Marianne Faithfull – Negative Capability

Marianne_Faithfull_-_Negative_Capability

Dla jednych muza Micka Jaggera, dla innych aktorka (choćby film “Irina Palm”), ale przede wszystkim wokalistka z bardzo długim stażem oraz mocno zachrypniętym, podniszczonym głosem. Po czterech latach wraca z absolutnie premierowym materiałem. Tym razem wsparli ją Rob Ellis (współpraca z PJ Harvey), Warren Ellis (członek Nick Cave & the Bad Seeds) – panowie nie są spokrewnieni – oraz niejaki Head. By było jeszcze ciekawiej utwory współtworzyli Nick Cave, Mark Lanegan oraz Ed Harcourt.

Pierwsze, co uderza to bardzo melancholijny klimat oraz bardzo folkowe instrumentarium, zdominowanym przez gitarę akustyczną, skrzypce oraz fortepian. Ta aurę czuć w otwierającym całość poruszającym “Misunderstanding” oraz wybranym na singla pięknym “The Gypsy Faerie Queen” w duchu ostatnich dokonań Nicka Cave’a (gościnnie udziela się także wokalnie). Także swoje nowe oblicze utrzymuje “As Tears Go By” wykonywane przez artystkę od początku swojej kariery I ta aranżacja zachwyca pięknym solo skrzypiec. Marianne nie boi się pokrążyć w okolicach bluesa (“In My Own Particular Way”, gdzie nawet gitara elektryczna ma troszkę miejsca czy mroczniejszy “They Come at Night”, jakiego nie powstydziłby się horror z lat 80., a tekstowo odnosi się do ataków w Paryżu sprzed 3 lat), skręcić w minimalizm (“Born to Live”, gdzie jest tylko wokal z fortepianem I śladowymi ilościami smyczka), a nawet zahaczyć w okolice country (“Witches Song”, “Loneliest Person”). Nawet jeśli pewne fragment zaczynają się zlewać, to jednak pojawiają się pewne drobne detale (cymbały w “It’s All Over Now, Baby Blue”, flet w romantycznym “Don’t Go”), wyróżniającego go z tłumu.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to sam głos Faithfull, który nadal ma w sobie ta energię, choć sprawia wrażenie mocno nadgryzionego przez czas. Ale jednocześnie pozostaje bardzo refleksyjny, przemycający bardzo niegłupie teksty, niepozbawione liryzmu, powagi I delikatności.

“Negative Capability” to Faithfull bardziej jesienna, niemal folkowa, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Idealnie współgra z obecną pogodą, choć jest jeden mocny grzaniec (“They Come at Night”) pokazujący, że wokalistka jeszcze nie zdziadziała.

7,5/10

Radosław Ostrowski

First Aid Kit – Ruins

71NvHs0u%2B5L._SY355_

Szwecja i folk? Wydaje się, że to połączenie co najmniej dziwaczne i wywołujące zgrzyt. Jednak działania sióstr Soderberg znanych jako First Aid Kit pokazują, iż taka kombinacja wypadnie bardzo naturalnie. Rozgłos w naszym kraju przyniosła dopiero trzecia płyta „Stay Gold” z bardzo nośnym singlem „My Silver Lining”. To było jednak cztery lata temu, a nowe wydawnictwo pojawiło się na początku tego roku. Czyżby „Ruins” miało zmienić stylistykę tej grupy?

