Mick Harvey – Four (Acts of Love)

00mick_harveyfour_acts_of_love2013proof

Muzyk ten przez długie lata był jednym z filarów zespołu Nick Cave & the Bad Seeds, choć działał też solowo jako wokalista jak i producent. Ale w 2009 roku opuścił zespół i postanowił całkowicie grać na własne konto. Mick Harvey, bo o nim mowa, do tej pory nagrał 5 solowych płyt, a teraz wyszedł jego najnowszy materiał.

„Four” zawiera piosenek 14, w całości napisanych (z wyjątkiem 5) i wyprodukowanych przez Harveya. Przejście między utworami jest bardzo płynnie, zaś poza gitarą elektryczną jest też akustyczna, perkusja i fortepian. Klimatem przypomina to płyty Nicka Cave’a ze względu na minimalizm formy i pod sennym tempem wyczuwalny jest pewien niepokój (najbardziej słychać to w „Midnight on the Ramparts” z gwizdem, monotonną gitarą, kontrabasem i elektroniką). Jednak poza spokojnymi kawałkami, nie brakuje odrobiny urozmaicenia i przyśpieszenia (bluesowe „Summertime in New York” z tajemniczym szeptaniem i mroczną gitarą). Drugim dość istotnym problemem, który może zniechęcić jest czas trwania utworów – wiele z nich nie przekracza nawet 2 minut i urywają się w najciekawszym momencie. Jednak o dziwo, brzmi to dość ciekawie i intrygująco. Najciekawiej zaś wypadają właśnie covery, co może wydawać się zaskakujące (poza „Summertime in New York” świetnie brzmi „The Story of Love”).

Sam wokal Harveya jest czysty, głęboki i bardzo spokojny, współtworzy on klimat całego wydawnictwa. Także tekstowo dominuje tematyka liryczna i tu wypada całkiem przyzwoicie.

Mick Harvey może po odejściu zespołu Nicka Cave’a nie jest zbyt błyszczącym wokalistą, ale nadal jest dobrym muzykiem i kompozytorem. Zaś płyta wydaje się odpowiednią na tą porę roku. Dobry album z kilkoma ciekawymi piosenkami. I tyle.

7/10

Radosław Ostrowski


Jane’s Addiction – Live in NYC

Live_in_NYC

Najtrudniejszymi płytami do słuchania są płyty koncertowe, bo trzeba w nich przekazać atmosferę koncertu. Zespół Jane’s Addiction znany jest ze świetnych koncertów, ale do tej pory wydali tylko jedną płytę koncertową w 1986 r. Teraz ukazał się drugi album koncertowy.

Płyta ta jest zapisem koncertu, który się obył w ramach „Theatre of The Escapists”, który miał miejsce w nowojorskim Terminal 5. Innymi słowy przed promocją swojej ostatniej płyty, postanowili zagrać serię małych koncertów w teatrach. I jak panowie grają? Mocno, szybko i bardzo klimatycznie. Gitara jedzie ostro, sekcja rytmiczna naparza, zaś Perry Farrell robi wszystko, by oczarować i nawiązać kontakt z publicznością (a to pogada, a to pośpiewa i podrze), która krzyczy i żywo reaguje na każdy utwór.  A i nie zabrakło tu największych hitów zespołu jak „Just Because”, „Jane Says” czy „Whores”. Mi zaś najbardziej się spodobał „Ted, Just Admit It…” ze zmiennym tempem, bluesowym basem i lekko orientalną perkusją w połowie czy „Been Caught Stealing” z zimnym basem.  Ale żeby nie było tak słodko, jest jeden niewypał – „Irresistible Force”, gdzie głos Farrella jest bardzo delikatny i przy ledwo słyszalny. Pewną niespodzianką był instrumentalny „Up the Beach” jako wstęp przed „Ocean Size”.

Poza płytą CD jest też dołączone DVD i wtedy można zobaczyć jak się bawi publika Nowego Jorku. Ja powiem tyle – fani gitarowego grania mieć muszą, tak czy owak. A jeśli kochacie dobrą zabawę, tym bardziej.

