Ma 40 lat, blod włosy, 3 wydane płyty i gra stricte rock’n’rollową muzykę. W dodatku pochodzi z Australii i towarzyszy jej czterech muzyków. Nazywa się Imelda May i właśnie wydała swój album nr 4 i chyba jesteśmy ciekawi co z tego wyszło?
Już tytułowy utwór otwierający całość mówi wszystko: klasyczny rock’n’roll zrobiony nowocześnie i trochę brudny. Jest szybko, bardzo radiowo (zaledwie dwa utwory powyżej 4 minut), gitary grają szałowo, a perkusja dopasowuje się do tego sposobu grania (singlowe „Wild Woman”), jednak żeby nie wykończyć słuchacza za szybko zdarzają się spowolnienia pachnące starym, dobrym rockabilly jak „It’s Good To Be Alive” czy bardzo bluesowym „Gypsy in Me” (jaki tam klimat szaleje). Dalej jest huśtawka różnorodności: wyciszone, wręcz folkowe (gdyby nie gitara elektryczna) „Little Dixie”, strzelające perkusji w żwawszym „Hellfire Club”, tamburynu w wolniejszym „Ghost of Love” czy pójścia w lekki orient („Wicked Way” z wyborną solówką trąbki). W dalszej części płyty najbardziej wybija się latynoskie „Amber Eyes” z ładną trąbką i perkusjonaliami. Zaś sam głos Imeldy nie jest pozbawiony pazura, czasami delikatności, co jest bardzo mocnym plusem tej naprawdę udanej i fajnej – po prostu płyty.
Zespół Akurat to raczej grupa, której nie trzeba przedstawiać. Od lat mieszająca rocka, reggae i ska grupa przykuła uwagę słuchaczy swoim drugim albumem – „Prowincja”. Czy mimo 11 lat na karku ten album trzyma się dobrze?
Wtedy z wokalem Tomka Kłapocza (obecnie Buldog) trzyma się mieszanki gitar elektrycznych z dęciakami. I efekt jest taki, że to bardzo chwytliwa i melodyjna muzyka. Jednak poza reggae i ska (dynamiczny „Balet” i „Ślepe losy” czy „Roman i Julia”), nie brakuje tez odrobiny brudniejszych dźwięków jak w „Piekarniku”, dynamiki w „Oni mówią mi” czy delikatnego skrętu w jazz (początek „Bajki o Księżycu”). Siła napędową był singiel „Do prostego człowieka” miejscami mocno pachnący garażem, choć melodia jest bardzo spokojna. Pewnym testem dla fanów może być 11-minutowy „Kapitał”, który zawiera ukryty utwór.
Mocny i energiczny wokal Kłapocza świetnie współgra z tekstami niepozbawionymi humoru (polityczna „Wiej-ska” czy „Bajka o Księżycu”), abstrakcji i przywiązania do codzienności („Piekarnik”) czy ostrego politycznego manifestu („Do prostego człowieka” Tuwima).
„Prowincja” jest energetycznym, niepozbawionym refleksji albumem nie tylko dla fanów reggae’owych dźwięków. Naprawdę interesująca propozycja, dzielnie znosząca próbę czasu.
Ten muzyk jest jednym z bardziej znanych gitarzystów w USA. Każdy kto słyszał grupę Mr. Big czy Racer X musiał słyszeć o Paulu Gilbercie, który także udziela się solowo. I po czterech latach wydał nowy album z coverami.
Utworów jest łącznie jedenaście, a wśród przerobionych piosenek są utwory m.in. Eltona Johna, The Beatles czy The Police. Jest w tym moc oraz energia, z popisującymi się riffami gitarowymi, służącymi za linię melodyczną. I trzeba przyznać, że Gilbert na tym polu radzi sobie naprawdę świetnie, a słuchanie jego riffów sprawia naprawdę wielką frajdę. Słychać tą niesamowita energię w delikatnym „Goodbye Yellow Brick Road” czy lekko reggae’owym „Murder by Numbers” ze znacznie mocniejszymi riffami. Jednak muzyk wie, ze nie można ciągle łoić i pozwala sobie na skręty do krainy delikatności jak w lekko akustycznym „Wash Me Clean” czy krótkim „Purple Without All the Red”. Za to kompletną niespodzianką jest śpiewany utwór tytułowy. W połowie akustyczny, w drugiej połowie nabiera większej siła oraz ostrzejszego, elektrycznego wejścia, robiąc totalną miazgę. zagrany na akustycznej gitarze i perkusji.
