W trakcie realizacji „Korovy” zespół nagrał materiał, który miał się różnić od tego, z czego znamy ich dotychczas. Z 9 godzin nagrań będących totalną improwizacją, wybrano godzinę i wydano dwa lata po nagraniu i wydano jako „Skalary, mieczyki, neonki”.
Album ten jest ostatnia płytą wyprodukowaną przez Tomasza Bonarowskiego, ale tym razem zespół poszedł po bandzie, bo dominuje tutaj eksperymentalne i instrumentalne granie, zaś piosenek jest raptem cztery. Muzycy idą w stronę psychodelicznych klimatów i brzmień. Monotonne solówki gitary elektrycznej, okraszone elektroniką i perkusją mogą niektórych znudzić zwłaszcza czasem trwania (większość utworów jest powyżej 4 minut), budując atmosferę tajemnicy i niejednoznaczności. Klawisze są bardzo ponure i tajemnicze („Man on the Machine”), czasem pojawi się gitara (najostrzej brzmi w „Death of a Cocaine Dancer” i „Sean Penn Song”), nie brakuje tutaj pomysłowych dźwięków („Beastie Fish” ze skreczami czy zapętlająca się perkusja w „Nr 9”).
Zespół stworzył coś, czego do tej pory w jego dyskografii trudno znaleźć, czyli muzykę czysto eksperymentalną, co dla fanów było wielkim szokiem i konsternacją. Nie nazwałbym tego albumu złym, ale to dziwne doświadczenie i jak dla mnie trochę za długi. Mimo to uważam ten eksperyment za udany i mający kilka ciekawych nagrań, choć pierwszy odsłuch może odstraszyć.
Ten zespół działa już 30 lat, osiągnął status kapeli kultowej i tak jak Metallica skończył się na „Kill’em All”. Innymi słowy, ostatnie wielkie płyty przypadły na lata 90., ale mimo tego Kult jest jedną z najpopularniejszych kapel polskich. Po dobrze przyjętej „Hurra!”, świetnym koncercie „MTV Unplugged” wydaje się, że powoli skład pod wodzą Kazika wraca do formy. Czy „Prosto” potwierdza te przypuszczenia?
Album ten zawiera 16 piosenek, zaś za produkcję odpowiada Adam Toczko – uznany realizator dźwięku, który współpracował, m.in. z Liroyem, Edytą Bartosiewicz, Monika Brodką czy z zespołami Apteka, Coma i Vader. I brzmieniowo to Kult, który znamy częściowo naśladowany przez Buldoga. Sekcja dęta, gitara, perkusja i klawisze + Kazik na wokalu, tu się nic nie zmieniło. Perkusja wali mocno, czasem szybko, klawisze brzmią nadal jak organy, dęciaki grają swoje, czasem gitara tylko robi za tło, ale i tak wypada całość lepiej niż „Poligono Industrial”. Nie zabrakło instrumentalnego wstępu („Teide”). Tempo nadal się zmienia i zaskakują aranżacje (początek „Dzisiaj jest mojej córki wesele” kościelne organy, gitara akustyczna i bas), melodie wpadają w ucho, ale też nie brakuje tu pazura (tytułowy utwór z wyraźnie brzmiącą gitarą i „akordeonem” zgranym z dęciakami oraz zmieniającą tempo perkusją czy „Moja myszko” z zadziorną gitarą), a nawet rapowania („Mój mąż”, „Największa armia świata wzywa cię”). Słucha się całości bez znużenia czy monotonii, co w przypadku trwania całości (prawie godzina) jest istotnym czynnikiem.
