Power metal to nie jest gatunek muzyki, który może przejść jakąkolwiek ewolucję. Jednak mimo to cieszy się względnie dużą popularnością oraz paroma uznanymi kapelami, jak choćby szwedzki Sabaton czy niemiecki Helloween. Tym razem to właśnie Niemcy zaserwowali swój nowy album „Straight Out of Hell”, gdzie nie mogło zabraknąć dyń.
Zespół pod wodzą producenta Charlie’ego Bauerfeinda wyznaje prostą filozofię muzyki, czyli serwuje nam młóckę oraz łojenie gitarami pędząc na złamanie karku. Ostre i szybkie gitarowe riffy, mocno waląca perkusja, bardzo melodyjne chórki w refrenach oraz drapieżny wokal Andi Derisa. Nihil novi, ale nie o to tu chodzi, bo kawałki te mają swój power. Wystarczy wskazać choćby otwierający album „Nabateea” zaczynający się lekko orientalną gitarą elektryczną, potem następuje przyśpieszenie w zwrotkach oraz dziwnie epicki refren. I tak przez 7 minut. W zasadzie ekipa jedzie ostro przez 70 minut bez żadnych hamulców. Nawet jeśli pojawia się zwolnienie i spokój, to tylko na krótko, by znów przyśpieszyć, jak w „Burning Sun” (w wydaniu deluxe jest ten utwór w Hammond Version z granymi organami Hammonda w hołdzie zmarłemu Jonowi Lordowi – klawiszowcowi Deep Purple). Jednak jest jeden powolny kawałek „Hold Me in Your Arms”, który nie bardzo pasuje do całej reszty. Rozbieranie tej płyty na czynniki pierwsze tak naprawdę nie ma sensu, bo poziom jest dość wyrównany (poza wspomnianą balladą).
Nie jest to nic odkrywczego, ale power naprawdę ma i słucha się tego naprawdę fajnie. W tym roku Helloween zaczęło się wcześniej i jest naprawdę good.
Ekipa ta pojawiła się w 2005 roku, a tworzy ją 4 raperów (z czego jeden gra na klawiszach i gitarze, drugi tylko na gitarze), jeden wokalista z gitarą elektryczną i perkusista, który czasem drze ryja. Tak narodził się zespół Hollywood Undead grający rapcore, czyli łączą rocka z rapem. Efektem tego jest 3 płyta „Notes from the Underground”.
Wersja deluxe zawiera 14 kawałków, które są mieszanką ostrego, ale przystępnego rocka z hip-hopem, co zarówno dla nich jak i muzyki nie jest niczym nowym. Jednak ta mieszanka nadal się sprawdza, choć jest tu trochę za łagodnie w porównaniu do poprzedników. Czy to jest wada? Raczej nie. Panowie próbują ciągle czegoś nowego i eksperymentują, co wychodzi im z różnym skutkiem. Najlepsze są zdecydowanie ostre kawałki jak otwierające album „Dead Bite”, „We Are” czy z łudzącym początkiem na fortepianie „From the Ground”, gdzie dalej mamy ostrą gitarę w refrenach i farsz elektroniczny. Czasem zdarza się bardziej pójść w stronę popu („Another Way Out”, „Lion” zajeżdżający trochę Linkin Parkiem) czy niemal akustyczny „Rain”), czystego rapu („Pigskin”, „One More Bottle”), a nawet czegoś wręcz radiowego („Believe” z fortepianem i lżejszą elektroniką), co może przyprawić o ból głowy. Ten totalny rozrzut jest zdecydowanie na plus, zaś kawałki są w najgorszym wypadku całkiem przyzwoite.
