10,000 Maniacs – Music from the Motion Picture

Music_from_the_Motion_Picture

Ten zespół to już trochę zapomniana legenda lat 80-tych. Sławę przyniosły ich wersje „Because the Night” Patti Smith oraz „Trobule Me”. Grupę przez lata tworzyli: Dennis Drew (klawisze), Steve Gustafson (bas), Chet Cardinale (perkusja), Robert Buck (gitara) i Terry Newhouse (wokal), a także John Lombardo (gitara) i Natalie Merchant (wokal). Ale pojawiły się różne roszady, perturbacje, które spowodowały, że zespół ucichł po 1998 roku (ostatni album). Po 15 latach dziesięć tysięcy maniaków postanowiło wrócić z nowa płytą. I jaki jest efekt?

Roszady były poważne, bo z założycielskiego składu został tylko Gustafson i Drew, do których dołączyli Jerome Augustyniak (perkusja), Jeff Erickson (gitara) oraz Mary Ramsey (skrzypce, wokal). Ale to nadal proste, delikatne, rockowe granie. Ale takich kapel jest z tysiące, a i ta niespecjalnie się wyróżnia. Jest nudno, szaro i pusto – i nawet skręty w reggae („It’s a Beautiful Life”) oraz naprawdę solidne wokale Ramsey & spółki nie są w stanie uratować „Music from the Motion Picture” przed porażką. Dla mnie po prostu zbyt nijakie.

1/10

Radosław Ostrowski

Mark Knopfler – Comfort and Joy

Comfort_And_Joy

Współpraca Marka Knopflera z reżyserem Billem Forsythem tak bardzo się spodobała, że reżyser zaprosił muzyka do ponownej kolaboracji. Film „Komfort i radość” to już zapomniana historia młodego DJa, który wplątany zostaje w wojnę między dwiema rodzinami produkującymi lody. Jednak nie jest to stricte muzyka filmowa.

knopflerBo tak naprawdę Knopfler napisał raptem trzy utwory specjalnie dla filmu. Cała reszta (album wydany przez Vertigo zawiera 18 utworów) to piosenki, częściowo nagrane z Dire Straits. I jest to delikatne rockowe granie, które miejscami polane jest country („Camerado” ze skrzypcami i steel guitar), czasami skręca w bluesa („Badges, Posters, Steakers, T-S” z rytmicznym kontrabasem i fortepianem), mocniejszych uderzen (początek „What’s the Matter Baby” z silniejszą perkusją i klawiszami). Zaś sama gitara Knopflera jest naprawdę cudna, gra lekko i przyjemnie, co pokazuje choćby w instrumentalnym „Atlantis” czy „Crazy Train”. Piosenki po prostu wpadają w ucho i tworzą dość intrygującą mieszankę.

Jednak najbardziej interesujące i najważniejsze dla nas są trzy ostatnie utwory, czyli kompozycje napisane specjalnie do filmu. A tą zaczyna „A Fistful of Ice Cream” – bardzo delikatnie grające klawisze oraz gitara z mandolina tworzą bardzo specyficzny „włoski” klimat. Liryczniej brzmi „Comfort”, co jest zasługą saksofonu Chrisa White’a – mocnego i bardzo poruszającego. A całość kończy szybki „Joy” z bluesowym kontrabasem, pięknym saksofonem współgrającym z gitarą elektryczną. I z każdą sekunda przyśpiesza. Piękna nuta.

Ta dziwaczna mieszanka poza filmem brzmi bardzo dobrze i mogłaby się znaleźć na solowym albumie Knopflera bez problemów. Bardzo przyjemna i ładna muzyka – tyle.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Scorpion Child – Scorpion Child

00scorpion_childscorpion_child2013

Modne jest ostanie rockowe granie w stylistyce lat 70-tych I 80-tych, zwłaszcza wśród młodych zespołów. Teraz pojawili się młodzi muzycy, którzy pochodzą z miasta Austin w Teksasie, a są to: Aryn Jonathan Black (wokal), Christopher Jay Cowart (gitara prowadząca, wokal), Tom „The Mole” Frank (gitara rytmiczna), Shaun Avants (gitara basowa) i Shawn Alvear (perkusja). I zamiast jak na Teksańczyków przystało grać country czy delikatnego rocka, chcą być drugim Led Zeppelin. Ale czy będą w stanie udźwignąć ciężar mierzenia się z legendą? Na razie wydali debiutancki album, który brzmi znakomicie.

