Wszyscy moi wrogowie

Syndrom drugiego filmu – choroba dotykająca reżyserów, którzy po realizacji dobrego (lub świetnego) debiutu muszą udowodnić, że tamten sukces nie był kwestią przypadku. Niektórym udaje się to udowodnić, a inni nawet po kilku latach nie są w stanie zbliżyć się do tego pułapu. Jaki będzie przypadek Andrew Pattersona, który w 2019 roku zrealizował elektryzujący, niskobudżetowy film SF „The Vast of Night”. Teraz dostał większy budżet oraz kilka bardziej rozpoznawalnych nazwisk do dyspozycji.

„Wszyscy moi wrogowie” przenoszą nas w zupełnie inne klimaty od debiutu. Tym razem towarzyszymy niejakiemu Amziahowi Kingowi (Matthew McConaughey) – lokalnemu muzykowi oraz… pszczelarzowi. Choć nie ma zbyt dużej hodowli (trzy spore pasieki), to jednak ma grono oddanych wspólników oraz spory szacunek społeczności. No i jakiś dochód przynosi, co też jest dobre. Wszystko zmienia się, gdy Amziah przypadkiem trafia na swoją przybraną córkę Kateri (debiutująca Angelina LookingGrass), którą wychowywał przez dwa lata. Dziewczyna pracuje jako kelnerka, ale udaje się przekonać Kingowi do pracy u niego. Staje się jego prawą, pomaga przy zbieraniu miodu, a nawet pozbyciu się roju z lokalnej szkoły. Jednak wszystko, co dobre musi się skończyć. W okolicy dochodzi do kradzieży pasiek oraz beczek z miodem, a Amziah staje się kolejną ofiarą złodziei, co doprowadza do nagłej śmierci pszczelarza. Kateri próbuje odzyskać swoją własność, a trop prowadzi do bardzo wpływowego biznesmena, Dota McCoya (Kurt Russell).

Jak można się domyślić z tego sporego opisu, drugi film Pattersona jest mieszanką dramatu, kryminału oraz uwspółcześnionego westernu. Plus jeszcze kino muzyczne, co już czuć od samego początku z kapitalnie zmontowanym występem Kinga i jego kumpli przed stacją benzynową. Sama muzyka mocno przypomina pierwsze hity Mumford & Sons czy innych folkowo-country pieśniarzy, jest pełna energii oraz pasji. W zasadzie pierwsza połowa ma w sobie masę ciepła, z pięknymi krajobrazami oraz scenami tworzenia miodu. Niemal teledyskowy w formie, pełen bardzo uroczych dialogów i monologów, tutaj Patterson świetnie buduje poczucie wspólnoty tego miejsca. Zarówno w scenach koncertów połączonych z poczęstunkiem, tworzenia miodu czy sceny śpiewania w domu Amziaha. Aż chce się po prostu przebywać w tym gronie.

Ale druga połowa to zmiana atmosfery i klimatu ku bardziej kryminalnej intrydze. I choć przez tą zmianę film troszkę traci swojej wcześniejszej energii, ale nadal angażuje. Powoli odkrywamy kolejne tropy oraz tajemnice, jednocześnie budując napięcie (nocny włam na leśną pasiekę) oraz trzymając za gardło. Te dwa filmy powinny zgrzytać, ale obydwa świetnie się uzupełniają i spinają się w satysfakcjonującym finale.

Także aktorsko jest tu co najmniej świetnie. McConaughey jak to on jest absolutnie charyzmatycznym i bardzo przyziemnym Amziah. Sama postać jest mieszanką mędrca, dzielącego się swoją wiedzą jak i pełnego pasji dzieciaka. A kiedy śpiewa, robi się dużo cieplej na serduchu. Debiutująca LookingGlass miała dość trudne zadanie przejęcia roli lidera na ekranie i wypada całkiem nieźle. Choć w pierwsza scenach wydaje się troszkę sztywna, to jedna z czasem zaczyna zyskiwać. Z kolei wcielający się w antagonistę Kurt Russell wydaje się być nie do końca wykorzystany, pojawiając się w zasadzie pod sam koniec opowieści. Za to drugi plan potrafi oczarować: od pełniącego rolę śmieszka Scotta Shepharda (niewyraźnie mówiący Chimmy) przez świetnego Jake’a Horowitza (Remick, który odgrywa istotną rolę w poszukiwaniach skradzionej pasieki) i Roba Morgana (prawnik Rippy) aż po zaskakującego Cole’a Sprouse’a (mający szerokie znajomości kelner Oat).

Tym filmem Andrew Pattinson potwierdza, że warto go uważnie obserwować. „Wszyscy moi wrogowie” to bardzo sprytna hybryda gatunków, które wydają się nie pasować do siebie. A jednak to połączenie kryminału, westernu, cudownej muzyki oraz kontemplacji ma w sobie masę uroku, napięcia i zaangażowania, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Młody papież

Włoski serial o papieżu? Współprodukowany przez HBO i Canal+? Do tego stworzony przez Paolo Sorrentino? Będzie kontrowersyjnie, prowokacyjnie czy to wszystko jest jaką zmyłką? Cała historia skupia się na nowo wybranym papieżu. Ku zdumieniu wszystkich nie jest to stary pierdziel, co w każdej chwili może przenieść się na tamten świat. Ani oderwany od rzeczywistości duchowny z dużym doświadczeniem. Ani papież czarnoskóry, by mógł nastać koniec świata. To młody, czyli przed 50-tką Lenny Belardo z Nowego Jorku. Przyjmuje on imię Piusa XIII, co oznacza mocny skręt ku konserwatyzmowi.

