Nickelback – No Fixed Address

Nickelback__No_Fixed_Address_2014

Chad Kroeger nie odpuszcza i razem z kumplami przypominają o sobie po trzech latach przerwy. Będzie zarówno nastrojowo jak i z łomotem. Tylko czego będzie więcej?

Perkusja uderza mocno, bas jest bardzo wyrazisty, a Chad Kroeger stara się dać czadu. Gitara też o sobie przypomina, a początek jest naprawdę mocny: „Million Miles an Hour” jak i „Edge of a Revolution” mają nośny refren, mocniejsze ciosy perkusji oraz dobrze grającą gitarę. Wiadomo jednak, że każdy rockowy zespół musi umieć grać balladę, ale nie każdemu to wychodzi. „What Are You Waiting For” zwyczajnie nudzi nadmiarem elektroniki oraz banalnym tekstem, troszkę lepiej jest w „She Keeps Me Up” z bardziej reggae’ową gitarą oraz perkusyjnym łamańcem. „Believe” to powrót do troszkę mocniejszego grania z lekko marszową perkusją oraz dziwacznie przesterowanymi wokalami w refrenie. „Satellite” to coś miedzy nastrojową balladą (delikatne, akustyczne zwrotki) z mocniejszym graniem gitary elektrycznej, za to „Get ‘Em Up” zaskakuje ciekawym basem, reggae’ową perkusją. Warto tez wspomnieć o lżejszym „Got Me Runnin’ Round”, którego nie był w stanie zepsuć Flo Ride oraz idącym w country „Sister Sin”. Jest dość różnorodnie, ale dla mnie ta kapela najlepiej sprawdzała się w mocniejszym graniu.

Ballady do końca do mnie nie przemawiają, a grzeczność brzmienia, żeby się w adiu to sprawdzało zawsze było cechą charakterystyczną dla tej grupy. I tu się nic nie zmieniło. Solidna granie i tyle.

6,5/10

 

Curly Heads – Ruby Dress Skinny Dog

Ruby_Dress_Skinny_Dog

Debiutanci z Dąbrowy Górniczej, którzy działają od czterech lat, jednak dopiero teraz wychodzi ich debiutancki album. Grupę tworzą gitarzyści Oskar Bała i Tomasz Szuliński, basista Tomasz Skuta, perkusista Damian Lis oraz… Dawid Podsiadło na wokalu. Nie przewidziało wam się – to ten sam facet.

Przy debiucie pomagał im producent Daniel Walczak i wyszedł kawał porządnego grania. Rock’n’rollowe podejście, gdzie miesza się brud garażowy z gładkością i przystępnością. Choć nie jest to nic nowego w muzyce rockowej, to słucha się tego więcej niż dobrze. Gitary robią swoje, czasami pojawiają się nietypowe elementy jak chórki w „Noadvice” czy niemal akustyczne „M.A.B.” z dziwacznym elektronicznym głosem.  Nie brakuje tutaj bardziej żywiołowych numerów jak singlowe „Recondile” czy „Diadre”, jednak dominuje tutaj spokój (tytułowy utwór czy „Till You Got Me”), jednak imponuje zarówno porządność brzmienia, jak i naprawdę zaskakujący wokal Podsiadły, który potwierdza jego wszechstronność.

Jedenaście piosenek mija szybko. Jest energia, siła i moc w tym. Walczak wykonuje dobrą robotę jako producent, serwując jedno z zaskoczeń tego roku. Bardzo przyjemny album i czekamy na więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

happsad – Jakby nie było jutra

Jakby_nie_bylo_jutra

Jeden z najpopularniejszych polskich zespołów grających alternatywnego rocka, czyli happysad postanowił powrócić. Krążą wieści, że to ich najlepsza płyty i nie wynika to tylko z faktu, że za produkcję odpowiada Marcin Bors. Ale czy tak jest naprawdę?

