AC/DC – Iron Man 2

Iron_Man_2

Kim jest Iron Man? To facet w dużej zbroi, który ratuje świat i świetnie się przy tym bawi. Każda z części była przykładem dobrego rozrywkowego kina. Ale spece od marketingu wpadli na diabelsko-szatański pomysł, by wydać muzykę z filmu, choć w filmie się nie pojawia (raptem dwa utwory).

Nie jest to music inspired by, ale tak naprawdę to jest kompilacja piosenek zespołu AC/DC. Pomysł może wydawać się z dupy wzięty, jednak zawartość pokazuje zupełnie coś innego. Piosenki australijskiej kapeli idealnie pasowałyby do opowieści o Człowieku z Żelaza. Czyste, hard rockowe nuty, gdzie gitara gra jak szalona, perkusja wali, a Brian Johnson ma chrypliwy głosi miesza się z Bonem Scottem. I tyle. Utwory tylko dla twardzieli, o czym mogą świadczyć same tytuły – „Shoot to Thrill”, „T.N.T”, „Evil Walks”, „Thunderstruck” czy „War Machine”. Wszystko tu wali, grzmi, wybucha i jest hardrockowe z akcentem na hard.

Poza tym jest to taki the best of AC/DC – nie mogło zabraknąć największych hitów jak „Highway to Hell”, „Back in Black”, jednak są też trochę mniej znane piosenki jak „Guns for Hire”, ” Cold Hearted Man” czy „Have a Drink on Me”. Wiadomo, czego się spodziewać po AC/DC i brzmi to jak cholera, zaś osoby nie znającego tej kapeli, po filmie mogli by natrafić na ten album i odkryć twórczość kapeli braci Young.

Mogło się to wydawać bezsensownym zabiegiem, ale ta muzyka nadal ma siłę i choć jest to produkt, jakość jest tu najwyższa. Nic nowego (poza okładką), ale to dobra muzyka. Co z tego, że znana (większości)?

7/10

Radosław Ostrowski

Deep Purple – Now What?!

now_what

Ten zespół to jedna z żywych legend rocka w ogóle. Mimo roszad i zmian składu, nadal zachowali swój styl i trzymają się wybornie. Formacja Deep Purple po 7 latach wróciła do studia, by nagrać swój dziewiętnasty album. Jak to się prezentuje?

Ekipa w składzie Ian Gillan (wokal), Roger Glover (gitara), Steve Morse (gitara), Ian Paice (perkusja) i Don Airey tym razem poprosiła legendarnego producenta Boba Ezrina (produkował płyty m.in. Alice’a Coopera, Pink Floyd i Kiss). 11 piosenek brzmi po prostu rewelacyjnie. Pierwszy utwór może wprawić wielu w konsternacje. „A Simple Song” zaczyna się bardzo spokojnie i lirycznie grającą gitarą i perkusją – to ma być Deep Purple? Potem dołącza się Gillan, równie spokojny jak reszta, ale w połowie jakby za pomocą jakiegoś przycisku, perkusja wali mocniej, gitara brzmi ostrzej, a klawisze szaleją (stare, dobre Purple), by pod koniec znów się wyciszyć. A dalej mamy to, co w tej ekipie najlepsze – mocna gitara, silny wokal, szalejące Hammondy oraz sekcja rytmiczna w świetnej formie. Całość ma siłę bomby atomowej – brzmi jednocześnie oldskulowo, ale i nowocześnie („Out of Hand”). Nie brakuje szybkich kawałków („Hell to Pay”, gdzie refren śpiewają wszyscy), ale tak naprawdę najlepiej wypadają w długich kompozycjach, gdzie każdy instrument ma swoje „pięć minut”. Tu należy wspomnieć „Above and Beyond” z kapitalnymi, fanfarowymi klawiszami (najciekawszy pod tym względem jest „Vincent Price”, którego klimatu pozazdrościłby niejeden horror), „Blood for a Stone” z bluesowymi zwrotkami oraz naprawdę mocnymi gitarami czy najdłuższym „Uncommon Man” (rewelacyjne riffy) z bardzo długim wstępem. I mógłbym tak wymieniać w nieskończoność, tylko po co? Bardzo równa, zróżnicowana i pachnąca starymi Purple’ami.

