Edyta Bartosiewicz – Wodospady

Wodospady

Na następną studyjną płytę Edyty Bartosiewicz trzeba było poczekać zaledwie rok. Czyli tempo wręcz zabójcze.

Jaki jest tego efekt? Gatunkowo (formalnie) nic się tu nie zmieniło – lekki rock z domieszką bluesa. Czasem gitara zagra trochę mocniej („Między nami deszcz”, „One Day You Will Find Me”), czasami się zapętla („Siedem mórz, siedem lądów”), elektronika buduje klimat, który jest bardziej ponury niż poprzednio („Ciekawe… (kto mi zabroni)” z nieprzyjemnym fortepianem), nie brakuje też szybszych i dynamiczniejszych utworów („Miłość jak ogień”), nie zabrakło też smyczków („Siedem mórz, siedem lądów”, „Mandarynka”) czy fortepianu („Buntowniczka”). Czyli wszystko po staremu, a nie czuć w żadnym wypadku znużenia.

Coraz bardziej bardziej zaczynam się przekonywać, że coraz trudniej jest napisać o czymś, co jest oczywiste. Bo cała reszta tej płyty też jest oczywistą oczywistością. Głos ten sam, niezmieniony, rozpoznawalny przez wielu, teksty pozbawione banalności, może trochę proste, ale na pewno poruszające i dające do myślenia. I słucha się tego naprawdę dobrze, mimo upływu lat.

Cóż mogę poradzić, że bardzo mi się podoba muzyka Edyty Bartosiewicz. Jest prosta, ale nie prostacka, piękna, ale to nie wydmuszka. Mógłbym pisać o niej długo, ale mi się nie chce. Wystarczy tylko posłuchać.

8/10

Radosław Ostrowski


Blue October – Sway

Sway

Byli już Brytyjczycy, a co robią teraz Amerykanie? Jest taka kapela, która działa od 1995 roku z Teksasu, ale nie grają country. Ich najbardziej znanymi utworami są „Should Be Loved” i „Say It”, a do tej pory nagrali 6 płyt. Teraz Blue October pod wodzą Justina Furstenfelda pojawia się z nowym materiałem.

„Sway” zawiera 13 piosenek wyprodukowanych przez zespół oraz Davida Castella. I pierwsze, co uderza to spokój, który jednak bywa „zabrudzany” przez gitary oraz odrobinę mocniejsze uderzenia („Angels in Everything”) oraz głośniejszy wokal Furstenfelda. Jest tutaj gitara elektryczna (zazwyczaj spokojna), ale częściej się tu przebija fortepian („Fear”, „Bleed Out”), smyczki („Breathe, It’s Over”, „Things We Don’t Know About”), elektronika („Light You Up” z rapowaną zwrotką). Klimat zaś miejscami potrafi być mroczny („Hard Candy”), nie brakuje silniejszych uderzeń („Put It On”), jednak nie ma ich tutaj zbyt wiele. Całość jest owszem zróżnicowana, ale dość nierówna i mało przykuwająca uwagę. Mało takiego pełnokrwistego pazura jak w „Things We Do All Night”, gdzie perkusja wali jak młotem, gitara brudzi, a wokal jest mocny. Niemniej „Sway” brzmi całkiem nieźle.

6/10

Radosław Ostrowski


Franz Ferdinand – Right Thoughts, Right Words, Right Action

Right_Thoughts_Right_Words_Right_Action

Kolejna brytyjska kapela, znana z grania melodyjnego i przyjemnego w odbiorze indie rocka. Do tej pory nagrali trzy płyty i cała Anglia (a przy okazji i świat) oszalał na ich punkcie. Czyli Franza Ferdinanda. Czy oszaleje i tym razem? Zwłaszcza, że trzeba było czekać pięć lat?