Mamy tutaj jedenaście utworów z gitarą i trąbką. Owszem, czasem czuć trochę elektronikę (plumkanie na początku „Powodzi dekady”), jednak nie brakuje tu punkowej energii. Nawet melodyjność jest tutaj podrasowana lekką psychodelią („Tańczmy” z przesterowaną trąbką oraz rytmem ska trochę kojarzy się z wczesnym Akuratem). Nie brakuje też mroku („Smutni ludzie” z wyciszonym początkiem elektronicznym, a przy refrenie wchodzi gitara elektryczna), jednak zaskoczeniem jest instrumentalne „~”, gdzie słyszymy tylko gitarę, perkusję oraz elektroniczne wstawki, budujące dziwaczny klimat. „MBTV” zaczyna się od jazgotu perkusyjno-trąbkowego, by potem odezwała się gitara z basem, a głos Kuby Kawalca przechodzi cyfrową obróbkę i… za szybko się kończy. „Lista życzeń” to typowy happysad, czyli brudna gitara, mocne uderzenia perkusji oraz przesterowane tło. Dla mnie trochę za długie, a „Ciała detale” to kompletne zaskoczenie – elektroniczna perkusja, dziwaczna gra gitary oraz dźwięki jakby ze starego Commodore’a czy „Trzynaście” z wplecionymi klawiszami imitującymi organy. W takich brudnych i bardziej elektronicznych dźwiękach grupa ze Skarżyska-Kamiennej odnajduje się zaskakująco dobrze („Trzynastka”), a kompletna zmiana brzmienia działa tutaj zdecydowanie na plus.

Głos Kawalca jeśli podobał się przy poprzednich płytach, także i tutaj przypadnie do gustu. Teksty w zasadzie nie zaskakują, ale nie wywołują rozdrażnienia czy irytacji. Czy to jest najlepszy album happysadu? Na pewno najbardziej eksperymentalna od czasów „Nieprzygody”, bardziej mroczna i niepokojąca. Dla mnie lepsza od „Ciepło/Zimno”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Trzynasta w Samo Południe – Hell Yeah

Trzynasta_w_Samo_Poludnie__Hell_Yeah

Podobno w Polsce nie gra się siarczystego rocka, z energią i agresywnymi riffami. To jest kompletna nieprawda, a do tego grona chcą dołączyć debiutanci o dość wyrazistej nazwie. Trzynasta w Samo Południe to pięcioosobowa ekipa pod wodzą wokalisty Michała Pochecia (poza nim są jeszcze: gitarzysta Młody, basista Katz, perkusista Bandaż oraz grający na harmonijce Krootki). Pytanie: jest energia?

I to jaka, a inspiracje southern rockiem są aż nadto czytelne. Grają prosto (nie prostacko), czasem bardzo spokojnie („Behind the Fire”), ale czerpią z AC/DC (podrasowane „Hell Yeah” czy „My Way”) czy ZZ Top, mieszając rocka z bluesem. Na siłę jeszcze można znaleźć mocniejsze wcielenie Pearl Jam („Queen of Hearts”). A harmonijka ustna troszkę ubarwia całą atmosferę („Po prostu idź” czy „Rock’n’Roll Babe”). W naszym kraju jest to kompletna nowość, ale świat zna to już od dawien dawna. Nie mniej trzeba przyznać, że power, luz oraz świetne zgranie grupy może zagwarantować im świetlaną przyszłość (taki „Lost Highway” mocno to pokazuje). Czas mija szybko, a fani mocniejszych wejść znajdą tu wiele rzeczy.

13 mocnych kompozycji, z czego aż trzy po polsku (w obydwu językach Pocheć radzi sobie świetnie) plus świetne riffy, harmonijka oraz rytm. Trzeba czegoś więcej?

