Rod Stewart – Another Country

Another_Country

Dziadek Rod Stewart zaskoczył wszystkich dwa lata temu, gdy wydał pierwszy od dawna autorski album „Time”. Obecnie 70-letni Rod troszkę się wyciszył i przestał bawić się w coverowanie oraz naśladowanie klasyków pokroju Franka Sinatry. Teraz Anglik powraca z jeszcze świeższym materiałem, gdzie wsparł go współproducent i stary współpracownik Kevin Savigar. Jaką tym razem twarz pokazuje Stewart?

Otwierające całość singlowe „Love Is” kontynuuje drogę z początku „Time”, czyli mocno pachnie folkiem irlandzkim – smyczki, banjo, skrzypce i śladowe ilości gitary elektrycznej. Od spokojniejszych fragmentów przyspiesza z sekundy na sekundę i brzmi nawet fajnie. Niespodzianką jest „Please” z chórkiem na początku oraz lekko bluesową gitarą elektryczną, do której dołączają klawisze, przez co czuć pazur. Dalej jest różnorodnie: od przebojowego popu (skoczne, choć niebezpieczne skręcające w stronę kiczu „Walking In The Sunshine” – te chórki) przez reggae (milutkie „Love And Be Loved”), wracając do knajpiarskiego folku (piekielnie dobre „We Can Win” czy podniosły tytułowy utwór ze świetną solówką elektryczną pod koniec) i próbując tworzyć nastrojowe ballady (akustyczny „Way Back Home” czy liryczny „Batman Superman Spiderman”) aż po jazz (dostępne w wersji deluxe „One Night With You”). Jednak niektóre kompozycje zwyczajnie nudzą jak „Can We Stay Home Tonight?” czy zbyt plastikowe „Hold The Line”.

Stewart ma nadal mocny głos, jednak największym problemem tej płyty jest dla mnie zbyt duży rozrzut stylistyczny, a w wersji deluxe dostajemy aż pięć numerów z czego najlepszy jest rozszerzony i mroczny „In a Broken Dream”, gdzie głos Roda „domontowano” do oryginalnego utworu zespołu Peyton Lee Jackson. Jednak i tak album jest bardzo przyzwoity, czego po Stewardzie się nie spodziewałem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Rod Stewart – Time

time

Tego człowieka nie trzeba przedstawiać – w latach 70. i 80. był jednym z najpopularniejszych wokalistów rockowych. W ostatnim czasie nagrywał płyty z serii „The Greatest American Songbook” wykonując klasykę muzyki rozrywkowej z lat 40. i 50. Jednak teraz wraca z nowym już bardziej gitarowym repertuarem.

„Time” zawiera 12 piosenek, za których produkcję odpowiada sam Stewart. Jednak jeśli ktoś się spodziewał czysto rockowego grania, to się zawiedzie niemiłosiernie. Owszem, jest gitara, ale przede wszystkim akustyczna, zaś nawet jak się pojawi ostrzejsza, to jednak robi ona za tło („Beautiful Morning” czy „Live the Life”, choć bardziej się wybija w „Finest Woman”). Tak naprawdę są to bardziej popowe piosenki, które jednak są zarówno melodyjne jak i okraszone przede wszystkim irlandzkimi dźwiękami, co najbardziej słychać w singlowym, dynamicznym „She Makes Me Happy” (skrzypce). Poza tym pojawiają się dęciaki (saksofon w „Beautiful Morning” czy trąbki w „Finest Woman”), chórki żeńskie („Time”), fortepian (eleganckie „Pictures in a Flame”, które stylistycznie pasuje do serii The Greatest American Songbook), smyczki. Jednak poza zróżnicowanym tempem i aranżacjami, jest jeden dość nieprzyjemnie zaskakujący „Sexual Religion” z dyskotekową perkusją i syntezatorami imitującymi tybetańsko-wschodnie dźwięki, które nie bardzo pasują do samego Stewarta, mimo pojawienia się saksofonu.

Za to sam wokalista trzyma formę. Jego głos jest dość miękki, choć słychać, że swoje przeszedł. Jednak pasuje on do reszty i wypada więcej niż dobrze, zaś teksty są całkiem niezłe i dotyczą tematyki miłości czy przemijania. Nie ma się czego wstydzić i brzmi to nie najgorzej.

Stewart po skokach w stronę swingu, tym razem wraca do gitarowego grania, w którym czuje się naprawdę dobrze. Mimo wieku nadal ma co pokazać i słucha się go może nie z ogromną, ale przyjemnością. I wydaje mi się, że na tą wiosnę, co tak późno przyszła, będzie to odpowiedni album.

7/10

Radosław Ostrowski