do perkusji, a wokal Williamsa znów się nakłada i tak co zwrotkę. Nie brakuje też zarówno bardziej bluesowych zagrywek („Holy War”, która przypomina dynamiką Asię czy „21th Century Blues”, gdzie śpiewa Lukather i pojawia się saksofon) czy chwytliwych, ale bardzo prostych melodii (singlowy „Orphan”).

Jak tez powszechnie wiemy, każdy szanujący się zespół musi nagrać balladkę. Czymś takim jest „Unknown Soldier” (znowu Lukather na wokalu), gdzie dominuje akustyczna gra gitary oraz pianino ze smyczkami oraz chóralnym refrenem. Co nie znaczy, że nie pojawia się gitara elektryczna, przewijająca się między zwrotkami, nie wywołując żadnego zgrzytu. Znacznie delikatniejsze jest niemal elektroniczne „The Little Things” (czarujące dzwoneczki na początku) czy skręcające w jazz „Chinatown” (śpiewają Paich, Williams i Lukather), choć nie do końca mnie porwały. Spokojniejszy środek to próba innego, mniej przebojowego oblicza oraz troszkę łagodniejszego klimatu, jednak z tej grupy najlepiej prezentuje się „All the Tears”.

Dla mnie Toto najciekawsze i najlepsze jest z gitarą elektryczną w tle, gdzie gra albo łagodnie lub potrafi zaszaleć. A tutaj jest sporo takich kawałków, ale jedno nie ulega wątpliwości. Toto powraca ze sporą dawka energii oraz wieloma potencjalnymi przebojami. Dobrze, ze wracają.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s