Równie niezmienna jak stylistyka kapeli jest jej wokalista. Nie wiem jak Ian Gillan to robi, ale czas się go nie ima. Może i nie ma tu drugiego „Child in Time”, ale brzmi on wybornie (wystarczy posłuchać „Vincent Price” czy choćby singlowego „All the Time in the World”). Wydanie deluxe zawiera jeszcze cover „It’ll Be Me” Jerry’ego Lee Lewisa, który dla fanów będzie wielką niespodzianką (przynajmniej dla mnie był – świetne pianino i klawisze).

Cały album zespół dedykował zmarłemu Jonowi Lordowi. Poza tym udowadniają, że mimo upływu lat trzymają się wybornie. Krążą słuchy, że panowie za rok znów nawiedzą studio. Nie wiem jak wy, ale to może wypalić. I choć mamy dopiero końcówkę kwietnia, „Now What?!” może już walczyć o miano najlepszej płyty roku 2013. Tak się powinno grać rocka.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Fall Out Boy – Save Rock And Roll

save_rocknroll

Ten amerykański kwartet serwujący punk/pop-rocka w ostatnim czasie przeżywał mocny kryzys. W 2009 roku kapela zawiesiła działalność, ale w tym roku Patrick Stump (wokal, gitara), Pete Wentz (gitara basowa), Joe Trohman (gitara) i Andy Hurley (perkusja) zdecydowali wrócić do siebie. A przy okazji wydali nowy album.

„Save Rock and Roll” zawiera 11 kawałków, a za produkcję odpowiada muzyk Butch Walker. I pierwsze co uderza, to obecność smyczków (zaproszono Londyńską Orkiestrę Symfoniczną), do których dołącza perkusja i bas. Czyżby gitarzysta został zwolniony albo miał się w ogóle nie pojawić? Jest, ale gdzieś w cieniu, zaś muzyka bardziej skręca w stronę popu. A na pierwszy plan wysuwa się syntezator i perkusja, co słychać potem w „My Songs Know What You Did In The Dark” oraz w „Alone Together” (z głosami dzieci w refrenie). Choć trudno odmówić chwytliwości, to coś tu jest nie tak, bo coś za delikatnie i mało rockowo (w tytule jest przecież Save Rock And Roll, a nie Save Pop). Sytuacja powoli się zmieniła w „The Mighty Fall” (wreszcie słyszalna gitara, która jeszcze przewinie się w „Death Valley” z dubstepową końcówką oraz „Rat a Tat”), choć podkład lekko hip-hopowy. Nie brakuje też akustycznej gitary („Young Volcanoes”).

Nie można odmówić mocnego wokalu Stupmpa, który potrafi przyciągnąć uwagę plus do tego całkiem niegłupie teksty, w których nie zabrakło mowy o balandze, miłości, buncie. Ale zespół ściągnął paru gości, którzy trochę uatrakcyjniają album – Foxes („Just One Yesterday”) raper Big Sean („The Mighty Fall), zaś na koniec petardy, czyli rapująca Courtney Love („Rat a Tat”) oraz Elton John, który jak zawsze gra też na fortepianie w tytułowym kawałku.

Dla mnie ten album jest za bardzo popowy i za spokojny jak na rockową kapelę. Z drugiej strony słucha się tego dobrze, chociaż liczyłem na coś zupełnie innego.

7/10

Radosław Ostrowski


Paramore – Paramore

paramore

Ta amerykańska kapela zyskała rozgłos dzięki „Decode” wykorzystanemu w filmie „Zmierzch”. Od tego czasu w zespole działo się wiele. Po nagraniu ostatniej płyty „Brand New Eyes” zespół opuścili współzałożyciele Zac i Josh Farro. Tak z kwintetu zrobiło się trio: wokalistka Hayley Williams, basista Jeremy Davis i gitarzysta Taylor York wspierani przez występujących z nimi na koncertach perkusistą Joshem Freese oraz gitarzystami Jonem Howardem i Justinem Yorkiem. I w takich okolicznościach powstała czwarta studyjna płyta nosząca jakże oryginalny tytuł „Paramore”.

