Ferrari

Nie trzeba być fanem motoryzacji, żeby znać nazwę Ferrari. Szybkie, sportowe fury w mocnej czerwieni, jednoznacznie kojarzone z wyścigami. Szybkość, adrenalina i ekscytacja. A kim był ich konstruktor, czyli Enzo Ferrari? O nim postanowił stworzyć swój najnowszy film weteran kina – Michael Mann.

Akcja toczy się w roku 1957 – dziesięć lat po tym jak Enzo (Adam Driver) skonstruował swoje pierwsze auto. Potem były różne wyścigi, rajdy, na których zwycięstwa pomagały w sprzedaży samochodów. Jednak w tym roku wszystko się komplikuje. Finanse się wykruszają, auta psują się, a kierowcy giną w wypadkach. Wszyscy z otoczenia (poza pilnującej pieniędzy żony) radzą mu szukania inwestorów lub sprzedania większej ilości aut. Jedyną szansą dla niego jest wygranie wyścigu Milla Miglia, czyli rajdu z Bresci do Rzymu i z powrotem. Wygranie, nie zajęcie przez jego kierowcę miejsca drugiego czy trzeciego. Zwłaszcza, że równie zdeterminowany jest Maserati, które ma podobne problemy.

Ale to nie jedyny problem z jakim musi się zmierzyć Enzo, bo życie prywatne „Dowódcy” jest skomplikowane. Delikatnie mówiąc. Mężczyzna ma żonę Laurę (Penelope Cruz), jednak ich relacje posypały się po śmierci starszego syna Dino. Poza tym jeszcze jest ta trzecia – Lina Lardi (Shailene Woodley), z którą ma syna. Oboje mieszkają w kupionej przez Enzo posiadłości w tajemnicy przed żoną. I to jest poważny dylemat.

Mann miał bardzo pod górkę przy pracy nad tym filmem, przygotowując się 20 lat. Po drodze zmieniali się odtwórcy głównej roli (Robert De Niro, Christian Bale, Hugh Jackman), zmarł autor scenariusza (Troy Kennedy Martin), wybuchła pandemia. Dopiero w 2021 roku udało się zebrać odpowiednie fundusze, znaleźć aktorów i ruszyć z tym. To świadczy o determinacji i uporze reżysera, tak jak Ferrariego idącego ku wyznaczonej drodze. Jednak w przypadku włoskiego konstruktora i byłego rajdowca droga była bardziej wyboista, w zasadzie pozbawiona jakiegokolwiek dobrego wyjścia. Reżyser lawiruje między życiem prywatnym a zawodowym Włocha, zachowując równowagę.

Ale jeśli spodziewacie się sporych ilości wyścigów czy samochodów, będziecie srodze zawiedzeni. Tego jest za mało, jednak jak już się pojawiają, potrafią dać satysfakcję. Mimo tego, że są zrobione w bardziej staroszkolny sposób. Nie ma tu aż takiej dynamiki i intensywności jak w „Wyścigu” czy „Ford vs Ferrari”, jednak finałowy wyścig Milla Miglia trzyma za gardło. Co jest zasługą szybkiego montażu oraz paru nietypowych kadrów jakby żywcem wziętych z lat 80., a także zgrabnie wplecionych efektów specjalnych. Czuć to ryzyko w czasach, kiedy wyścigi odbywały się na publicznych drogach i bez obecnych zabezpieczeń.