Więc jeśli lubicie gitarowe granie bez śpiewania, to śmiało weźcie się za „Stone Pushing Uphill Man”.
Weteran gitarowego grania, który działa z zespołem od połowy lat 70. Ostatnio Tom Petty pojawił się gościnnie na płycie Erica Claptona w hołdzie dla JJ Cale’a. Ale postanowił przypomnieć się ze swoim zespołem The Heartbreakers i po czterech latach przerwy pojawia się nowy album tej grupy.
Za „Hypnotic Eye” odpowiada Tom Petty, gitarzysta Mike Campbell oraz niejaki Ryan Ulyate, a całość brzmi w starym, rockowym stylu. Słychać to zarówno w uderzenia perkusji, jak i grze gitar. Choć wokal Petty’ego ma swoje lata, to jednak nie przynudza. Nie brakuje trochę mocnego uderzenia (pachnące latami 60. „Fault Lines” z przesterowanymi gitarami oraz „Red River”), skrętu w stronę jazzu (bardzo delikatne „Full Grown Boy” z eleganckim fortepianem), country (spokojne „Sins of My Youth”) czy nawet bluesa („Power Drunk”), czasem zagra jakiś Hammond w tle („All You Can Carry”). Jest zróżnicowanie, tempo jest dość optymalne – nie za szybko, nie za wolno – i nie brakuje tez ostrzejszych numerów jak „U Get Me High” (kapitalna solówka gitarowa na koniec).
Jedynie może znużyć zamykające całość „Shadow People”, ale nie zmienia to faktu, że Petty nadal jest w formie, a płyty słucha się naprawdę dobrze. Solidny, rockowy materiał w starym stylu.
Clapton to muzyk, który nikomu już nie musi niczego udowadniać, a płyty nagrywa dlatego, że chce. Tym razem postanowił oddać swojemu zmarłemu mentorowi, na którego utworach się wychowywał i coverował, czyli zmarłym w zeszłym roku JJ Cale’u. Pomógł mu w tym producent Simon Climie oraz zaproszeni goście.
Efekt? Jest to oldskulowy rock’n’roll z domieszką bluesa. Może i te piosenki są dość krótkie (rzadko które przekraczają 2-3 minuty), ale słucha się ich z niekłamaną frajdą. Czasami tempo nie jest zbyt zabójcze („Rock and Roll Records” czy „Someday” z nietypowo brzmiącą perkusją oraz Hammondami), ale nadrabiają to grą gitarową Claptona, dobrymi wokalami oraz niezłymi aranżacjami. Poza gitarą Claptona, wyróżniają się głównie organy Hammonda (żwawe „Cajun Moon”), ale nie brakuje tutaj utworów z pazurem i ikrą jak „I Got the Same Od Blues” czy „I’ll Be There (If You Ever Want Me)”. Ale w sporej części jest to bardzo spokojne, stonowanie granie, które dla wielu może wydać się monotonne. Mnie to jednak nie przeszkadza, a odsłuch jest naprawdę przyjemny.
Wspomniałem o gościach i Clapton nie pożałował, ściągając do współpracy swoich młodszych kolegów jak Mark Knopfler („Train to Nowhere”), Tom Petty („Rock and Roll Records”) czy John Mayer („Magnolia”). Trzeba przyznać, że panowie radzą sobie dzielnie i są po prostu świetni. Nawet Willie Nelson nie wywoływał irytacji.
Refleksyjne teksty razem ze spokojniejszymi rytmami tworzą naprawdę ciekawą mieszankę, która budzi respekt. Nawet jeśli zachwyca pojedynczymi piosenkami, to reszta jest naprawdę solidna.
Ta grupa to dziwna mieszanka narodowa. Jej założycielami są dwaj byli członkowie Radio Moscow – Zack Anderson i Cory Berry (Amerykanie), dołączyła do nich szwedzka wokalista Elin Larsson oraz francuski gitarzysta Dorian Sorriaux. I tak trzy lata temu powstał zespół Blues Pills. Do tej pory wydali dwie EP-ki, jedną płytę koncertową oraz vinyl. W końcu przyszła pora na debiutancki album wydany przez Nuclear Blast.