To nie jest jedyna zmiana. Album ten zawiera 17 piosenek, a za produkcję odpowiada Justin Meldal-Johnsen – basista Nine Inch Nails, który odpowiada m.in. za płyty Becka, Pink, Air czy Tori Amos. Album ten powstał w jednym celu i tylko w jednym celu – by się ludziom (bardzo młodym zwłaszcza) się podobało i żeby to w radiu puszczali. Czyli jest melodyjnie, bardziej popowo tylko że z głośnymi gitarami elektrycznymi i nie można odmówić im jednego – słucha się tego dobrze i raz usłyszane, będzie siedzieć w głowie na dobre. Poza młócką (całkiem fajną) widać też, że ekipa ma pewne pomysły i dość nietypowe rozwiązania (chór gospel w „Ain’t It Fun” czy mandolina w trzech kawałkach „Interlude”), ale musiały być też spokojniejsze i lżejsze piosenki jak „Last Hope” (głównie początek) czy balladowe „Hate to See Your Heart Break” z cymbałkami i smyczkami.

Jednak zespół nie miałby nawet połowy tego rozpędu, gdyby nie Hayley Williams, która jest mieszanką ekspresji i stonowania. Wie, kiedy należy zakrzyczeć i to tak, żeby wszyscy poczuli, a kiedy należy się wyciszyć. Drugim też mocnym atutem są teksty – szczere, niepozbawione humoru („Ain’t It Fun”), choć tematyka stara jak świat. Ale przecież wiadomo do kogo jest to kierowane.

Trudno odmówić „Paramore” melodyjności, popowego zacięcia, dobrej realizacji i potencjalnej masy hitów. Ale ja szukam czegoś więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że Paramore wiedzą co chcą i wiedzą jak to zrobić.

7/10

Radosław Ostrowski

The Flaming Lips – The Terror

the_terror

Muzyka eksperymentalna należy to takich brzmień, które wymagają od słuchacza więcej i szuka nowych wyzwań i dźwięków. Taką muzykę od ponad 25 lat gra amerykański zespół The Flaming Lips. Obecnie zespół w składzie: Wayne Coyne (wokalista, gitarzysta, klawiszowiec), Michael Ivins (gitara basowa, klawisze), Steven Drozd (wokalista, bębny, gitara, klawisze), Kliph Scurlock (perkusja) i Derek Brown (gitara, klawisze, perkusja) mieszają rocka z ambientem. Potwierdza to też ich najnowsza, trzynasta płyta „The Terror”.

Album ten zawiera 9 piosenek, a za produkcję odpowiada zespół oraz Dave Friedman (producent prawie całej dyskografii zespołu) i ich menadżer Scott Booker. I tak jak wspominałem jest to muzyka rockowa zmieszana z ambientem (bardziej przestrzenną elektroniką), który tutaj gra pierwsze skrzypce, a każdy utwór płynnie przechodzi do następnego. Słychać to od samego początku w „Look… The Sun is Rising”, gdzie przebijają się różne zmechanizowane dźwięki, do których potem dołącza perkusja i gitara. Bywa też, że ta wielowarstwowość pulsuje („Be Free, A Way”), potrafi przykuć uwagę i intryguje („Try To Explain” z chórkami w tle), budując dość ponury klimat, co najbardziej słyszalne jest w „You Lust” – ponad 13-minutowym kosmicznym szaleństwie z gościnnym wsparciem duetu Phantogram, co dla wielu może być wyzwaniem, bo od 3 minuty jest sama muzyka, bez wsparcia wokalnego(pojawia się ono pod sam koniec). Ale poza eksperymentalnym brzmieniem udaje się czasem stworzyć coś bardziej przystępnego jak tytułowy kawałek z rytmicznym basem i perkusją czy „You Are Alone”. Więc nie jest to taka trudna muzyka jak się na pierwszy rzut ucha mogła się wydawać, zaś bardzo interesująco wypadł cover „All You Need is Love” z gościnnym udziałem Alex i Jade z zespołu Edward Sharpe and the Magnetic Zeros.

Klimat ten wspomagają wokale Coyn’a i Drozda, jakby odrealnione i bardzo delikatne.

„The Terror” to dość intrygująca płyta, która wymaga jednak wiele i albo was przyciągnie albo odepchnie. Dla mnie to było dość ciekawe granie, które trzymało dość równy poziom. Więc dajcie się sterroryzować.

7/10

Radosław Ostrowski

IRA – X

X

W latach 90-tych był to jeden z najpopularniejszych rockowych zespołów w Polsce, który może i grał bardziej pod radio, ale nie brakowało im ikry i ognia. Z ostatnich płyt w radiach raczej gra się spokojniejsze ballady i to mogło przekonać fanów, ze złagodnieli. Na swoim dziesiątym, podwójnym albumie „X” pokazują, że jeszcze potrafią przyłoić.

