Inni ludzie

Szare twarze, szare twarze
Święta, święta i po świętach wyprzedaże

To są pierwsze słowa, które padają z ekranu i jest to zapowiedź seansu niezwykłego. Zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z przeniesieniem na ekran „poematu hip-hopowego” autorstwa Doroty Masłowskiej. Trzeba być bardzo uzdolnionym oraz odrobinę bezczelnym, by zmierzyć się z taką autorką, która językiem miesza, prowokuje oraz bawi się. A jak wiadomo nikt nie jest bardziej bezczelny niż debiutant. Właśnie taki jest przypadek Aleksandry Terpińskiej oraz „Innych ludzi”.

inni ludzie1

Akcja jest osadzona na jednym z osiedli w mieście leżącym między Pruszkowem a Wołominem, gdzie mieszkają te szare twarze. Mija się ich na co dzień, gonią za swoimi marzeniami, lecz te ciągle znajdują sposób na wymknięcie się. Rozczarowanie, smutek, znieczulenie, przejebany dzień. Jeden, drugi, trzeci, po kilkudziesięciu już przestaje się liczyć, a pozostaje tylko znieczulić się. Sposobów jest wiele: zakupy, przypadkowy seks, alkohol, narkotyki, leki. Jedną z takich szarych twarzy jest Kamil (Jacek Beler) – taki chłopaczek, co marzy o wydaniu super płyty, nie ma pracy, mieszka z matką i siostrą. Jeszcze poznał śliczną dziewuchę o pięknym imieniu Aneta (Magdalena Koleśnik) – pracownicę Rossmana, co pochodzi z małego Kraśnika. Poza tą parką jest jeszcze starsza (po 40.) kobieta Iwona (Sonia Bohosiewicz) razem z mężem (Marek Kalita), który woli spędzać więcej czasu poza domem niż ze swoją żoną.

inni ludzie2

A żeby jeszcze bardziej namieszać, wszystko to obserwuje dziwaczny koleś o twarzy niedoszłego rapera, Sebastiana Fabijańskiego. Długie włosy, bluza z kapturem, czapka z daszkiem, a na czapce… połowa cierniowej korony. On jest narratorem i przewodnikiem po tym smutnym jak pizda mieście, gdzie każdy ma o każdym złe zdanie (choć nie mówi tego na głos), każdy kombinuje jak przeżyć następny dzień oraz rzuca wszystko na social media. Napędzani nienawiścią, poczuciem wyższości i karmieni złudzeniami, szukają tego, co jest nieosiągalne i nazywane potocznie szczęściem. Już zaczniecie mówić, że już taki film widzieliście choćby u Koterskiego. Terpińska (wsparta przez Masłowską) ubiera wszystko w rapową formę. Każdy dialog jest tu nawijany, rymowany oraz pełen ironicznych punchline’ów, zawsze trafiając w punkt. Montażowo szaleństwo jeszcze podkręca miejscami groteskową atmosferę w scenach, które dzieją się w głowie każdego bohatera (Iwona krojąca swoje wyrwane serce czy surrealistyczny taniec z ludźmi pierwotnymi). A w tle niemal non stop lecą bity Auera, pulsujące niczym szybko płynąca krew.

inni ludzie3

Jedyne, co mnie zdziwiło to fakt, że „Inni ludzie” nagle się kończą. Historia urywa się w najważniejszym miejscu, zostawiając pewien niedosyt. I to wszystko w momentach, gdzie może dojść do przełomowego momentu (niczym w „Ataku paniki”).  Każdy z tych bohaterów jest wyrazisty oraz kapitalnie zagrany: od dawno nie widzianej Bohosiewicz przez niesamowitego Belera aż po zaskakującego Kalitę i fenomenalnego Fabijańskiego. „Inni ludzie” są jakby z innego świata, a jakby bardzo znajomego. Szalone, dziwaczne, pokręcone niczym „Mowa ptaków” zmieszana z goryczą „Dnia świra”.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zieja

Z Robertem Glińskim ostatnio jest mi bardzo nie po drodze. Zarówno „Kamienie na szaniec”, jak i osadzony w środowisku harcerskim „Czuwaj” były bardzo, bardzo rozczarowujące. A w przypadku tego ostatniego nazwanie go gównem byłoby obrazą dla gówna. Reżyser jednak się nie poddaje i dalej szuka swojej zaginionej formy. Czy biografia księdza Jana Ziei jest szansą na przełamanie formy? Nie do końca, choć jest to krok w dobrą stronę.