Wydaje mi się, że tak. Bo mamy tą mieszankę, z której zespół jest znany: elektroniczne, lekko dyskotekowe melodie, gitary elektryczne dające o sobie znać z pulsującym basem. Muzyka głównie do tańczenia, bardzo rytmiczna i dość szybka („Bullet” czy singlowe „Love Illumination”). Czasami zdarzają się wolniejsze fragmenty (połowa „The Universe Expanded” z delikatną elektroniką) czy różne urozmaicenia („Brief Encounters” z baśniowo brzmiącymi klawiszami, saksofon w „Evil Eye” czy dzwonki w „Goodbye Lovers & Friends”), ale kapeli udało się zachować filozofię grania oraz zaserwować chwytliwe melodie, okraszone jeszcze bardzo chłopięcym głosem Alexa Kapranosa oraz całkiem niezłymi tekstami.

Nie ma sensu tu rozwodzić się nad tym więcej, ale stwierdzam krótko: Franz Ferdinand wraca do dobrej kondycji i nadal brzmi świetnie. Tak powinno się grać na imprezkach, moje drogie panie i panowie. Odpowiednie brzmienie, odpowiednie słowa i działanie – tak zrobili i mam nadzieję, że będą się tego trzymać.

7/10

Radosław Ostrowski


Travis – Where You Stand

Where_You_Stand

Ta kapela była jedną z najważniejszych grup lat 90-tych i współtwórcą nurtu zwanego britpopem. Działają od 1990 roku, nagrali do tej pory 6 płyt i mieli kilka przebojów (najbardziej znane to „Why Does It Always Rain on Me?” i „Sing”). Teraz, po pięciu latach przerwy powraca Travis.

Ich nowy album zawiera 11 piosenek wyprodukowanych przez Michaela Ilberta (współpraca m.in. z Taylor Swift, a-ha, The Hives). Efekt – całkiem niezłe brzmienie, które fachowo się określa mianem soft rocka. Gitara gra bardzo delikatnie („Warning Sign”), muzycy stawiają na spokojniejsze tempo, choć zdarzają się małe skoki w stronę melodyjnego rock’n’rolla („On My Wall”) i sięgają po takie urozmaicenia jak fortepian („The Big Screen”), wokalizy („Warning Sign”) czy odrobina elektroniki („Mother”, „A Different Room”), co trochę przypominało mi ostatnią płytę Keane. Innymi słowy, gitary (poza basem) zostały odstawione i nie pojawiają się zbyt często. Można powiedzieć, że to bardziej popowy album, który niestety mnie wynudził swoim spokojem i wtórnością.

Nawet niezły wokal Frana Healy’ego oraz przyzwoite teksty nie były w stanie przekonać mnie do całości, która wchodziła jednym uchem, a drugim wychodziła.

5/10

Radosław Ostrowski


The Dangerous Summer – Golden Record

Golden_Record

Rock – gatunek muzyki, w którym musi pojawić się gitara (najlepiej elektryczna), bas i perkusja. I to wystarczy, by mieć kapelę. Jedną z wielu kapel grających tą popularną muzykę jest pochodząca z Ellicot City kapela The Dangerous Summer. Po nagraniu trzech płyt (w tym jednej akustyznej) oraz zmianach w składzie (gitara i perkusja), kwartet powrócił z czwartym albumem.

Standard: 10 piosenek w stylistyce pop-rockowej z wyraźną gitarą elektryczną, ale bez specjalnych riffów czy mocnych solówek. Jedyne, co wybija ten zespół od innych (poza surowością brzmienia) jest perkusista Ben Cato, który swoimi uderzeniami próbuje urozmaicić to granie. Nawet wokal, który się drze i bywa czasem trochę lżejszy wywoływał we mnie znużenie. Nic na tej płycie nie przykuło mojej uwagi, choć czasami pojawiają się małe drobiażdżki (fragmencik z pozytywni w „We Will Wait in the Fog” czy lżejszy wstęp w „Miles Apart”), ale to trochę za mało, by przykryć przeciętność tego materiału. To raczej złota płyta nie będzie, jak zapowiada to tytuł.