Jak wspomniałem „X” to dwie płyty, za których produkcję odpowiadają Sebastian Piekarek (gitarzysta sesyjny i kompozytor) oraz Marcin Trojanowicz (klawiszowiec). I zaprawdę powiadam wam, jeszcze pamiętają jak należy używać gitary elektrycznej. Łoją aż miło od początku (singlowy „Taki sam” – także po angielsku czy najostrzejsza „Pretty Baby”), a gitary słucha się naprawdę z wielką frajdą. Czasem bywa surowo i ponuro („Styks”, także po angielsku), czasem po prostu głośno („To moje życie”, „Za siebie”), szybko („Gniew”, „Uciekaj”). Poza tym, jak każda szanująca się rockowa kapela, musiały pojawić się spokojniejsze ballady takie jak „Szczęśliwa” i  „Pod wiatr”. Ale tutaj jednak jest więcej mocnego grania, co chyba jest plusem, zaś te spokojniejsze wypadają całkiem przyzwoicie.

Druga zaś płyta zawiera sześć piosenek, z czego tylko dwie po polsku. Zaś piosenki po angielsku to covery („Never Turn Back Time”, „Styx” i „God” – kolejno „Taki sam”, „Styks” i „Mój Bóg”) oraz „Your Ghost” zagrany tylko na gitarze akustycznej. Zaś polskie piosenki to idący w stronę bluesa „Ocean” ze średnim udziałem Patrycji Markowskiej oraz najlepsza ze spokojniejszych „Twój cały świat” śpiewany przez córkę Artura Gadowskiego, Zuzannę z wręcz piękną aranżacją.

Jeśli ktoś nie lubił wokalu Gadowskiego, mam złą wiadomość – nie zmienił się. Czuć, że to rockowy wokal, jeszcze ma iskrę i słucha się go przyzwoicie. Także teksty są naprawdę w porządku, zaś tematyka taka typowa – miłość, wierność sobie, bunt. I tutaj też trudno się do czegoś przyczepić.

Gadowski i spółka nadal grają rocka, jeszcze pokazując pazur i energię, co się chwali. Owszem, zdarzają się słabsze momenty, ale nie zmienia to faktu, że to dobry album.

7/10

Radosław Ostrowski

Gienek Loska Band – Dom

Gienek_Loska_Band__Dom_2013

Pamiętacie Gienka Loskę? Tego ulicznego grajka, który wygrał jeden z talent show, założył kapelę (poza nim i gitarzystą Andrzejem „Makarem” Makarczykiem tworzą go jeszcze: klawiszowiec Marcin Młynarczyk, basista Tomek Setlak i perkusista Grzegorz Schneider) i nagrał z nią debiutancką płytę. „Hazardzista” podobał mi się bardzo i teraz ukazała się druga płyta „Dom”. Czy jest lepsza od poprzedniej?

Trudno mi powiedzieć, bo stylistycznie nie różni się aż tak bardzo od poprzedniej (rock’n’blues z lat 70.), a tym razem produkcją zajął się Rafał Paczkowski. Nadal pojawiają się organy Hammonda, harmonijka ustna, bardzo rytmiczny bas, perkusja jak trzeba i gitarowe popisy Makara. Czyli zmian nie ma zbyt wiele, ale z drugiej strony – spodziewaliście się czegoś innego? Nie brakuje inspiracji ZZ Top („Będzie dobrze” z fajnymi, przerobionymi wokalami), funky („Funky”), zgrania gitary z klawiszami („Ja i ty”), country („Dom” z delikatną gitarą) czy gospel (zaskakujące „Jednego serca” z ostrą gitarą na początku). Jest stylowo i oldskulowo, ale też nie ma tutaj żadnego udawania czy przesadnego kombinowania.

Także warstwa tekstowa jest naprawdę na plus i tutaj są widoczne postępy (poza Makarem do ekipy tekściarzy dołączył Michał Zabłocki), w których nie brakuje tutaj poważnych przemyśleń i refleksji na temat życia i całej reszty, m.in. emigracji („Zostań z nami”). Zaś wokal Gienka też się nie zmienił i nadal jest autentyczny w tym, co robi.