Nadal na pierwszym planie są obecne gitary, chociaż więcej pola mają te podłączane do gniazdka, mimo iż nie grają agresywnie. I to serwuje otwierający całość „Rebel Heart”, w którym swoje robią też klawisze, zaś solówki gitarowe zahaczają o country. W połowie utworu obecność perkusji zmienia tempo, dodając troszkę klimatu brzmienia z lat 70., by pod koniec przyspieszyć i dając wybrzmieć nowym instrumentom (głównie fortepianowi oraz żwawszej gitarze, ale też i trąbce ze smyczkami). I nie byłem znudzony przez te 5 minut, pełnych zaskoczeń. Bardziej folkowy jest już „It’s a Shame” z chwytliwym refrenem, chociaż klawisze dodają pewnego retro uroku czy lekko „knajpiarski” „Postcard” z wybijającym się fortepianem, zaś lekko melancholijny klimat „Fireworks” bardziej je usadza ku romantycznym piosenkom z epoki rock’n’rolla, tylko bardziej współcześnie wyprodukowanym (te smyczki pod koniec!!!). Coś takiego mogło by zagrać na jakiejś dyskotece sprzed wielu, wielu lat. Nawet znajdują się momenty wyciszenia jak akustyczny „To Live a Life”, do którego dopiero pod koniec wchodzą delikatne klawisze, lekko rozmarzone „My Wild Sweet Love” (rzeczywiście słodkie, ale bez przekroczenia granicy przesady), które dostarczają wiele przyjemności czy oszczędny utwór tytułowy, dający dużo przestrzeni dla wokali.

I to lawirowanie między folkiem, a różnymi odmianami wychodzi bardzo zgrabnie (zaczynające się od długiego zaśpiewu „Distant Star”), zaś wspólne śpiewanie przez siostry robi piorunujące wrażenie. Ale także osobno radzą sobie świetnie, tak bardzo po „amerykańsku”, zupełnie jakby się urodziły gdzieś na preriach Arizony czy innego Teksasu. Chociaż pojawia się pod koniec znużenie („Hem of Her Dress” przełamane pod koniec grupowym śpiewem oraz trąbkami), to jednak pozytywne wrażenie nie zostaje zniszczone. Rozluźniająca, bardzo ciepła, sympatyczna muzyka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Warszawskie Combo Taneczne – Sto lat, panie Staśku!

sto-lat-panie-stasku-b-iext52749074

Urodziny można obchodzić na multum różnych sposobów. Można zrobić zrobić dużą imprezę, pokazać nowy film czy wydać nową płytę. Ale jak są urodziny, zaś solenizant już dawno opuścił ten świat, pozostaje nagrać tribute album. Tak też postanowił zrobić Jan Młynarski ze swoim Warszawskim Combo Tanecznym, wydając płytę w hołdzie dla Stanisława Grzesiuka – jednego z najsłynniejszych pieśniarzy warszawskiej ulicy.

Jeśli ktoś spodziewał się ewolucji oraz zmiany stylu brzmienia formacji, to się nie doczeka. Mandolina, banjo, piłka, akordeon z gitarą nadal tu grają, a uliczny klimat wręcz wycieka. Czasem pojawi się pewien drobiażdżek jak solo saksofonu w “U Bronki wstawa”, zaś siłą pozostaje zmienne tempo jak żwawsze “Choć z kieszeni znikła flota”, pełen gitar walc “Bujaj się Fela”, lekko rozbrykana “Fabrykantka”, rozkręcające się tango “Hanko” (akordeon szaleje w tle) czy wiele spokojniejsze “Kaziu nie bądź kiep” z krótkimi wstawkami fortepianowymi albo mroczny “Antek” z melancholijną gitarą czy polana smutkiem “Noc ciemna i zimna”

Poza muzyką równie istotne są teksty. Nie brakuje w nich zarówno opisów imprez, napadających bandytów, ale też spraw damsko-męskich, radości życia, lokalnego patriotyzmu czy ironicznego komentarza w sprawie wojny (“Niech żyje wojna!”), co dodaje animuszu, jest zrobione z głową, wdziękiem oraz humorem. Nie zabrakło też nieśmiertelnej “Ballady o Felku Zdankiewiczu”, “Nie masz cwaniaka nad warszawiaka” czy “Wszystkie rybki”.

Janek Młynarski na wokalu nadal robi świetną robotą, utrzymując fason i podtrzymuje tradycję ulicznego grania. Trzecia płyta zachowuje poziom poprzedników, ale też nie doprowadza do dużych zmian. Nadal się przyjemnie słucha.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Romantycy Lekkich Obyczajów – Neoromantyzm

neoromantyzm-w-iext52769590

Dawno nie było grupy z lokalnego Olsztyna. Duet Damian Lange (Transsexdisco) i Adam Miller, bardziej znany jako Romantycy Lekkich Obyczajów, to mieszanka folkowo-rockowej muzyki, okraszonej duchem romantyzmu. Po dwóch latach przerwy przypominają o sobie w czwartym albumie, pod wiele mówiącym tytułem “Neoromantyzm”. Czyżby romantyzm miałby się wznieść na wyższy poziom?