5/10

Radosław Ostrowski

John Mayer – Paradise Valley

Paradise_Valley

Po ciężkim dniu pracy należy posłuchać czegoś lżejszego i prostszego. Jednym z takich gatunków nadających się do takiego odsłuchu jest folk/country. Jednym z najbardziej znanych wykonawców tego nurtu jest John Mayer z Bridgeport, który do tej pory nagrał pięć płyt. Jego najnowszą można przesłuchać na iTunes (a 20 sierpnia kupić w sklepie).

Album ten zawiera 12 piosenek wyprodukowany przez Mayera i Dona Wasa, który współpracował m.in. z Ziggym Marleyem, Kurtem Ellingiem i Van Morrisonem. I po pierwszych dźwiękach słychać, że jest to muzyka lżejszego kalibru, z delikatnie grającą gitarą, choć nie brakuje tutaj szybkiego tempa („Call Me the Breeze”) czy lekkiego uatrakcyjnienia (klaskanie w „Wildfire”, trąbka w „Who You Love” czy fortepian w „I Will Be Found”). Jednak nadal obracamy się w country/folku, który może i nie jest czym zaskakującym czy nowatorskim, ale czy każda taka płyta być musi?  Całość ma dość równy poziom i trudno się do jakiejś piosenki specjalnie przyczepić od strony muzycznej. Także tekstowo jest nieźle i bardziej refleksyjnie.

„Paradise Valley” świetnie się będzie sprawdzać w godzinach wieczornych i późnym popołudniem. Relaksującą i porządnie zrobiony album z kilkoma ciekawymi piosenkami.

7/10

Radosław Ostrowski

The Traveling Wilburys – Vol. 3

Vol._3

O tej supergrupie już opowiadałem wam. Minęły dwa lata od wydania debiutu i pojawił się drugi album tego składu, finezyjnie nazwany Vol. 3.

Panowie Harrison, Lynne, Dylan i Petty znów postanowili razem zagrać. Niestety, po nagraniu pierwsze płyty zespołu zmarł piąty członek zespołu – Roy Orbison (jemu dedykowany jest ten album). Poza tym nadal zespół wspierał perkusista Jim Keltner i Ray Cooper oraz saksofonista Jim Horn. I nadal jest to bezpretensjonalne, rockowe granie w starym dobrym stylu, choć otwierającym album „She’s My Baby” z mocnymi riffami Gary’ego Moore’a może być zaskoczeniem. Ale potem ruszamy właściwym torem – panowie nadal świetnie śpiewają, robiąc też za chórki, nadal czuć ten luz i bezpretensjonalność, choć nie brakuje tutaj urozmaiceń jak sitar („The Devil’s Been Busy”), utrzymane w stylistyce początków rock’n’rolla „7 Deadly Sins”, idące w country „Poor House”, fortepian w „Cool Dry Place” czy twist w nomen omen „Willbury Twist”. Oprócz tego są jeszcze dwa bonusy i obie piosenki są coverami: „Nobody’s Child” (country) i „Runaway” (rock’n’roll).

Teksty nadal są pełne humoru i lekkości, dopełniając tego luzackiego stylu znanego z poprzedniczki. Jedyne czego żałuję to fakt, że panowie już nigdy więcej się nie spotkali. Ale pozostawili po sobie naprawdę przyjemną muzykę.

8/10

Radosław Ostrowski

Edyta Bartosiewicz – Dziecko

Dziecko

Po szoku wywołanym przebojowym i dynamicznym „Szok’n’Show”, trzeba było poczekać dwa lata. Wydawałoby się, że „Dziecko” będzie kontynuowała drogę wyznaczoną przez poprzedni album, jednak stało się inaczej.

Wyprodukowane przez samą Edytę album z 12 piosenkami , spowodował pewną konsternację, choć otwierająca album „Jenny” (szybki kawałek z szybkim pianinem), ale „Skłamałam” pokazuje z czym mamy do czynienia. Jest to płyta mniej przebojowa, bardziej intymna, ale nadal pełna emocji i klimatu, a gitara elektryczna zostaje lekko schowana. Nie brakuje tutaj mocnych kawałków („Słyszę jak mnie wzywasz” czy „Boogie, czyli słodka zemsta”), ale nie ma ich tutaj zbyt wiele. Tutaj jest bardziej stonowane brzmienie (bluesowe „Dobrze nam” z ładną instrumentalną partią w środku), z klawiszami („Nie znamy się”, „Moja ulubiona pora roku”). Trudno w zasadzie wyróżnić jakikolwiek utwór, bo całość jest spójna i słucha się tego nadal przyjemnie.