Cała akcja osadzona jest w 1977 roku, kiedy działa Komitet Obrony Robotników. Była to organizacja opozycyjna wspierająca rodziny aresztowanych ludzi pracy. Zarówno finansowo, jak i prawnie. Intryga skupia się na zebraniu informacji przez próbującego wrócić do łask oficera bezpieki. Żeby to zrobić, major Grosicki postanawia przesłuchać księdza Zieję. Dlaczego? Bo wygląda jak święty, a od takich „naiwnych” łatwiej wyciągnąć informacje. Bardziej pomylić się nie mógł.

zieja2

Wszystko oplecione jest retrospekcjami, gdzie poznajemy przeszłość duchownego: od walk podczas wojny z bolszewikami przez kampanię wrześniową aż do aresztowania prymasa Wyszyńskiego. I nawet jak na duchownego, postać Ziei jest wręcz wywrotowa. Bliżej mu do papieża Franciszka, próbującego być bliżej ludzi niż instytucji oraz ślepemu podążaniu za dawno stworzonymi zasadami i prawami. Bo jak nazwać sytuację udzielenia pogrzebu samobójczyni czy wyspowiadaniu niemieckich żołnierzy, będąc jeńcem wojennym? I nie nawoływać do zabijania podczas wojny? To ostatnie aż mogłoby śmierdzieć dezercją. O wyprawie do Rzymu bez paszportu nawet nie wspominam.

zieja3

Innymi słowy Gliński wystawia duchownemu laurkę, pokazując jako niezłomnego człowieka w zasadzie bez skazy. To nie daje ani Andrzejowi Sewerynowi, ani wcielającego się w jego młodsze wcielenie Mateuszowi Więcławkowi żadnego pola manewru. Jakichkolwiek odcieni szarości, tylko żywy pomnik, co nie pozwalało mi za bardzo zainteresować się tą postacią. Lepiej prezentuje się major Grosicki (solidny Zbigniew Zamachowski), próbujący rozgryźć i zrozumieć duchownego. Sam mający wątpliwości, ale jednocześnie chce wykorzystać szansę na powrót do łask swoich przełożonych. Ale on sam nie jest w stanie wnieść całość, bo reszta postaci bardziej przypomina marionetki z szablonami. Bez charakteru i głębi.

zieja1

Czy jest w ogóle coś dobrego w „Ziei”? Świetne są zdjęcia, zwłaszcza te ze scen retrospekcji, pełne przytłumionych kolorów. Sceny batalistyczne też prezentują się dobrze, bez poczucia dezorientacji i chaosu. Ale sami żołnierze obu stron są troszkę pierdołowaci, co pokazuje scena z powstania (strzelanina w kościele). Kule bardziej niszczą obrazy, krzyże czy rzeźby religijne niż w siebie. Przypadek? Oby.

Gliński w „Ziei” popełnia największy grzech, jaki filmowiec może popełnić – realizuje nudny film o potencjalnie ciekawej postaci. Laurka pozbawiona charakteru oraz jakichkolwiek emocji, przedstawiająca czarno-biały świat. Nie jest tak żenujący jak „Czuwaj”, niemniej jest to wielkie rozczarowanie.

4/10

Radosław Ostrowski

Syberiada polska

Dla mieszkających bliżej wschodniej granicy Polaków wrzesień 1939 roku zaczął się względnie spokojnie. Nie było jakiś gwałtownych ataków – poza ulotkami propagandowymi – zaś sami Sowieci sprawiali wrażenie bardziej sprzymierzeńców. Wszystko zmieniło się zimą, kiedy to Polacy zostali wyrzuceni ze swoich domów i wywiezieni w głąb kraju, na Syberię. By pracować do wyczerpania sił.

syberiada polska1

Janusz Zaorski zdecydował się wrócić po latach do kręcenia filmu, zaś materiałem była powieść Zbigniewa Domino. Sam punkt wyjścia był świetny, bo tematyka zesłańców na Syberię nie jest zbyt często poruszana. O czasach, gdzie najważniejsze było przeżycie niemal za wszelką cenę. A jednocześnie wszystko miało miejsce w bardzo nieprzyjaznych okolicznościach przyrody. Niby pięknie wyglądającej, ale brutalnej i nieprzyjaznej. Takie wydawałoby się założenie na mocny i poruszający dramat. Problem w tym, że „Syberiada polska” to absolutny niewypał. Tu praktycznie nic nie gra, a uczynienie  bohaterem zbiorowości okazuje się chybionym pomysłem. Niby historia skupia się na rodzinie Jana Doliny, ale po drodze jeszcze pojawiają się inni: profesor z córką, matka z trójką dzieci czy młoda żydowska dziewczyna. Oczywiście są też źli Sowieci, co nienawidzą Polaków (przerysowany komendant obozu), ale nie wszyscy. Niby próbuje się nadać odcieni szarości, jednak z powodu braku głębszego zarysowania postaci, wywołuje to kompletną obojętność. Mało tego, historia jest wręcz poszatkowana, pozbawiona ciągu przyczynowo-skutkowego i trudno stwierdzić kierunek tej niby historii.

