Linkin Park – The Hunting Party

The_Hunting_Party

To jeden z tych zespołów, których nie trzeba przedstawiać. Wystarczy wspomnieć takie utwory jak „In The End”, „Numb”, „Somewhere I Belong” i już wiadomo o co chodzi. Mieszanka gitarowego grania z samplami, nawijką i elektroniką, czyli Linkin Park. Ostatnio ten zespół (prowadzony przez producenta Ricka Rubina) bardziej poszedł w stronę radiowego grania, za co mu podziękowano. Mimo to do „The Hunting Party” podchodziłem dość ostrożnie.

Tym razem za produkcję odpowiadają dwaj członkowie zespołu – gitarzysta Brad Delson i drugi wokalista Mike Shinoda, którzy także odpowiadają za melodie oraz teksty. I jest na pewno lepiej niż przy ostatnich trzech albumach. Po pierwsze, przypomnieli sobie, że mają gitarzystę, więc jest ostro i z przytupem. Czy oznacza to, że zrezygnowali z elektronicznych wstawek? Oczywiście, ze nie, ale one nie dominują. Może zabrzmi to prowokacyjnie, ale tutaj chłopaki bardziej postanowili zrównoważyć ostry riff z samplami. Symbioza ta jest najbardziej obecna w „Until It’s Gone” czy „Guilty All The Same” (nawijka rapera Rakima pasuje tu jak ulał) oraz w „Rebellion” (gościnnie na gitarze Daron Malakian z System of a Down). Także w otwierającym całość „Keys to the Kingdom” sample i elektronika brzmią nieźle, ale to ostra gitara i walenie perkusji napędza tą płytę. Owszem, są też momenty spokojniejsze jak na nich (pachnący trochę P.O.D. „All for Nothing” z gościnnym udziałem wokalisty Helemta – Paige’a Andersona czy instrumentalne „The Summoning” i „Drawbar” z Tomem Morello na pokładzie) , jednak brzmią one naprawdę dobrze.

Nadal na wokalu szaleje Chester Bennington, który przypomina sobie, iż kiedyś darł ryja na całego. Mike Shinoda nadal nawija, czasami podśpiewuje („A Line in the Sand”), ale panowie rzadko pojawiają się razem, co budzi mój pewien niedosyt.

Co do jednego nie mam wątpliwości, Linkin Park przypomniał sobie o swoich ostrych korzeniach i powolutku wracają do dawnego brzmienia. Może nie wszystkie utwory porywają, niemniej jest to krok w dobrą stronę. Jest pazur, jest energia – forma chyba też.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – Word of Mouth

Word_of_Mouth

Udało się odnieść wielki sukces jakim było “Living Years”. Ale jak się potem miało okazać, dla Mike’a Rutherforda i jego kumpli był to maksimum możliwości. Przynajmniej pod względem komercyjnym. Czy to znaczy, że ich następne płyty były kompletnie nieudane? Sprawdzę to na przykładzie pochodzącego z 1991 roku „Word of Mouth”.

Jeśli ktoś się spodziewał, że zespół pójdzie bardziej w stronę hard rocka, heavy popu czy disco polo, musiał być mocno rozczarowany, bo jest to proste, pop-rockowe granie. Ale za to jakie fajne i przyjemne, bo nagranie takich albumów tylko pozornie wydaje się łatwe, proste oraz nieskomplikowane. Nie brakuje tutaj szybkich energetyków („Get Up” z szalejącym pianinkiem oraz bardzo nośnym refrenem), podniosłych i krzepiących haseł (tytułowy utwór z równie nośnym refrenem jak w/w), jak i chwil wyciszenia (nastrojowe „A Time and Place” z delikatnymi klawiszami). Do wyboru do koloru, a słowo nuda w przypadku tych dżentelmenów jest słowem, które wykorzystaliby w tekście jednej z piosenek. Jak oni to robili? Nie mam pojęcia, w dodatku teksy nie były takie głupie i puste. W dodatku wzbogacali utwory małymi dodatkami jak saksofon („Everybody Gets a Second Chance”) czy pojawieniem się chóru („Before (The Next Heartache Falls)”). Nawet elektronika nie brzmi ani tandetnie, archaicznie, tylko potrafi czasem ukoić „Stop Baby”.

