Sergio Leone – Włoch, który wynalazł Amerykę

Dokumenty o ludziach kina są ciekawe nie tylko z powodu osoby, będącej tematem filmu. Drugim kluczem jest też podejście samego twórcy dokumentu. Włoski reżyser Francesco Zippel zdecydował się zmierzyć z opowieścią o Sergio Leone. Czy jest jakiś kinoman, który nie zna tego nazwiska? Mam nadzieję, że nie, a jeśli tacy się pojawią, powinni koniecznie zobaczyć ten dokument.

Sama forma jest klasyczna jak na dokument – gadające głowy, archiwalne materiały, fragmenty filmów czy kadry z realizacji filmów. Plus jeszcze drobne retrospekcje w formie małych miniatur, które stanowią fajny dodatek. A kim są nasi rozmówcy? To zarówno grający u Leone aktorzy (Robert De Niro, Jennifer Connelly i obowiązkowo Clint Eastwood), współpracownicy (m. in. dźwiękowcy, Ennio Morricone czy współodpowiedzialny za scenariusz „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” Dario Argento), dzieci reżysera, historyk kina, autor biografii (sir Christopher Frayling) oraz reżyserzy zainspirowani jego dziełami i/lub będący jego fanami jak Quentin Tarantino, Steven Spielberg, Martin Scorsese czy Darren Aronofsky. Ale jest też sam Leone – z wywiadów, masy archiwalnych materiałów oraz wypowiedzi.

Pytanie jednak na ile jest to prawdziwy portret, a na ile pewne wyobrażenie samego Leone. Każdy z rozmówców widzi inne elementy i cechy tego twórcy. Dla Spielberga to chłopak zakochany w filmie, co bawi się kinem; dla Quentina Tarantino człowiekiem skupiającym się na gatunku i archetypach, który doprowadza do ewolucji oraz dekonstrukcji; Darren Aronofsky oczarowany jest skupieniem na dźwięku; Clint Eastwood widzi w nim ryzykanta, co podejmuje niebezpieczne akcje i pozwala na odrobinę szaleństwa (cudna opowieść o wysadzeniu mostu przy „Dobrym, złym i brzydkim”); Damien Chazelle dostrzega epicką skalę i rozmach; a Scorsese dostrzega w Leone człowieka łączącego stare hollywoodzkie produkcje z ironicznym humorem.

Te wszystkie różne obserwacje pokazują jedno: to był człowiek pełen pasji, zaangażowania i dzikiej energii. Człowiek kochający kino, podążający za swoją i gotów nawet odrzucić wyreżyserowanie „Ojca chrzestnego” dla swojego opus magnum. Czyli gangsterskiego „Dawno temu w Ameryce”, którego realizacja trwała długo, zaś odbiór w USA… rozczarował i szefostwo wytwórni przemontowało to dzieło. A to w jakimś sensie zabiło samego reżysera, pozbawionego jakiegokolwiek wpływu na tą decyzję. Z masą anegdot, drobiazgów i kapitalnych scen z filmów.

„Sergio Leone” jest w dużej części laurką, ale jednocześnie jest też czymś w rodzaju filmowego testu Rorschacha. Szczególnie w przypadku reżyserów opowiadających o Leone widać to najmocniej. Można się czepiać, że Zippel nie skupia się na prywatnym życiu reżysera, ale chyba nie to było celem. Bo sam tytuł to ewidentny hołd złożony jednemu z największych reżyserów XX wieku i pokazuje jak nadal stanowi silną inspirację. Dla fanów kina to pozycja obowiązkowa.

8/10

Radosław Ostrowski

Garść dynamitu

Początek XX wieku. W Meksyku trwa rewolucja, zaś jedną z tych osób, które się nia nie interesują jest Juan Miranda – złodziej i rzezimieszek. Kiedy na swojej drodze spotyka irlandzkiego terrorystę Johna Mallory’ego (speca od materiałów wybuchowych), wpada na prosty i genialny plan swojego życia – okraść bank w Mesa Verde. Ale na miejscu okazuje się, że zamiast pieniędzy i złota w środku są… skazani rewolucjoniści, zaś obaj panowie zostają bohaterami.

dynamit1

Sergio Leone – każdy fan westernu zna to nazwisko. Ale nawet i największy reżyser musi się potknąć. Niby film jest westernem, zaś początek przypomina wcześnie produkcje włoskiego mistrza. Jednak z pojawieniem się motocyklu, nagle coś się zaczęło zmieniać. Zamiast westernu wyszedł bardziej film wojenny (wiadomo, rewolucja Pancho Villi), gdzie mamy dużo trupów i dużo strzałów. Istnym słowem, niezły Meksyk. No właśnie, niezły tylko. Owszem, widać i czuć rękę reżysera (charakterystyczne zbliżenia na twarze, długie ujęcia pozbawione dialogów, piękna muzyka Ennio Morricone), ale trochę to zbyt współczesne – i nie chodzi tylko o obecność ciężarówek, samochodów, motocykli i zastąpienie rewolwerów pistoletami czy karabinami maszynowymi, ale o sposób opowiadania historii. W dodatku fabuła jest bardzo nierówna, gdzie naprawdę świetne sceny (napad na bank czy strzelanina na moście) przeplatają się z momentami nużącymi i spowalniającymi przebieg wydarzeń (bardzo romantyczne i lekko sentymentalne retrospekcje Johna czy wszelkie sceny batalistyczne). Brakuje tej magii i czegoś, co przykuwało uwagę, pozwalając zatracić się w filmie, co udało się osiągnąć w „Dobrym, złym i brzydkim” czy „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”. Tutaj tego zabrakło.

dynamit2

Także od strony aktorskiej film nie powala, choć jest zagrany na przynajmniej przyzwoitym poziomie. Najlepiej prezentuje się tu Rod Steiger w roli Mirandy. Brudny, nieogolony, okazuje się całkiem pomysłowym cwaniakiem, który jest lojalny wobec swojej bandy (wiadomo, rodzina) i przypadkowo zostaje bohaterem. Ale cena jaką za to ponosi jest dość wysoka, zaś jego refleksja na temat rewolucji jest mocno aktualna. Partneruje mu James Coburn – aktor ze sporym doświadczeniem w westernach (m.in. „Siedmiu wspaniałych”), tutaj wypada całkiem nieźle w roli cynicznego Irlandczyka, który dawno stracił wiarę w sprawę czy rewolucję. Dołącza do niej, bo nic innego nie potrafi (z dynamitem robi cuda). Obaj panowie całkiem zgrabnie się uzupełniają, trzymając w zainteresowaniu prawie do końca. Reszta aktorów gra całkiem nieźle (wyróżnia się Romolo Valli w roli doktora Villegi). I tyle można powiedzieć.

Niestety, „Garść dynamitu” nie ma tej siły ognia co „Garść dolarów”,jednak pozostaje zaledwie niezłym filmem w dorobku Leone. Jednak jego następny film pokazał, że wrócił do mistrzowskiej formy.

6/10

Radosław Ostrowski