Otwierające całość “Ceppeliny” to mieszanka elektronicznego wstępu z metalicznym basem oraz bardzo chwytliwym refrenem. A żeby nie było zbyt nudno, pod koniec mamy wpleciono solo na trąbkę. Bardziej przewrotne jest “Kobietotalizm”, gdzie na początku mamy wspólny śpiew niczym z muzyki lat 50., by wejść ku reagge’owym klimatom, które nie do końca mi pasują. Jeszcze bardziej zaskakuje “Dotknij żaru”, będący mieszanką rapu (wokal), beatboxingu, funku i jazzu, nie wywołując zgrzytów. Bardziej chwytliwy jest utwór tytułowy, gdzie poza chwytliwym basem oraz solówką trąbki pojawia się sam Grabaż ze Strachów na Lachy. A jeszcze dziwniej, wręcz etnicznie prowokuje “Zwilż”, gdzie gra minimalistyczna perkusja oraz… skrzypce, do których dołącza bas. “Morfeusz” miesza z jednej strony new wave’owe klawisze z gitarami, a nawet piękną kobiecą wokalizę pod koniec, by później wskoczyć w mroczny, silny emocjonalnie “Dom (Tęsknię)”, z każdą sekundą nabierając większego rozmachu. Poza tym czasem zostanie przerobiony wokal (początek wręcz tanecznego “Taki raj”), mocniej zagra gitara (lekko folkowe “Tsunami”), a nawet przypomni o sobie fortepian (lekko “podchmielone” “Karaluchy”).

“Neoromantyzm” jest zbitką różnych eklektycznych dźwięków, które tylko pozornie sprawiają wrażenie przypadkowych. Do tego niegłupie, bardzo refleksyjne teksty nie tylko o miłości oraz wyrazisty wokal tworzą bardzo intrygującą mieszankę, pełnym energii.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Panieneczki – Opowieści zasłyszane na wiosce – część pierwsza

580e0b11c0f71d07917441de81aed28d

Moda na folkowo-ludowe granie trzyma się u nas naprawdę mocno. Ostatnio wskoczyła Tulia ze swoimi coverami, a już zaczyna się czaić nowa ekipa. Pochodzące z Bydgoszczy Panieneczki tworzą: Anita Sobiechowska (kontrabas, syntezatory), Irena Filuś (skrzypce, wokal), Joanna Glubiak (perkusja), Kate Nurnberg (klawisze) oraz Małgorzata Żurańska-Wilkowska (wokal). Panie postanowiły wykorzystać utwory z Kujaw, lecz w lekko uwspółcześnionym brzmieniu. Jednak zamiast pełnej płyty panie, jakby lekko onieśmielone i niepewne, postanowiły na początek rzucić EP-kę.

“Opowieści zasłyszane na wiosce – część I” zawiera raptem cztery utwory, ale mówi o tej grupie więcej niż można się było spodziewać. Na pierwszy ogień wchodzi “Jabłoneczka” – niczym echo odbija się wokal, do którego wskakuje perkusja oraz grane na palcach skrzypce. A kiedy wchodzi wokal, można odnieść wrażenie słuchania jakiegoś zespołu ludowego. I ta zbitka nie wywołuje zgrzytów, nawet z lekko “onirycznym” solo skrzypiec zmieszanym z pulsującymi klawiszami (zgranymi w środku ze wspólnym zaśpiewem). “Panieneczki” mieszają piękne smyczki z jazzową perkusją oraz elektronicznymi pasażami, zachowując lekkość i chwytliwość, w czym nie przeszkadzają nawet gitary pod koniec. “Wyjrzyj ino” wydaje się najbardziej klasycznym w zestawie: od wspólnego zaśpiewu, odbijającego się niczym echo oraz gry smyczków. Jednak to tylko zmyłka, gdy po refrenie wchodzi perkusja, wokal jest jeden, zaś skrzypce dodają odrobiny surrealistycznego klimatu. A na finał dostajemy “Tyngę” z walczykowymi smyczkami oraz… fortepianem. Jednak dalej wchodzi mocniejsza perkusja, nakładające się głosy pod koniec zwrotki.