Kazik jak zawsze nie jest wokalistą, który imponuje swoim niesamowitym głosem, ale potrafi przekazać emocje, bez względu na to czy robi to ze spokojem, krzyczy czy klnie. Poniżej pewnego poziomu, ten człowiek nie schodzi. Zaś tekstowo mamy to, co zawsze – z jednej strony zgorzkniałego cynika, który jest rozczarowany i wk***ony rzeczywistością, m.in. polityką („Prosto”, „Bomba na parlament”), kompromitacjami („Dlaczego tak tu jest”), kibicami (wyznanie piłkarza w „Nie chcę grać w reprezentacji”), zawiścią („Układ zamknięty”), religią („Modlitwa moja”), nałogami („Największa armia świata wzywa cię”), okraszając to czarnym humorem („Zabiłem ministra finansów”) i ciekawymi obserwacjami („Sport każdy przyzna to rozrywka, a nie Bóg, honor, ojczyzna„). Druga jego twarz to wrażliwy facet, poruszający tematykę niepolityczną, jednak tutaj też nie zabrakło ironii więc nie zabrakło i o miłości (ironiczna „Moja myszko”, ponury „Mój mąż”), o Bogu („Twoje słowo jest prawdą”, „Modlitwa moja”), ale też i o wnukach („Dobrze być dziadkiem”).
Już „Plamy na słońcu” KNŻ pokazywały, że mamy do czynienia z progresem. Kazik znów błyszczy wnikliwą obserwacją, świetnymi frazami, zaś muzyka znów nabrała żywotności i dynamiki, choć pod koniec jest trochę lżej i dowcipniej. Dowód na to, że dobry Kazik to wkur***ny Kazik.
Na kolejny album Myslovitz tym razem trzeba było czekać trzy lata. Sprawdzona ekipa razem ze sprawdzonym producentem Tomaszem Bonarowskim wkroczyła w XXI wiek z albumem pod wielce tajemniczym tytułem „Korova Milky Bar”.
Tytuł zaczerpnięto z „Mechanicznej pomarańczy” Anthony’ego Burgessa, zaś album składa się z 11 piosenek utrzymanych w charakterystycznym brzmieniu zespołu mocno inspirowane brytyjskim rockiem lat 90. Jednak znów panowie zaskoczyli klimatem – bardziej refleksyjnym i melancholijnym oraz trochę większą obecnością klawiszy (m.in. końcówka „Acidland”, gdzie jeszcze pojawia się dźwięk jak z adaptera). Gitary są bardziej stonowane („Bar mleczny Korova”), choć czasem grają mocno („Sprzedawcy marzeń” czy „W 10 sekund przez całe życie”)), bas jest rytmiczny („Za zamkniętymi oczami” z dźwiękami samolotu pod koniec), nie brakuje akustycznej gitary („Wieża melancholii”), ale coraz bardziej wybijają się klawisze, które wzmacniają ten smutny klimat płyty. Nawet w tych mocniejszych i żywszych kompozycjach czuć niepokój i mrok jak w „Siódmym koktajlu” (fraza „Uwierz, gdybym tylko miał broń/Byłbyś pierwszy kogo bym odwiedził z nią/A ty myślisz, że nie mogę nic/Zawsze mogę do gardła skoczyć ci„).
Także teksty też wyewoluowały. Nie brakuje ponurych obserwacji rzeczywistości pełnej smutku, fałszu („Sprzedawcy marzeń”), narkotyków („Nigdy nie znajdziesz sobie przyjaciół, jeśli nie będziesz taki jak wszyscy”), smutku, beznadziei („Wieża melancholii”), samotników („Kilka błędów popełnionych przez dobrych rodziców”) i pędu („W 10 sekund przez całe życie”), zaś Rojek znów prezentuje wysoką formę.
„Korova Milky Bar” nie przeskoczyła „Miłości w czasach popkultury”, ale to nadal bardzo udana płyta. Nie zabrakło melodyjności, trochę pop-rockowego zacięcia i dobrych tekstów. Całość trochę smutna, ale nadal urzekająca.
8/10
Radosław Ostrowski
PS. Rok później wyszła anglojęzyczna wersja tej płyty, gdzie poza utworami z tej płyty (poza „Szklanym człowiekiem” i „Nigdy nie będziesz miał przyjaciół…”) pojawiły się anglojęzyczne wersje piosenek „Chłopcy”, „Dla ciebie” i „Długość dźwięku samotności”.
Tym razem zespół pod wodzą Rojka zrobił sobie dwa lata przerwy. I jak się okazało, mieli stworzyć płytę najbardziej interesującą.
„Miłość w czasach popkultury” uważana za jedną z najlepszych polskich płyt lat 90-tych zawiera 12 piosenek pachnącym rockiem brytyjskim, co już słychać w otwierającym album „Chłopcy”. Gitary, bas, perkusja i klawisze tworzą bardzo interesujący klimat, z wypracowanym już przez lata stylem. Czasem pojawiają się spokojne fragmenty (środek „Nienawiści”), „Długość dźwięku samotności” (klawisze udające smyczki) czy „Noc”. Nie zabrakło też ballad jak „Peggy Sue nie wyszła na mąż” czy „Kraków”, nadal zmieniane jest tempo, Rojek ma świetny głos (zarówno gdy trzeba powrzeszczeć jak w tytułowym utworze, uspokoić jak w „My”, „Kraków” czy „Dla Ciebie”. Ale dominują tutaj szybsze kawałki, ale tak naprawdę trudno się do jakiegokolwiek numeru przyczepić.
Teksty nadal trzymają poziom, gdzie pokazana jest toksyczna miłość („Dla Ciebie”), samotność, rozstanie („Aleksander”), stagnację („Chłopcy”) czy zdradę („My”).
Tutaj wszystko się ze sobą współgrało i stworzyło naprawdę mocną całość. Tu wszystko jest dopięte, dopracowane i zaskakująco chwytliwe. Nie wypada nie znać.
I znów minął rok, a zgodnie z ówczesną tradycją pojawiła się już trzecia płyta Myslovitz – „Z rozmyślań przy śniadaniu”.
Zmiany tutaj są dwie. Po pierwsze mamy tu 17 piosenek, zaś tym razem za produkcję odpowiada Tomasz Bonarowski, z którym będą tworzyć kilka następnych płyt. Współpracował także m.in. z Comą („Pierwsze wyjście z mroku”), Illusion czy Lechem Janerką („Dobranoc”).
Płytę można określić jednym słowem: rock’n’roll pełną gębą. Przynajmniej na początku („Zwykły dzień”, „Scenariusz dla moich sąsiadów”, „Przebudzenia”), bo potem jest różnorodnie. Tempo jest zróżnicowane, zmienia się nawet w trakcie utworu („Uciekinier”, gdzie w połowie perkusja wali mocno i szybko, a gitara „maluje” emocje), czasem gitara zabrzmi naprawdę surowo („Anioł”, „Margaret”), szybkiego tempa („Filmowa miłość”) czy wyciszenia i spokoju („Przemijania”).
Znowu należy pochwalić teksty, ale to jest już standard. Tak jak tytuły inspirowane filmami („Wielki błękit”, „Do utraty tchu”, „Uciekinier” czy „Myszy i ludzie”) czy bardzo wpadające w ucho frazy i poetyckie metafory. Zaś tematyka: miłość (aż do końca nawet), samotność, przemijanie czy czerpanie garściami z życia. Rojek też trzyma fason pokazując różnorodność swego głosu.
Płyta wytrzymała poprzeczkę zawieszoną przez poprzednika i nadal trzyma równy poziom. To kolejna udana produkcja tej kapeli, która powoli zaczynała się stawać coraz popularniejsza.
Chłopaki z Mysłowic zdecydowali, że nie ma co zwalniać tempa i rok po swoim debiucie nagrali druga płytę z angielska wziętym tytułem „Sun Machine”.
Doszło wtedy do dwóch poważnych zmian – do grupy dołączył Przemysław Myszor, który tutaj gra na gitarze a na następnych płytach także na klawiszach, zaś producentem tego albumu został Andrzej Paweł Wojciechowski, który wówczas odpowiadał m.in. za płyty O.N.A., Renaty Przemyk i Martyny Jakubowicz.