Debiut nazwany po prostu „Scorpion Child” wydany przez Nuclear Blast ma to, co w starym hard rockowym graniu być powinno: ciężkie brzmienie, ostre riffy zmieszane z melodyjnością i psychodelią. Tu słychać mocne inspiracje Led Zeppelin, od których nie da się uciec (otwierający „Kings Highway” czy „The Secret Spot”), co nie jest tutaj wadą. Mocne riffy gitar, surowe brzmienie czy popisująca się perkusja, która pędzi na złamanie karku (wystrzałowy „Polygon of Eyes”), zaś mocny wokal Aryna Blacka bardzo przypomina Roberta Planta. Tempo też jest różnorodne, zaś muzycy naprawdę pokazują swoje umiejętności (chwytliwy bas w „Liquir” czy perkusja w co drugim numerze). Jednak w połowie płyta nie trzyma tak za mocno w gardło (średnia ballada „Antioch” i za długie „Red Blood”), ale jest kilka mocnych numerów i ciekawych patentów (chórek i gitara w „In the Arms of Ecstasy” czy piekielnie szybki „Paradigm” z lekka orientalną gitarą).

Niby nie jest to nic zaskakującego, ale kopa i energię to ma potężną. Trzeba będzie się uważnie rozglądać za tym zespołem, bo kto wie co zrobią dalej.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Mark Knopfler – Local Hero

Local_Hero

Świat znał przypadki, kiedy do pisania muzyki filmowej zatrudniano osoby spoza tego środowiska, wybierając popularnych muzyków lub wokalistów. Tak też zrobili producenci film „Biznesmen i gwiazdy”, który nie był zbyt popularnym tytułem, a i obecnie niewielu o nim wie. Historia pracownika korporacji, który zostaje wysłany do Szkocji z zadaniem wykupienia wioski rybackiej, gdzie znajdują się złoża cennego surowca w 1983 roku spotkała się z dużym przyjęciem w Wielkiej Brytanii. Jednak sławny stał się dzięki muzyce.

knopflerA jej autorem jest znany gitarzysta i frontman Dire Straits – Mark Knopfler, co dla wielu może być szokiem i zaskoczeniem, ale im głębiej przyjrzymy się dorobkowi muzyka, to znajdziemy tak kilka ścieżek dźwiękowych robionych głównie w między płytami Dire Straits. Więc jeśli ktoś spodziewał się orkiestrowego grania, musiał się rozczarować, bo Mark zaprosił kilku muzyków i takim małym składzie stworzyli muzykę, którą wydało Warner Bros. w ponad 40-minutowym albumie, który zawiera 12 kompozycji.

Zaczyna się dość mało interesująco – „The Rocks and the Water” z monotonnymi dźwiękami morza oraz syntezatorem. Całość zaczyna nabierać rumieńców wraz z dźwiękami gitary w „Wild Theme”, gdzie Mark gra bardzo delikatnie przy wsparciu fortepianu oraz elektroniki. To jest coś, co nazywa się potocznie pięknem. Ale gatunkowy rozrzut jest tutaj spory: od country (szybkie „Freeway Flyer” z popisującą się gitarą elektryczną w rytmie silnika) przez jazz („Boomtown” z saksofonem, basem oraz delikatniutkimi klawiszami) aż do popu (piosenka „The Way It Always Stars” w wykonaniu Gerry’ego Rafferty’ego. Nie brakuje tutaj bardziej etnicznego grania, co zobowiązuje ze względu na miejsce akcji (Szkocja). Słychać to już w „The Ceilidh and the Northern Lights”, gdzie pojawia się flet, marszowa perkusja oraz syntezatory budujące atmosferę jak w grupie Clannad, utrzymanym w „morskiej” tonacji „The Mist Covered Mountains” z obowiązkowym akordeonem czy skocznym „The Ceilidh: Louis’ Favourite, Billy’s Tune”, który potem się uspokaja w ładną melodię na akordeon i skrzypce.

Ale nie jest album idealny. Wadą dla mnie są tutaj krótkie utwory, które nie trwają nawet minuty i sprawiają wrażenie zapychaczy jak „The Rocka and the Water 2” czy „Whistle Theme”. Na szczęście nie przeszkadzają one w odbiorze muzyki, które jest cudowna. Za tą pracę Knopfler otrzymał nominacje do nagrody BAFTA za muzykę. I tak się zaczęła przygoda gitarzysty z filmem, ale to temat na inną opowieść.