7/10

Radosław Ostrowski

Voo Voo – Dobry wieczór

voovoodobrywieczorbiext27150199

Zespół Wojciecha Waglewskiego regularnie co dwa lata wydaje nowy materiał. Tak też stało się i teraz. Po „Nowej płycie” pora na „Dobry wieczór”. Myślicie, że nic nowego tutaj nie będzie? Waglewski i spółka nadal imponują formą.

Pozornie wydaje się to spokojnym albumem, ale to był zespół posiadający dwie twarze. Delikatna i łagodną oraz ostrą i dynamiczną. Saksofon Pospieszalskiego wydaje się troszkę wycofany, choć daje mocno o sobie znać („Na coś się zanosi” czy singlowe „Po godzinach”). Ale tak naprawdę dominuje tutaj gitara Waglewskiego, narzucając rytm oraz serwując albo bluesowe („Po godzinach” czy „Pokój”) lub idąc w ostrzejsze klimaty (połowa „Kim bym był” czy „Tli się”). I mimo upływu nadal, nadal brzmi to świeżo i z energią. Nawet w tych spokojniejszych utworach daje o sobie znać bas i perkusja. Pewną nowością jest tutaj wykorzystanie elementów mantrycznych oraz wokali Alima Qasimowa z córką Farganą („Gdybym” i „Dokąd idą”, tworząc kompletnie surrealistyczną oprawę), co bardzo odświeża.

Choć nie dostajemy niczego nowego, to jednak Waglewski trzyma klasę zarówno jako kompozytor, gitarzysta, wokalista (takiego głosu nie myli się z nikim innym). Także teksty, w których opowiada o imprezach („Na coś się zanosi”), zastanawia się nad przemijaniem („Gdybym”) i nie idzie w stronę kiczu („Tli się”).

Od takiego zespołu jak Voo Voo trudno spodziewać się czegoś nowego, zwłaszcza po ponad 30 latach stażu, ale to i tak świetnie działająca kapela trzymająca bardzo mocno fason. A jednocześnie nie brakuje tu energii i pazura. Pozazdrościć i wzorować się.

8/10

Radosław Ostrowski

Dr Misio – Pogo

Pogo

Wydawałoby się, że Dr Misio – rockowa kapela kierowana przez Arkadiusza Jakubika – będzie jednorazową akcją. Wydali jedną płytę, zagrali koncerty i na tym się to skończy. Błąd. Jednak czuwający muzycznie nad wszystkim Olaf Deriglasoff pomógł i tym razem, czego efektem jest drugi album „Pogo”.

Zamiast prostego grania i darcia ryja, jest znacznie większa dyscyplina oraz różnorodność brzmieniowa. Nadal jest słyszalna gitara elektryczna, jednak tempo jest różnorodne, co słychać w utworze tytułowym, zaczynającym się bardzo delikatnymi klawiszami oraz lekko „country” gitarą, by w refrenie przyśpieszyć w punkowej stylistyce. Ale nie brakuje też krainy łagodności (zwrotki w „Pedagogice”), skrętów w psychodelię („Powstaniec” z mrocznymi dźwiękami gitary i klawiszy czy „Parada”), garażowego brudu (dynamiczna „Sekta” czy „Modlitwa” z wyróżniającymi się klawiszami i basem) czy rapcore’u (mocne „Metro”). Ta mieszanka działa naprawdę dobrze, zaś sam materiał jest bardziej zwarty niż na debiucie, a Jakubik na wokalu sprawdza się świetnie ze swoim brudnym głosem.

Teksty nadal piszą dla nich Krzysztof Varga i Marcin Świetlicki, zaś tematyka nie uległa zmianie – melancholia, przemijanie, trudna miłość czy mniejsze aluzje do historii Polski, a także ironiczne obserwacje rzeczywistości („Hipster”). Jedynym tekstem nie ich autorstwa jest „Ona wie” Cypriana Kamila Norwida, pachnąca garażem.