A jak sobie poradził Adam Driver w roli tytułowej? Moim skromnym zdaniem, radzi sobie bardzo dobrze tworząc portret człowieka upartego, bezkompromisowego i przekonanego o swoich racjach. Nie bez powodu nazywany jest Dowódcą, pokazując charyzmę mówcy jak podczas rozmowy z kierowcami po przegranym rajdzie. Bardziej przypomina wycofaną, kalkulującą maszynę niż człowieka przez co trudno go polubić. Zwłaszcza, że nie prywatnie sprawia wrażenie wycofanego, niepewnego i nie odnajdującego się poza torem i wyścigami. Kontrastem dla niego jest Penelope Cruz jako żona Laura – mająca więcej energii, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać. W jej oczach maluje pojawia się poczucie odrzucenia, ból, szczególnie po odkryciu kochanki i dziecka. Bardzo mocna, intensywna kreacja. Wspólne sceny tej dwójki to jedne z lepszych momentów tego filmu. Trochę w cieniu wydaje się być Woodley, której postać wydaje się bardzo stonowana, nie awanturująca się, niejako pogodzona z byciem tą drugą.

Czy „Ferrari” jest powrotem Michaela Manna po 8 latach niebytu do dobrej formy? Zdecydowanie tak, z paroma mocnymi dialogami i scenami oraz bardzo porządnymi scenami wyścigów. Na pewno fani motoryzacji chcieliby większego skupienia na samochodach i wyścigach niż dramacie obyczajowych. Niemniej to kawał solidnie przygotowanej biografii.

7/10

Radosław Ostrowski

Mauretańczyk

Sama tematyka niemal od razu jest w stanie złapać za serce. I w zasadzie reżyser czy scenarzysta wydają się nie mieć zbyt wiele do roboty. Ale czy aby na pewno? To zbyt duże uprowadzenie, bo bez solidnej fabuły oraz pracy reżysera nawet najlepszy temat można położyć. Czy tak jest z „Mauretańczykiem”, który został pominięty przy oscarowych nominacjach?

mauretanczyk2

Brytyjski reżyser Kevin Macdonald opowiada historię przetrzymywanego w Guantanamo obywatela Mauretanii. Jak się okazuje jego kuzyn był jednym ze współpracowników Osamy bin Ladena. No i sam Mohamadou przez pewien czas szkolił się w Al.-Kaidzie. A że wszystko zaczyna się po 11 września, resztę możecie sobie dopowiedzieć. „Amerykanie oszaleli”. Całą jego historię jednak poznajemy z perspektywy niejakiej Nancy Hollander. Jest ona prawnikiem idącą od wielu dekad na kolizyjnym kursie z rządem oraz wszelkim dokonywanych przez nich nieprawości. I to właśnie ona dostaje sprawę Mauretańczyka, choć nie jest ona łatwa.

mauretanczyk1

Czy jest to dramat sądowy? Nie do końca, to bardziej dreszczowiec opowiadający o tym, o czym niby pamiętamy, ale nie chcemy. Sama narracja toczy się dwu-, a nawet trzytorowo. Po pierwsze, mamy perspektywę mecenas Hollander (fantastyczna Jodie Foster), podejmującej się obrony przebywającego w Guantanamo mężczyzny. Kobieta razem z asystentką (solidna Shailene Woolley) podejmuje walkę o ustalenie prawdy. Dlaczego mężczyzna jest przetrzymywany, czy ktoś mu postawił zarzuty. Druga perspektywa to reprezentujący prokuraturę pułkownik Stuart Couch (zaskakujący Benedict Cumberbatch), który wie równie dużo, co jego oponentka – choć sam nie jest tego w pełni świadomy. Jest zdeterminowany do znalezieniu dowodów, lecz biurokracja mocno mu przeszkadza. Dochodzenie obojga do odkrycia utajnionych dokumentów jest jednym z kluczowych elementów tej tajemnicy.

mauretanczyk4

Ale najmocniejszym i najbardziej chwytające za gardło są wspomnienia samego Mohamadou (rewelacyjny Tahar Rahim), które utrzymane są w formie retrospekcji. Nawet zdjęcia są utrzymanie w innym formacie, jakby ekran się zmniejsza. Ten zabieg ma wywołać klaustrofobię oraz spotęgować poczucie izolacji wobec całego świata. Im dalej w las, tym bardziej przesłuchają stają się nieprzyjemne. Zwłaszcza kiedy do akcji wkracza armia i z jego perspektywy widzimy te wszystkie okrucieństwa w celu złamania go. Po co ta cała Konstytucja i przestrzeganie prawa, skoro można ją w imię strachu oraz żądzy zemsty ją zawiesić, łamać, okrążać dookoła? – pyta reżyser niejako między słowami.

