Tarapaty 2

Polskie kino familijne w zasadzie jest tak częstym tworem jak dobry polski horror. Nie, żeby nie próbowano, lecz próby rzadko się kończyły powodzeniem. Jedną z ostatnich takich prób był reżyserski debiut Marty Karwowskiej „Tarapaty”. Choć film mi poszedł (tak, wiem, iż nie do mnie jest skierowana), odnalazł na tyle duże grono odbiorców, iż powstała kontynuacja. Trochę lepsza niż poprzednik, jednak do ideału droga jest daleka.

Jak pamiętamy, bohaterami jest para sąsiadów – Julka i Olek – co wcześniej powstrzymała gang złodziei dzieł sztuki. W zasadzie część druga znowu dotyczy kradzieży dzieła sztuki, tym razem jest to „Plaża w Pourville” Claude’a Moneta. Zostaje podmieniona na kopię przed uroczystym pokazaniem w poznańskim muzeum, a oskarżona zostaje ciotka Julki. Kopię obrazu zrobiła jedna z pracownic muzeum, Kaja Ceran. Dzieciaki podejmują śledztwo na własną rękę, niezależnie od policji, a do nich dołącza Frela – córka Kai.

W zasadzie nadal mamy do czynienia z filmem familijnym mieszającym wątek przygodowo-kryminalny. Oczywiście, że jest to pełne klisz i schematów typu niekompetentni policjanci czy zaskakująco łatwy do ustalenia antagonista, a mylne tropy na mnie działały niczym ustalenie sprawców napadu na monopolowy w Pierdziszewie. Tak samo zaskakują dość skromne lokacje niczym z filmów gatunku okresu PRL, choć osadzenie akcji poza wielkimi metropoliami jest sporym plusem. Napięcia też w zasadzie brak, zaś niektóre cięcia montażowe są za szybkie. Więc taka ocena może was zadziwić – czy ja oszalałem?

Po pierwsze, film ładnie wygląda i kamera ma parę momentów do zaprezentowania się. Po drugie, trudno się przyczepić do dźwięku czy muzyki. Głównie piosenki są dobrze wykorzystane (Kwiat Jabłoni, Natalia Przybysz). Po trzecie, lepiej działa chemia między głównymi bohaterami. Jest to o tyle istotne, gdyż dziewczyna została zmieniona (Hannę Hryniewiecką zastąpiła Pola Król i o dziwo wyszło to lepiej). A dodanie do składu trzeciej osoby, czyli Mią Goti daje pewne dodatkowe iskry. To ostatnie jest dla mnie najmocniejszym punktem, dającym mi wiele frajdy. Dzieciarnia nie irytuje, co jest rzadkością samą w sobie. I po czwarte, „dorośli” aktorzy dobrze się odnajdują w konwencji: od charakternej Marty Malikowskiej przez niezłego Tomasza Ziętka po solidnego Zbigniewa Zamachowskiego oraz kradnącą film w epizodzie Justynę Wasilewską.

Czy będzie część trzecia, nie wiem, ale widoczny jest progres. Sympatyczne, spokojne kino familijne, ale chciałoby się więcej szaleństwa oraz zabawy konwencją. Może w kolejnych produkcjach Karwowska rozwinie się na polu scenariuszowym. Albo weźmie się za cudzy tekst.

6/10

Radosław Ostrowski

Książę w Nowym Jorku 2

Sequeloza to choroba trawiąca kinematografie z całego świata. Czasami powstaje kontynuacja, która nie tylko zarabia kasę, lecz jest po prostu udanym filmem. Ale to jest rzadko spotykane cacko. Dlatego nie do końca byłem pewny, co myśleć o planach kontynuacji „Księcia z Nowego Jorku”. Troszkę uspokoiły mnie informacje, że za kamerą będzie odpowiadał Craig Brewer. Twórca „Nazywam się Dolemite” dając szansę na stworzenie fantastycznych ról Eddiemu Murphy’emu oraz Wesleyowi Snipesowi. Obaj panowie ją wykorzystali, ale o tym już mówiłem. Wróćmy do Księcia.

Druga część toczy się 30 lat później, zaś Akeem nadal jest księciem, żyje z tą samą żoną i ma trzy piękne córeczki. Niestety, tron może rządzić tylko mężczyzna – przerąbane. Jakby było mało problemów, to ojciec umiera, zaś ku granicom czai się generał Izzy. To wojskowy watażka, którego siostrę nasz przyszły król porzucił przed ślubem. Więc wojna może wisieć w powietrzu. Ale jest pewne wyjście: okazuje się, że Akeem ma nieślubnego syna w Queens. Ale czy uda się przekonać młodego do bycia następcą tronu Zamundy?