O dziwo wokal jest bardzo zróżnicowany, bo jedyny śpiewający Danny bywa zarówno bardzo spokojny („Believe”) jak i bardzo ostry i wściekły („From the Ground” czy „We Are”). Za to ziomale, czyli Charlie Scene, Funny Man, J-Dog i Johnny 3 Tears wymiatają i napędzają ten album. Tak po prostu. Jeśli zaś chodzi o lirykę, to tutaj jest bardzo ponuro – przemoc, strach, beznadzieja, ale też wolność, chęć zerwania z rutyną. Nie ma nudy i szablonu, tak jak w muzyce.
Zespół znów pokazuje, że potrafią zaskoczyć i stworzyć bardzo nieobliczalny materiał. Huśtawka emocji i rytmów może być odskocznią. Za to mają szacun.
Maj 1993 roku, miasteczko West Memphis w Arkansas. Dochodzi tam do morderstwa trzech 8-letnich chłopców. O dokonanie tej zbrodni oskarżono miejscowych rozrabiaków: 17-letniego Jessiego Misskelleya Jr., 16-letniego Jasona Baldwina i 18-letniego Damiena Echolsa. Ten ostatni po burzliwym procesie został skazany na śmierć. Dwaj pozostali na dożywocie. Śledczy insynuowali satanistyczne podłoże zbrodni. Przekonywano, że na skazanych zły wpływ miała słuchana przez nich muzyka metalowa. Po kilkunastoletniej batalii, w 2011 roku, m.in. na podstawie braku zgodności DNA domniemanych sprawców z tym znalezionym na miejscu zbrodni Misskelley Jr., Baldwin i Echols wychodzą na wolność. Ta historia jest kanwą filmu dokumentalnego „West of Memphis” wyprodukowanego przez Petera Jacksona.
Film ten jeszcze nie ma w naszym kraju dystrybutora, jednak wyszedł soundtrack z tego filmu. Album zawiera zarówno piosenki jak i muzykę instrumentalną, zaś wykonawcy wystarczyli za całą recenzję. Wystarczy wspomnieć, że za muzykę do filmu odpowiada Nick Cave i Warren Ellis, których muzyka pojawia się tu w formie suity jak i w tle, gdy Henry Rollins i Johnny Depp czytają listy Damiena Echolsa z celi śmierci. Zaś jeśli chodzi o piosenki to nie brakuje tu zarówno uznanych twórców (Bob Dylan, Eddie Vedder, Marilyn Manson, Band of Horses) jak i mnie kojarzonych postaci jak Natalie Maines, zespół Camp Freddy, Citizen Cope czy Bill Carter. Całość jest utrzymana w tonie około rockowym i słucha się tego naprawdę dobrze, a żaden wykonawca nie zawodzi. Wisienką na torcie jest „Wind” Patti Smith z koncertu, którego dochód przeznaczono dla pokrzywdzonych.
Będę się streszczał i powiem, że jest to bardzo udana kompilacja. Nie wiem jeszcze jak sprawdza się to w filmie, ale poza nim jest bardzo dobrze i bardzo równo, co nie zawsze idzie ze sobą w parze.
Państwowe zakłady zbrodni i kary
Przydrożne krzaki i fotoradary
Dostojnie pełza ta karawana
Po polskich drogach jak po żyłach narkomana
Kiedy pojawili się w 2003 roku, zrobili małe zamieszanie na naszym podwórku muzycznym. Mieszali rocka z folkiem, choć w tym samym czasie działał inny zespół frontmana, Pidżama Porno. Zespół przestał istnieć, a Strachy na Lachy zaczęły odnosić coraz większą popularność. Po 5 płytach studyjnych, składance i płycie koncertowej pora na szósty album. I co tym razem wyszło.
„!TO!” zawiera 10 piosenek, w których czuć mieszankę Strachów z Pidżamą, co było już w „doDekafonii”. Czyli najważniejsza jest przede wszystkim gitara elektryczna oraz wokal Grabaża – tak charakterystyczny, że nie można go pomylić z nikim innym. Muzyka jest bardzo zróżnicowana, bo nie brakuje zarówno skocznych melodii („Mokotów” czy kończący album „Żeby z Tobą być”, który brzmi lekko retro), jak i trochę mocniejszych brzmień („Gorsi” czy „Bloody Poland”, w których czuć echa Pidżamy Porno). Poza jednak gitarą, wokalem i klawiszami pojawiają się dęciaki („Za stary na Courtney Love”), chórkowe refreny („Gorsi”). Czyli tak jak poprzednio, choć jeden utwór trochę nie pasuje do całej reszty („Żeby z tobą być”).