Jeśli chodzi o brzmienie, to czuć tutaj inspiracje rockiem z lat 60. spod znaku Cream czy Jimiego Hendrixa (widać to po okładce). Więc będzie trochę psychodelicznie, dziwacznie i tajemniczo. I ten klimat słychać już w otwierającym całość singlowym „High Class Woman” – prosta, lekko egzotyczna perkusja oraz surowa gitara z mocnym riffem pod koniec. Riffy są świetne, sekcja rytmiczna zgrana do perfekcji, a wszystko to jeszcze podszyte bluesowymi korzeniami (początek „Ain’t No Change”) oraz przyprawione odrobiną psychodelii („Jupiter” z mocnymi riffami i perkusja, która tworzy szalony trans). Może i zdarzają się momenty spokoju (delikatny początek „Black Smoke” zakończony mocniejszym wejściem gitary i basu, przyśpieszający tempo utworu i zmieniający kompletnie kierunek czy nastrojowe „No Hope Left for Me” z ładnie grająca gitarą), ale to tylko zasłona dymna i cisza przed burzą. Agresywne gitarowe riffy, które wydają się wypadkową Hendrixa oraz Claptona (naprawdę Sorriaux mając zaledwie 20 lat gra jak prawdziwy zawodowiec), początek jest mocno przebojowy (pod tym względem wyróżnia się dynamiczny „Devil Man”), z mocą wyróżniającą ją wśród innych kapel, a im dalej tym równie ciekawie (wystarczy wspomnieć choćby „kosmicznie” brzmiący „Astroplane”).
A to wszystko jest jeszcze fantastycznie zaśpiewane przez Szwedkę. Erin wpasowuje się do każdego utworu, pokazując się zarówno z delikatniejszej strony, jak i tej bardziej agresywnej. Hipiska z krwi i kości, która dopełnia całości.
Wytwórnia Nuclear Blast po raz kolejny (po debiucie Scorpion Child) staje się nowym dostawcą brzmień żywcem przeniesionych z lat 60. oraz 70., czyli chyba najlepszego okresu w historii rocka. Pytanie czym jeszcze błyśnie Blues Pills, bo od teraz zacznę uważnie obserwować tą kapelę. Gdyby Hendrix żył, byłby z nich dumny. I nie tylko on.
Murphy był wokalista bardzo popularnego zespołu Bauhaus, tworzącego gotyckie brzmienia. Po rozpadzie w 1983 roku, rozpoczął działalność solową i teraz przypomina sobie swoim dziesiątym albumem.
Za produkcję „Liona” odpowiada Martin Glover, basista Killing Joke. I zaczyna się mocnym uderzeniem, bo „Hang Up” ma silną perkusję oraz industrialną elektronikę. A gdy jeszcze wejdzie gitara elektryczna, to petarda gotowa. Wyciszenie na początku „I Am My Own Name” jest złudne, choć dziwacznie brzmiące skrzypce oraz pulsująca elektronika są tylko zasłoną dymną. Mocarny głos Petera oraz bardziej dyskotekowe brzmienie perkusji przerywane „strzałami” gitary robią wielką zadymę. A dalej to jest totalna jazda. Nie brakuje synth popu (szybkie „Low Tar Stars”, spokojniejsze „I’m On Your Side”), wyciszenia (ale tylko w zwrotkach „Compression”, bo refren to power kompletny), ponurego klimatu (pulsujący bas oraz wokalizy w „Holy Crown” plus jeszcze marszowa perkusja i smyczki), szybszego tempa (najkrótsza „Elaiza” przypominająca mocno podrasowane Ultravox) a aranżacje i klimat jest tutaj naprawdę mroczny. Jak choćby w „The Ghost of Shokan Lake”, gdzie sekcja rytmiczna oraz smyczki z gitarą w tle potęgują atmosferę grozy.
A i tak to nie miałoby mocy, gdyby nie silny wokal samego Murphy’ego. Mocny, ekspresyjny i pełen energii, co jak 57-latka jest sporym osiągnięciem. Może czasami jest tu zbyt synth popowo i pojawia się tutaj lekka dyskoteka, to jednak „Lion” posiada bardzo, bardzo gotycki klimat, który pozostaje z nami do samego końca. Czyżby najlepsza płyta Murphy’ego po rozpadzie Bauhausa? Nie zdziwiłbym się, na pewno to bardzo dobry materiał.