Jeśli opis fabuły brzmi wam znajomo, to fabuła jest zmodyfikowaną wersja oryginału. Różnica jest taka, że tym razem to syn naszego bohatera trafia do Zamundy i tam musi się odnaleźć. Lavelle – tak ma na imię chłopak – jest typowym reprezentantem pokolenia millenialsów. Czyli mieszka z matką, nie może znaleźć pracy i samodzielność jest absolutnie mu obca. On musi dojrzeć i przejść drogę jaką miał bohater pierwszej części. Problem w tym, że Zamunda nie jest aż tak ciekawym miejscem jak Queens w oryginale. Jasne, wygląda ona imponująco (scenografia i kostiumy to najmocniejszy punkt filmu), czuć tutaj piniądz, ale brakuje jakiegoś większego zarysowania. Zderzenie nowojorskiego stylu życia z bogatym życiem w Zamundzie (bardzo konserwatywnej) miał spory potencjał komediowy. Ale nawet to zostaje zaprzepaszczone, idąc ogranymi kliszami. Za dużo powtórek z oryginału i za mało od siebie (może oprócz ZNN).

Także mamy za mało obecności w Nowym Jorku, choć odniesień jest mnóstwo – od salonu fryzjerskiego przez pastora-erotomana – nawet są użyte fragmenty oryginału. Z kolei humor jest tutaj bardzo niezdecydowany: niby chce być niepoprawny politycznie i po bandzie, z drugiej delikatny oraz subtelny. Przez co film stoi w rozkroku, balansując czasem na granicy żenady. A w tym wszystkim jest przesłanie o chodzeniu za głosem serca oraz dostosowywaniu się do nowych czasów. Bajzel totalny, choć jest parę fajnych momentów jak pogrzeb króla.

Obsada robi, co może, by wycisnąć z tej materii życie. Eddie Murphy z Arsenio Hallem nadal grają kilka postaci, zaś w swoich podstawowych karnacjach (Akeem i Semmi) mają swoje momenty przebłysku. W ogóle stara ekipa trzyma fason, lecz z nowych postaci bronią się dwie: dość dosadna Leslie Jones (matka Lavelle’a) oraz kradnący szoł Wesley Snipes. Ten drugi jako generał Izzy niby wydaje się groźny, ale w tym strachu jest groteskowy i przerysowany.

Niestety, ale drugi Książę jest w zasadzie powtórką z rozrywki pozbawioną świeżych pomysłów, ze zbyt znanymi gagami. To nawet nie jest odgrzewany kotlet, jest to lekko ucharakteryzowany trup, co wygląda niepoważnie. Ma parę fajnych scen, lecz jako całość tkwi w oceanie przeciętności.

5/10

Radosław Ostrowski

Kolejny film o Boracie: Tłusta łapówka dla amerykańskiego reżimu, by naród kazachski znów być wielki

Pamiętacie Borata? Niedawno obejrzałem poprzednią część, która jednak nie podeszła mi za bardzo. Była zbyt chamska i obleśna, zaś rola satyrycznego spojrzenia na poprawną politycznie Amerykę nie sprawdziła się w cholerę. Kiedy pojawiły się informacje od sequelu przygód dziennikarza z Kazachstanu, nie byłem specjalnie zainteresowany. Szum jednak był zbyt silny, a nominacje do Oscara w dwóch istotnych kategoriach (scenariusz adaptowany i aktorka drugoplanowa) były sygnałem. Sygnałem, że być może nie należy tego tytułu ignorować.

Co się zmieniło w życiu Borata po tych 14 latach? Cóż, wiele, ale nie na lepsze. Odsiaduje wyrok w gułagu za skompromitowanie kraju, stracił żonę, dom i dzieci. Oprócz swojej córki, Tutar, która traktowana jest gorzej niż bydło. Ale premier kraju daje naszemu bohaterowi szansę na rehabilitację. Ma wyruszyć do US & A i wręczyć prezent osobie z otoczenia samego McDonalda Trumpa. Prezentem tym jest… małpi minister kultury/gwiazda porno. Sprawy się komplikują, Borat trafia do kraju z opóźnieniem, zaś zamiast małpy w skrzyni jest… jego córka. Co z tym fantem zrobić?

Powiem to od razu, by rozwiać wszelkie wątpliwości: „Kolejny film o Boracie” jest DUŻO lepszy od poprzednika. Być może wynika to z faktu, że sequel ma… fabułę. Nie jest tylko zbiorem scenek pokazującym nieporadność naszego bohatera, a silnie odczuwalne jest zderzenie dwóch światów. Do tego Borat jest rozpoznawalną postacią, co zmusza go do stosowania kamuflażu. To daje sporo zabawnych sytuacji, jednak o wiele lepiej „Borat” działa jako satyra na Amerykę czasów Trumpa. Prostych rednecków, widzących świat czarno-biały, z teoriami spiskowymi oraz większą niechęcią do demokratów niż wirusa. Czyli blisko im mentalnie do Kazachstanu, choć nie ze wszystkim (bardzo ograniczone prawa kobiet, które w ojczyźnie Borata są pozbawione samodzielności). Plus jeszcze feminizm, Żydzi, Rudolf Giuliani, aborcja i inne ostre jazdy.