Wokal Grabaża jak wspomniałem jest dość charakterystyczny, choć bardziej idzie w stronę melorecytacji czy lekkiego podnoszenia głosu. Mi to pasuje. Za to teksty jak to u Grabaża, są najmocniejszą siłą. I nie chodzi tu tylko o chwytliwe refreny, ale też zgrabne frazy oraz gorzką obserwację naszej rzeczywistości. Nie brakuje surrealizmu („Mokotów”), wypalonej miłości („Bankrut… Bankrutowi”, „Jaka piękna katastrofa”), krytycyzmu wobec polskiej mentalności („Bloody Poland”), obecnego młodego pokolenia shit i botox party („Gorsi”) czy wreszcie hymnu hejterów („I Can’t Get No Gratisfaction”). Choć nie ma tu bluzgów, to jednak nadal ma moc.
Coraz bardziej widać, że Strachy na Lachy zaczynają przypominać Pidżamę Porno, jednak nie są jej bezczelną kopią. Na tym albumie potwierdzają świetną formę oraz energię. Musicie TO mieć.
Łódzka kapela Coma w Polsce uznawana jest za jeden z najważniejszych zespołów rockowych ostatniej dekady. Cztery studyjne płyty, jedna symfoniczna i jedna po angielsku. Ferajna z Piotrem Roguckim postanowiła drugi raz podbić świat i nagrali drugą płytę po angielsku. Co z tego wyszło?
„Don’t Set Me Your Dog on Me” to tak naprawdę „Czerwony album” zaśpiewany po angielsku z jednym nowym utworem („Song 4 Boys” napisana do serialu „Misja Afganistan”). Czyli jest dobre, rockowe granie z paroma przebłyskami („Dance with a Queen” – „Angela” z polskiej czy „A Better Man”). Muzycznie nie ma zmian, zaś Roguc całkiem nieźle śpiewa po angielsku, zaś warstwa tekstowa jest dość intrygująca. Jednak czegoś tutaj brakuje, bo choć znam te utwory, to w jeżyku angielskim brzmią one trochę inaczej, bo czegoś tutaj brakuje. Sam nie do końca wiem o co tu chodzi, ale bardziej przemawiał do mnie poprzednik.
Plan podboju szeroko pojętego Zachodu częściowo może się udać. Nie brakuje mocnych kawałków z dużą dawką energii. Jednak tam jest wiele podobnie grających zespołów i może być problem z przebiciem się. „Don’t Set Me Your Dog on Me” to kawał gitarowego grania i wypada on zaskakująco dobrze.
Kiedy huragan Sandy przybył i narobił zniszczeń w Nowym Jorku, Amerykanie jak najszybciej podjęli się naprawy. Jedną z takich inicjatyw był koncert charytatywny zorganizowany 12 grudnia 2012 w Nowym Jorku. Koncert ten (niestety, nie w całości) został wydany na dwóch płytach kompaktowych. Nie muszę mówić, że pieniądze zostaną przeznaczone dla fundacji Robin Hood Relief Fund, zbierającą pieniądze na pomoc dla ofiar huraganu Sandy.