8/10

Radosław Ostrowski


Raz Dwa Trzy – Młynarski

Basic CMYK

Na następny album zespołu trzeba było poczekać cztery lata. I znów to była płyta koncertowa, nagrana w studiu im. Agnieszki Osieckiej. Ale tym razem panowie postanowili się zmierzyć z piosenkami Wojciecha Młynarskiego. Czy wyszło to tak dobrze jak w przypadku piosenek Osieckiej?

Jeśli zaś chodzi o dobór piosenek, mamy tutaj zarówno wielkie hity jak i trochę mniej znane piosenki oraz polskie teksty zagranicznych hitów („Idź swoją drogą”, które zaczyna płytę bazuje na akustycznej gitarze, bębenkach i akordeonie). I znów muzycy ubarwili utwory po swojemu, dodając odrobinę smutku („Tak jak malował pan Chagal”) i ocierając się klimatem wschodnim („Piosenka Wanki Morozowa” z ładnymi klawiszami, gitarą brzmiąca jak balałajka oraz szybkim tempem czy jeszcze szybszy „Moskwa-Odessa” z mocniejszym wokalem Nowaka oraz bluesowym kontrabasem), zaś publika reaguje bardzo entuzjastycznie. Nie brakuje jak zawsze lekkości (jazzujące „Jesteśmy na wczasach”, gdzie sam Młynarski wypowiada to zdanie: „Panno Krysiu, kocham panią”, a gitara, z klawiszami tworzą ładny klimat, „Absolutnie” z duetem gitara-akordeon czy „Bynajmniej” śpiewane także przez Jarka Trelińskiego). Jednak nie brakuje też odrobiny goryczy („Polska miłość” czy „Jeszcze gramy w zielone”), co moim zdaniem wychodzi na plus, wyłuskując nowe znaczenia piosenek Młynarskiego.

Nowak potwierdza swoją klasę jako wokalista, a teksty to sprawa nie podlegająca dyskusji, gdzie nie brakuje humoru i refleksji – tak już się nie pisze.

Raz Dwa Trzy drugi raz zmierzył się z cudzym materiałem i znowu wyszedł z tego starcia z obronną ręką. Naprawdę godny uwagi materiał. I tak powoli zbliżamy się do ostatniego albumu.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Sylvester Levay – Hot Shots!

Hot_Shots

Kiedyś to się robiło filmowe parodie. Ostatnio robi się głównie na zasadzie jak największego ośmieszenia konkretnych scen z filmów. A jeszcze 25 lat temu tryumfy święciły kręcone przez trio Zucker-Abrahams-Zucker takie jak „Czy leci z nami pilot?” czy seria „Naga broń”, gdzie robiono sobie także z klisz i schematów kina popularnego. W tą samą stylistkę poszedł „Hot Shots!” z 1991 roku, będący parodią, głównie „Top Guna” z popisową rolą Charliego Sheena, zanim ostro brał koks, wyrywał laski i próbował je zabijać.

levayJednak nie będę opowiadał o filmie, który bardzo lubię, ale o jego warstwie muzycznej. A za nią odpowiada pochodzący z Węgier Sylvester Levay, znany głównie z tematu przewodniego do serialu „Airwolf”. Ale skoro film był niepoważny, to i muzyka musiała pójść w formę pastiszu. Kompozytor poszedł w modną wówczas elektronikę synth popową i zmieszał to z orkiestrą, co słychać już w „Main Title”, które przewija się tu parokrotnie (podniosła trąbka i patos polany gitarą elektryczną i syntezatorem). Na ekranie brzmi to rozbrajająco śmiesznie, zaś poza nim wypada to naprawdę nieźle. Coś takiego mógł popełnić Hans Zimmer, na początku swojej drogi. Owszem, jest dość chaotycznie i robi małe zamieszanie w głowie. Jednak całość brzmi zaskakująco lekko, zaś temat miłosny („Love Theme – The Fruit Seduction”) to kiczowate brzmienie gitary, fortepianu i smyczków po najprostszej linii oporu.

Problem jednak pojawia się w momencie, gdy utwory zaczynają się powoli zlewać w jedno, a taki styl powoli staje się robić mało ciekawy, choć jeszcze wyróżnia się „Training Flight” z pulsującą elektroniką. Taka rąbanka może i brzmi lepiej od tego, co serwują Jablonsky, Djawadi czy inni podopieczni Hansa Z., ale to trochę przymało, by wysłuchać tego więcej niż jeden raz. I nawet elegancka, jazzowa piosenka „The Man I Love” w wykonaniu Valerii Golino nie jest w stanie tego uratować. Bo mimo pewnej lekkości, od połowy muzyka staje się monotonna i pokazuje swoją pustkę w tej prostocie. Łatwo wchodzi, ale wychodzi jeszcze szybciej.