Ale prawdziwym sercem tego sequela jest relacja Borata z Tutar, która angażuje i wnosi wiele świeżości do tego sequela. Sacha Baron Cohen znowu błyszczy jako Borat, choć nie przeprowadza żadnych wywiadów. Tutaj stawka jest bardziej osobista a aktor pokazuje przekonująco sprzeczne emocje bohatera. Największą niespodzianką jest jednak Maria Bakalova, której obecność daje kopa. Dziewczyna kradnie ten film swoją szczerością w naiwności oraz powolnym budzeniu swojej prawdziwej wartości i emancypacji. Cudownie napisana postać.

Kolejny przykład tego, że nawet pozornie bezsensowne pomysły mają sens. Drugi „Borat” jest mniej rubaszny i żenujący jak poprzednik, przez to bardziej zabawny. Mocniej wybrzmiewa satyryczne spojrzenie na Amerykę oraz jej ciemną stronę życia, zaś finał pokazuje jak wiele może osiągnąć tak niewielu. Podobno części trzeciej nie będzie, ale nie obraziłbym się, gdyby Cohen zmienił zdanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Wonder Woman 1984

Trudno jest zapomnieć naszą wojowniczą Amazonkę Dianę. Nadal pracuje w muzeum Smithsonian, gdzie bada relikty przeszłości. Teraz jednak jest rok 1984, czyli czasy kiczu, abstrakcji oraz rozpędzonego konsumpcjonizmu. Pojawia się też nowe zagrożenie w postaci Donalda Trumpa, eeeee, przepraszam. Chodzi o Maxwella Lorda – medialnego przedsiębiorcę, który tak naprawdę jest bankrutem. Wierzy jednak, że dzięki pewnemu magicznemu kamieniowi znajdującemu się… w muzeum odmieni się jego los. Konsekwencje dla świata mogą być katastrofalne.

Pierwsza „Wonder Woman” była zaskoczeniem oraz światełkiem w tunelu dla Warnera i jego „uniwersum” DC. Kompetentnie zrobiona, z fajnymi scenami akcji (chociaż nadużywająca slow motion), bohaterką zderzoną z nieznaną rzeczywistością oraz… rozczarowującym finałem. Takie starcie z bossem a’la Zack Snyder, gdzie nic nie było widać. Reżyserka Patty Jenkins wyciągnęła wnioski i kontynuacja jest odrobinę lepsza, chociaż ma pewne drobne problemy. To jest nadal film akcji ze sporym budżetem, pędzącą akcją oraz charakterną protagonistką. Tutaj wszystko skupia się wobec szaleństwa, egoizmu połączonego z mocą spełniania każdego życzenia. Haczyk polega na tym, że za to jest pewna cena. Czy warto ją zapłacić? To nie jest łatwe pytanie, które jest pretekstem do rozpierduchy. Bardzo dobrze wyglądającej, z bardzo płynnym montażem oraz inscenizacją na poziomie klasyków. Ogląda się to świetnie, zaś finał (w tym starcie z Cheetah) daje o wiele więcej satysfakcji niż w poprzedniej części. A jak w tle zagra Hans Zimmer, miłosierdzia nie będzie,

Jest troszkę humoru, ale nie na tyle, by stać się Marvelem. „1984” pozostaje bardziej serio pokazując do czego może doprowadzić ślepe dążenie do sukcesu. Jenkins wydaje się pewniej prowadzić historię, chociaż zdarzają się pewne momenty przestoju. Ale w przypadku dwu i półgodzinnego filmu bywa to wręcz wskazane. Niemniej kilka rzeczy mi nie podeszło. Po pierwsze, nie bardzo czuć tu za bardzo klimatu lat 80-tych. Może poza kostiumami czy sporadycznymi piosenkami, ale to jednak za mało. Drugim – nie za dużym minusem – są efekty specjalnie, nie robiące jakiegoś wielkiego szału, lecz nie wybijają ani nie kłują mocno w oczy. Można było jednak nad tym popracować.

Także aktorsko jest tu parę ciekawych rzeczy. Gal Gadot pasuje bardzo do tej postaci i znowu to potwierdza. Obecność postaci granej przez Chrisa Pine’a może wydawać się absurdalna, ale cieszy. Próba odnalezienia się Steve’a w nowych czasach daje troszkę okazji do pośmiania się. Całość jednak kradnie dwoje o wiele bardziej wyrazistych antagonistów z bardziej prostymi motywacjami niż rozwalenie świata. Zaskakuje Kristen Wiig jako bardzo wycofana i nieśmiała Barbara, chcąca być silną, przebojową oraz dostrzeganą przez innych kobietą. Szoł jednak kradnie rozbrajający Pedro Pascal. Jego Maxwell Lord to taki Donald Trump, sprawiający wrażenie człowieka sukcesu i luzaka, ale skrywa się za tym żądny sukcesu karierowicz oraz oszust.

„1984” kontynuuje dobrą passę Warnera oraz świata DC. Reżyserska ręka o wiele sprawniej się porusza po wysokobudżetowym kinie, nie gubiąc przy tym postaci. Niemal wszystko podnosi całość na wyższy poziom, przy okazji dorzucając parę potknięć. Niemniej jak Diana walczy do samego końca, za co należy ją szanować.