7,5/10


Within Temptation – The Q Music Session

The_QMusic_Sessions

W tym roku belgijski zespół rockowy Within Temptation obchodzi 15-lecie działalności. Z tej okazji kapela dostała propozycję od stacji radiowej Q Music, gdzie w specjalnie przygotowanej audycji mieli nagrać co tydzień jeden cover przez 15 tygodni. Odzew słuchaczy był tak duży, że postanowiono wydać te piosenki na płytę.

Piosenek zrobiono 15, ale z powodu niedogadania się w kwestii praw autorskich nie ma na albumie 4 utworów, które jednak można znaleźć na YouTube. Bardzo zaskakuje też wybór wykonawców, bo większość z nich to artyści popowi jak Lana del Rey, Bruno Mars, Imagine Dragons czy OneRepublic, ale nie zabrakło też The Who. Jednak kapela się nie ugięła i nagrała ich utwory na swoją rockowo-symfoniczną modłę. Efekt jest bardzo zaskakujący, bo nie tylko te utwory brzmią świetnie, dzięki mocnemu brzmieniu i totalnej rozróbie, to jeszcze niektóre z nich biją oryginał. Czasami w porównaniu do oryginału przyśpieszono (nieumieszczone na płycie „Somebody That I Used to Now” Gotye i „Skyfall” Adele, najszybsze w zestawie „Radioactive” Imagine Dragons czy „The Power of Love” Frankie Goes to Hollywood), wyciszono i zrobiono nastrojową balladę („Let Her Go” Passenger z klawiszami na pierwszym planie czy „Crazy” duetu Gnarls Barkley z fortepianem i nietypowo brzmiącą perkusją), a nawet doprowadzono do tego, że zrobiono strawniejsze wersje od oryginału („Titanium” Davida Guetty czy „Dirty Dancer” Enrique Iglesiasa). A mogli sobie po prostu odśpiewać oryginały jak większość wykonawców robiących covery. Nie, nic z tego, tu nie ma pójścia za łatwiznę i za to ich szanuję.

Siła tego zespołu poza brzmieniem jest Sharon den Adel, której głos nie tylko jest silny, ale pasuje do każdego z utworów. Bije z niej energia, której nie jestem w stanie zaszufladkować.

Jeśli ktoś kiedyś by mnie zapytał jak należy robić covery, odpowiedź jest prosta: po swojemu, z charakterem i biglem. Tak zrobiło Within Temptation i mnie rozłożyli na łopatki nie tylko wyborem, ale też i poziomem realizacji. Absolutny respekt.

8/10

Radosław Ostrowski


Edyta Bartosiewicz – Szok’n’Show

SzoknShow

I minął kolejny rok, 1995. Po sukcesie poprzedniej płyty, Edyta Bartosiewicz nie zwolniła tempa i zaserwowała kolejny album, który tym razem sama wyprodukowała. I rzeczywiście można było doznać szoku.

Bo zaczynamy naprawdę z grubej rury od garażowej „Suszy” z ponurymi klawiszami na początku, szybkimi riffami i wrzeszczącym wokalem. Ale w nawet tych spokojniejszych utworach, przewija się mocniejsze brzmienie („Możesz” czy „Zegar” z elektronicznymi bajerami). Nie zawsze jednak gitara elektryczna jest wiodąca i gra „pierwsze skrzypce” jak w „Spóźnionym” z pulsującym basem czy „Możesz” z basem i perkusją. Dominuje jednak tutaj ogień, brud i garażowość („Szał”, „The Eye”, „Susza”), zaś sekcja rytmiczna jest bardziej wyczuwalna, narzucając tempo (od tego przecież jest). Ale też nie brakuje znacznie spokojniejszych utworów, gdzie gitara elektryczna albo robi za tło („Ostatni” czy „Podwodne miasta” z fajnymi klawiszami, budującymi dość ciekawy klimat) albo nie ma jej w ogóle („Czas przypływu”). Brzmi to po prostu pięknie i trudno znaleźć jakiś słabszy czy mniej udany utwór.

O tekstach i wokalu nie będę się specjalnie rozwodził, bo trzyma on poziom reszty albumu, dopełniając tego albumu, który nadal trzyma się świetnie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Edyta Bartosiewicz – Sen

Sen

Dwa lata po swoim debiucie minęły, więc była pora na zrobienie drugiego albumu. Tym razem za produkcję odpowiada sama Edyta i Katarzyna Kanclerz (szefowa Izabelin Studio), zaś efekt jest jeszcze lepszy.

