Seal – Standards

standards-pl-b-iext51397784

Trudno jest przejść obojętnie wobec tego brytyjskiego soulmana, posiadającego jeden z mocniejszych głosów w szeroko rozumianej muzyce pop. Ale ostatnie lata w jego karierze są raczej okresem chudym, przynajmniej z punktu widzenia sprzedaży. Teraz wokalista postanowił nagrać trzeci album z coverami. Po mierzeniu się z klasyką soulu, tym razem oddaje hołd takim klasykom jak Frank Sinatra, Ella Fitzgerald czy Nina Simone. Ale skoro wydawnictwo nazywa się “Standards”, spodziewaliście się czegoś innego?

Tym razem producencko zamiast Trevora Horna mamy Nicka Patricka, który współpracował m.in. z Tiną Turner i Marvinem Gayem. Czyli jest bardzo staroświecko, pozornie z większą energią (pełen “strzałów” dęciaków na początku “Luck By a Lady”) oraz udziałem orkiestry. Problem w tym, że nasz wokalista troszkę idzie na łatwiznę wybierając już ograne do cna utwory jak “Autumn Leaves”, “Smile” czy “I’ve Got You Under My Skin”, pozbawiając ich jakichkolwiek dodatkowych atutów, poza pojedynczymi detalami oraz muzyków. Melancholijny wstęp smyczków w “Autumn Leaves”, agresywniejsze solo trąbki w “I Put a Spell on You”, swingujące dęciaki w “They Can’t Take That Away From Me”, cudne dzwoneczki z chórkiem w “Anyone Who Knows What Love Is”,akustyczna bossanova “Love for Sale” (troszkę przypominająca… “You Only Live Twice” Nancy Sinatry, przynajmniej na początku) czy delikatny fortepiano z kontrabasem w “My Funny Valentine”. Na mnie jednak największe wrażenie robi “I’m Beginning to See the Light”, gdzie wokalistę wsparło (jako chórek) retro trio The Puppini Sisters.

A jak radzi sobie sam gospodarz? Jest bardziej delikatny, romantyczny oraz mniej ekspresyjny niż zwykle. I tutaj leży leży moim zdaniem pies pogrzebany, boa ż chciałoby się częściej usłyszeć ten mocarny wokal, nadający prawdziwej energii. Najbardziej się sprawdza w bardziej melancholijnych utworach jak “Autumn Leaves” czy kończące całość “It Was a Very Good Year”.

Tylko, że po Sealu liczyłem na coś więcej, bo stać na prawdziwy ogień. Warto wspomnieć, że w wersji deluxe są dodatkowe 3 utwory w tym nieśmiertelne “Let It Snow, Let It Snow, Let It Snow” (zgrabnie wpleciono fragment “Jingle Bells”), ale to niewiele pomaga. To niezła płyta, sprawdzająca się jako świąteczny prezent, lecz nie będziecie wracać do niej zbyt chętnie.

6/10

Radosław Ostrowski

Seal – 7

Seal_7

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów muzyki pop – Seal był gwiazdą lat 90., dzięki takim przebojom jak „Crazy” czy „Kiss From a Rose”. Ale ostatnie lata, gdy wokalista mierzył się z klasyką soulu lat 60. i 70. (płyty „Soul” i „Soul 2”) troszkę zgasiły blask jego gwiazdy. Czy jego nowy autorski album zmieni tą passę?

Seal od strony produkcyjnej wsparł jego stały producent Trevor Horn, a także brytyjski DJ Jamie Odell zwany też Jimpsterem. Otwierający całość „Daylight Saving” jest bardzo wyciszony (ładny fortepian), z pulsującą elektroniką i krótkimi wejściami perkusji. A w połowie dochodzą smyczki i mamy nastrojową balladę. I kiedy wydaje się, że tak nastrojowo pozostanie do końca, pojawia się „Life on the Dancefloor” z bardziej współczesnym bitem oraz delikatną gitarą zmieszaną z elektroniką. I o dziwo, to się nie gryzie ze sobą. Równie taneczny, choć mniej przyjemny w odsłuchu jest „Padded Cell”, a sytuację poprawia przestrzenny „Do You Ever”, gdzie elektroniczna perkusja razem z żywymi instrumentami zaskakują in plus, mimo dynamiczniejszego środka.

Jednak zawsze Seal był najlepszy w balladach i ich powrót zapowiada troszkę patetyczny „The Big Love Has Died” z obowiązkowymi smykami, ocierając się o stylistykę z filmów Jamesa Bonda (te kotły na końcu). Ale to powrót krótki, gdyż „Redzone Killer” znów pachnie soulem lat 70. (gitara, lekkie klawisze) zmieszanym ze współczesnym podkładem. Podobnie jak funkowy „Monascow”, ale pod koniec pojawia się pewne zmęczenie materiału. A sytuację ratują dwa dodatkowe numery: romantyczny „We Found Love” oraz bardziej taneczny „Whatever You Need”.

Sam głos jest na tyle mocny, że wspiera te dobre melodie. „7” może nie będzie wielkim objawieniem, ale to zestaw przyjemnych i porządnych popowych numerów. Na tą porę roku, powinno wystarczyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Various Artists – Batman Forever

Batman_Forever

Trudno mi sobie wyobrazić człowieka, który nie wiedziałby kim jest Batman? Ten heros popkultury był wielokrotnie powoływany do kinowego życia (ostatnio wskrzeszony w trylogii przez Christophera Nolana), ale najbardziej znana i najwyżej oceniane były film zrealizowane przez Tima Burtona. W 1995 roku pojawiła się trzecia część serii o Człowieku-Nietoperzu, tym razem zrealizowana przez Joela Schumachera, który gotycki i ponury klimat zrobił bardziej komiksowy, kiczowaty oraz patetyczny. A jak z muzyką?

Tu doszło do czegoś, co w przypadku poprzednich filmów w ogóle nie miało miejsca – wydano dwie płyty. Jedna z partyturą zastępującego Danny’ego Elfmana na tym stołku Elliota Goldenthala i składanka z piosenkami. Akurat wpadło mi w ręce to drugie. I wiecie co? Efekt jest taki sobie. Dla mnie jest to trochę zbyt duży misz-masz, poza tym same utwory trochę nijakie i pozbawione siły. Druga sprawa, to brak jakiejkolwiek kompozycji Goldenthala, który w formie symbolicznej mogłaby się pojawić (najlepiej temat przewodni).

A co broni się najbardziej? Dwie najbardziej rozpoznawalne piosenki z tej płyty i tego filmu – „Hold Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me” U2 (piosenka przewodnia) oraz ładna ballada „Kiss from a Rose” Seala. Z pozostałych 12 utworów wybija się punkowe The Offspring („Smash It Up”), Massive Attack („The Hunter Get Captured By The Game”) i jeszcze można dodać zadziornego Nicka Cave’a („There is a Light”). Tym większa szkoda, bo jest tu paru znanych wykonawców, m.in. PJ Harvey i Michael Hutchcence w dziwacznym coverze „The Passenger”. O reszcie nawet nie warto wspominać, bo to przeciętne piosenki.

To jedna z wielu kompilacji, których na rynku jest pełno. Cztery piosenki na 14 to trochę za mało, by nazwać ten album udanym czy nawet ciekawym. Szkoda czasu i pieniędzy.

4/10

Radosław Ostrowski