Reszta to już poziom, do którego ten zespół przyzwyczaił, czyli świetnie śpiewający Paulowie: Young i Carrack, przyjemne melodie oraz troszkę głębszy tekst (tytułowy utwór czy „A Time and a Place”). I mimo upływu lat pozostaje to dobrą, naprawdę bardzo fajną muzyką.

8/10

Radosław Ostrowski

Boy Hits Car – All That Led Us Here

All_That_Led_Us_Here

Rockowego grania ciąg dalszy. Tym razem padło na kwartet z Los Angeles, działający już ponad 20 lat, a jego jedynym członkiem od początku jest wokalista Gregg Rondell (gra też na dwunastostrunowej gitarze), a pod wydaniu ostatniej płyty trzy lata temu dołączył nowy perkusista. I co z tego wyszło?

Ekipa bardzo idzie w stronę takich kapel jak Korn czy P.O.D., czyli jest melodyjnie, ale głośno i ciężko. Gitara i perkusja (przede wszystkim perkusja) robi tutaj naprawdę zamieszanie, uatrakcyjniając ten album, który w zasadzie jest zaledwie poprawny. I nawet pewne urozmaicenia (orientalny „Quiet Storm” z sitharem, w połowie akustyczne „Ocean Equation” czy perkusyjny wstęp „Ourglass”) oraz bluzgający wokalista, całkiem niezły zresztą, nie jest w stanie przykryć ani nudnych kompozycji, mało ciekawego brzmienia. Na szczęście czas trwania nie jest specjalnie długi i można tą płytę przesłuchać dość szybko. Tylko czy warto?

5/10

Radosław Ostrowski

Black Stone Cherry – Magic Mountain

Magic_Mountain

Kwartet z Kentucky do tej pory nagrał trzy płyty, które pachniały southern rockiem. I teraz po trzech latach wrócili. Ekipa w składzie: Chris Robertson (wokal, gitara prowadząca), Ben Wells (gitara rytmiczna), Jon Lawhon (gitara basowa) i John Fred Young (perkusja) chcą udowodnić, że jeszcze potrafią przyłoić. I to pokazują na „Magic Mountain”.

I jest to bardzo zadziorne granie, które jest na pewno bardziej współczesne niż przesłuchiwany wcześniej Black Label Society, bardziej soczyście i melodyjniej. Tempo jest dość różnorodne, co na pewno jest plusem, a gitara w paru miejscach naprawdę się popisuje („Peace Pipe”), czasem pachnie oldskulowo („Bad Luck & Hard Love” czy bardzo nośne „Me & Mary Jane”), czasami jest bardzo delikatnie (początek „Runaway”, który potem jedzie po szybkości czy pachnący bluesem „Blow My Mind”), a kiedy jest potrzeba przyśpieszają (tytułowy utwór z „organowym” wstępem czy „Never Surrender”). Może i to już słyszeliśmy wcześniej, ale to kopyto jest naprawdę mocne, zaś wokal Robertsona jest taki, jaki być powinien. Choć ballady są tutaj naprawdę niezłe („Sometimes”), to jednak wypadają najsłabiej w całym zestawie. Na szczęście nie ma ich tutaj zbyt wiele, a energia i dynamika nakręca ten album, któremu warto poświęcić czas.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – Living Years (25th Anniversary Edition)

Living_Years

Zgodnie z zasadą sequeli, zespół Mike + The Mechanics nie odpuścił i ruszył za ciosem. Co prawda, wymierzenie tego ciosu trwało trzy lata, jednak album „Living Years” odniósł wielki kasowy sukces, ale przetrwał próbę czasu? Zobaczmy.

