First Aid Kit – Ruins

71NvHs0u%2B5L._SY355_

Szwecja i folk? Wydaje się, że to połączenie co najmniej dziwaczne i wywołujące zgrzyt. Jednak działania sióstr Soderberg znanych jako First Aid Kit pokazują, iż taka kombinacja wypadnie bardzo naturalnie. Rozgłos w naszym kraju przyniosła dopiero trzecia płyta „Stay Gold” z bardzo nośnym singlem „My Silver Lining”. To było jednak cztery lata temu, a nowe wydawnictwo pojawiło się na początku tego roku. Czyżby „Ruins” miało zmienić stylistykę tej grupy?

Nadal na pierwszym planie są obecne gitary, chociaż więcej pola mają te podłączane do gniazdka, mimo iż nie grają agresywnie. I to serwuje otwierający całość „Rebel Heart”, w którym swoje robią też klawisze, zaś solówki gitarowe zahaczają o country. W połowie utworu obecność perkusji zmienia tempo, dodając troszkę klimatu brzmienia z lat 70., by pod koniec przyspieszyć i dając wybrzmieć nowym instrumentom (głównie fortepianowi oraz żwawszej gitarze, ale też i trąbce ze smyczkami). I nie byłem znudzony przez te 5 minut, pełnych zaskoczeń. Bardziej folkowy jest już „It’s a Shame” z chwytliwym refrenem, chociaż klawisze dodają pewnego retro uroku czy lekko „knajpiarski” „Postcard” z wybijającym się fortepianem, zaś lekko melancholijny klimat „Fireworks” bardziej je usadza ku romantycznym piosenkom z epoki rock’n’rolla, tylko bardziej współcześnie wyprodukowanym (te smyczki pod koniec!!!). Coś takiego mogło by zagrać na jakiejś dyskotece sprzed wielu, wielu lat. Nawet znajdują się momenty wyciszenia jak akustyczny „To Live a Life”, do którego dopiero pod koniec wchodzą delikatne klawisze, lekko rozmarzone „My Wild Sweet Love” (rzeczywiście słodkie, ale bez przekroczenia granicy przesady), które dostarczają wiele przyjemności czy oszczędny utwór tytułowy, dający dużo przestrzeni dla wokali.

I to lawirowanie między folkiem, a różnymi odmianami wychodzi bardzo zgrabnie (zaczynające się od długiego zaśpiewu „Distant Star”), zaś wspólne śpiewanie przez siostry robi piorunujące wrażenie. Ale także osobno radzą sobie świetnie, tak bardzo po „amerykańsku”, zupełnie jakby się urodziły gdzieś na preriach Arizony czy innego Teksasu. Chociaż pojawia się pod koniec znużenie („Hem of Her Dress” przełamane pod koniec grupowym śpiewem oraz trąbkami), to jednak pozytywne wrażenie nie zostaje zniszczone. Rozluźniająca, bardzo ciepła, sympatyczna muzyka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s