mlody papiez1

Sam serial próbuje złapać kilka srok za ogon, co wymaga ogromnej gimnastyki. Przede wszystkim serial jest portretem psychologicznym papieża, jakiego dawno nie widziałem na ekranie. A przynajmniej od czasu „Rodziny Borgiów”. To zdecydowanie intelektualista, który podchodzi do wszystkiego z chłodną głową. Przechodzi poważny kryzys wiary, przez co bycie duchowym przywódcą bywa problematyczne. Nie daje się uwieść kwiecistym stylem, ale jednocześnie przyzwyczaja się do otaczającego bogactwa. Niemal zawsze z papierosem w ręku. Chodząca sprzeczność: bywa wyrozumiały, ale też przebiegły niczym polityk, wszędzie ma swoich ludzi (jego informatorem jest… spowiednik) i wie wszystko. Nawet o najmniejszych sekretach i tajemnicach swoich współpracowników.

mlody papiez2

I tutaj zaczyna się kolejny element, czyli bardziej zakulisowe zagrywki. Trochę jak w „Sukcesji” czy innej „Grze o tron”. Istotnymi graczami tego wątku jest wszechpotężny (przynajmniej według siebie) sekretarz stanu, kardynał Voiello. Bez niego nic się tu nie odbywa, w zasadzie on wydaje się najważniejszym zawodnikiem. Jest jeszcze szefowa PR-u Sofia Dubois, dbająca o image naszego papieża oraz nowa osobista asystentka, czyli… siostra Mary. Jest jeszcze kardynał Kongregacji Wiary (czyli kwestie świętych i błogosławionych), monsigniore Gutierrez zajmujący się muzeum oraz zabytkami, kolega z przedszkola kardynał Dussolier, a także – nie powiązana z Kościołem – Esther, czyli zona jednego ze szwajcarskich gwardzistów. Sorrentino cały czas lawiruje między władzą, religią, polityką a szarym dniem codziennym. O ile papież ma to coś takiego.

mlody papiez3

Do tego jeszcze pojawiające się sny, wizje (sam początek to prawdziwa podpucha w postaci snu we śnie we śnie), modlitwy w najbardziej zaskakujących miejscach jak choćby na parkingu przy stacji benzynowej (bo czemu nie). I tu się zaczynają robić ciekawe rzeczy, jakby nasz Lenny wierzący-nie wierzący zaczyna robić… cuda. A do tego miksu jeszcze czasem wydarzają się nagłe zjawiska pogodowe, jeszcze pojawia się rzekomy cudotwórca, co leczy za pomocą… owcy czy dochodzenie w sprawie nowojorskiego kardynała z zarzutami pedofilii. Jeśli jeszcze dodamy jako tło mieszankę muzyki elektronicznej, sakralnej i popowej w najmniej oczekiwanym momencie jak kiedy papież przebiera się przed przemówieniem do kardynałów, zaś w tle gra… „I’m Sexy and I Know it” (DAAAAAAMN).

mlody papiez4

Co ten Sorrentino odwala, to nie mam pojęcia. Czy jest to serial obrazoburczy, kontrowersyjny? Jeśli dla was pokazanie księży jako ludzi, podkreślę to, LUDZI, może być to kontrowersyjne. Bo to ludzie samotni, pełni słabości, ale też zaskakującą siłą. Nawet zakonnice grają w… piłkę nożną lub siatkówkę, co jakoś mnie nie dziwi. Przy spotkaniach z politykami nie brakuje sarkastycznych, błyskotliwych dialogów, nie pozbawionych trafnych spostrzeżeń. A wszystko kończy się bardzo nagłym cliffhangerem, przez co historia znajduje się w zawieszeniu.

mlody papiez5

Aktorsko jest więcej niż rewelacyjnie. Na barkach trzyma to genialny Jude Law jako Lenny/Pius XIII. Ateista, myśliciel, duchowny, polityk, zagubione dziecko – te sprzeczności aktor wygrywa w zasadzie bezbłędnie. I wygląda niesamowicie w tych cudacznych strojach, zaś kilka monologów (pierwsza przemowa przed placem św. Piotra, jego wizja Kościoła dla kardynałów czy rozprawa z zakonnikami, co grożą schizmą) to prawdziwe tour de force. Dla mnie najlepsza rola tego aktora, który z każdą sceną jest coraz bardziej fascynujący, niejednoznaczny, nigdy jednak niespójny. Drugą petardą jest Silvio Orlando, czyli sekretarz stanu Voiello. Bardzo gładki i sprawny w słowach, choć jego intencje pozostają niejasne. Zręczny polityk, znający wszystkie sztuczki, mechanizmy oraz prawa, zdecydowanie ktoś raczej nie budzący zaufania. A może to wszystko tylko fasada, co skrywa bardziej wrażliwego i uważnego człowieka? Druga wybitna rola tego serialu. A że jeszcze w składzie mamy równie świetnych Diane Keaton (siostra Mary), Jamesa Cromwella (kardynał Michael Spencer, mentor papieża) czy absolutnie wyraziste Cecile de France (Sofia Dubois) oraz Ludivine Sagnier (Esther Aubry) jest kogo oglądać. Nie ma tu nikogo w słabej formie czy grającego sztucznie. Bez względu na to, czy mówią po angielsku, włosku czy łacinie.

mlody papiez6

„Młody papież” to imponująca produkcja, nawet jak na Sorrentino. Z imponującą scenografią, kostiumami, świetnym montażem, bardzo płynnymi zdjęciami. Dla wielu ta wizualna uczta może być przerostem formy nad treścią, dla innych absolutnie przełomowy tytuł jakiego nie było od lat. Dla mnie to absolutne zjawisko, pozwalające odrobinę lepiej poznać skomplikowaną strukturę Kościoła katolickiego. Teraz muszę wziąć na warsztat drugi sezon, eeee, tzn. „Nowego papieża”.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski