

Tego człowieka nie trzeba przedstawiać – w latach 70. i 80. był jednym z najpopularniejszych wokalistów rockowych. W ostatnim czasie nagrywał płyty z serii „The Greatest American Songbook” wykonując klasykę muzyki rozrywkowej z lat 40. i 50. Jednak teraz wraca z nowym już bardziej gitarowym repertuarem.
„Time” zawiera 12 piosenek, za których produkcję odpowiada sam Stewart. Jednak jeśli ktoś się spodziewał czysto rockowego grania, to się zawiedzie niemiłosiernie. Owszem, jest gitara, ale przede wszystkim akustyczna, zaś nawet jak się pojawi ostrzejsza, to jednak robi ona za tło („Beautiful Morning” czy „Live the Life”, choć bardziej się wybija w „Finest Woman”). Tak naprawdę są to bardziej popowe piosenki, które jednak są zarówno melodyjne jak i okraszone przede wszystkim irlandzkimi dźwiękami, co najbardziej słychać w singlowym, dynamicznym „She Makes Me Happy” (skrzypce). Poza tym pojawiają się dęciaki (saksofon w „Beautiful Morning” czy trąbki w „Finest Woman”), chórki żeńskie („Time”), fortepian (eleganckie „Pictures in a Flame”, które stylistycznie pasuje do serii The Greatest American Songbook), smyczki. Jednak poza zróżnicowanym tempem i aranżacjami, jest jeden dość nieprzyjemnie zaskakujący „Sexual Religion” z dyskotekową perkusją i syntezatorami imitującymi tybetańsko-wschodnie dźwięki, które nie bardzo pasują do samego Stewarta, mimo pojawienia się saksofonu.
Za to sam wokalista trzyma formę. Jego głos jest dość miękki, choć słychać, że swoje przeszedł. Jednak pasuje on do reszty i wypada więcej niż dobrze, zaś teksty są całkiem niezłe i dotyczą tematyki miłości czy przemijania. Nie ma się czego wstydzić i brzmi to nie najgorzej.
Stewart po skokach w stronę swingu, tym razem wraca do gitarowego grania, w którym czuje się naprawdę dobrze. Mimo wieku nadal ma co pokazać i słucha się go może nie z ogromną, ale przyjemnością. I wydaje mi się, że na tą wiosnę, co tak późno przyszła, będzie to odpowiedni album.
7/10
Radosław Ostrowski