A kogo tu nie ma? Lista wykonawców jest naprawdę imponująca: Bruce Springsteen, Bon Jovi, Chris Martin z zespołu Coldplay, Roger Waters, The Rolling Stones, Eric Clapton czy The Who – to robi wrażenie. (poza nimi jeszcze byli nieobecni na płycie Kanye West czy reaktywowana Nirvana z Paul McCartneyem na wokalu). A jak to brzmi? Bardzo dobrze, a w przypadku niektórych wręcz rewelacyjnie. Nie zawodzi Boss, który z zespołem E Street Band wykonał dwa utwory z ostatniej płyty „Land of Hope and Dreams” oraz „Wrecking Ball”. Działający solowo Roger Waters zaserwował utwory Pink Floydów (nie zabrakło „Another Brick in the Wall”), a w jednym z nich („Confortambly Numb”) refren zaśpiewał Eddie Vedder i wypadł on bardzo dobrze. Niestety, bardzo średnio spisał się Bon Jovi (słabe „It’s My Life” i trochę lepsze „Wanted Dead or Alive”), ale sytuację ratują Eric Claptona („Crossroads”, „Got to Get Better in a Little While”) oraz będący w naprawdę świetnej dyspozycji Rolling Stones („You Got Me Rocking”, „Jumpin’ Jack Flash”). Jednak na pierwszej płycie całe show ukradł Adam Sandler z Paulem Shefferem, brawurowo wykonując przerobioną wersję „Hallelujah” Leonarda Cohena.
Drugi album zaczyna i kończy Alicia Keys. O ile na początku miałem wrażenie przegadania oraz rozciągania w czasie („No One”), o tyle kończące „Empire State of Mind” wypada o wiele lepiej. Ale tak naprawdę najważniejsi są The Who, Billy Joel oraz Chris Martin. Zespół pod wodzą Pete’a Townshenda wypada zaskakująco dobrze jak na swój wiek (zwłaszcza świetny perkusista oraz niezły wokal lidera we „Who Are You” czy „Baba O’Riley” – obie znane z seriali z cyklu „CSI”), zaś długie wstępy nie przeszkadzają. Z kolei Joel i Martin wypadli naprawdę dobrze, zaskoczył ten ostatni śpiewając akustycznie „Viva la Vida” oraz „Us Against the World” i kompletnie zaskoczył śpiewając „Losing My Religion” w duecie z Michaelem Stripem.
Mówiąc krótko, „12-12-12” to świetne granie na żywo i tak naprawdę trudno się do kogokolwiek przyczepić.
Muzyka filmowa to bardzo duży i coraz popularniejszy rynek muzyczny… w USA. Albumy te można podzielić na dwie grupy: soundtrack (kompilacja piosenek) i score (muzyka instrumentalna). Muzyka z filmu „40 lat minęło” należy do tej pierwszej grupy.
Na abumie jest 16 piosenek utrzymanych w stylistyce popu i dominacji gitarowych brzmień. Powiedziałbym, że takich kompilacji to na pęczki, gdzie są sympatyczne i przyjemne dźwięki. Zestaw wykonawców jest dość interesujący, bo nie brakuje Yoko Ono, Paula McCartneya (instrumentalny „Lunch Box/Odd Sox” na pianinie) czy pojawiający się parę razy Ryan Adams i Lindsay Buckingham. Na mnie największe wrażenie zrobił „Rewrite” Paula Simona ze świetnie mieszającymi się gitarami oraz gwizdami. Drugim faworytem jest „Brothers & Sisters” Lindsaya Buckinghama i Nory Jones. Mówiąc krótko, nie ma jakieś piosenki, o której powiedziałbym, że jest nieudana czy słaba, wszystko trzyma równy, dobry poziom. Nie zabrakło za to jednej instrumentalnej kompozycji autorstwa kompozytora Jona Briona. „Theme 1 (Debbie & Oliver)” z melancholijnymi smyczkami, które miejscami grają naprawdę nerwowo + gitara i perkusja tworzą mocną mieszankę, będąc mała wisienką na torcie.
Nie ma co marnować czasu i powiem krótko: „This Is 40” to soundtrack zawierający dobrą muzykę, która powinna spodobać się nawet tym, co filmu nie widzieli. Po prostu dobra rzecz i tyle.
