
Poprzedni album Cave’a i Złych Nasion odniósł wielki sukces. Dlatego na następną płytę trzeba było czekać aż cztery lata. W tym czasie frontman znów zaczął brać narkotyki i dlatego trafił na odwyk, przed rozpoczęciem płyty. Jak ekipa wkroczyła w XXI wiek?
Tym razem za produkcję odpowiadał Tony Cohen, z którym nagrali wiele płyt w latach 80. Brzmieniowo jest to kontynuacja poprzedniego albumu, czyli dalszy ciąg minimalistycznego brzmienia, choć nie do końca. I znowu na pierwszy plan wysuwają się skrzypce i fortepian, tworząc lekko nokturnowy („The Sorrowed Wife”, „We Came Along This Road”) czy wręcz melancholijny klimat („Darker with the Day”),w czym pomagają zapewne chórki. Jednak nie zlewają się utwory ze sobą, nie są zbyt monotonne, a nawet pojawiają się mocniejsze fragmenty z silną perkusją oraz ostrymi gitarami (końcówki „Oh My Lord” i „The Sorrowful Wife” oraz „Fifteen Feet of Pure White Snow”), gdzie przypomina się starszy Cave, eksperymentujący. Jednak to są rzadkie fragmenty, które potem znikają. W każdym razie „No More Shall We Past” jest na poziomie poprzedniej płyty, czyli wysokim.
Za to Nick Cave zaczyna śpiewać, a nie tylko recytować, co na pewno jest już sporą zaletą. I wypada bardzo dobrze – umówmy się, bez niego ten zespół nie istnieje. Zaś w tekstach opowiada nie tylko melancholijnie o miłości, ale też o Bogu, samotności czy rozstaniu i nadal trzyma dość wysoki poziom.
Niby nie jest tutaj nic, czego byśmy już nie słyszeli, ale nadal nie jestem w stanie oderwać ucha od Cave’a. Poprzeczka została utrzymana, tak samo jak poziom.
8/10
Radosław Ostrowski






I tutaj robi się naprawdę ciekawie, bo jej autorem jest tajemniczy Badly Drawn Boy. Byłem przekonany, że to nazwa zespołu. Błąd. Jest to pseudonim Damona Gougha – wokalisty i multiinstrumentalisty nurtu indie, który wcześniej nagrał jedną płytę. Dopiero soundtrack z tego filmu przyniósł mu rozgłos i popularność. 14 utworów, częściowo instrumentalnych, częściowo piosenki jego autorstwa i wykonania. Instrumentalne kompozycje zazwyczaj są krótkie („Exit Stage Right” czy „Wet, Wet, Wet”), ale bogate w dźwięki smyczków, gitary czy fortepianu, a jednocześnie jest to bardzo sympatyczna praca. Piosenki trochę przypominają utwory z lat 90-tych w stylu Oasis („Something to Talk About”), czasem są bardziej współczesne (pulsujący bas i elektronika w „File Me Away”), akustyczne („A Mirror Incident”) albo nostalgiczno-magiczne („Silent Sign”, „Donna & Blitzen”). W dodatku naprawdę bardzo dobrze zaśpiewane.