7/10

Radosław Ostrowski

Infernal Affairs – Piekielna gra 3

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery odnoszące się do pierwszej części, więc jeśli nie oglądałeś, czytasz na własną odpowiedzialność.

Jak się zaczęło jakiś film i powstała część druga, lepiej spiąć jest całość w części trzeciej tworząc TRYLOGIĘ. Nie inaczej stało się z trylogią kryminalno-sensacyjną „Piekielna gra”, której pierwsza część okazała się wielkim sukcesem. Jednocześnie powstała część druga i trzecia. Dwójka była prequelem skupionym na inspektorze policji i drobnym gangsterze, którzy z przyjaciół stali się wrogami. Ale trójka to bardzo dziwna hybryda, będąca jednocześnie sequelem i prequelem. Jak do cholery można coś takiego ogarnąć?

Akcja toczy się na dwóch liniach czasowych, które się ze sobą przeplatają. Pierwsza zaczyna się pół roku przed śmiercią Yana, kiedy ten dalej rozpracowywał gang Sama. Mafiozo poznaje handlarza bronią Chena, który chce z nim robić interesy. Jednocześnie Yan ze względu na bardzo gwałtowny atak przemocy w salonie masażu zostaje skierowany na terapię. Drugi wątek dotyczy działającego w wydziale wewnętrznym Minga Lau, który odciął się od swojej dawnej profesji. Ciągle jednak nawiedzają go wydarzenia z finału jedynki i nie może być pewny, że jest jedyną wtyczką mafii w strukturach policji. Dziesięć miesięcy po śmierci Yana dostaje cynk, że jeden z policjantów – inspektor Yeung – mógł współpracować z triadą. Decyduje się zbadać sprawę i zmieszać gliniarza z błotem, by odsunąć od siebie podejrzenia.

Muszę przyznać, że trójka bardzo mnie zaskoczyła, wracając do korzeni. Wątek Lau oraz Yeunga prowadzących grę w kotka i myszkę naprawdę wciąga, a retrospekcje z udziałem tego drugiego rzucają wątpliwości, co do jego prawdziwych intencji. Wraca poczucie zagrożenia oraz ciągłego niepokoju związanego z odkrywaniem kto jest kim. Pomaga w tym obecność dwóch nowych postaci – Yeunga oraz Chena. Co jednak zaskoczyło to psychologiczne dylematy ocalałego zdrajcy, którego wejście w nową skórę (Lau) okazuje się o wiele bardziej problematyczne niż mu się wydawało. Zmęczenie, ciągły niepokój, wreszcie parę schiz (scena w poczekalni) i pytanie: ile jeszcze wytrzymam? Kiedy wpadnę?

Przejścia między czasami są początkowo oznaczane, ale potem mieszają się ze sobą, co może wywoływać na początku dezorientację. To jednak nie trwa długo, a klimat niepokoju oraz tajemnicy powraca z całą mocą. Zaskakująco złapał mnie wątek terapii Yana z dr Lee, zmieniając dynamikę lekarz-pacjent w relację miłosną. Może wtedy muzyka jest za bardzo romantyczna, jednak nie psuje to bardzo dobrego wrażenia. I daje to także chwilę na złapanie oddechu. To jednak odskocznia przed mroczny światem, gdzie zaufanie jest towarem deficytowym, a zdrada jest czymś powszechnym jak oddychanie. Jest nawet scena pościgu oraz strzelanina, zaś finał daje wiele satysfakcji, ostatecznie zamykając całość.

Nadal jest świetnie zagrana, stara ekipa nadal trzyma poziom. Więcej czasu dostaje Kelly Chen (dr Lee), co działa na korzyść. Z nowych postaci zapada w pamięć bardzo powściągliwy inspektor Yeung (świetny Leon Lai) oraz groźnie wyglądający Shen (Daoming Chen po prostu błyszczy), zmieniając wiele w całej narracji. Kto jest naprawdę kim – przekonajcie się sami, więcej nie zdradzę.

Po drobnym spadku formy jakim była część druga, „Piekielna gra 3” wraca na właściwe tory, stanowiąc świetne zamknięcie trylogii. Wraca mrok oraz kwestia związania z byciem w obcej skórze. Sprytnie poprowadzona, skomplikowana intryga wsysa jak bagno. A wyjście z niego jest tylko jedno.

8/10

Radosław Ostrowski

Opiekunka: Demoniczna królowa

Pierwsza „Opiekunka” wzięła mnie z zaskoczenia. Mieszanka krwawej komedii z opowieścią o wyrywaniu się z dzieciństwa i wchodzeniu w wiek nastoletni dała mi masę frajdy. B-klasowy sznyt, samoświadomość i dużo humoru podziałały jak trzeba. Tym bardziej byłem zdziwiony, że było to dzieło McG, którego wielkim fanem nie byłem. No i pojawiły się wieści, że Netflix robi sequel. Nie powiem, czekałem i… o mój Boże. Jest więcej, bardziej oraz równie fajnie jak w jedynce.