Amerykańska supergrupa grająca hard rocka nagrała już dwie studyjne płyty. Sammy Hagar (wokalista Van Halen), Michael Anthony (basista Van Halen), Joe Satriani i Chad Smith (RHCP) tym razem pokazali swoją nową płytę – tym razem koncertową. Z trasy promującej ostatnią płytę, gdzie odwiedzili m.in. Seattle, Chicago, Boston i Phoenix. I właśnie stamtąd pochodzi ten album.
Płytę mogę opisać jednym słowem: świetna. Panowie bardzo dobrze grają razem, choć najbardziej pamięta się solówki Satrianiego (najlepsze w „Down The Drain” oraz „Turnin’ Left”) oraz wokal Hagara (ale więcej czasu się drze), choć Chad Smith i Michael Anthony też mają swoje pięć minut („Turnin’ Left” czy „My Kinda Girl”). Każdy utwór jest energetyzerem, który może i zaczyna się spokojnie, ale potem rozkręca się do nieprawdopodobnych rozmiarów (najdłuższy utwór ma 9 minut), odczuwalny jest klimat rocka z lat 70-tych, a wszystkiego słucha się więcej niż dobrze i więcej niż z przyjemnością. Wyjątkiem od ostrej jazdy jest zamykający album „Learning To Fall”, który brzmi bardziej podniośle i spokojniej.
„LV” to czysty rock, który może i ma swoje lata, ale nadal się broni, zaś publika żywo reaguje na popisy muzyków. Więc koniec gadania i marsz do sklepów.
Quentin Tarantino – wiadomo, że jak zrobi film, to raczej nie ma bata i musi się zakończyć sukcesem. „Django” to kolejny przykład na mistrzowska formę reżysera, gdzie wszystko tu zagrało. Reżyser znany jest też z tego, że nigdy nie zatrudnia kompozytora, zaś muzyka to wybrane przez niego piosenki i kompozycje instrumentalne. W filmie sprawdza się to rewelacyjnie. A jak na wydanym albumie?
Kompilacja zawiera 23 utwory, z czego część to dialogi, część to utwory instrumentalne i reszta to piosenki – wszystko ze sobą pomieszane i poplątane. Ponieważ film jest westernem, to dominują utwory utrzymane w tej konwencji. Zacznę po kolei od dialogów – zazwyczaj takie elementy na płycie zwyczajnie wydają mi się niepotrzebne, choć celem ich jest wprowadzenie w odpowiedni klimat. Tutaj nie drażnią, ale można byłoby z nich zrezygnować (choć ostatni dialog między Samuelem L. Jacksonem i Jamie Foxxem „Six Shots Two Guns” jest nawet zabawny), ponieważ one będą zrozumiałe tylko dla tych, co film widzieli.
Właściwa praca zaczyna się od piosenki ze spaghetti westernu „Django” z 1966 roku. Kompozycja Luisa Enrique Bacalova brzmi po prostu rewelacyjnie otwierając film, zaś gitarowy wstęp i smyczki w refrenie budują kowbojski klimat. Innymi tematami Bacalova w filmie są: piosenka „His Name Is King” (temat Schultza ze świetnym żeńskim wokalem, harmonijką ustną, dęciakami) oraz „La Corsa (2nd Version)” instrumentalna kompozycja zaczynająca się od nerwowych skrzypiec, bardziej pasujących do horroru, które potem się uspokajają dając pole podniosłej trąbce.