Muzycznie trudno się do czegoś przyczepić, wokal potrafi oczarować, zaś teksty o relacjach damsko-męskich nie wywołują irytacji. Szkoda, ze to są tylko EP-ka, bo Panieneczki zaostrzyły mi apetyt na longplaya. A to świadczy dobrze o samym albumie.

Radosław Ostrowski

Tulia – Tulia

tulia-special-empik-edition-w-iext52757757

Muzyka folkowa w Polsce ma bardzo bogate tradycje oraz korzeni. Ale pojawiają się pewne grupy czerpiące z tego nurtu, lecz miksującego go ze współczesnymi trendami jak Kapela ze Wsi Warszawa. Do tej grupy nie zalicza się śpiewany kwartet Tulia ze Szczecina w składzie: Joanna Sinkiewicz, Dominika Siepka, Patrycja Nowicka oraz Tulia Biczak. Panie wpadły na prosty pomysł na nagranie coverów znanych hiciorów na etniczno-ludową modłę. I co z tego wyszło?

Jestem pozytywnie zaskoczony, chociaż nie powinienem. Instrumentarium jest dość oszczędne i pozornie mało zaskakujące (fortepian, flety, bębny), lecz emocjonalnie te utwory potrafią rozsadzić, co pokazuje znany już z Internetu “Nieznajomy” czy ten zachowujący lekko “etniczny” klimat “Eli Lama Sabachtani”, którego do tego typu otoczenia pasuje wręcz idealnie ( a ten instrumentalny mostek z kalimba w tle jest kapitalny). Jeśli chcecie niespodzianek, to posłuchajcie “Nigdy więcej nie tańcz ze mną” (o wiele bardziej żywiołowe od oryginału), wręcz minimalistyczne “Nie pytaj o Polskę” (poza gitarą elektryczną pod koniec), mroczne “Kiedy powiem sobie dość” (ten wstęp na lirze korbowej – o matko!) czy “Krakowski spleen”. To, co tam wyprawiają panie, jak i muzycy robi wręcz piorunujace wrażenie, gdzie każdy instrument jest słyszalny, nie zagłuszany przez nikogo.

Ale żeby nie było są dwa autorskie dzieła. Wybrany na singla “Jeszcze Cię nie ma”, czarujący kolejnymi wejściami fletów oraz spokojniejszy “Wstajemy już”. I obydwie kompozycje nie odstają poziomem od reszty. By nie było słodko, najsłabiej prezentują się dwa covery anglojęzyczne. “Enjoy the Silence” mocno trzyma się oryginału, zaś “Nothing Else Matters” zaskakuje aranżacyjnie, wliczając w to klaskanie. Jednak język angielski nie brzmi tak naturalnie i przyjemnie niż polski.

Powiem szczerze, że jestem zdumiony tym cover albumem, chociaż okres wiosenno-wakacyjny na takie zimowe cudeńka to troszkę za szybko (bo byłby to idealny prezent pod choinkę. Niemniej Tulia ma w sobie  duży potencjał i gdyby troszkę urozmaicić to śpiewanie (jak w “Jaskółce uwięzionej”, gdzie zaczyna się od jednego wokalu, a potem dołączają pozostałe dziewuchy) może być jeszcze lepiej. Jak widać, ludowe wariacje nie muszą oznaczać cepelię.

8/10

Radosław Ostrowski

Warszawskie Combo Taneczne – Dancing, salon, ulica

dancing_salon_ulica

Janek Młynarski razem ze swoim combo dalej penetrują przedwojenne szlagiery, wykonując je tak jak kiedyś miejskie kapele. Dwa lata temu wydali drugi album, którego tytuł nie jest przypadkiem. Jak zwykł mawiać Andrzej Włast (przedwojenny autor) piosenka staje się szlagierem dopiero wtedy, gdy kochają ją dancing, salon i ulica. Na pewno też było z utworami znajdującymi się na tym albumie.