Minęły dwa lata, a nasz Cole chodzi do liceum, gdzie traktowany jest jak wariat. Nikt nie wierzy w to, co się wydarzyło poprzednio. Że opiekunka razem z demonami należała do sekty i potrzebowano jego krwi, by spełnić swoje największe marzenia. Jedyną osobą wspierającą go jest blondwłosa Melanie. W szkole pojawia się jeszcze nowa, jeszcze bardziej wyobcowana Phoebe. Na wieść, że rodzice chcą go umieścić w psychiatrycznym liceum chłopak decyduje się na wagary z Melanie. Płyną łódką gdzieś na odległa wyspę (razem z kumplami) i okazuje się, że… Melania zawarła pakt z diabłem. No i trzeba krwi prawiczka, by wszystko doszło do skutku. Czyli wszystko zaczynamy od początku, jednak bohater ma wsparcie w postaci przypadkowo pojawiającej się Phoebe.

McG realizuje wszystko zgodnie z zasadą pradawnego amerykańskiego boga Box-Office’a. Jest inna lokalizacja, ale (prawie) ci sami bohaterowie. Jest więcej krwi, troszkę bluzgów oraz porąbanych pomysłów realizacyjnych. Zupełnie jakbym oglądał teledysk czy grę komputerową (scena walki jeden na jeden żywcem wzięta z jakiejś bijatyki): pojawiające się napisy, sceny retrospekcji dotyczące naszych złoli, w tle wpleciona muzyka z lat 70. i 80. (m.in. Focus, Jefferson Airplane czy Tangerine Dream), popkulturowe odniesienia w dialogach (bo nastolatkowie oglądają stare filmy i uczą się z nich) oraz groteskowe sceny zgonów. Wszystko w bardzo krzywym zwierciadle, z chwilami na złapanie oddechu oraz przewrotnym finałem.

W zasadzie mam jeden poważny problem, bo całość jest aż za bardzo przerysowana, szalona i chcąca być cool. W paru momentach jest tego aż za dużo, przez co można wybić się z seansu. I tylko dlatego dwójka jest filmem utrzymującym poprzednika, ale go nie przebijającym. Aktorzy wydają się wiedzieć, w co weszli i bawią się świetnie na planie, balansując między powagą a zgrywą. Ale czego kompletnie się nie spodziewałem, to pojawienie się Samary Weaving pod sam koniec jako cameo. Zaś starzy znajomi (m.in. Judah Lewis, Bella Thorne i Robbie Amell) nie sprawiają wrażenia znudzonych.

Druga „Opiekunka” nie jest w żadnym wypadku odgrzewanym kotletem, ale równie szaloną, zabawną, krwawą komedią dla nastolatków. Prosta, bezpretensjonalna zabawa konwencją jakiej troszkę na dzisiejsze czasy potrzebujemy.

7/10

Radosław Ostrowski

Lepsze jutro II

Pamiętacie braci Kita i Ho? Jeden został policjantem, drugi bandytą i odsiaduje wyrok. Bracia znowu działają razem, ale tym razem sprawa jest o wiele poważniejsza. Policja interesuje się byłym gangsterem, a obecnie właścicielem stoczni z długami, którego podejrzewają o produkcję fałszywych dolarów. Obaj odkrywają, że za interesem stoi prawa ręka Lunga, pan Ko i chce przejąć jego interes, wcześniej likwidując go. Bracia decydują się pomóc przyjacielowi, ale czy będą w stanie wyjść bez szwanku.

lepsze jutro2-1

Rok po pierwszej części John Woo wraca do braterskiej sensacji. Tylko, czy jest to troszkę za szybko? Bo drugie “Lepsze jutro” wydaje się być filmem pozbawionym energii oraz dynamiki poprzednika. Rozumiem z czego to wynika, bo reżyser inaczej stawia akcenty. Wolniejsze tempo oraz wątek brata bliźniaka Marka, który prowadzi restaurację w Nowym Jorku, mogą wprawić w konsternację. Woo próbuje skupić się na intrydze i pare razy błądzi. Kiedy próbuje pogłębiać swoich bohaterów albo popada w śmieszność (wątek załamanego Lunga po śmierci córki odpycha przeszarżowaniem odtwórcy tej roli) albo jest zbędnym zapychaczem jak w przypadku żony Kita. Brakuje tutaj balansu, a wykorzystanie niektórych efektów specjalnych wywołuje śmiech politowania. I wygląda to po prostu kiepsko.

lepsze jutro2-2

Przez większość czasu “Lepsze jutro II” oglądałem z obojętnością, nawet mimo wrzuconej postaci Kena. Dzięki czemu trafiamy do Nowego Jorku, a obecność Chow Yun-Fata zaczyna dodawać wiele energii. Do tego momentu nawet strzelaniny wydają się jakieś takie mniej widowiskowe, przez co trzeba uzbroić się mocno w cierpliwość. Przez to zacząłem bardziej zauważać niedoskonałości oraz ograne klisze tego reżysera (nieskończona amunicja, niemal całkowita odporność na strzały).