mauretanczyk3

To jest o tyle zaskakujące, że to reżyser brytyjski przygląda się bardzo krytycznie amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Że w imię polowania na czarownice oraz podsycaniem nienawiści próbuje się piętnować czy zastraszać osoby działające w zgodzie z prawem. Pytanie w którym momencie większość ludzi nie ulegnie temu szaleństwu i pociągnie władze do odpowiedzialności. ale to chyba jednak pobożne życzenie, tak samo jak równość wobec prawa i szacunek do niego. Bardzo mocna rzecz oraz przypomnienie, że trzeba pilnować tej granicy.

8/10

Radosław Ostrowski

41 dni nadziei

Poznajcie Tami. To młoda dziewczyna, marząca tylko o jednym – podróżowaniu. Bez zatrzymywania się nigdzie na stałe. Jest rok 1983, a jesteśmy na Tahiti. I nasza dziewucha posiedziałaby sobie na tej wyspie jeszcze parę lat, ale pojawia się, a właściwie wpływa, On. Jest Anglikiem, samotnym żeglarzem, co przepłynął świat więcej razy niż ona. No i ma na imię Richard. Klasyczna miłość od pierwszego wejrzenia. I mogliby tak spokojnie siedzieć na tej wyspie, gdyby nie pewne zlecenie: dopłyniecie wynajętym okrętem do San Diego. Co może pójść nie tak? Pojawia się na drodze huragan, doprowadzając do poważnych zniszczeń.

adrift3

Kino z gatunku survival, gdzie mamy bohaterów w trudnej sytuacji pozornie wydaje się być łatwe i proste do realizacji. Ale najnowszy film Baltasara Kormakura pokazuje, że taśma zniesie wszystko, ale widz niekoniecznie. Oparte na faktach „Adrift” wydaje się bardzo znajome i oparte na sprawdzonych motywach: brak komunikacji, brak jedzenia, halucynacje. Do tego bardzo otwarta przestrzeń, czyli od groma wody oraz brak jakiegokolwiek kontaktu z resztą świata. Powinno się czuć zagrożenie oraz stawkę, tylko że to kompletnie mnie nie interesowało. Dlaczego? Scenarzyści popełnili jeden istotny błąd, przez który całe napięcie oraz dramat siadło. Sceny survivalowe, gdzie Tami z rannym Richardem próbują przeżyć są przeplatane ze scenami z przeszłości. Tego, jak się poznali, pierwsza randka, pierwszy taniec itd.

adrift1

I właśnie te przeskoki strasznie pozbawiały jakiegokolwiek klimatu. Ani to romantyczne (w założeniu), ani przerażające, ani trzymające w napięciu. Reżyser kompletnie nie jest w stanie przełamać tego stanu, zupełnie jakby mu związano ręce. Jest jeszcze jedna wolta, która na chwilę wybudziła mnie z tego znużenia, jednak zadziałało to tylko na dłuższą metę. Bronią się zdjęcia, za które odpowiada Robert Richardson, wyglądające pięknie. Także sam moment ataku huraganu robi spore wrażenie. Ale to wszystko za mało, by uznać ten film za udany.

adrift2

Sytuację próbuje ratować Shailene Woolley, budując pozornie typową rolę dla tego typu produkcji. To bardzo fizyczna rola, wymagająca siniaków, potłuczeń, wyczerpania oraz mieszanki uporu i zwątpienia. I to wszystko jest pokazane bez cienia fałszu, podnosząc troszkę ten film. Partnerujący jej Sam Claflin wypada całkiem przyzwoicie, chociaż kompletnie nie czułem chemii między nimi. Co też jest dość sporym problemem.