Od razu uprzedzę, brzmieniowo absolutnie się nic nie zmieniło. Nadal wygrywa gitara z mandoliną i bandżolą, wspierana przez… piłę oraz kontrabas. I wszystko to jest wykonywane z lekkością, ulicznym sznytem, co już wychwytujemy od „Dziś panna Andzia ma wychodne”. A im dalej w las, tym znajdziemy te bardziej znane („Tango Milonga”, „Chryzantemy złociste” – nie, nie te serwujące słowne wiązanki uliczne), jak i te mniej dla osób spoza Warszawy. Jest i żwawy walczyk („Kącik marzeń” czy „Twych słodkich ust”), troszkę bardziej liryczne granie ze skrzypcami w tle (powoli rozkręcający się „Dlaczego właśnie dziś”), lekko „podchmielona” „Wódeczka” czy posiadająca długi wstęp „Tango Milonga”. Warto też wspomnieć gitarowe „Ecie pecie” z dowcipnym tekstem czy wolniejszy „Kwiat paproci”.

Teksty nie są pozbawione zarówno poetyckości („Dlaczego właśnie dziś”, „Kwiat paproci”), jak i dowcipu („Mój czarny kot”, „Czarnoksiężnik”), co na pewno wzbogaca to wydawnictwo. Owszem, utwory brzmią jakby grane na jedno kopyto, ale wdzięk Młynarskiego oraz zgrane brzmienie formacji daje wiele luzu do całości. Tak sympatycznej, dowcipnej, jak i groźnej niczym ulice przedwojennej Warszawy. Czas mija szybko (troszkę za szybko), ale zawsze można włączyć płytę od nowa.

7/10

Radosław Ostrowski

Warszawskie Combo Taneczne – Przyznaj się

przyznaj-sie-w-iext38493581

Czy mówi wam coś nazwa Warszawskie Combo Taneczne? To formacja kierowana przez Jana Młynarskiego, która gra i przypomina utwory przedwojennej Warszawy, a dokładniej utwory śpiewane przez ulicznych grajków. Już wkrótce szykuje swój trzeci album, ale ja przypomnę nagrany w 2014 debiut “Przyznaj się”, zawierająca w większości utwory Andrzeja Własta, zmarłego w getcie warszawskim autora ponad 2000 piosenek.

Mamy dość klasyczne instrumentarium, czyli gitarę, mandolinę, kontrabas, klarnet, a nawet… piłę (taką, co ścinania drzew), a całość brzmi jakby grana w jakiejś knajpie czy gdzieś nagrana na ulicy. Czasem po drodze pojawi się jakiś akordeon z saksofonem (taneczny “Wspominałem ten dzień”), ale nawet spokojniejsze numery są zrobione z nerwem jak “Na wolskiej Sali iskry szły”, gdzie jeszcze mamy bardzo chropowaty wokal Anny Bojary w refrenie. Nie zabrakło tanga w postaci “Daremnie prosisz”, krótkiego popisu w minimalistycznych “Były święta u Sztachetów” i “Rum Helce” czy bardziej skocznych pieśni w rodzaju “Warszawo, moja Warszawo” aż po bardziej egzotyczne fragment jak w “La Paloma” z cudną perkusją oraz wręcz płynącą gitarą akustyczną (w podobnym tonie wybrzmiewa utwór tytułowy, tylko bardziej psychodeliczno-melancholijny, gdyż gra tam saksofon), znacznie dynamiczne “Ach, te Rumunki” lub bardziej podniosłe “Serce w plecaku”.

Nie zabrakło też znanych przebojów jak “Siekiera motyka”, poruszająca “Warszawo ma” czy “Bal na Gnojnej”, a to wszystko Młynarski ubiera w takie bardzo retro brzmienie, lecz nie idzie w stronę skansenu. Teksty, od bardziej dowcipnych po wręcz wzruszające pozostają nadal aktualne. Ta ulica nadal żyje, oddycha I funkcjonuje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Marlon Williams – Make Way for Love

a0616054986_10

O tym nowozelandzkim gitarzyście grającym folkowe odmiany dowiedziałem się dopiero, gdy został ogłoszony gwiazdą OFF Festiwalu. Był członkiem popularnej w swoim kraju formacji The Unfaithful Ways, by rozpocząć solową karierę. “Make Way for Love” to jego drugi autorski album, gdzie poza śpiewem gra także na gitarze.