lepsze jutro2-3

Wszystko się zmienia kiedy brat bliźniak Marka chwyta za broń i walczy z amerykańską mafią. Woo zaczyna szaleć, zaś klimat poprzednika powoli wraca na miejsce. Wisienką na torcie jest za to finałowa konfrontacja, gdzie trzech bohaterów walczy z wielokrotnie większymi siłami wroga. Wtedy w ruch idą pistolety, uzi, strzelby, pięści, a nawet granaty i… miecz samurajski. Może i jest to strasznie efekciarskie, za bardzo cool, ale ile to daje frajdy oraz adrenaliny. Właśnie ta kilkuminutowa sekwencja z równoległym montażem podnosi ocenę sequela. Względnie udanego, ale troszkę pozbawionego ikry oryginału.

7/10

Radosław Ostrowski

Star Trek: W nieznane

Miałem dość spora przerwę w oglądaniu nowych przygód załogi Enterprice. I nie wiem dlaczego to tyle czasu trwało. Czy to z powodu zmiany reżysera (J.J. Abramsa zastąpił szybki i wściekły Justin Lin), czy braku zainteresowania marką – nie potrafię odpowiedzieć. Ale w końcu sięgnąłem po nową część zrebootowanej serii, czyli „W nieznane”. Tym razem załoga kierowana przez kapitana Kirka uczestniczy w pięcioletniej misji. W połowie swojej drogi trafia na stację kosmiczną Yorktown, gdzie przebywa członkini zaginionego statku. Pojazd miał zostać zniszczony w znajdującej się w okolicy mgławicy asteroid, gdzie znajduje się planeta. Enterprise wyrusza na wyprawę i szybko zostaje zaatakowany przez nieznaną grupę przeciwników. Efektem konfrontacji jest kompletne zniszczenie statku oraz rozproszenie się załogi. Kto za tym stoi i jaki jest jego cel?

stwnieznane1

Zmiana reżysera troszkę odbiła się na warstwie wizualnej, ale nie aż tak, by nie rozpoznać serii. Nie mali tak mocno światłami żarówek, jest bardziej przejrzysty, zaś sceny akcji są bardzo pomysłowe i bardziej czytelne. „W nieznane” potrafi nadal oczarować swoją wyrazistą stroną wizualną oraz pięknymi plenerami nieznanej planety. Sama historia już tak nie porywa, mimo sprytnego rozbicia grupy na trzy (właściwie cztery) mniejsze grupy, początkowo pozbawione wsparcia. Wszystko skupione jest na antagoniście, który ma jeden cel: rozwalenia świata, zniszczenia ludzkości i zdobycia potrzebnej do tego broni, bla bla bla. Powoli odkrywana jest tajemnica wokół bohatera oraz pewnego pojazdu sprzed wielu wieków.

stwnieznane3

Problem w tym, że ta intryga zwyczajnie nie działa, a kilka twistów jest tak przewidywalnych jak zachowanie polityków podczas dyskusji. Także same postacie oraz ich wątki wydają się zredukowane na rzecz dynamicznego tempa oraz akcji z kilkoma świetnymi momentami (dywersja z Kirkiem jadącym na motorze czy ucieczka w zniszczonym Enterpirise), przez co nie czułem takiej więzi z bohaterami. Mimo tego, że są zagrani bardzo dobrze. Jedynymi pogłębionymi bohaterami są Kirk, który ma wątpliwości co do obranej ścieżki, Spock (choć jego relacja z Uhurą jest słabo zarysowana) oraz dołączająca do grupy Jaylah, próbująca się wydostać z planety. Więcej jest za to humoru, choć nie wszystkie żarty trafiają w punkt. Wrażenie robią nadal efekty specjalne oraz praca charakteryzatorów przy tworzeniu wyglądu antagonisty i jego sługusów. To jednak troszkę za mało, by wyjść poza niezłe kino przygodowe.

stwnieznane2

Z nowych postaci najciekawiej prezentuje się nierozpoznawalna Sofia Boutella jako Jaylah. Bardzo wycofana, działająca w ukryciu, zaś interakcja miedzy nią a Scottym działa naprawdę dobrze (lepiej tylko działa duet Spock/Bones). Niestety, ale blado prezentuje się Idris Elba w roli antagonisty. Pozbawiony charyzmy, z niezbyt ciekawie zarysowaną motywacją oraz niemal bardzo powoli mówiący. Innymi słowy, bardzo szablonowa postać, nie zapadająca mocno w pamięć.

Więc jak tu ocenić „W nieznane”? Z jednej strony nie powiem, że się źle bawiłem. Jest parę świetnie zrobionych scen akcji oraz odrobinka humoru, ale czegoś tutaj ewidentnie zabrakło. Historia mnie nie porwała, a postacie też nie przyciągnęły za bardzo mojej uwagi. Od tego czasu o serii zrobiło się cicho, więc chyba marka padła.