I początek przypomina debiut, czyli jest bardzo przebojowo, gitara miejscami jest trochę brudniejsza („Blue Velvet”), sekcja rytmiczna nie zawodzi. Nie brakuje też odniesień do rocka lat 60. („Z twarzą Marilyn Monroe”, „Jim Best” z zapętlającą się perkusją na końcu czy „Funny Hill”) i słucha się tego z niekłamaną frajdą. Ale panowie nadal szukają czegoś nowego i udaje im się zaskakiwać jak w balladzie „Amfetaminowa siostra”. Na początku bardzo delikatnie gra gitara i bas z perkusją, by pod koniec podostrzyć atmosferę, z delikatną gitarą i wyraźnym basem. Jednak na mnie największe wrażenie zrobiła najdynamiczniejszy w całym zestawie „Bunt szesnastolatki”, gdzie śpiewa basista Jacek Kudelski (i to całkiem nieźle). Nie ma tutaj takiej psychodelii jak w debiucie, ale całość jest skoczna i wszystko ze sobą się komponuje. Ale żeby nie było tak różowo, to ten album ma jedno słabe ogniwo – cover „Historii jednej znajomości” utrzymana w melancholijnym tonie (klawisze i gwizdy, jakieś kroki). Nie jest źle, ale na mnie działa dość usypiająco. Drugą niemiłą niespodzianką jest „Good Day My Angel”, tym razem śpiewany przez Iana Harrisa, który śpiewa nieźle, jednak poza tym mamy powtórkę z rozrywki.
Reszta się nie zmieniła i trzyma poziom poprzedniczki. Nadal mamy wokal Rojka, który brzmi lepiej z każdym utworem. Także teksty są już lepsze, choć tematyka nie zmieniła się (miłość, ale też o nałogu i sławie), to jednak nie brakuje trafnych fraz, ciekawych metafor czy odrobiny ironii jak w „Buncie szesnastolatki”, „Z twarzą Marilyn Monroe” czy „Amfetaminowej siostrze”.
W krótkim czasie mamy skok jakościowy w porównaniu do debiutu. Chociaż te piosenki miały potencjał na hity, niegłupie teksty i coraz lepiej śpiewający Rojek. Może jeszcze nie wszystko było idealne, ale całość wypada znów bardzo powyżej przeciętnej. Ale najlepsze jeszcze przed nami.
W 1992 roku został założony zespół, który okazał się jedną z najważniejszych kapel rockowych nie tylko lat 90., czyli zespół Myslovitz. Przed premierą swojego nowego albumu (już z nowym wokalistą), postanowiłem dokładnie się przyjrzeć poprzednim dokonaniom zespołu. Ekipa wówczas w składzie: Artur Rojek (gitara i wokal), Wojtek Kuderski (perkusja), Jacek Kuderski (bas) i Wojtek Powaga (gitara) swój pierwszy album nagrali w 1995 roku pod prostym tytułem „Myslovitz”.
Płyta zawiera 12 piosenek wyprodukowanych przez Iana Harrisa (odpowiedzialny za koncertowe brzmienia m.in. New Order czy U.K. Subs). Ekipa na początek serwuje nam dość surowe, rockowe granie (pierwsze 6 numerów: spokojna „Kobieta”, trochę szybsze „Papierowe skrzydła” czy tytułowy utwór), chwytliwe kompozycje, fajnie brzmiące gitary i rytmiczną perkusję. Czyli to Myslovitz, jakie kojarzy się w większości, ale nie brakuje też zaskoczeń jak akustyczne „Przedtem” (gitara, Rojek i powoli dołącza cała reszta) czy „Krótka piosenka o miłości” z akordeonem oraz oldskulowymi klawiszami w tle. W połowie jednak dochodzi do zmian. Niby są to ballady, ale brzmią trochę inaczej. W „Maju” spokojny bas i gitara w zwrotkach są skontrastowane z mocniejszym brzmieniem w zwrotkach, a pod koniec dołącza jeszcze trąbka – efekt jest porażający. W „Wyzwaniu” wyraźniej słyszalne są klawisze, zaś pod koniec gitara idzie w bardzo psychodeliczne klimaty, zaś w „Deszczu” słychać… deszcz z burzą na początku, a na koniec dwie anglojęzyczne numery. „Good Day My Angel” z delikatnie grającą gitarą, basem i fortepianem tworzy melancholijny klimat (zresztą o od połowy płyty dominuje), a odkąd pojawiają się klawisze, to robi się jazda kończąca się sapaniem. Zaś kończący album najdłuższy „Moving Revolution” to mała psychodelia budowana za pomocą gitary (ostatnie 3 minuty to dziwna gra) i klawiszy, by pod koniec zmienić się w rockowe szaleństwo.