Muszę przyznać, że Dr Misio zaczyna wyrastać na nową grupę muzyki alternatywnego rocka. „Pogo” może nie zaskakuje brzmieniem, ale ta energia oraz zwarcie treści działa zdecydowanie na plus. Dla mnie bomba.

8/10

Radosław Ostrowski

Melissa Etheridge – This Is M.E.

This_Is_M.E.

Ta wokalistka rockowa nie należy do zbyt popularnych głosów w Polsce, choć ma spory dorobek. 53-letnia Amerykanka postanowiła przypomnieć się swoim fanom po dwóch latach przerwy z nowym materiałem, którego była współproducentką.

Soft rockowe dźwięki zmieszane z bardziej popowymi melodiami – tak można określić ten album. Nie oznacza to jednak, że nie ma tutaj dynamicznych kompozycji (szybkie „Take My Number” naszpikowane gitarami), ale czasami to niebezpiecznie idzie w stronę plastikowego popu (perkusja i klawisze w „A Little Hard Hearted”) oraz obowiązkowych nastrojowych ballad („Do It Again” czy idący w Orient „Monster”). Przyznaję, że głos ma naprawdę interesujący, jednak album nie porywa w całości. Warto zwrócić uwagę na najmocniejszy „Ain’t That Bad” (tam gitara brzmi świetnie) oraz  spokojne, pachnące trochę country „All the Way Home” z przesterowanym głosem. Reszta jest zaledwie poprawna, a sam głos to za mało, by skupić moją uwagę na dłużej. Można przesłuchać, ale tylko jak nie mamy niczego ciekawego.

5/10

Radosław Ostrowski

Led Zeppelin – Led Zeppelin IV (Deluxe Edition)

Led_Zeppelin_IV

Kolejna reedycja kultowego albumu grupy Led Zeppelin. Tym razem przyszła pora na „czwórkę”, o której jeden dziennikarz w 1971 roku poświęcił… jedno zdanie. Kompletnie odrzucona przez prasę, za to przyjęta pięknie przez publiczność. Co dostajemy poza zremasterowanym dźwiękiem?

Na początek dostajemy mocne wejście, czyli ostrego „Black Doga”, który konstrukcja przypomina nagrane wcześnie „Oh Well” Fleetwood Mac, a Page gra dynamicznie i mocno. „Rock And Roll” jest z kolei bardziej żywiołowym przebojem. Zmianą klimatu jest akustyczne „The Battle of Evermore” zagrane na mandolinie oraz gitarze akustycznej, a wokalnie Planta wspiera Sandy Denny, a efekt jest piorunujący.Tak samo nie można przejść obojętnie wobec „Stairway to Heaven” – utworu, którego przedstawiać w zasadzie nie trzeba. Każdy słyszał tą gitarę, te uderzenia perkusji oraz ten głos. I potem znów zmiana, bo „Misty Mountain Hop” jest kawałkiem bardzo dynamicznym, z wyrazistymi klawiszami oraz półakustyczny „Four Sticks”, wyróżniające się dość oszczędną perkusją, ekspresja Planta oraz współgraniem gitary akustycznej z elektryczną. I potem znów wraca akustyczne brzmienie w „Going to California”, by pod koniec polać to bluesem i rockiem w długim „When the Leeve Breaks” z harmonijkowym wstępem.

Druga płyta zawiera te same utwory, jednak w innych wersjach. „Black Dog” jest w wersji pierwotnej z „echem” wokalu Planta, „Rock And Roll” jest w wersji alternatywnej z bardziej wybijającą się perkusją, a „The Battle of Evermore” jest tylko w wersji z gitarą i mandoliną. Nie będę wymieniał wszystkiego, ale te smaczki mocno ubarwiają ten album, parę razy zaskakując.