Drugim kompozytorem mającym spory udział w filmie jest Ennio Morricone, którego kompozycje Tarantino wykorzystuje od drugiej części „Kill Billa”. Tu najbardziej należy wyróżnić dwa tematy z westernu „Dwa muły dla siostry Sary” z Clintem Eastwoodem. „The Braying Mule” to zapętlająca się gitara, z powtarzającym się fletem oraz cymbałkami buduje odpowiedni klimat, kontrastem jest rozpisany na gitarę i grzechotkę liryczny „Sister’s Sara Theme”. Poza tym jeszcze pojawia się piosenka „Ancora Qui” śpiewana przez Elizę Toffoli oraz majestatyczny temat „Un Monumento” rozpisany na trąbkę, chór i bardzo charakterystyczną perkusję. Poza tym jeśli chodzi o muzykę instrumentalną jest wykorzystany „Nicaragua” Jerry’ego Goldsmitha z ciekawą elektroniką (film „Pod ostrzałem”) oraz „I Giorni Dell’ira” Riza Orlotaniego – typowo westernowy kawałek z porywającymi gitarami oraz dęciakami.
Jeśli chodzi o piosenki nie mogło zabraknąć typowo westernowych brzmień (z gitarą na pierwszym planie), ale nie brakuje też tzw. czarnych brzmień. Stąd też pojawia się zarówno John Legend (soulowy „What Did That You Do?”), Brother Dege (gitarowy „Too Old to Die Young”), wykorzystany w zwiastunie smash-up Jamesa Browna i 2Paca (mieszanka soulu i hip-hopu) oraz dość kontrowersyjny Rick Ross (rapowy „100 Black Coffins”), ale dziwnie pasujący do całości. Reszta piosenek na dobrym poziomie.
Nie ma tu wszystkich kompozycji wykorzystanych w filmie, ale dobór Tarantino do albumu jest trafiony. Kompozycje są świetne, żadna nie gryzie się ze sobą i to wszystko brzmi świetnie także poza filmem. Brać, kupować, słuchać i niczego nie żałować.
To jeden z najbardziej znanych gitarzystów bluesowych. Od lat 60. grywał w zespołach i solo. W zeszłym roku doszło do reedycji jego najbardziej znanej płyty „Slowhand”. A imię jego Eric Clapton się zwie. Jak broni się muzyka po ponad 35 latach?
Jest to bardzo spokojne gitarowe granie będące mieszanką rocka, bluesa i nawet country. Album zaczynają dwa największe hity – „Cocaine” oraz „Wonderful Tonight”. Dalej mamy utrzymane w country „Laydown Sally” oraz „Next Time Will See You”. Najbardziej dynamiczny oraz najdłuższy (8 i pół minuty) jest „The Core” ze świetnymi solówkami gitary oraz saksofonu, a także bluesowy „Meet Old Frisco” z żywszą gitarą elektryczną Claptona, zaś kończone jest instrumentalnym „Peaches and Diesel” z piękną gitarową solówką. To podstawowa zawartość płyty, gdzie poza gitarami jest oldskulowy Hammond („Next Time Will See You”) i pianino („Mean Old Frisco”), jednak w dwupłytowej reedycji są jeszcze 4 utwory, które wcześniej nie ujrzały światła dziennego. Zaczyna się od spokojnego „Looking at the Rain” z oszczędnie grającymi gitarami. Potem mamy lekko folkową „Albertę” oraz utrzymaną w podobnej stylistyce „Greyhound Bus” z harmonijką i żeńskim chórkiem. A ostatnią premierową piosenką jest trochę żywsze „Stars Always and Ashtrays”. Wszystkie utwory dorównują poziomem całej reszcie, zaś spokojny i lekko podniszczony głos Claptona brzmi dobrze, dopełniając całej reszcie.
Ale to nie koniec atrakcji. Bo w wydaniu deluxe jest jeszcze druga płyta będąca zapisem koncertu Claptona w Hammersmith Odeon z dnia 24 kwietnia 1977 roku. Tam Clapton gra różnorodnie. Nie brakuje stricte rocka („Tell The Truth”, „Layla”), reggae („Knockin’ On Heaven’s Door”) czy bluesa („Storym Monday”). Słucha się tego z niekłamaną przyjemnością, a pozytywnie zaskakuje dobra jakość dźwięku.
Ten album powinien koniecznie pojawić się na waszych półkach. A jeśli tam nie jest, należy natychmiast go kupić. Muzyka wiecznie żywa.