W parze z muzyką idą teksty pełne smutku, mówiące głównie o miłości, ale też o marzeniach („Papierowe skrzydła”) czy braku buntu („Moving Revolution”). Drugim znakiem rozpoznawczym był głos Artura Rojka, który już tutaj wykazuje potencjał – zarówno gdy śpiewa bardzo delikatnie, wręcz szepcze („Przedtem”, „Kobieta”), podnosi głos („Papierowe skrzydła”, refren „Maj”), ale zawsze jest autentyczny.
Już debiutem Rojek i spółka pokazali, że można stworzyć fajną i dobrą muzykę na wręcz europejskim poziomie. Jednak następne albumy miały być jeszcze ciekawsze, ale o tym potem.
Ten zespół jest jedną z najważniejszych ikon polskiego rocka. Powstały pod koniec lat 70-tych, od lat ją popularni i mają masę przebojów m.in. „Autobiografię” czy „Kołysanka dla nieznajomej”, dzięki którym zespół Perfect przeszedł do historii. W tym roku dla fanów zespołu gratka – po raz pierwszy na płycie CD wydany debiutancki album nazwany „Perfect” z 1981 roku nagrany w składzie: Grzegorz Markowski (wokal), Zbigniew Hołdys (gitara, wokal), Zdzisław Zawadzki (bas), Ryszard Sygitowicz (gitara) i Piotr Szkudelski (perkusja).
Album zawierał 9 piosenek, za których brzmienie odpowiadał Zbigniew Hołdys. I mimo upływu ponad 30 lat, ta muzyka jest nadal żywotna. Nie zabrakło tutaj pierwszych hitów zespołu jak „Lokomotywa z ogłoszenia”, zahaczające o The Police „Bla, bla, bla” czy „Chcemy być sobą”, w których prosta linia melodyczna ze świetnie grającymi gitarami Hołdysa i Sygitowicza, bardzo delikatnym, ale niepozbawionym emocji oraz siły wokalu Markowskiego oraz zgranej sekcji rytmicznej. Trochę mocniej, z wyrazistszymi gitarami jest „Bażancie życie”. Wyjątkiem od stricte rockowego grania jest „Niewiele ci mogę dać” z fortepianem w tle oraz bardziej balladowa „Nie płacz Ewka” z delikatnymi gitarami. Brzmi to nadal znakomicie, zaś żeby było jeszcze lepiej, dodano trzy dodatkowe numery: „Po co” (znowu mocna i ostra gitara), „Opanuj się” i bluesowy „Pepe wróć” (najspokojniejszy z całej trójki).
Drugim silnym wyróżnikiem były świetne teksty pisane przez Bogdana Olewicza, który portretował ówczesną rzeczywistość, w której dominował bełkot i niezrozumienie młodych („Bla, bla, bla”), bunt („Chcemy być sobą”) czy kryzys („Pepe wróć”), jednak co najciekawsze, mimo upływu lat, one nadal są aktualne.
Płyta ta została świetnie wydana, a sama muzyka jest z rodzaju tych wiecznie żywych. I bardzo dobrze, że już jest dostępny na płycie kompaktowej. Jeśli nie znacie, to znać powinniście.