Słychać na pewno, ze to album z lat 80., a to dzięki wszelkiego rodzaju elektronicznym wstawkom jak plumkający początek „Nobody’s Perfect” (jeszcze w tle przewija się marszowa perkusja) czy brzmieniu perkusji, jednak nadal jest to zestaw melodyjnych i chwytliwych piosenek (szybkie „Seeing is Believing” z niezła gitarą oraz imitacja chóru w refrenie), a niektóre z nich jeszcze potrafią pięknie zabrzmieć. Tak jak tytułowa piosenka z delikatną gitarą, przestrzenna elektroniką oraz świetnie śpiewającym chórem w refrenie czy bardzo płynące „Nobody Knows” z delikatnym wstępem gitarowym i ładnymi klawiszami oraz szybszymi refrenami. Żeby jednak nie było tak przyjemnie, to pojawia się parę mocniejszych uderzeń jak „Poor Boy Man” z potężna gra klawiszy na początku czy szybkie „Blame” (klawisze przyśpieszają i w takim tempie jadą w tle oraz naprawdę mocnym riffem pod koniec). A tak naprawdę każdy utwór jest przynajmniej bardzo dobry, a to w połączeniu ze świetnymi głosami Paula Younga i Paula Carracka oraz niebanalnymi tekstami (m.in. o odpowiedzialności, samotności czy wierze).

W tym roku wyszła reedycja albumu. A co to oznacza? Dodatkowy album, a w nim zapis trasy koncertowej z 1989 roku, promującego „Living Years”. Na początek jednak drugiej płyty dostajemy nową wersję „Living Years” zespołu w odmienionym składzie (z wokalem Andrew Roachforda) i brzmi to całkiem nieźle. A koncertowe wcielenie Mike’a prezentuje się naprawdę więcej niż solidnie i nie jest to tylko zbędny dodatek. Za to dodatkowy punkt.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The Black Keys – Turn Blue

Turn_Blue

Ten amerykański duet w ostatnim czasie sporo namieszał, dzięki płytom “Brothers” I “El Camino”, przez co uznano ich za następców duetu The White Stripes. Dan Auerbach (gitara i wokal) oraz Patrick Carney (perkusja), czyli The Black Keys po trzech latach przerwy wracają z nowym materiałem, znowu do spółki z producentem Danger Mousem (współpraca m.in. z Beckiem, Norą Jones czy Jackiem Whitem).

Już sama nazwa płyty wskazuje, że będzie zmiana klimatu, choć nadal w stylistyce rocka lat 60. oraz 70., ale dominuje tutaj melancholia i smutek, co słychać zarówno w chórkach przewijających się w refrenach, jak i w elektronice (wstęp „Weight of Love”), ale nie znaczy to, ze nie tworzą melodyjnych piosenek. Choć bas gra bardzo rytmicznie, gitarka elektryczna jest taka bardziej delikatna (choć pokazuje pazur w „Year in Review”), pojawiają się nawet smyczki (tytułowy utwór), nie mogłem pozbyć się wrażenia, że słysze ostatnie Arctic Monkeys (chyba przez ten bas i perkusję), tylko zrobione z większym rozmachem i energią. Nie ma tutaj pójścia pod sympatię radiowcom, dochodzi do zmiany tempa („Bullet in the Brain”, który zaczyna się bardzo akustycznie, by potem nabrać większego rozmachu i przyśpieszenia czy „It’s Up To You Now” z szybką perkusją i gitarą, by w połowie perkusja nabrała mocy razem z „garażową” gitarą i wrócic do początku) czy bardziej stonowanych kompozycji (prawie akustyczne „Waiting on Words”), ale nadal są one różnorodne i parę razy potrafią naprawdę zaskoczyć. A jeśli do tego dodamy świetny wokal Auerbacha, to mamy naprawdę dobrą płytę. Nie jakąś super powalającą (choć są kapitalne numery), ale uczciwie dobrą oraz przyjemną w odsłuchu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Toto – 35th Anniversary Tour: Live in Poland