Jak ocenić „Dom”? Powiem tak, to bardzo udana płyta, która może nie przebiła debiutu, który był dla mnie mega zaskoczeniem, ale poniżej pewnego (wysokiego) poziomu nie schodzi. Ocenę jednak podwyższam za ostatni utwór (cover „It’s a Man’s Man’s World” Jamesa Browna).

8/10

Radosław Ostrowski


Black Rebel Motorcycle Club – Specter at the Feist

specter_at_the_feast

Zespołów rockowych jest od cholery wiele i ciągle przybywa. Jedną z takich kapel jest pochodząca z San Francisco Black Rebel Motorcycle Club. Do tej pory trio nagrało 6 płyt, które spotkały się z dobrym przyjęciem. A teraz trio w składzie: Peter Hayes (wokal, gitara, bas, klawisze), Robert Levon Been (wokal, bas, gitara, fortepian) oraz Leah Shapiro (perkusja) pojawia się z siódma płytą.

„Specter at the Feast” zawiera 12 piosenek wyprodukowanych przez zespół. Utwory te wyróżniają się dwiema rzeczami: długością (najkrótszy niecałe 3 i pół minuty, najdłuższy ponad 8 minut) oraz klimatem, bardziej ponurym i surowo granym. Poza basem i gitarą elektryczną kluczowym dźwiękiem jest elektronika, budująca dość senny, wręcz oniryczny klimat („Fire Walker”), który jest ważniejszy od melodyjności i ładnych dźwięków, których też tu nie brakuje jak „Let the Day Beign” z równo walącą perkusją, bardzo ładnego „Lullaby” granego na akustycznych gitarach czy najszybsze w całym zestawieniu „Hate the Taste” (naprawdę ładnie gitara tutaj zasuwa i jeszcze ten tamburyn), „Rival” i „Teenage Disease” idące w lekko punkowej stylistyce. Słowem dzieje się tu wiele, choć nieróżni się to od innych kapel.

Wokal też jest całkiem niezły. Nie brakuje tutaj zarówno krzyku („Teenage Disease”), jak i szeptania („Some Kind of Ghost”, „Sometimes the Light”) i w obu przypadkach wypada to przyzwoicie. Także warstwa tekstowa, która opowiada o czymś więcej niż tylko o miłości zasługuje na pochwałę.

Mówiąc krótko „Specter at the Feast” nie jest przełomowym czy kompletnie nowym albumem. To po prostu dobra płyta rockowa z kilkoma potencjalnymi hitami, posiadająca swój własny klimat i zrobiona porządnie. Niby niewiele, ale frajdy jest sporo.

7/10

Radosław Ostrowski

Sound City – Real to Reel

sound_city

Dawno, dawno temu działała w Los Angeles wytwórnia muzyczna Sound City, które działało od 1970 roku. To tutaj swoje płyty nagrywali m. in. Nirvana, Metallica, Red Hot Chili Peppers, Fleetwood Mac czy Nine Inch Nails. Jednak w 2011 roku Sound City zostało zamknięte, a korzystać mogli z niej tylko najemnicy. O tej wytwórni zdecydował się opowiedzieć w filmie dokumentalnym Dave Grohl – perkusista Nirvany, a obecnie gitarzysta i wokalista Foo Fighters. Film u nas jeszcze nie jest dostępny, ale za to wyszedł soundtrack z tego filmu, gdzie Grohl gra we wszystkich kawałkach albo na gitarze albo na perkusji.

Wybór wykonawców nie jest jednak przypadkowy, choć wykonują premierowe kompozycje, a za produkcję odpowiada Butch Vig (członek Garbage, który odpowiada też m.in. za „Nevermind” Nirvany). Zaś dobór muzyków i wokalistów naprawdę robi wrażenie, a ilość w tym wypadku poszła w jakość. Wszystko zaczyna się od „Heaven and All” -dość spokojnego kawałka w zwrotkach, bo w refrenach jest dynamiczniej z udziałem Roberta Levona Beena i Petera Hyesa z Black Rebel Motorcycle Club (kolejno bas + wokal i gitarzysta). „Time Slowing Down” z perkusją przypominającą Black Country Communion i rockiem z lat 70-tych, z wokalem Chrisa Gossa (ex-Queens of the Stone Age) oraz basistą Timem Commenfordem i perkusistą Bradem Wilkiem (obaj z Audioslave i Rage Against the Machine). Po takich mocnych kawałkach, przydałoby się coś spokojniejszego. I czyms takim jest „You Can’t Fix This” z mocnym wokalem Stevie Nicks (Fleetwood Mac) i muzykami Foo Fighters (klawiszowiec Rami Jaffee i perkusista Taylor Hawkins). Następnie przyśpieszamy w naprawdę dynamicznym „The Man That Never Was” z wokalem i gitarą Ricka Springfielda (naprawdę mocny i świetny wokal), którego wspierają Hawkins, Nate Mendel (basista Foo Fighters) oraz Pat Smear (koncertowy gitarzysta Nirvany i Foo Fighters), a także przy punkowym „Your Wife is Calling” z wokalem Lee Vinga oraz Alaina Johannesa. Powrót do surowszego i spokojniejszego grania serwowali nam Corey Taylor (wokalista Slipknot), Rick Nielsen (gitarzysta Cheap Trick, kapitalne riffy) oraz basista Scott Reader w „From Can to Can’t”.