Czy warto w ogóle obejrzeć „Adrift”? To był film, po którym nie oczekiwałem zbyt wiele, a i tak byłem rozczarowany. Film pozbawiony własnego charakteru i tak nudny, że jakiekolwiek kadry z obrad sejmowych są przy tym thrillerem najwyższej próby.

4/10

Radosław Ostrowski

 

 

Snowden

Some say you’re a patriot
Some call you a spy
An American hero
Or a traitor that deserves to die
In the heart of the free world
In the home of the brave you gave up everything
To bring down the veil

Żadna inna postać w ostatnim czasie nie wywołała takich kontrowersji w historii USA, ale i całego świata jak Edward Snowden. Bohater czy zdrajca? Demaskator czy szpieg? Zdania są podzielone, a jego historia musiała zainteresować filmowców. To była tylko kwestia czasu, a jeśli a ten materiał bierze się tak kontrowersyjny reżyser jak Oliver Stone, oczekiwania zostały podniesione do ogromnych. Reżyser znany był  subiektywnego przedstawiania rzeczywistości, ale zawsze potrafił zaangażować emocjonalnie (patrz „JFK” czy „Pluton”).

snowden1

Osią konstrukcyjną filmu jest wywiad jaki udziela Snowden w Hong Kongu (gdzie, jak wiemy od pewnego posła działa biuro antykorupcyjne) dziennikarzom The Guardian. Podczas spowiedzi poznajemy jego historię od próby służby wojskowej po działalność w CIA i NSA w latach 2004-13. I tutaj reżyser przedstawia naszego bohatera, a właściwie jego przemianę: z naiwnego idealisty chcącego służyć swojemu krajowi do balansującego na granicy załamania nerwowego, podejmującego samotną walkę z systemem. Przenosimy się wraz z bohaterem do różnych zakątków świata – Szwajcaria, USA, Hawaje, wreszcie Hong Kong i Rosja, która bardzo kocha demokrację. Nie jest to jednak szpiegowski thriller, ale rasowa biografia z elementami kina szpiegowskiego.

snowden2

Stone się na bohaterze i na rozterkach, ale nie atakuje konkretnej opcji politycznej. Tak, mówi wprost, że jest źle i trzeba coś z tym zrobić. Krótkie zbitki montażowe pokazują silną presję jaką Snowden odczuwa od strony służb, a reżyser kolejny raz bawi się formą – miesza kolorystykę, filtry (sceny działa szpiegowskiego programu). I z surową bezwzględnością atakuje działania służb specjalnych, co bez wiedzy obywateli inwigilują nas wszystkich. Sami to ułatwiamy za pomocą telefonów komórkowych, portali społecznościowych, gdzie umieszczamy bezmyślnie wszystko. Mówi to wprost i bez upiększania, co wielu może uznać za propagandową agitkę. Nie brakuje tutaj napięcia (brak wywieszki „Nie przeszkadzać” czy kopiowanie danych do pendrive’a), jednak nie jest to najważniejsze. Dopiero pod koniec robi się zbyt patetycznie (przemowa Snowdena o buncie mas), ale ostatnie wszystko zostaje poddane naszej ocenie, prowokując dyskusję.

snowden3

Czuć pewne podobieństwo dzieła Stone’a do „Piątej władzy” o Julienie Assange’u, gdzie tez dotykano temat inwigilacji, ale też i do jakiego punktu można się posunąć ujawniając tajne sprawy i stając do walki z niedoskonałym systemem jakim są taje służby. A za taką walkę płaci się wysoką cenę – w końcu trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny.