Reszta, czyli wokal i teksty nadal na poziomie, do którego przyzwyczaiła nas Edyta. Czyli o ludziach, rozstaniach, miłości i całej tej reszcie. Słuchałem tego z wielką frajdą i sentymentem, więc wracam ja przesłuchać.

8,5/10


Michael Kamen, Queen – Highlander

Highlander_25th_Anniversary_Edition

Może być tylko jeden. – to zdanie mówi wiele każdemu kto widział historię nieśmiertelnego Connora MacLeoda. Nieśmiertelny góral grany przez Christophera Lamberta był bohaterem filmu fantasy Russella Mulcahy’ego (jedyna znana produkcja tego reżysera), w którym łączyły się dwa światy: żywych i nieśmiertelnych, którzy toczą walkę miedzy sobą o Wielką Nagrodę. Mimo upływu lat, film ogląda się z wielką przyjemnością. Drugim czynnikiem decydującym o sławie tego filmu była też warstwa muzyczna.

QueenMówiąc muzyka, wielu od razu zareaguje jednym słowem – Queen. Po części jest to prawda, bo zespół poproszono o napisanie piosenek specjalnie do filmu (zostały one zresztą wydane na płycie „A Kind of Magic”), jednak są tylko współautorami, zaś kompozycje instrumentalne to robota Michaela Kamena, opromienionego sławą dzięki „Brazil” Terry’ego Gilliama. Muzyka z „Nieśmiertelnego” nigdy nie została oficjalnie wydana aż do 2011 roku, kiedy pojawiło się kompletne wydanie (z okazji 25-lecia premiery filmu), którym się zajmuję.

Utwory są tutaj ułożone w kolejności chronologicznej – zarówno score Kamena i piosenki Queen (rock zmieszany z… rockiem) przeplatają się ze sobą, co wydaje mi się jedynym słusznym rozwiązaniem zapewniającym ciągłość. I od czego by tu zacząć? Może jednak od piosenek. Po krótkim prologu Kamena dostajemy mocno uderzenie, czyli „Prince of the Universe”. Większość piosenek zespołu jest właśnie takich – dynamiczne, rockowe energetyki ze świetnymi solówkami Briana Maya jak w „Gimme the Prize” czy surowym „Hammer the Fall”. Jednak zespół nie serwuje tylko ostrego rocka, bo i nie zabrakło tutaj spokojniejszych ballad takich jak bardzo delikatne „One Year of Love” (elegancki saksofon) czy chyba najbardziej znana piosenka stanowiąca temat miłosny – „Who Wants to Live Forever” napisany przez Kamena z pięknymi smyczkami oraz pojawiający się w napisach końcowych „A Kind of Magic”. Nie dość, że te utwory idealnie pasują do tego filmu, to jeszcze poza nim sprawdzają się rewelacyjnie. To po prostu kawał muzyki z wysokiej półki. Jednak zespół nie ograniczył się tylko do napisania piosenek, bo są też utwory instrumentalne w ich wykonaniu jak mroczny „Kurgan’s Wild Ride” ze świetną gitarą, elektroniką i rytmiczną perkusją czy „Kurgan Kidnaps Brenda”, zaś pewną ciekawostką może być „New York, New York” w aranżacji zespołu.