35th_Anniversary_Tour_Live_In_Poland

Zespół Toto to jedna z żywych legend rocka lat 80., któremu nieśmiertelność przyniósł przebój „Africa”. W zeszłym roku kapela przyjechała do Łodzi w ramach trasy koncertowej z okazji 35-lecia działalności., a teraz wyszedł zapis tego koncertu w wydaniu podstawowym (dwie płyty CD) oraz rozszerzonym z DVD i Blu-Rayem.

Ekipa w składzie: Steve Lukather (gitara i wokal), David Paich (klawisze, wokal), Steve Porcaro (klawisze, wokal), Joseph Williams (wokal), Simon Phillips (perkusja) wspierana przez basistę Nathana Easta zagrała zarówno utwory z ostatnich albumów jak i swoje największe hity jak „Africa” (druga połowa improwizowana wspólnie z publicznością), „Rosanna” (w połowie idąca w stronę jazzu, dzięki lekkiej grze fortepianu i improwizacji gitarowej) czy „Hold the Line” (popisy gitarowo-perkusyjna na koniec). Na przemian jest balladowo i nastrojowo, gdzie wykazują się klawisze („I’ll Be Other You”), ale nie brakuje też popisów gitarowych Lukatera (poza wspomnianą „Roseanną” choćby „Wings of Time”) czy klawiszy (końcówka „Falling in Between”), zas publiczność reaguje bardzo entuzjastycznie i zdarza się jej śpiewać razem z zespołem. I to wszystko słychać na dwóch płytach, a co najważniejsze nie czuć wieku muzyków. W zasadzie trudno mi pisać o koncertowych płytach, bo w zasadzie są wykonywanymi na żywo Greatest Hitsami. Jednak ja polecam sięgnięcie po wersję z obrazem. Aż mi zaostrzyło to apetyt.

Oceny nie będzie.

Radosław Ostrowski

Santana – Corazon

Corazon

Carlosa Santanę przedstawiać specjalnie nie trzeba. Jeden z najlepszych (i najstarszych) wirtuozów gitary swój złoty okres przeżywał w latach 70-tych oraz na przełomie wieków, dzięki płycie „Supernatural”, w której pozapraszał masę gości tworząc wiele przebojowych hitów, wykorzystując tą formułę jeszcze parę razy (ostatnio cztery lata temu), by powrócić do instrumentalnego grania (fantastyczne „Shape Shifter” z 2012). Jednak jak wiadomo, trzeba z czegoś opłacić rachunki i Carlos znów postanowił nagrać przebojową, rockową płytę – „Corazon”, która miała pachnąć latynowskimi klimatami. Ale miałem obawy, że to nie wypali.

I o dziwo początek jest naprawdę świetny, dzięki bardzo przebojowej „Saiderze” (Samuel Rosa szaleje) oraz spokojniejszej „La flaca” z mocnym wokalem Juaneza. Potem jest dość szeroki misz-masz gatunkowy, gdzie nie brakuje zarówno rapowania (ostre „Mal bicho”), reggae (niezłe „Iron Lion Zion” z Ziggym Marleyem), popu („Besos de lejos”), jazzu (instrumentalny – prawie – „Yo Soyla Ruz”) a nawet tandetnej elektroniki (czy mogło być inaczej, jak się idzie na współprace z Pitbullem?), jednak nie układa się to w żadną spójną całość, a bogactwo gości może przyprawić o ból głowy, bo mamy tu m.in.: Glorię Estefan, Miguela czy Diego Torresa. Oni radzą sobie raz lepiej, raz gorzej. Ale Santana robi to, co potrafi najlepiej – bo gra naprawdę świetnie, wzbogacając każdą melodię, nawet jeśli nie jest ona najwyższych lotów.

