Mowgli: Legenda dżungli

„Księga dżungli” Rudyarda Kiplinga zawsze inspirowała filmowców i inspirować chyba będzie. Ale w ostatnim czasie pojawiły się aż dwa podejścia do tego samego materiału. Najpierw Jon Favreau odtworzył w nowej formie wersję Disneya, a dla Warnera postanowił swoją wersję przedstawić Andy Serkis. Reżysera bardziej znamy dzięki kreacjom w technice motion capture, ale czy ta próba się udała?

Niby znamy tą opowieść o Mowglim – chłopcu, wychowywanym przez dżunglę (niczym Tarzan) oraz próbującym żyć wśród wilków. Niby człowiek, ale i nie do końca, bo próbuje kierować się zasadami, jakie wpaja mu niedźwiedź Baloo oraz pantera Bagheera. Problem w tym, że już na jego życie czyha tygrys Shere Khan, który zabił jego rodziców, a także strasznie bruździ po okolicy. Ludzie chcą go zabić, bo zabija ich zwierzęta, a pozostałe zwierzęta zwyczajnie się go boją.

mowgli1

Reżyser jednak zamiast kina stricte przygodowego kreuje o wiele bardziej surowy i mroczny obraz niż dwa lata temu Favreau. Porównania z poprzednikiem są nieuniknione, a co gorsza działają na niekorzyść filmu Serkisa. Niby reżyser chce zrobić o wiele dojrzalszy, poważniejszy film o poszukiwaniu swojej własnej tożsamości, gdzie Mowgli musi odnaleźć swoje miejsce w dżungli. Czy będzie tak jak inni ludzie ją eksplorował dla własnej korzyści, czy będzie może starał się żyć w symbiozie z naturą. Te pytania intrygują, pokazując inne oblicze znanej (przynajmniej z filmów) opowieści. I za tą odwagę podziwiam twórcę, ale mam wrażenie, że twórcy nie pozwolono pójść dalej w tym kierunku.

mowgli2

Bo parę wątków zostaje potraktowanych po macoszemu (kwestia wykorzystania ognia, który czyni z człowieka równie groźnego drapieżnika, co Shere Khan czy ostatecznego potwierdzenia swojego miejsca dla Mowgliego, tak jak próba odnalezienia się wśród ludzi), zaś relacje między ludzkim szczenięciem – jak jest nazywany Mowgli – a resztą stada bardziej przypomina kino familijne. Niby pojawia się miejscami krew (pierwsza próba zabicia Mowgliego przez Shere Khana) czy pokazano niebezpieczeństwa dżungli, ale jest tego zbyt mało. Muszę jednak przyznać, że w obrazku wygląda to nieźle – kamera w ręku Michaela Seresina potrafi pokazać surowy krajobraz, a wiele scen jak wyścig o dołączenie do stada czy Mowgli przyjęty przez ludzi w czym, co mógłbym nazwać rytuałem wygląda naprawdę porządnie. Scenografia oraz efekty specjalnie (zwłaszcza mimika zwierzątek) też cieszą oko, a etniczna muzyka dodaje klimatu.

mowgli3

Aktorsko jest naprawdę dobrze. Mowgli w wykonaniu Rohana Chanda wypada dobrze i przekonująco wokół całego otoczenia. W oczach widać jego zagubienie, a jednocześnie coraz bardziej rozwijającą się jego siłę, spryt oraz determinację. Za to głosowo największe wrażenie robi trio Christian Bale, sam reżyser oraz Benedict Cumberbatch. Pierwszy wciela się w Bagheerę, który ma dość ambiwalentną postawę i skrywa pewną tajemnicę, drugi jako Baloo jest bardziej szorstki oraz mniej przyjazny od oryginału, zaś trzeci w roli Shere Khana (to już drugi Khan w karierze Anglika) budzi postrach oraz przerażenie. I jeszcze bardziej tajemnicza Kaa z magnetyzującym głosem Cate Blanchett.

Ciężko mi jednoznacznie polecić nową interpretację „Księgi dżungli” od Serkisa, bo brakuje w niej zaangażowania, pomysłu oraz czegoś powalającego totalnie na kolana. Wydaje mi się, że twórcom związano ręce, by jeszcze bardziej zaszaleć z materiałem, dodając bardziej „brudnego” realizmu. Szkoda, bo potencjał był tutaj naprawdę duży i dało się z tego więcej wycisnąć.

6/10

Radosław Ostrowski

Szkoła życia

Guy Thirlby jest 40-letnim mężczyzną, który wykorzystując lukę w przepisach, startuje w konkursie literowania dla dzieci. Mimo ostrego oburzenia, spowodowanego swoim zachowaniem, Guy’owi udaje się dojść daleko, ale motywy jego działania pozostają niejasne, nawet dla wspierającej go dziennikarce. Zaprzyjaźnia się z Hindusem Chaitainya.

bad_words1

Jason Bateman to jeden z dość charakterystycznych aktorów komediowych, popularnego w USA. Tym razem postanowił spróbował swoich sił jako reżyser, serwując przy okazji niepoprawne polityczne żarty, próbując grać na tych samych tonach, co „Zły Mikołaj”. Czyli mamy cynicznego losera, relację z dzieckiem, która ma poważny wpływ na niego oraz dość gorzką historię człowieka nie radzącego sobie z życiem. Humor mocno balansuje na granicy poprawności politycznej, bluzgi lecą w dość sporej ilości, a różnice między dzieckiem a dorosłym są dość niewielkie. Można ten film tez potraktować jako kpinę z konkursu, gdzie zawodnicy traktują siebie z szacunkiem, kulturą, bo nasz Guy nie boi się nieczystych zagrywek i manipulacji („wywołanie” okresu czy straszenie rozwodem), jednak pod sam koniec wytłumaczone są powody tej całej błazenady, a są one naprawdę poważne. Owszem, film jest dość mocno przewidywalny, a niektóre numery są na granicy smaku (homar w kiblu czy wyzywanie jednej z matek), ale całość wypada całkiem nieźle, a realizacja jest naprawdę przyzwoita.

bad_words2

Sam Bateman radzi sobie nieźle w roli zgorzkniałego cynika, a chemia między nim a Rohanem Chandem (Chaitainya) jest bardzo silna i to ona nakręca ten cały film. Młodzieniec to trochę zagubiony, nie mający przyjaciół chłopak, żyjący pod presją wygrywania znajduje w Guyu bratnią duszę, choć metody są dość kontrowersyjne (scena z prostytutką czy w sklepie). Reszta aktorów radzi sobie nieźle, choć najbardziej wybija się Allison Janney (antypatyczna dyrektorka Bernice Bergan) oraz Philip Baker Hall (dr Bowman, szef konkursu).

bad_words3

Przewidywalne, trochę pieprzne, ale naprawdę zabawne dzieło. Może nie ma takiego ognia jak „Zły Mikołaj”, ale kierunek jest dość podobny.

6,5/10

Radosław Ostrowski