Przede wszystkim jest to album bardziej przebojowy, bardziej dynamiczny i z większą ilością piosenek (aż 12) i gitara jest bardziej słyszalna. Oczywiście, jest to nadal lżejsza odmiana rocka, ale nie brakuje też mocniejszych brzmień (solówki w „Tatuażu” czy „Walczyku”). Więc dzieje się tu sporo, tempo jest zróżnicowane, nie brakuje spokojniejszych ballad (akustyczne „Zanim coś”), zabawy („Żart w zoo” z klawiszami i basem na pierwszym planie) i pierwszych hitów („Tatuaż”, „Sen”, „Urodziny”). Są też trzy piosenki w języku angielskim („Angel”, mocniejszy „Move Over” i spokojniejszy „Before You Came”), które nie gryzą się z resztą płyty. I w zasadzie mógłbym na tym skończyć historię tej płyty, bo reszta trzyma równie wysoki poziom (teksty bardzo interesujące, wokal świetny), a całość o dziwo się nie zestarzała. I tyle, dalej nie będę się rozwodził, mieć koniecznie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Edyta Bartosiewicz – Love

Love

Ta kobieta to fenomen i jedna z najbardziej wyrazistych wokalistek lat 90. w Polsce. Choć na jej płytę fani czekali 11 lat (w końcu się doczekają jesienią – to nie są plotki), nie została zapomniana. Chyba wiadomo o kim mówię. Ponieważ zbliża się premiera płyty Edyty Bartosiewicz, postanowiłem tak jak w przypadku Dido i Enyi zrobić sobie nostalgiczny powrót do przeszłości. Czy ta muzyka się zestarzała? Zobaczymy.

Na początek jej pierwsza solowa płyta „Love” z 1992 roku wyprodukowany przez Rafała Paczkowskiego dla Izabelin Studio, zaś przy nagraniu uczestniczyli m.in. basiści Tomasz Gąssowski i Krzysztof Ścierański, gitarzyści Paweł Derentowicz i Jan Borysewicz, a także sam Paczkowski grając na klawiszach. Sama muzyka to lżejszy odcień rocka. Ale nie oznacza, że jest to bardzo spokojne granie (akustyczne „Will You Get Back Home Again?”), przynajmniej nie do końca, bo gitara czasem potrafi zaszaleć („Goodbye to the Roman Candles” czy „Clouds… They Block My Way”), sekcja rytmiczna robi swoje dając szybkie tempo, a to delikatnie klawisze budują trochę senny klimat („If”, „Emmilou”). I mimo upływu lat, brzmi to nadal bardzo dobrze, elegancko i przyjemnie.

Sam wokal Edyty też jest przyjemny. Mimo że śpiewa po angielsku, brzmi świetnie i nie uwierzyłbym, że to śpiewa Polka. Także teksty trzymają wysoki poziom i są szczere.

Innymi słowy o takim udanym debiucie wielu początkujących marzy. Tu nie mamy tylko marzenia, ale bardzo fachową realizację, świetne brzmienie i czarujący wokal. Ale najlepsze miało być dopiero przed nią?

8/10

Radosław Ostrowski


Toad the Wet Sprocket – New Constellation

New_Constellation__Kickstarter_Deluxe

Z tym zespołem to dość ciekawa historia jest. Działają od połowy lat 80., grając coś, co się nazywa alternatywną muzyką rockową, nagrali parę przebojów („Walk on the Ocean”, „All I Want”, „Something’s Always Wrong”, „Fall Down”), które znane są raczej tylko w USA, nagrali 5 płyt i w 1998 roku się rozstali. Ale trzy lata temu znowu panowie się zeszli i teraz wychodzi ich pierwszy album po 15 latach przerwy, w dodatku kasę zebrano przez Kickstartera.

Zapomniałem o najważniejszym. Zespół ten tworzą: Glen Phillips (wokalista, gitara rytmiczna, klawisze, mandolina), Todd Nichols (gitara prowadząca, mandolina, wokal wspierający), Dean Dinning (bas, klawisze, wokal wspierający) i Randy Guss (perkusja). Album wyprodukował Mikal Blue, który współpracował m.in. z Colbie Caillat, OneRepublic i Jasonem Reevesem. Jak można określić tą muzykę?