William Friedkin to dla wielu kinomanów reżyser, który na początku swojej kariery nakręcił dwa wielkie filmy – „Francuskiego łącznika” i „Egzorcystę”. W następnych latach jego produkcje nie były w stanie sięgnąć poziomu tych tytułów. Znowu jednak o tym reżyserze zrobiło się głośno trzy lata temu, gdy na festiwalu w Wenecji pokazał swój „Killer Joe”. Mroczny kryminał z dość prostą, utrzymaną w oparach groteski intrygą, zapamiętano głównie dzięki niesamowitej role Matthew McConaugheya, który brutalnie zerwał ze swoim wizerunkiem pięknego kawalera do wzięcia, stając się brutalnym i psychopatycznym cynglem. Jednak nie piszemy tutaj o (samym tylko) filmie, lecz o warstwie muzycznej, zaś wybór kompozytora wydawał się mocno kontrowersyjny.
Friedkin (lub producenci) postanowili tym razem zaufać Tylerowi Batesowi, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest dobrym kompozytorem. Za swoje dotychczasowe dokonania wielu chciałoby go powiesić (zrzynki w „300” do tej pory mu nie wybaczono), a brak talentu był dostrzegalny nawet dla osób nie posiadających słuchu. Dlatego nikt chyba specjalnie nie wierzył w umiejętności Batesa. Efekt okazał się jednak dość… zaskakujący, choć soundtrack jest bardzo króciutki.
Bates postawił na mroczny klimat, tworząc muzykę bazującą na lekko westernowym instrumentarium (gitara elektryczna, perkusja, harmonijka i skrzypce). I choć pozornie wydaje się ona mało melodyjna i niezbyt atrakcyjna, słucha się jej zaskakująco dobrze, mimo iż materiał składa się z krótkich, bo około minutowych utworów. Nie brakuje tu typowo ilustracyjnego podejścia (rockowe „Strip Club” czy idące w stronę bluesa „Muffler Shop”), jednak zainteresowanie napędza temat głównego bohatera. Bardzo krótki utwór z niepokojąca grą gitary, kotłów oraz ciekawego instrumentu zwanego marksofonem (połączenie gitary z fortepianem) wyraźnie podkreśla demoniczny charakter Joe, potęgowany przez dziwaczny pomruk. Ten mrok nasila się w każdym utworze, choć najpełniej wypływa w pozornie spokojnym „Texas Motel”, gdzie dominuje klawiszowa harmonijka (w połowie zastąpiona przez gitarę elektryczną). Klimat ten zostaje z nami aż do samego finału.
Nawet, jeśli pojawia się odrobina liryzmu („Dottie’s Dress” z melancholijną harmonijką), to podskórnie wyczuwany jest niepokój. Coś wyraźnie wisi w powietrzu. Ta ponura atmosfera budowana jest na dysonansach i bardzo długich dźwiękach instrumentów, na których gra sam kompozytor. Najbardziej czuć to w środkowej części płyty, czyli w „Amusement Park” i „Police Station” (powtórka tematu Joe) oraz najdłuższym w zestawie, ponad trzyminutowym „Rabbits Scream” – mocno idący w stronę bluesowej trans-psychodeli (gitara i harmonia oraz pomruki i dziwaczne głosy), okazuje się jednym z najlepszych utworów Batesa. Końcówka to już drastyczny finał, w jakim dochodzi do ostatecznego rozstrzygnięcia. „I Have to See You” wyróżnia się popisem harmonijki, „We Can Pull This Off” ma bardzo nerwowe kotły, a „To My Future Wife” pozornie jest wyciszeniem dla całej fabuły, lecz pogłosy w tle nie dają spokoju. Pod koniec zresztą wybija się dziwnie zaaranżowana, smyczkowa melodia weselna.
Trzeba przyznać, że Tyler Bates potrafi zaskoczyć, jak chce. „Killer Joe” jest pewną małą niespodzianką, która ma swój własny, psychodeliczny klimat, podany w miarę przyswajalny i przystępny sposób. Krótki czas trwania płyty też jest sporą zaletą. Może nie podobać się krótki czas trwania poszczególnych kompozycji oraz pewna monotonia brzmienia, jednak i tak to jedna z niespodzianek roku 2011. Podobnie zresztą i film, który serdecznie polecam.
So long my fatal friend
I don’t mean this to end
I re-imagine the steps you took
Still blinded by your intellect
W zeszłym roku Walijczycy z grupy Manic Street Preachers wydali naprawdę dobrze przyjęty album „Rewind the Film”. Tym większe było zaskoczenie, że po roku pojawił się nowy materiał wyprodukowany w całości przez zespół. Ciekawe, co tym razem trio zaproponowało.
