
Trudno jest przejść obojętnie wobec tego brytyjskiego soulmana, posiadającego jeden z mocniejszych głosów w szeroko rozumianej muzyce pop. Ale ostatnie lata w jego karierze są raczej okresem chudym, przynajmniej z punktu widzenia sprzedaży. Teraz wokalista postanowił nagrać trzeci album z coverami. Po mierzeniu się z klasyką soulu, tym razem oddaje hołd takim klasykom jak Frank Sinatra, Ella Fitzgerald czy Nina Simone. Ale skoro wydawnictwo nazywa się “Standards”, spodziewaliście się czegoś innego?
Tym razem producencko zamiast Trevora Horna mamy Nicka Patricka, który współpracował m.in. z Tiną Turner i Marvinem Gayem. Czyli jest bardzo staroświecko, pozornie z większą energią (pełen “strzałów” dęciaków na początku “Luck By a Lady”) oraz udziałem orkiestry. Problem w tym, że nasz wokalista troszkę idzie na łatwiznę wybierając już ograne do cna utwory jak “Autumn Leaves”, “Smile” czy “I’ve Got You Under My Skin”, pozbawiając ich jakichkolwiek dodatkowych atutów, poza pojedynczymi detalami oraz muzyków. Melancholijny wstęp smyczków w “Autumn Leaves”, agresywniejsze solo trąbki w “I Put a Spell on You”, swingujące dęciaki w “They Can’t Take That Away From Me”, cudne dzwoneczki z chórkiem w “Anyone Who Knows What Love Is”,akustyczna bossanova “Love for Sale” (troszkę przypominająca… “You Only Live Twice” Nancy Sinatry, przynajmniej na początku) czy delikatny fortepiano z kontrabasem w “My Funny Valentine”. Na mnie jednak największe wrażenie robi “I’m Beginning to See the Light”, gdzie wokalistę wsparło (jako chórek) retro trio The Puppini Sisters.
A jak radzi sobie sam gospodarz? Jest bardziej delikatny, romantyczny oraz mniej ekspresyjny niż zwykle. I tutaj leży leży moim zdaniem pies pogrzebany, boa ż chciałoby się częściej usłyszeć ten mocarny wokal, nadający prawdziwej energii. Najbardziej się sprawdza w bardziej melancholijnych utworach jak “Autumn Leaves” czy kończące całość “It Was a Very Good Year”.
Tylko, że po Sealu liczyłem na coś więcej, bo stać na prawdziwy ogień. Warto wspomnieć, że w wersji deluxe są dodatkowe 3 utwory w tym nieśmiertelne “Let It Snow, Let It Snow, Let It Snow” (zgrabnie wpleciono fragment “Jingle Bells”), ale to niewiele pomaga. To niezła płyta, sprawdzająca się jako świąteczny prezent, lecz nie będziecie wracać do niej zbyt chętnie.
6/10
Radosław Ostrowski