Piętnaście piosenek, których słuchałem w „Corazon” są strasznie nierówne, a duet z Pitbullem to kompletna porażka. Chyba wrócę do przesłuchania jeszcze raz „Shape Shifter”, choć jest tutaj parę wartych uwagi numerów.

6/10

Radosław Ostrowski

Mike + The Mechanics – Mike + The Mechanics

Mike__The_Mechanics

Jeżeli członek progresywnej kapeli, decyduje się założyć popową kapelę, zawsze jest pytanie o co tu chodzi. Tak zrobili muzycy grupy Asia, ich szlakiem podążył Mike Rutheford – basista zespołu Genesis, gdzie po odejściu Steve’a Hacketta zaczął tez grać na gitarze elektrycznej. Kiedy Genesis poszło w stronę bardziej popowego brzmienia, Rutheford doszedł do wniosku, by zadziałać na własny rachunek i założył kapelę Mike and the Mechanics (zapisywana też Mike + The Mechanics). Poza Ruthefordem, który poza graniem na basie/gitarze, był też kompozytorem zespół tworzyli: klawiszowiec Adrian Lee, perkusista Peter Van Hooke oraz dwaj wokaliści: Paul Young i Paul Carrack (na płycie śpiewają swoje utwory na zmianę). W tym składzie w A.D. 1985 roku wydali swój debiut.

Za produkcję odpowiadał Christopher Neil, który współpracował m.in. z a-ha, Celine Dion czy Shakin’ Stevensem. Pytanie tylko czy po latach ten album może się wybronić, choć formuła na dobry, popowy album wydaje się prosta: chwytliwe melodie; proste, lecz nie naiwne teksty; świetny wokal (przynajmniej przyzwoity) i producent z głową na karku. Już otwierający całość „Silent Running” – pierwszy przebój ma to wszystko. Delikatna gra klawiszy, proste i rytmiczne granie sekcji rytmicznej, nakładające się w refrenie wokale oraz gitarowy riff w środku, a mocniejszy na koniec. A że wstęp trwa prawie dwie minuty i zaczyna się od dziwnych dźwięków, to inna kwestia. Choć perkusja oraz elektronika zdradzają wiek płyty (słychać to chyba najmocniej w „All I Need is a Miracle” z wstępem trochę pachnącym new romantic), to jednak brzmi ona chyba szlachetnie i trochę mniej plastikowo od dzisiejszego grania.

Dodatkowo jeszcze wplecione zostały dodatkowe dźwięki (m.in. cykanie świerszczy w nastrojowym „Par Avion” – te klawisze naprawdę robią nastrój –  gdzie śpiewa trzeci wokalista – John Kirby czy „strzelająca” perkusja w bardziej rockowym „Hanging by a Threat”, gdzie klawisze są w środkowej części zgrane z klawiszami), a prostota zmieszana z finezja. Jeśli ktoś chce potańczyć, to mamy „I Get the Feeling” z dęciakami do towarzystwa, preferujący dynamikę polubią „Take the Reins” z akustyczną gitarą oraz chórkami w tle, chyba że szukamy nastrojowych melodii, to czymś takim jest wręcz epickie „You’re Are the One” czy „A Call to Arms” (niewykorzystana melodia  grupy Genesis).

Wokale tutaj bazują na kontraście: mocny Carrack kontra delikatny Young. Panowie nie mają żadnego wspólnego utworu, co na pewno byłoby dodatkową atrakcją do spółki z naprawdę ambitnym tekstem (dotyczy to „Silent Running”).

Debiut Mike’a Rutherforda z nowym projektem okazał się jedną z większych niespodzianek roku 1985. I mimo upływu prawie 30 lat, jakoś nie chce się zestarzeć, jakby pokazywał: tak należy robić pop. Reszta jest historią, którą spróbuje wam przybliżyć.