Otwierające całość “Come To Me” zaczyna się bardzo delikatnie, jakbyśmy cofnęli się do lat 50., co mocno sugeruje sama jakość brzmienia oraz bardzo łagodnie grajaca w tle gitara elektryczna. A kiedy dochodzą do głosu smyczki, robi się po prostu pięknie. Bardziej dynamiczne, choć w duchu Elvisa jest “What’s Chasing You” z pięknie grającą gitarą, nawet gdy wydaje się wygrywać tylko jeden akord (“Beautiful Dress”, gdzie jest jeszcze fortepiano oraz cudowny chórek). Perkusja przyspiesza w “Party Boy” i rzeczywiście jest bardziej imprezowo, nawet gdy wkracza “chropowata” elektronika, z kolei więcej mroku wpuszcza do siebie “Can I Call You”, gdzie nawet gitara wydaje się grać bardziej złowrogo. Dla poprawy samopoczucia dostajemy melancholijne “Love Is a Terrible Thing” w całości prowadzona przez fortepiano, a klimatem zahacza o Nicka Cave’a. Powrót do brzmień folk/country serwuje “I Know a Jeweller”, w którym przygrywają cudnie smyczki oraz wolniejszy “I Didn’t Make a Plan”. Odrobina elektroniki wchodzi do lekko onirycznego “The Fire of Love”, by wskoczyć do pełnego cudów “Nobody Gets What They Want Anymore”, zaś finałowego utworu tytułowego (rock’n’rollowy walczyk) nie powstydziłby się Father John Misty.

Sam wokal Williamsa bardzo mocno przypomina Elvisa (mocny, wyrazisty oraz zaskakująco liryczny), a klimat dźwięków lat 50. oraz 60. zostaje świetnie ożywiony. Muzyka nie jest bezczelnym kopiowaniem tego, co było, zaś współczesna produkcja dodaje sznytu. Do tego dodajmy niegłupie teksty, tworząc jedną z ciekawszych retro albumów ostatnich lat.

8/10

Radosław Ostrowski

Glen Hansard – Between Two Shores

0006XQFXR9XXY2CK-C122

Bardzo lubię tego irlandzkiego gitarzystę folkowego. Do tej pory nagrał dwie solowe płyty oraz masę z udziałem zespołu The Frames. Czy będzie w stanie zaskoczyć na swoim trzecim, solowym wydawnictwie czy dalej delikatnie będzie brzdąkać?

Sam początek to bardzo dynamiczny, wręcz rockowy “Roll on Slow”, gdzie mamy gitarę elektryczną, dęciaki oraz metaliczny bas. Tak rockowego oraz wręcz agresywnego Hansarda nie słyszałem nigdy, a środkowy riff robi cudowną robotę. Spokój pojawia się już w drugim utworze “Why Woman”, ale gitara elektryczna oraz trąbki zostają. Czasem wejdą organy (wzięty niemal z lat 70. “Wheels on Fire”), wskoczą skrzypce na solo (“Setting Forth”), by przypomniał o sobie stary Hansard w akustycznym “Wreckless Heart” oraz “Movin’ On”. Zaskakujące jest to, ze wszystkie utwory trzymają poziom, Hansard wokalnie jest bardziej ekspresyjny niż zwykle, a melodie są bardziej chwytliwe niż zwykle. Mógłbym rozpisywać się dalej, ale ten album potrafi tak zauroczyć swoimi dźwiękami, kojącymi niczym ciepła herbata po długim pobycie poza domem. Robi się cieplutko na sercu i nie tylko. Wielu może się zniechęcić, bo jest miejscami za spokojnie, lecz ta muzyka jest zbyt dobra, by sobie ją odpuścić. I tak dojrzale wygląda na tek okładce.

7,5/10

Radosław Ostrowski