Melodyny rockowy album zmieszany z elektroniką, co jest oznaką dzisiejszych czasów. O ile nie do końca przepadam za syntezatorowymi cuda-wiankami, to tutaj nie są one dominujące. Nie brakuje tutaj chwytliwych przebojów („Walk me to the Bridge” z prostym, ale bardzo nośnym basem) i bardzo pomysłowych patentów (orientalna gitara i werble w „Let’s Go to War” czy pulsacyjna elektronika Ciana Ciarana wspierają§ca bas w „The Next Jet to Leave Moscow”). Jest tutaj bardziej spokojniej, ale i różnorodniej, a na pewno bardziej hitowo. Ale też nie brakuje troszkę ostrzejszego grania klawiszy jak w „Europa Geht Durch Mich” (a i gitara też robi swoje) czy momentów bardziej wyciszających („Divine Youth” z delikatnymi klawiszami oraz ciepłym wokalem Georgii Ruth). A idealnie zgranie klawiszy z mocniejszymi riffami gitary znajdziemy w kolejnym kilerze, czyli „Sex, Power, Love and Money” oraz instrumentalnym „Dreaming of City (Hugheskova)”. Brzmi to świetnie i nie ma tutaj miejsca na nudę, a edycja deluxe zawiera jeszcze dodatkowy album z piosenkami w wersjach demo oraz trzema nagraniami, które nie zmieściły się w edycji podstawowej.
Nie mam wątpliwości co do innej kwestii: Bradfield śpiewa naprawdę świetnie, teksty nie są zbiorkiem banałów i komunałów, współgrając z muzyką. Do tego jeszcze goście wspomagający przy utworach jak Ciana Ciaran, aktorka Nina Hoss („Europa Geht Durch Mich”) czy Green Gartside („Between the Clock and the Bed”). I mamy bardzo pięknie wyglądającą przyszłość Maników. Chcecie się sami przekonać?
Jedna z najbardziej kontrowersyjnych i wyrazistych postaci nie tylko irlandzkiej sceny muzycznej. Dwa lata po dość chłodno przyjętym „How About I Be Me (And You Be You)” postanowiła znów zaatakować i wydać kolejny materiał, tylko bardziej rockowy.
Za produkcję „I’m Not Bossy…” odpowiada pierwszy mąż Sinead, muzyk Jim Reynolds. I na pewno nie jest to az tak chaotyczne i niespójne jak poprzednik. Gitara elektryczna przewija się przez cały czas, nie jest ona ani ostra ani ciężka, jednak zaznacza swoją obecność. Ale gitara nie jest jedynym instrumentem, który się tu przewija. Nie brakuje tutaj spokojniejszych dźwięków (otwierający całość „How About I Be Me” z delikatnymi klawiszami oraz smyczkami), ani skoczniejszych melodii („Dense Water Deeper Down” z chwytliwymi dęciakami), skrętów w rock’n’rolla (zaczynająca się nakładającymi się wokalami Sinead w „Kisses Like Mine”), odribiny elektroniki zmieszanej z trip hopem („Your Green Jacket”), a nawet mocnego bluesa („The Voice of My Doctor” – tam gitara może się wyszaleć). Najciekawsza O’Connor jest wtedy, gdy idzie w stronę popową albo przełamuje tempo oraz melodykę tak jak w przypadku „Harbour”. Spokojna perkusja, delikatna gra fortepianu oraz gitary. W połowie dochodzi do kompletnej wolty, perkusja i gitara staje się ostrzejsza i mocniejsza, a Sinead zaczyna po prostu krzyczeć. Drugim zaskoczeniem jest „James Brown” nagrany z pomocą saksofonisty Seana Kuti, który jest lekko okraszony funkiem (utwór, nie Kuti). Te dwa utwory są najmocniejsze w całym zestawie, ale reszta nie pozostaje gorsza. Jest chwytliwie, melodyjnie, a głos Sinead mocna zapada w pamięć.
I rzeczywiście, to Sinead jest tu szefem. Jej głos, teksty, a jednocześnie kompozycje nie wywołują irytacji ani rozdrażnienia. Coś się chyba zaczyna dziać i może dojść do przełomu. Tak trzymać.