Dla mnie jest to prosty, melodyjny rock z popowym zacięciem. Jest lekko, delikatnie i bez udziwniania. Może się to wydawać zbyt łagodne i za spokojne jak na rockową kapelę, ale w okresie letnim nie zawsze trzeba dokładać do pieca, prawda? Także i delikatniejsze dźwięki są bardzo potrzebne, bo pozwalają się też zrelaksować przy bardziej balladowych brzmieniach („Life is Beautiful”) , ale i nie brakuje trochę mocniejszego uderzenia („I’m Not Waiting”), gdzie gitara może trochę zaszaleć. Poza tym jest bardzo ok.

Wokal pana Phillipsa brzmi naprawdę dobrze i współgra z delikatnym i letnim klimatem. W parze idą całkiem niezłe teksty z rodzaju: o wszystkim i o niczym.

Powiedzmy sobie wprost: takich płyt jest na pęczki. Ten album nie odmieni oblicza muzyki, nie wyznaczy nowych trendów, nie wyleczy AIDS. Z drugiej strony, nieźle się na niej bawiłem, jest bezpretensjonalną, prostą płytą bez ambicji, udawania i puszenia się na coś więcej. Na tą porę roku, wręcz idealny materiał.

7/10

Radosław Ostrowski

Ramin Djawadi – Pacific Rim

Pacific_Rim

Na najnowszy film Guillermo del Toro czeka dosłownie masa ludzi. Ta wysokobudżetowa produkcja o walce mechów z bestiami zbiera dość ciepłe recenzje, a i widownia też powoli dopisuje. Ja filmu jeszcze nie widziałem, ale jak będę miał możliwość opowiem wam. Teraz skupię się na warstwie muzycznej.

A tutaj wieści nie były zbyt dobre, ponieważ na kompozytora wybrano człowieka, który nie ma zbyt wielkiego talentu czy warsztatu, ale jest podopiecznym Hansa Zimmera, który ma szerokie wpływy. Ramin Djawadi nie jest zbyt lubiany ani przez krytykę, ani przez fanów muzyki filmowej, zaś jego najwyższym dokonaniem jest temat przewodni z „Gry o tron” oraz „Postrach nocy”. Tyle wstępu, więc możemy przejść do muzyki wydanej przez WaterTower Music, który zawiera 25 utworów (w większości dość krótkich). Ale czy warto sięgnąć po ten album?

djawadiOdpowiedź jest jedna i niezbyt zaskakująca: nie. Muzyka brzmi jak kolejny twór Remote Control, czyli w cholery elektroniki, sampli, gitary elektrycznej i rżnięcie od Zimmera. Innymi słowy niby jest epicko, ale sztucznie. Tematów w zasadzie nie ma wiele, ma być głośno, dynamicznie i z łomotem. I tak też jest, zaś muzyka akcji bazuje na szybkich i niepokojących smyczkach, uderzeniach perkusji, kotłów oraz dęciaki wzięte z „Incepcji”. Czasem jednak pojawi się pewne urozmaicenie jak chór („The Shatterdome”), delikatna liryka („Mako” z wokalizą Priscilli Ahn i delikatnymi dźwiękami harfy oraz smyczków) czy lekko azjatyckie klimaty („Hannibal Chau”). Jednak żeby nie było aż tak strasznie Djawadiemu udała się jedna rzecz, która jest highlightem tej płyty. To temat przewodni, który może i jest prosty, ale z drugiej chwytliwy, dynamiczny (smyczki i elektronika) ze świetną gitarą Toma Morello (Rage Against the Machine), który z Djawadim już współpracował przy „Iron Manie”.

Jak przyznał del Toro, wybrał Djawadiego, bo „Jego kompozycje są wielkie, ale posiadają też niesamowity rodzaj ludzkiej duszy„. Że co? Chyba mam wrażenie, że słuchaliśmy czegoś innego. Niestety, „Pacific Rim” wpisuje się w nurt ubożenia muzyki w filmie, który się zaczął nasilać w XXI wieku. Zamiast potężnego brzmienia – imitacja, elektronika i sample. Coraz więcej głuchych osób jest w Hollywood.