snowden4

„Snowden” nie miałby takiej siły ognia gdyby nie znakomity Joseph Gordon-Leviit. Aktor upodabnia się do Snowdena bardzo mocno, przenosząc jego gesty i barwę głosu (chociaż przez długą chwilę byłem pewny, że to Keanu Reeves), ale też bardzo uważnie prezentując wewnętrzne rozdarcie między postępowaniem słusznie, a działalnością służb. Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie Shailene Woodley, która – wbrew moim oczekiwaniom – nie była tylko ładnym dodatkiem do portretu informatora. Stworzyła wyrazistą postać dziewczyny Snowdena, która go fascynuje, ale zaczyna coraz ciężej znosić fakt, że praca jest ważniejsza od niej. Na drugim planie dominuje bardzo opanowany Rhys Ifans (Corbin O’Brien) w garniturze niczym z klasycznych filmów szpiegowskich oraz całkiem dobry Nicolas Cage (Hank Forrester), który tym razem jest bardzo powściągliwy.

Stone kolejny raz przypomina o swojej dobrej formie i tak jak poprzednimi filmami podzieli wszystkich. Jednak nie radziłbym się skupiać tylko na politycznym aspekcie, lecz na psychologicznym rozdarciu między wyborem tego, co słuszne a biernemu obserwowaniu wydarzeń. I ten dylemat jest dla mnie najciekawszy, a co wy byście zrobili na jego miejscu? Pomyślcie mocno nad tym.

7/10

Radosław Ostrowski

Śnieżny ptak

Rok 1988. Kat Connors jest młodą, 17-letnią dziewczyną mieszkającą z ojcem. ma już chłopaka, z którym już poszła do łóżka, budzą się hormony i ulega im. jej spokojne życie zmienia się, gdy jej matka tak po prostu znika bez wieści. i to zdarzenie odbija się mocnym echem na jej życiu.

ptak2

Gregga Arakiego, reżysera tego filmu znałem tylko ze słyszenia. Cała historia toczy się na przestrzeni dwóch lat i skupia się na Kat – więc wydaje się, że to typowy film o budzeniu się kobiety w ciele nastolatki. Dlatego niejako zagadka związana z zaginięciem Eve jest tylko pretekstem do tej opowieści. I jest to dość zgrabnie wygrywane, za pomocą przeplatających się retrospekcji. Wszystko jest konsekwentnie trzymane w stylistyce lat 80., czyli barwnych strojach, muzyce pokroju The Cure, Depeche Mode itp. Nie ma jednak tutaj popisywania się znajomością konwencji kryminału, tylko bardziej psychologiczny dramat. Kluczowe w interpretacji wydają się sny Kat, pełne śniegu i niepokoju, opowiadane podczas rozmów z terapeutką. Jednak ciągle zagadka zniknięcia intryguje w tle, a ja próbowałem to rozgryźć ze strzępków wspomnień, rozmów z przyjaciółmi. Aczkolwiek rozwiązania domyśliłem się pod koniec, to zakończenie uważam za satysfakcjonujące.

Dalej mamy klasyczne sceny z inicjacyjnych opowieści – pierwsze spotkanie z chłopakiem, pierwszy seks, pierwszy seks ze starszym facetem, szybkie odkrycie pożycia małżeńskiego rodziców oraz pewnych tajemnic alkowy. Reżyser stopniowo odkrywa karty, trzymając niemal w napięciu do końca. Finału wam nie zdradzę, to sami zobaczycie.

ptak1

Poza oniryczną oprawą audio-wizualną film dźwiga na sobie Shailene Woodley i jest znakomita jako Kat. Z jednej strony nieposkromiona seksualnie dziewczyna, świadoma swojej wartości, z drugiej bardzo delikatna i maskująca swoją wrażliwość maską obojętności. Drobnym spojrzeniem jest w stanie wygrać lęki oraz niepokoje nastolatki. Za to kompletnie inna jest Eva Green jako jej matka – posągowo piękna, ale uwięziona w klatce duszącego ją małżeństwa. I to doprowadza ją do stanu obłędu, a zachowanie staje się wyzywające, nieracjonalne (w prześwitującej koszuli nocnej przyłapuje córkę z chłopakiem, podgląda ją w łazience) i zagrane na bardzo cienkiej granicy między teatralnością a realizmem. To te dwie panie dominują nad ekranem, spychając pozostałą obsadę (świetny Christopher Meloni jako ojciec i dobry Thomas Jane w roli detektywa) na dalszy plan.

ptak3

Z jednej strony dramat o budzącej się seksualności, z drugiej dreszczowiec z tajemnicą, która trzyma w zaciekawieniu do samego końca. Araki pewnie skręca w stronę oniryzmu, zagadki oraz wchodzeniu w dorosłość. Mocna i piękna rzecz.