Tego człowieka nie trzeba przedstawiać – w latach 70. i 80. był jednym z najpopularniejszych wokalistów rockowych. W ostatnim czasie nagrywał płyty z serii „The Greatest American Songbook” wykonując klasykę muzyki rozrywkowej z lat 40. i 50. Jednak teraz wraca z nowym już bardziej gitarowym repertuarem.
„Time” zawiera 12 piosenek, za których produkcję odpowiada sam Stewart. Jednak jeśli ktoś się spodziewał czysto rockowego grania, to się zawiedzie niemiłosiernie. Owszem, jest gitara, ale przede wszystkim akustyczna, zaś nawet jak się pojawi ostrzejsza, to jednak robi ona za tło („Beautiful Morning” czy „Live the Life”, choć bardziej się wybija w „Finest Woman”). Tak naprawdę są to bardziej popowe piosenki, które jednak są zarówno melodyjne jak i okraszone przede wszystkim irlandzkimi dźwiękami, co najbardziej słychać w singlowym, dynamicznym „She Makes Me Happy” (skrzypce). Poza tym pojawiają się dęciaki (saksofon w „Beautiful Morning” czy trąbki w „Finest Woman”), chórki żeńskie („Time”), fortepian (eleganckie „Pictures in a Flame”, które stylistycznie pasuje do serii The Greatest American Songbook), smyczki. Jednak poza zróżnicowanym tempem i aranżacjami, jest jeden dość nieprzyjemnie zaskakujący „Sexual Religion” z dyskotekową perkusją i syntezatorami imitującymi tybetańsko-wschodnie dźwięki, które nie bardzo pasują do samego Stewarta, mimo pojawienia się saksofonu.
Za to sam wokalista trzyma formę. Jego głos jest dość miękki, choć słychać, że swoje przeszedł. Jednak pasuje on do reszty i wypada więcej niż dobrze, zaś teksty są całkiem niezłe i dotyczą tematyki miłości czy przemijania. Nie ma się czego wstydzić i brzmi to nie najgorzej.
Stewart po skokach w stronę swingu, tym razem wraca do gitarowego grania, w którym czuje się naprawdę dobrze. Mimo wieku nadal ma co pokazać i słucha się go może nie z ogromną, ale przyjemnością. I wydaje mi się, że na tą wiosnę, co tak późno przyszła, będzie to odpowiedni album.
Już jedno takie zderzenie wywołało kolizję w roku 2004, gdy Linkin Park spotkał się z Jayem-Z. Teraz panowie doszli do wniosku, że jak raz się udało, można zrobić to drugi raz. Tym razem kapela zrobiła „After Collision”, a nawijaczem został tu Eminem.
Niby wszystko jest tak jak wcześniej, bo nadal są ostre brzmienia i kawałki z „Meteory”, ale jednocześnie świeższe piosenki zmieszane z rapowaniem tym razem Eminema. Wyjątkiem jest tutaj instrumentalne intro („Dark Side of the Moon”). Co najważniejsze całość ta wypada bardzo przekonująco. Eminem nawija świetnie i słychać, że jest w formie, a co najważniejsze bardzo pasuje on do tego, co gra Linkin Park. Najbardziej jest to słyszalne w „Something Real”, „Tomorrow” oraz „Forfeit the Game”. Jest ostro, elektronika świetnie współgra z mocną gitarą elektryczną i tak przez 13 utworów. Chester drący ryja oraz rapujący Mike się świetnie uzupełniają, tworząc mocną mieszankę wybuchową. Jednak zdarzają się również spokojniejsze numery („Hardly Anything There” bazujący na „Castle of Glass” czy „World in Grey” oparte na „Shadow of the Day”), ale są one bardzo rzadko. Trudno jest mi wskazać zarówno najlepszy czy najsłabszy, bo całość jest naprawdę równa i interesująca.
Nie jest to tak przełomowe czy zaskakujące jak „Collision Course”, ale to nie jest płyta, której twórcy musieliby się wstydzić. To naprawdę bardzo udane granie.