5/10

Radosław Ostrowski


Mark Owen – The Art of Doing Nothing

The_Art_of_Doing_Nothing

Zainteresowanie tą płytą spowodował tytuł i bardzo oszczędna okładka. Dopiero potem okazało się, kim był wykonawca. Mark Owen to członek popularnego w latach 80 i 90. boysbandu Take That, zaś od 1996 roku nagrał trzy solowe płyty. I teraz po cichu wychodzi czwarta pod przewrotnym tytułem „The Art of Doing Nothing”.

Album zawiera 10 piosenek, za których produkcję odpowiadają Charlie Russell, Bradley Spence i Starsmith. Nie będę oszukiwał, jest to popowy album z domieszką elektroniki i delikatnego rocka. O dziwo to połączenie nie tylko nie drażni i nie irytuje, ale wypada zaskakująco dobrze. Jest dość różnorodnie: od oszczędnych ballad („The One”, „Carnival”) przez żywsze i bardziej dynamiczne („Stars”, „Us and Ours”). Zaś nie ma tutaj miejsca na monotonię, zaś sekcja rytmiczna dyktuje tempo, które jest tutaj naprawdę dobre. Fortepian, smyczki, gitara, perkusja i klawisze – usłyszymy te instrumenty, które tworzą naprawdę zgrabne melodie. A wersja deluxe zawiera jeszcze dodatkowe trzy utwory i dwa remixy (średnio udane).

Wokal pana Owena jest bardzo ciepły, wręcz delikatny, ale pełen energii. Zaś całkiem niezłe teksty dotyczące relacji z drugim człowiekiem płci pięknej budują dobre wrażenie.

Niby nie jest to płyta, która by mnie zaskoczyła, ale czas spędzony przy niej szybko mija i gwarantuje ona dobrą zabawę. To pop, który może i czerpie ze współczesnych brzmień, ale nie robi tego zbyt nachalnie. Bardzo sympatyczny album.

7/10

Radosław Ostrowski


Big Cyc wiecznie żywy

bigcyc

Zespół Big Cyc to jedna z barwniejszych kapel polskiej sceny muzycznej, działając 25 lat. Z tej okazji kapela wydała kompilację swoich największych hitów.

Ekipa pod wodzą Krzysztofa Skiby z przymrużeniem oka opisuje rzeczywistość Polski na przestrzeni lat. Jednak gatunkowo jest bardzo różnorodnie: nie brakuje ostrego punka („Tu nie będzie rewolucji”) przez delikatnego rocka z domieszką elektroniki („Dres”) do reggae i ska („Makumba”, „Rudy się żeni”). Nie mogło zabraknąć największych hitów jak wspomniany „Makumba”, „Każdy facet to świnia”, „Berlin zachodni” czy „Kręcimy pornola”. Może i brzmi to trochę topornie i prosto, ale chyba o to też tu chodziło. Muzyka zawsze była tłem dla tekstu, gdzie dominował humor. Nie brakuje tutaj o mrówkach, buncie, Polsce z perspektywy Murzyna, dresiarzach czy moherowych beretach. Nie można tego brać na poważnie, ale nie brakuje tutaj przemyśleń, zwłaszcza w tekstach z lekkim zabarwieniem politycznym. Zaś wokal Dżej Dżeja (gitarzysta) prosty, zrozumiały i przez 22 utwory czas mija bardzo szybko. Pewną wadą może być fakt, że utwory nie są ułożone w kolejności chronologicznej, bo w ten sposób można byłoby zobaczyć ewolucję zespołu. Premierowym kawałkiem jest mocno elektroniczny utwór „Słoiki”, który jest rzucony gdzieś w środku.

Ze składankami jest zawsze tak, że są wydawane zazwyczaj, by zbić kasę na fanach. czy tak jest tutaj? Trudno mi powiedzieć, niemniej sposób ułożenia piosenek jest przynajmniej dziwny. Niemniej fani zespołu kupią na pewno, ja się świetnie bawiłem, choć paru piosenek tu brakuje (m.in. „Ballady o smutnym skinie”). Tym razem oceny nie będzie.

Radosław Ostrowski