Co ja wam będę mówił, jeśli chcecie poznać historię muzyki rockowej, to MUSICIE zapoznać się z „czwórką”. A jeśli macie poprzednie zremasterowane płyty grupy, to będzie bajka.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ryan Adams – Ryan Adams

Ryan_Adams

Choć wielu to nazwisko nic nie mówi, to doświadczony gitarzysta, wokalista i autor tekstów, który od 2000 roku nagrał do tej pory 13 płyt. Ryan Adams, były członek hard rockowej grupy Cardinals, postanowił wydać album nr 14, nazywając go po prostu Ryan Adams. Dziwny to zwyczaj, ale niech tam będzie. Co z tego wyszło?

Za produkcje odpowiada sam wokalista razem z Mikem Violą. Efekt jest mocno gitarowy, co nie jest żadnym zaskoczeniem. Nie brakuje tutaj zarówno pójścia w bluesa jak i znacznie surowszego brzmienia, niepozbawionego akustycznych melodii. Ale po kolei. Adams jest na tyle doświadczony, że wie jak tworzyć zarówno dobre melodie jak i klimatyczne piosenki. Początek jest mocno bluesowy i oldskulowy – stare Hammondy, surowa gitara i mocna perkusja w „Gimme Something Good” przypomina troche… Joe Bonamassę. Bardziej stonowana jest „Kim”, choć środek ma mocny riff (zagrany przez Johnny’ego Deppa), podobnie brzmi „Trouble” z garażowymi riffami oraz bardzo rytmicznym basem.  Bardziej akustyczne, choć wspierane przez klawisze jest „Am I Safe”, którego gitara ociera się o country czy „My Wrecking Ball”. A dalej nie brakuje zarówno bluesa („Stay with Me”), wejścia do krainy mroku („Shadows” z kapitalnymi, prostymi riffami) czy pójścia w country (dynamiczne „I Just Might”). Całość brzmi naprawde świetnie, a wokal Adamsa mocno przypomina samego Bruce’a Springsteena, którego wpływ jest tutaj mocno obecny.

11 naprawdę dobrych piosenek, które czasami ocierają się po prostu o wielkość. Brzmi to świetnie, wokal gra, teksty też są dobre. Jeśli nie znacie, to sięgnijcie koniecznie. Cholernie dobra płyta.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mr Big – The Stories We Could Tell

The_Stories_We__Could_Tell

Ten zespół bardzo zgrabnie łączył mocne riffy z melodyjnymi piosenkami. Pomimo personalnych perturbacji (rozpad grupy, reaktywacja z nowym-starym gitarzystą Paulem Gilbertem) wrócili w 2011 roku albumem „Would If…”. Tym razem trzeba było czekać trzy lata na nowy materiał kwartetu Erica Martina.

Za produkcję odpowiada Pat Ragen, który współpracował m.in. z Blackmore’s Night, Weird Alem Yankovicem czy Saga. Moc i energia jest już słyszalna w ciężkim „Gotta Love the Ride”, który ma zarówno ostre riffy jak i chwytliwą melodię. Podobne tempo ma „I Forget to Breathe”, a riffy Paula Gilberta pachną rockiem lat 80. Troszkę delikatniejszy (ale tylko troszkę) jest „Fragile”, gdzie gitara gra łagodniej, a wokal Martina (przynajmniej mnie) trochę przypomina Bon Jovi, trochę podrasowane AC/DC (początek „What if We Were New?”) czy balladowe (czytaj: zagrane na gitarze akustycznej) „The Man Who Has Everything” – całkiem przyzwoite, choć smyczki w tle są lekko kiczowate. W ogóle muzycy czerpią z dawnego brzmienia lat 80., a jednocześnie dają odrobinę przyjemnego słuchania z wspólnie śpiewanymi refrenami („Satisfied” czy surowsze „The Monster in Me”) i choć nic nowego tu nie wymyślono (nie wiem, czy można jeszcze coś w ogóle wymyślić?), to jest to kawał solidnego grania. Czasem szybkiego, czasem nastrojowego, ale nie popadającego w nudę. A to w tym gatunku zrobić można bardzo łatwo.

7/10

Radosław Ostrowski