6/10

Radosław Ostrowski

Auta 3

Zygzak McQueen – był najszybszym kierowcą wyścigowym. Razem ze swoim mentorem, wójtem Hudsonem odzyskał dawną formę oraz śmigał jak szalony. Ale czas jest bardzo bezwzględnym draniem i nawet najbardziej zaprawieni w boju muszą zacząć przegrywać. Pojawiają się młodzi, ambitni, bezczelni oraz wspierani przez nowoczesną technologię zawodnicy. Tacy jak Jackson Sztorm, co nie odpuszczają. Przed rozpoczęciem nowego sezonu stary mistrz decyduje się na mniej konwencjonalne metody treningu, w czym ma pomóc nowa trenerka. Oraz nowy sponsor, ale droga do tego celu nie jest prosta.

auta3-1

Seria „Auta” uważana jest za jedne ze słabszych filmów w dorobku Pixara. Ile jednak studiów chciałoby mieć takie słabe filmy w swoim CV. Problem jest pewna nierówność tej serii. Pierwsza część to nauka pokory jaką dostaje nasz bohater trafiając do małego miasteczka. Było troszkę sentymentalnie, ciepło, z trzymającym za gardło finałem. Dwójka poszła w stronę szpiegowskiej intrygi, spychając Zygzaka na dalszy plan, zamieniając go ze Złomkiem. I to była prawdziwa wtopa. Teraz niejako wracamy do korzeni, czyli na tor, gdzie czuć palącą gumę, adrenalinę oraz rywalizację. A w to wszystko wraca Zygzak – już niemłody, zaś jego obecne treningi przestają działać. No i pojawia się pytanie: powalczyć jeszcze ostatni raz czy przejść na emeryturę, zostając marką do sprzedaży rzeczy? Oto jest dylemat i twórcom udaje się to bardzo przekonująco przedstawić. Jednocześnie cały czas zachowują balans między dramatem a humorem, przez co seans nie jest zbyt mroczny dla dzieci.

auta3-3

Inną niespodzianką od twórców są spore odniesienia do pierwszej części. I nie chodzi tutaj o wspomnienia związane z postacią wójta Hudsona oraz jego przeszłości. Tutaj zaczynamy poznawać więcej, a to z powodu odwiedzenia dawnego ucznia. Jednak prawdziwym paliwem filmu, poza nostalgiczno-sentymentalną otoczką jest relacja między Zygzakiem a trenerką Cruz Ramirez. Zderzenie mentalności tej dwójki nakręca ten film, przez co można się zastanawiać kto kogo tu uczy. Wtedy zaczynamy iść w stronę kina sportowego spod znaku „Rocky’ego”. I role zaczynają się odwracać, pokazując, że nie potrzebne jest wsparcie technologiczne do osiągania zwycięstw. Ale o tym przekonacie się sami.

auta3-2

Trzecia część „Aut” wygląda ślicznie. I nie chodzi tylko o przepiękne krajobrazy pustyni czy zmiennych pór roku. Także samochody prezentują się bardzo szczegółowo, tak jak wszelkiego rodzaju pyły, kurze, dymy. Montaż przypomina klasyczne filmy sportowe (sceny treningów są świetne czy pomiaru na plaży), zaś finałowy wyścig trzyma w napięciu i zaskakuje niespodziewaną woltą. Ten moment zmienia cały film i czyni go bardziej angażującym. Więcej wam nie zdradzę, bo trzeba się samemu przekonać.

auta3-4

Nie mogę też nie wspomnieć o polskiej wersji językowej, która brzmi po prostu świetnie. Stara ekipa z Piotrem Adamczykiem na czele trzyma bardzo wysoki poziom. Nie mogę nie wspomnieć o zmianie głosu Złomka. Zmarłego Witolda Pyrkosza zastąpił Marian Opania, dając sobie radę z tym brzemieniem. Pojawia się masa nowych postaci, z których największą uwagę skupiają dwie. Pierwszą jest Cruz, która początkowo wydaje się irytująca. Jednak z czasem ta naładowana energią persona pokaże swoje skryte oblicze oraz niespełnione ambicje, stając się kimś więcej niż pomagierem, a głos Wiktorii Wolańskiej bardzo dobrze oddaje jej emocje. No i jeszcze jest nowy mentor, czyli Szpachel z szorstkim głosem Zdzisława Wardejna, będącym reprezentantem starej szkoły. I jeszcze jeden szczególik: wszelkie napisy (reklamy, tytuły artykułów) zostały opatrzone polskimi napisami, co jest rzadkością w filmach.

Trzecie „Auta” to najlepsza część niezbyt lubianej serii. I wygląda na to, że ostatnia. Jest troszkę nostalgiczna i fabuła idzie w znajomym kierunku, ale nie można odmówić jej serca oraz zaangażowania. Godne zakończenie całej historii McQueena.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Toy Story 4

Ile to już czasu minęło odkąd Chudy, Buzz i spółka trafili do domu Bonnie? 9 lat i wydawało by się, że już więcej z tej opowieści już nie da się wycisnąć. Że to już jest koniec i nie ma powodu wracać do świata zabawek, co ożywają, gdy nie ma ludzi. Pixar posiada pewną moc robienia sequeli, które rzadko są do bani (może poza „Autami 2”), chociaż obawa przed rozczarowaniem była spora.