Za to kompletne wyciszenie zaserwowano w „Centipade” (wokal Josh Dumme z Queens of the Stone Age, bas A. Johannes i Ch. Goss) z akustycznymi gitarami, ale w połowie pojawia się gitara elektryczna i znów brzmi to ostro. I to tempo zostaje utrzymane w „A Trick with No Slaves” (Homme, Johannes, Grohl), a największą dla mnie niespodzianką było „Cut Me Some Slack” z reaktywowaną Nirvaną. Ale tym razem śpiewał Paul McCartney i nie spodziewałem się, że ten wokalista jeszcze ma w sobie ogień, zaś kawałek był naprawdę mocny i pozytywnie zaskakujący. Znowu następuje wyciszenie w „If I Were Me” z gitarą akustyczną oraz smyczkiem (grają Jaffae, perkusista Jim Keltner oraz na wokalu Jesse Greene), zaś finałem jest najdłuższa „Mantra” z wokalem Trenta Reznora oraz wsparciem Homme’a i Grohla) – bardzo stonowana i wyciszona.

Jednym słowem kompilacja jest jak najbardziej udana i słucha się tego rewelacyjnie, zaś żaden z muzyków nie nawalił, co nie zdarza się zbyt często w przypadku składanek. Genialna płyta, do której nie mam żadnych zastrzeżeń.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Low – The Invisible Way

the_invisible_way

Tzw. spokojniejsze granie jest w zasadzie znacznie trudniejsze to zrealizowania, bo jak przyciągnąć uwagę słuchacza mając do dyspozycji zaledwie gitarę akustyczną, bas i perkusję. Taką próbę podejmuje amerykański zespół Low z Minnesoty. Trio w składzie: Alan Sparhawk (gitara, wokal), Mimi Parker (perkusja, wokal) oraz  Steve Garrington (bas, od 2008 roku) pojawia się z dziesiątym materiałem „The Invisible Way”.

Album zawiera 11 piosenek bazujących na folku, a produkcją zajął się Jeff Tweedy – gitarzysta i muzyk zespołu Wilco. I tak jak wspomniałem, nie ma tutaj dynamicznego czy szybkiego brzmienia. Czy udaje się zespołowi przykuć uwagę? Wydaje mi się, że tak, nie ma tutaj monotonii. Nawet jeśli pojawia się gitara elektryczna, to jest ona bardzo spokojna („Clarence White”). Rock jest tutaj umówmy, tutaj zespół bardziej stawia na nastrój i klimat, niż przyciskanie gazu oraz ostrego brzmienia, co dla wielu może być wadą i uznają ten album za nudny. Aczkolwiek jest tutaj parę zaskakujących utworów. „So Blue” z szybkim pianinem na początku oraz pięknym głosem Mimi Parker, „Clarence White” z „klaszczącą” perkusją oraz ciekawymi solówkami na gitarze oraz mój faworyt „Just Make It Stop” z bardzo ładnie brzmiącą gitarą oraz perkusją.

Zaś oboje wokaliści zarówno solo jak i przede wszystkim razem śpiewają naprawdę dobrze, dorównując poziomem do całej płyty. Druga sprawa to dość proste teksty, w której zespół opowiada zarówno o rodzinie („Mother”) czy o relacjach z innymi. Tu nie ma specjalnego kombinowania.

Prosty album, prosta muzyka, a ile przyjemności potrafi dać. Nie wiem jak oni to robią, ale naprawdę to potrafią. Dobra robota.

7/10

Radosław Ostrowski