7/10

Radosław Ostrowski

Gwiazd naszych wina

Takich historii jak ta było setki jeśli nie tysiące: miłość dwojga ludzi brutalnie przerwa przez nieuleczalna chorobę. Film Josha Boone’a wydaje się kolejna tego typu historią: mamy dwoje nastolatków. Ona ma 17 lat, nazywa się Hazel i ma raka tarczycy. Zdiagnozowany u niej jako 13-latki, bez szans na wyleczenie, ale dzięki eksperymentalnej terapii wyszła na prosta, ale jest efekt uboczny – woda zbierająca się do płuc. Gdy pojawia się na grupie wsparcia (choć sama jest mocno przeciwna), wtedy pojawia się starszy o rok Augustus Waters – weteran walki z nowotworem kości, przypłacając za to amputacją nogi. I wtedy zaczyna iskrzyć między nimi.

gwiazd1

Zwróciłem uwagę na ten tytuł nie ze względu na reżysera, obsadę czy nawet tematykę, ale z powodu… scenarzystów. Scott Neustadter i Michael H. Weber kilka lat temu wyczarowali fabułę „500 dni miłości” – jednego z najlepszych kom-romów ostatnich lat. Potem było równie udane „Cudownie tu i teraz”, potwierdzając swoje umiejętności w opowiadaniu słodko-gorzkich opowieści. Tym razem chyba się po prostu nie udźwignęli tematu albo reżyser nie poradził sobie z tekstem. Efekt: lekkie rozczarowanie. Twórcy jak ognia próbują lawirować między powagą sytuacji nieuniknionej, a jednocześnie próbują rozładować atmosferę subtelnym i (czasami) inteligentnym humorem, żebyśmy polubili i przejęli się naszymi bohaterami – młodymi, fajnymi ludźmi. I w zasadzie ogląda się to całkiem nieźle, gdyby nie jeden wątek – książki będącej dla Hazel czymś w rodzaju Biblii – „Cios udręki” Petera van Houtena oraz podróż do Amsterdamu do autora, który jest zgorzkniałym i nieprzyjemnym facetem. Jest to siła osłabiającą ten film, ciągnąca go mocno w dół.

gwiazd2

Owszem, miłość tych dwojga jest tak schematyczna, pokazana w iście podręcznikowym wydaniu, ale częściowo bronią go przyzwoicie prowadzeni aktorzy w głównych rolach. Całość kradnie Shailene Woodley, która bardzo przekonująco pokazuje rozterki i przeżycia Hazel. Nawet najbardziej schematyczne chwyty jest w stanie pokazać bez cienia fałszu, a to jest naprawdę sporo. Partnerujący jej niejaki Ansel Elgort też daje radę i – o dziwo – jest pewna chemia miedzy nimi. I to powoduje, że zamiast średniaka mamy całkiem niezłe kino, choć skierowane do młodego odbiorcy. Ja nie do końca kupuję całość, bo liczyłem na znacznie, znacznie więcej.

gwiazd3

6/10

Radosław Ostrowski


Cudowne tu i teraz

Opisz wyzwanie, trudność lub nieszczęście, jakiego doświadczyłeś w swoim życiu. Co z niego wyniosłeś i jak przygotowało cię na przyszłość? – to pytanie, na które odpowiedź ma napisać 18-letni Sutter, by dostać się na studia. A kim on jest? Licealistą (co można stwierdzić po wieku), pracuje w sklepie z męską garderobą, bardzo lubi wypić, poimprezować i ma super laskę. Do czasu, kiedy ona z nim zrywa. Podczas jednej z imprez, budzi się na trawniku i pierwszą osobą, która pojawia się w zasięgu jego „przytępionego” wzroku jest dziewczyna, niejaka Aimee Finicky. To taka dziewczyna, na którą nikt nie zwraca uwagi, taka „szara myszka”. Powoli jednak ta dwójka zaczyna do siebie się zbliżać.