5/10

Radosław Ostrowski

Waglewski Fisz Emade – Matka, Syn, Bóg

Matka_Syn_Bog

Każdy z tych trzech dżentelmenów wiele osiągnął na polu muzycznym. Najstarszy, Wojciech jest kompozytorem, autorem tekstów i wokalistą Voo Voo, starszy syn Bartek zwany Fiszem jest jednym z ciekawszych raperów, zaś jego brat Piotrek „Emade” jest cenionym producentem, współpracującym z różnymi środowiskami. Pięć lat temu wydali wspólny album „Męska muzyka”. Teraz pora na kolejny wspólny album Waglewskich.

Album zawiera 13 gitarowych piosenek, zaś podział ról jest prosty: Wagiel senior gra na gitarze, Fisz na drugiej gitarze, zaś Emade (także producent) wziął na siebie perkusję. Brzmi to dość oldskulowo, wręcz stonowanie jak „Syn” z dość senną elektroniką i cymbałkami oraz fortepianem pod koniec czy surowo jak w utworach”Ojciec” czy „Pocisk”. Ale jeszcze panowie potrafią zagrać melodyjnie i żywiej („Wrze gąszcz”, gdzie przewija się żeński chórek), wpleść elementy hip-hopu (grany na żywych instrumentach „Trupek”, z dość surowym riffem), bluesa (lekko psychodeliczny „Bóg” z pięknymi, emocjonalnymi smyczkami) czy nawet country (dynamiczne „Ile jeszcze życia?” czy zapętlająca się „Kometa”). Panowie nie przynudzają, zaskakują i brzmią po prostu świetnie. To nie jest nowe Voo Voo i na szczęście, bo ciągłe mutowanie tego samego w innym składzie nie miałoby większego sensu.

Wokale Waglewskiego i Fisza są na poziomie. Trudno się tu w tej kwestii przyczepić, bo panowie radzą sobie bardzo dobrze i słucha się ich z niekłamaną frajdą. Zaś warstwa tekstowa jak to u Waglewskiego trzyma poziom, choć za pierwszym razem mogą one wprawić w konsternację. Jednak za następnymi razami powoli wszystko staje się klarowniejsze.

Jeśli ktoś spodziewał się rozczarowania, nic z tego. Waglewski nadal trzyma fason i poniżej pewnego (wysokiego) poziomu nie schodzi. Tak też jest tutaj, wystarczy tylko posłuchać.

8/10

Radosław Ostrowski

Big Day – Nasza fala

Nasza_fala

Ten olsztyński zespół znany jest głównie dzięki przebojowi „W dzień gorącego lata”, zaś do tej pory wydali 7 płyt. I właśnie przyjrzę się tej ostatniej – „Nasza fala” z 2012 roku. Co tym razem dała ekipa w składzie: Anna Zalewska-Ciurapińska (wokal), Marcin Ciurapiński (wokal, bas), Zbigniew Chrzanowski (perkusja) i Dawid Rakowski (gitara)?

Melodyjne, rockowe granie z popowym zacięciem. Jednak tutaj gitara gra cały czas i nie ma tutaj kompletnego znużenia. Ale rozrzut jest tu dość spory i nie drażni – od melodyjnego rocka w stylistyce lat 60. („Jeden taki dzień” czy „Czas dla ciebie” z fortepianem oraz dęciakami) po akustyczną americanę („Cztery razy mimo” i „Zastyga świat”). Ale jeśli myślicie, że nie pokazują pazura i trochę mocniejszego brzmienia, poczekajcie do numeru 4. „Nie mów mi jak” ma żywszą gitarę elektryczną i mocną perkusję (głównie w refrenach), zaś „Życie jest na ży” dzięki elektronice i spokojniejszemu rytmowi tworzy lekko psychodeliczny klimat. Tak samo ciekawym połączeniem gitar z elektroniką jest tytułowy utwór czy „Ostatni stróż cywilizacji”, zaś lekko punkowy „Dobrze nas pozmienia świat” poza dynamicznym brzmieniem, ma w sobie coś tanecznego. Proste, ale jednocześnie przyjemne i bezpretensjonalne granie.

Tak samo lekko jest to zaśpiewane przez Annę i Marcina (głównie przez nią), zaś pozornie proste teksty wypadają całkiem przyzwoicie.