kamenKamen zaś postawił na symfoniczne kompozycje. Najbardziej rozpoznawalnym utworem z tego filmu jest temat głównego bohatera ukryty pod nazwą „Highlander Theme”, który będzie przewijał się parokrotnie na albumie w różnych aranżacjach („Training Montage”, „The Prize Revealed/Epiloge”). To mógł napisać tylko Kamen. Zaczyna się on bardzo spokojnie – delikatnie grające klawisze, wspierane przez chórek, trąbki i harfę zaczyna nabierać na sile, dzięki falującym smyczkom, klarnetom, fanfarom i bębnom z każdą minutą przybierając na sile. Mimo dość częstej obecności, temat ten nie wywołuje znużenia, zaś jego obecność buduje klimat przygody, budując podwaliny pod „Robin Hooda – księcia złodziei”. Równie epickie brzmi „Scotland 1536/The Clan MacLeod” z potężnymi dęciakami i kotłami oraz bardzo ładnymi smyczkami, budującymi klimat średniowiecza. Kompozytor stworzył też parę mrocznego action score’a, który sprawdza się w filmie, jednak poza nim też daje się go słuchać („Incident Under the Arena”, Forge Fight/Kurgan vs Ramirez”). Mogą irytować utwory nieprzekraczające minuty („In the Ancient Artifact Room”, „The Stab”), jednak bardzo płynie przechodzą do następnych utworów.

Jednak po „A King of Magic” album się nie kończy. Otrzymujemy zestaw tematów alternatywnych (sztuk 6) jak symfoniczna wersja „Who Wants to Live Forever” (pod nazwa „Highlander Suite”) z dęciakami, pięknymi smyczkami i chórem śpiewającym tekst refrenu czy „Postlude” z dudami i werblami. Poza tym mamy tematy Kurgana (alternatywny bazujący na „Gimme the Prize” z potężnymi riffami Maya oraz druga wersja oparta na „Prince of the Universe”), Heather (wersja alternatywna z symfonicznym „Who Wants to Live Forever” z delikatnie brzmiącą gitarą oraz druga wersja na pianinie) oraz alternatywne „Kurgan’s Wild Ride”, czyli piosenka „Don’t Lose Your Head”.

Wydanie tego albumu (ok. półtorej godziny) może wydawać się zbyt chaotyczne z powodu przeplatania się dwóch różnych stylistyk – symfonicznej Kamena oraz rockowej Queen. Jednak razem stworzono muzykę z wysokiej półki, która tworzy spójną całość, porywa i jest naprawdę bardzo przyjemna. Nie wypada nie znać tego dzieła.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Chris De Burgh – Lady in Red: The Collection

Lady_in_Red_The_Collection

Kompilacje mają to do siebie, że zazwyczaj są one wydawane po to, by wysępić od fanów pieniądze. Tym bardziej ogarnęło mnie zdziwienie, gdy trafiła mi się kompilacja Chrisa de Burgha. Chociaż w tym przypadku mówienie o Greatest Hits wydaje się bez sensu, gdyż największy przebój Anglik miał tylko jeden – „Lady in Red”.

Jednak jakimś cudem udało się znaleźć jeszcze 17 piosenek wchodzących w skład tego albumu. Z drugiej strony takie albumy pozwalają na (może trochę pobieżne, ale jednak) zapoznanie się z dorobkiem danego wykonawcy. I umówmy się – to muzyka popowa, czyli prosta i nieskomplikowana. Ale nie ma ona nic wspólnego z prostackim, mocno elektronicznym brzmieniem z dnia dzisiejszego. Są klawisze, ale bardzo delikatne, plus gitara elektryczna dająca bobu („High on Emotion”, „Say Goodbye To It All”), fortepian, saksofon („Sailing Away”), akordeon („Lonely Sky”), smyczki („The Child is Born”, „Here is Your Paradise”).

Innymi słowy, jest to bardziej elegancki i szlachetny pop, który nie tylko nie drażni, ale brzmi bardzo przyjemnie. Nie zabrakło mocniejszych kawałków, niemniej całość jest bardzo spokojna, co jest po części także zasługą wokalu Chrisa oraz niegłupich tekstów. Piosenki są po prostu piękne i słucha się tego z niekłamaną frajdą. Między innymi dlatego lubię składanki. Oceny nie będzie.

Radosław Ostrowski