cudowne1

Filmy o zakochanych nastolatkach można w zasadzie podzielić na dwie grupy. Pierwsza to bardzo naiwne i przesłodzone bajeczki pokroju „Step Up” czy innego ”High School Musicalu”.  Druga grupa to filmy trochę takie bardziej ironiczne, z większym dystansem, słodko-gorzkie. Ten film zalicza się raczej do drugiej grupy. Motywacja głównego bohatera, który spotyka się z nową koleżanką, nie jest do końca jasna – może chce pomocy z matematyką albo po prostu odegrać się na swojej byłej, bo to zła kobieta była. Ale jak wiadomo, nic nie jest proste, a najbardziej wyrachowane plany muszą wziąć w łeb, gdy pojawia się największa niewiadoma  – uczucia. Reżyser James Ponsoldt do spółki ze świetnymi scenarzystami to pozornie konwencjonalne love story rozgrywa z dużą dawką delikatności i wrażliwości, zaś każdy przełomowy moment związku ogląda się z dużym napięciem.

cudowne2

Ta relacja pozostaje najciekawszym wątkiem, ale nie jedynym. Rodzice po rozwodzie – ona chłodna, on zapatrzony w siebie pijus, była dziewczyna Charlene marząca o facecie jako kimś więcej niż tylko dobrej zabawie. Jest jeszcze nauczyciel, sympatyczny szef Dan i obecny chłopak byłej Marcus. Każde z nich tak naprawdę szuka swojego miejsca i stara się być fair. Jednocześnie Ponsoldt bardzo krytycznie odnosi się do filozofii korzystania z każdej chwili garściami. Główny bohater dość często i mocno nadużywa tej formy, by po prostu się nawalić. Czemu to robi? Żeby się „znieczulić” przed światem, bólem, rozczarowaniami i wszystkim tym, co złe. Jak jest dobrze, to się napiję, jak źle, to tym bardziej. Jednak czy jest szansa na wyplatanie się z tego i zerwanie ze swoimi nałogami? Oto jest pytanie, a twórcy nie dają jednoznacznej opowieści (zakończenie).

cudowne3

Ta historia jest interesująca nie tylko dzięki świetnemu scenariuszowi, ale też grającym główne role, którzy wywiązali się ze swoich zadań pierwszorzędnie. Sutter (świetny Miles Teller) wydaje się takim cwaniakiem, który ma głowę na karku, ale czuje się bardzo samotny i odrzucony przez matkę (Jennifer Jason Leigh w formie). Topi swoje smutki i szczęście w alkoholu, nie widząc innego wyjścia, pozostając niedojrzałym młodzieńcem. Dla mnie jednak objawieniem była Shailene Woodley, czyli Aimee. Trochę nieśmiała, przytłoczona przez matkę, okazuje się bardzo wrażliwą i inteligentną dziewczyną. Spotkanie tych dwojga oddziałuje korzystnie na każdą ze stron – ona nabiera wiary w siebie i staje się niezależna, on dojrzewa do poważniejszej relacji i próbuje walczyć ze swoimi demonami.

cudowne4

Coraz bardziej zaczynam doceniać takie słodko-gorzkie tragikomedie pełne sarkazmu, a także wnikliwej obserwacji dwojga pogubionych ludzi. Pytanie czy jeszcze tych dwoje będzie miało drugą szansę? Nie wiem jak wy, ale ja wierzę w człowieka, który potrafi zmienić się pod wpływem poważnych zdarzeń.

8/10

Radosław Ostrowski