Trochę szkoda, że ten album przeszedł bez echa, bo to naprawdę udany materiał. Mnie ta fala porwała.

7/10

Radosław Ostrowski

Ania Rusowicz – Genesis

Genesis

Dwa lata temu ta dziewczyna zrobiła zamieszanie nagrywając płytę mocno osadzoną  w realiach rock’n’rolla lat 60. I wydawało się, że zostanie zaszufladkowana w tej konwencji. Teraz Ania Rusowicz (bo o nie mówię) pojawia się po dwóch latach z nowym, autorskim materiałem.

Tym razem produkcją zajął się Piotr „Emade” Waglewski, którego zainteresowania muzyczne są szerokie – od rocka i psychodelii po hip-hop. Niby stylistycznie mamy to, co na debiutanckim albumie, co mógł sugerować singlowy „To co było”. Jednak tutaj jest większe pójście w stronę psychodelii, co sygnalizują nie tylko gitarowe riffy („Powroty do siebie” czy przypominające Breakout „Polne kwiaty”), ale też silniej zaznaczona sekcja rytmiczna (szybkie „Ptaki” czy bardzo minimalistyczna „Mantra”). Poza jednak gitarą i sekcją rytmiczną dają też o sobie znać smyczki („Nie uciekaj” trochę przypominające The white Stripes), delikatne Hammondy („Anioły”), flety („To co było”, „Tam gdzie pada deszcz”), ale widać tutaj spory progres. Jest różnorodnie, spójnie i jeszcze bardziej oldskulowo.

Sam wokal niby się nie zmienił, ale słucha się go z niekłamaną frajdą. Jest on też bardziej poddany obróbce i modyfikacjom („Anioły”, „Polne kwiaty”), zaś teksty może i dość proste, ale jednocześnie bardzo interesujące i zgrabnie napisane.

Tak jak zachwyciłem się „Moim big-bitem”, tak samo jestem pod wielkim wrażeniem „Genesis”. Jest wiele zmian, lepsze brzmienie i eksperymentowanie, a nie tylko stylizacja. Fantastyczna płyta.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Marek Jackowski – Marek Jackowski

Marek_Jackowski

Płyty wydawane po śmierci twórcy zawsze wprawiają w konsternację. Zwłaszcza gdy zawierają premierowy materiał i zwyczajnie nie wypada powiedzieć nic złego. Tak jest w przypadku ostatniej płyty Marka Jackowskiego, który nagrał z zaproszonymi gośćmi.

Jest to bardzo delikatne granie gitarowe, bardziej wyciszające i refleksyjne, a także bardzo melodyjne. Ale nie brakuje tutaj trochę mocniejszego uderzenia („Przychodzisz, odchodzisz” z silną gitarą oraz wokalem Piotra Cugowskiego), jednak dominują tutaj smyczki („Deszcz”, „Odnajdziemy się”), delikatne brzmienia gitary, choć perkusja potrafi zaszaleć albo skręcamy w stronę lekko popowej („Tyle muszę”), orientalnej („Kraj”) czy bluesowej („Miasto wzywa” ze świetnym saksofonem, „Matka od samotnych drinków”). Brzmi to po prostu bardzo dobrze, zaś nawet lekko taneczne elementy (perkusja w „Tyle muszę” czy „Nie zawsze jest tak jak chcesz”) nie przeszkadzają, a nawet intrygują.

Bardzo podobały mi się teksty – proste, ale za to poruszające, intrygujące i życiowe. Także sam Jackowski śpiewa naprawdę dobrze, choć bardzo delikatnie. Zaś wśród śpiewających tutaj są trzymający fason Piotr Cugowski, lekko stonowany Muniek Staszczyk („Ulica miłości”, „Nie zawsze jest tak jak chcesz”), rozpoznawalny Maciej Maleńczuk („Miasto wzywa”, „Kraj”), delikatna Anna Maria Jopek („Deszcz”, „Tyle muszę”), dająca radę Ania Wyszkoni („Odnajdziemy się”, „Matka od samotnych drinków”) oraz mocna Ewa Prus („Nie ma cię”). I wszyscy wypadli naprawdę zgrabnie i słuchało się tych piosenek z wielką frajdą.

Powiem wam szczerze – jest to naprawdę dobra płyta, serwująca coś, co wiele lat temu można było określić mianem szlachetnej muzyki rozrywkowej. Proste, ale nie prostackie, delikatne, eleganckie oraz zaskakująco pogodne.

7,5/10

Radosław Ostrowski