8,5/10

Radosław Ostrowski

VA – Wałęsa. Człowiek z nadziei

Walesa

Lech Wałęsa – postać, która nadal wywołuje emocje, ale jego wpływ na współczesną historię naszego kraju. Charyzmatyczny przywódca Solidarności jest jednym z symboli transformacji ustrojowej. Wie o tym Andrzej Wajda, który postanowił opowiedzieć historie elektryka, który nie chciał, ale musiał. Obalić komunę. Jest to co prawda laurka, która przedstawia Wałęsę niemal jako herosa naszych czasów, ale kapitalna kreacja Roberta Więckiewicza oraz odrobina humoru czynią ten film naprawdę niezłym. Swoje tez robi warstwa muzyczna.

Wajda postanowił wykorzystać do swojej opowieści piosenki z tego okresu. Ponieważ większość wydarzeń dotyczy lat 80., więc dominuje tutaj buntownicza, rockowa muzyka idealnie wpasowana do poszczególnych scen, stanowiąc niejako komentarz. Wydany przez Parlophone Music Poland album jest mieszanką zarówno piosenek, jak i utworów instrumentalnych, ale jeszcze do tego wrócę. Obowiązkowo mamy tutaj takich wykonawców jak Brygada Kryzys, KSU, reggae’owy Daab czy Róże Europy. Ta różnorodność mocno podkreśla klimat czasów zastraszenia, bezsilności („Martwy rok” KSU czy „Wojna!” Brygady Kryzys – stan wojenny) oraz niewielkiej nadziei, która powoli zaczynała się rodzić („Jeszcze będzie przepięknie” Tiltu i „Kocham wolność” kończące i zamykające zarówno film i album). A agresja niektórych utworów udziela się także słuchającemu („Tchórze” Dezertera). Nie można tez nie wspomnieć o trzech zagranicznych utworach: marszowym „Grit and Rust March” Roberta White’a (instrumentalna melodia na dęciaki i elektronikę), utrzymanym w country „A Song for Lech Walesa” Paula Henry’ego Dallaire’a (wokal mocno podobny do Johnny’ego Casha – i nie tylko wokal) oraz zagrana z rozmachem symfonicznym, patetyczne „Avenue of the Stars” Ray Daviesa.

mykietynWspomniałem o muzyce ilustracyjnej – Wajda zatrudnił też kompozytora do pracy przy filmie. Wybór padł na minimalistę Pawła Mykietyna, który wcześniej współpracował z Małgorzatą Szumowską (od filmu „Ono” to jej stały współpracownik) oraz Jerzym Skolimowskim („Essential Killing”) oraz przy poprzednim filmie Wajdy, „Tataraku”. I jak jego praca wypada? W konfrontacji z piosenkami naprawdę blado. I nawet nie chodzi o to, że są to bardzo krótkie utwory (większość nie przekracza minuty lub jest nieco ponad), w których dominuje tutaj elektronika, tworząca bardzo depresyjną atmosferę (niepokojący „Fragment 1” z zapętlonymi syrenami), choć bardzo nieprzyjemną do słuchania. Także w samym filmie przewija się ona gdzieś w tle. Druga grupa to bardziej rockowe utwory rozpisane na mały zespół (punkowy „Arłamów”, trochę delikatny „Fragment 3”, prawie akustyczna „Kłótnia” z werblami), które przynajmniej są bardziej żywiołowe, choć w tle przewija się tak samo brzmiąca elektronika.

W zasadzie można potraktować „Wałęsę. Człowieka z nadziei” jako kompendium wiedzy o polskiej muzyce lat 80., będącą uzupełnieniem muzyki do głośnego dokumentu „Beats of Freedom”. Sama muzyka Mykietyna niespecjalnie się wyróżnia (może poza „Kłótnia” i „Arłamowem”) i gdyby nie ona, ocena byłaby zdecydowanie wyższa.  Nie chcem, ale muszem dać:

6/10

Radosław Ostrowski