Tym razem jednak Chudy, dla którego dobro dziecka jest najważniejszą wartością i sensem jego egzystencji, przez nową właścicielkę został odstawiony na boczny tor. Bonnie woli bawić się innymi zabawkami jak Jessie czy Rexem. Sytuacja zmienia się, kiedy dziewczynka idzie pierwszy raz do „zerówki”. Chudemu udaje się pomóc dziewczynce, wchodząc sposobem do plecaka. Efektem jego działań jest stworzenie przez nią zabawki ze śmieci nazwanej Sztućkiem. Nowa zabawka ma jednak poważny problem z zaadaptowaniem się i desperacko zmierza ku koszowi na śmieci. Nawet podczas tygodniowej wycieczki do lunaparku, co doprowadza do wypadnięcia Sztućka z auta. W ślad za nim rusza Chudy, a podróż będzie dla obydwu ważnym doświadczeniem.

toy story4-1

Debiutujący reżyser Josh Cooley musiał czuć wielką presję w trakcie prac nad tym filmem. Filmem, który w momencie ogłoszenia został uznany za zbędny i niepotrzebny. Każda z poprzednich części zachowywała balans między refleksją a rozpędzoną akcją. Tutaj w sumie też jest podobnie, ale czy dzisiaj dzieciaki w ogóle chciałyby się bawić zabawkami? Kiedy mają w zasięgu komputery czy telefony z Internetem? W tym świecie tych gadżetów nie ma, jednak nie jest to aż tak dużym problemem. Bo i twórcy stawiają tutaj sobie inne pytanie: co to znaczy być zabawką i czy może jest alternatywa od roli sprawiania dziecku radości. To ostatnie pokazuje nie widziana w poprzedniej części pasterka Boo, która jest kompletnie nie do poznania. Żadna tam delikatna dama w opałach, ale twarda, niezależna i waleczna babka. Inną skrajnością jest Sztuciek – nie znający swojego miejsca na ziemi ani swojego zadania. Przypomina świeżo narodzone dziecko, które zaczyna poznawać świat i jest początkowo irytujący, nawet wygląda groteskowo. No i jeszcze jest antagonistka, choć czy aby to jest właściwe określenie? GabiGabi to zabawka po przejściach, niekochana i z uszkodzonym sprzętem wydającym jej głos. Jednak w przeciwieństwem do złola z „trójki” nie jest rozgoryczona ani demonicznie zła. I to jest świetnie napisana oraz zarysowana postać, wnosząca wiele świeżego do serii.

toy story4-3

Niemniej historia wzrusza i potrafi rozbawić, ostatecznie zamykając historię Chudego. Sceny akcji nadal są bardzo pomysłowo zrealizowane oraz świetnie zmontowane (próba odbicia Sztućka czy finał przed karuzelą), bardzo pewnie budując napięcie. Nie brakuje nawet momentów pasujących do horroru (pierwszy spacer GabiGabi), a wszystko bardzo pięknie zrealizowane. W paru momentach (sceny z kotem czy pierwsza scena w deszczu) animacja wydaje się wręcz fotorealistyczna. W sensie wygląd kropel czy sylwetka oraz sierść kota. Nie wiem, co tym razem będą w stanie wymyślić ludzie z Pixara, ale to bardzo wysoko zawieszona poprzeczka.

toy story4-2

Jeżeli mam się jednak do czegoś przyczepić, to do niezbyt dużej obecności postaci z poprzednich historii. W szczególności chodzi mi o Buzza, mocno zepchniętego na dalszy plan, przez co w drugim akcie nie ma za wiele do roboty. Reszta starej paczki pełni tutaj także role epizodyczne, w zasadzie robiąc tylko za tło. To jednak nie przeszkadza aż tak bardzo, zaś finał po prostu wzrusza. Warto też wspomnieć o polskim dubbingu, który brzmi bardzo dobrze, a starzy znajomi z Robertem Czebotarem i Łukaszem Nowockim na czele wykonała fantastyczną robotę. Z nowych postaci najbardziej wybija się Gabi Gabi, której głosu użyczyła Julia Kamińska, pokazując bardzo złożony charakter tej pozornie złej postaci oraz drobny komediowy duet Kwaku/Bunio w wykonaniu 2/3 dawnego kabaretu Limo.

toy story4-4

Miałem pewne wątpliwości i obawy, ale ostatecznie ten epilog (bo tak należy traktować czwórkę) nadal dostarcza masę emocji, a poruszający finał zostanie w głowie na długo. Czy chciałbym powstania kolejnej części? Raczej nie, choć po Pixarze można spodziewać się wszystkiego.

8/10

Radosław Ostrowski