syberiada polska3

Obojętność to najgorsza rzecz jaką popełnia Zaorski, ale nie jedyna. Kompletnie nie czułem żadnego zagrożenia w tym obozie. Jasne, niby jest zima i bardzo daleko od cywilizacji, ale nie widać, by rezydujący w obozie wyglądali gorzej niż przed pojawieniem się. Żadnego brudu, zmęczenia, zużytych ubrań, wychudzonych ciał. Pojawia się troszkę trumien i momentów umierania, ale to troszeczkę za mało. Nawet nie da się zorientować w jakim okresie się znajdujemy. Takie chaosu w polskim kinie nie widziałem od czasu „Historii Roja”. Zrealizowane jest to poprawnie i miejscami ładnie wygląda, a w tle gra wręcz sielska muzyka.

syberiada polska2

Aktorsko problem jest taki, że nie bardzo jest tu co grać, zaś skokowa narracja jeszcze bardziej przeszkadza. Bo tu nie ma postać, a jedyny wyraźny dylemat ma postać grana przez Sonię Bohosiewicz. I jest tutaj zamysł, by kobieta dla ratowania życia dzieci zostaje kochanką ważnej persony w obozie. Adam Woronowicz jako protagonista (niby) próbuje pokazać więź ze swoimi synami, jednak mocno ograniczony zestaw nie daje pola manewru. Młoda ekipa radzi sobie poprawnie (Krucz, Rybicka, Więdłocha), stanowiąc tło.

Polskie kino historyczne o wydarzeniach z życia Polski w XX wieku ostatnio ma mocno pod górkę. Niestety, dzieło Zaorskiego to bardzo pokraczny niewypał, którego spodziewałbym się po jakimś debiutancie. Pozbawiony sensu, fabuły oraz czegokolwiek wartego uwagi.

4/10

Radosław Ostrowski

Czarny Mercedes

Rok 1942, okupowana przez Niemców Warszawa. Tutaj zostaje zamordowana żona pewnego znanego i cenionego adwokata, Karola Holzera. Nic nie zostało skradzione, a potencjalny świadek/sprawca, czyli gosposia znika bez śladu. Śledztwo prowadzi oficer granatowej policji, nadkomisarz Rafał Król, który jest także członkiem AK. Nieoczekiwanie do sprawy włącza się radca kryminalny Enrst Kluge, a dochodzenie prowadzi do dość niebezpiecznych torów. Przynajmniej tak założyli sobie twórcy.

czarny mercedes1

Janusz Majewski to jeden z weteranów kina, który także posiada talent literacki. „Czarny Mercedes” to adaptacja jego własnej powieści kryminalnej, bardzo ciepło odebranej przez czytelników. Przeniesienie tego dzieła na ekran kinowy wydawało się kwestią czasu. Sama koncepcja była bardzo interesująca: morderstwo w czasach okupacji dawało spore pole do popisu. Bo czego tu nie ma: ukrywanie Żydów, znajdujące się w getcie ekskluzywne lokale dla bogaczy, ukrywający swój homoseksualizm oficer SS, konspiracja, tłumione namiętności oraz ukrywane tajemnice. Problem jednak w tym, że reżyserowi – w co bardzo ciężko mi było uwierzyć – nie udaje się ani zaangażować, ani wciągnąć w swoją opowieść. Wątki są bardzo szybko urywane i wraca się do nich w sposób absolutnie chaotyczny (kwestia chłopaka ofiary, który próbuje do niej dotrzeć i próbuje na własną rękę dopaść sprawcę czy nielegalna działalność mecenasa) albo prowadzą donikąd (wizyta w Cafe Muza). To drugie jeszcze samo w sobie nie jest złe, bo niejako o to w kryminale chodzi. Jednak pojawia się tutaj kilka scen, które sprawiają wrażenie zapychaczy (Aneta stojąca nago przed lustrem, relacja Maxa z przyjacielem Egonem czy wątek konspiracji) i można było z nich spokojnie zrezygnować.

czarny mercedes2

Jeszcze większym problemem była realizacja, która jest bardzo nierówna. Z jednej strony starano się zachować klimat lat 40., co widać w scenografii (szyldy na sklepach) czy kostiumach. Z drugiej większości akcji toczy się w przyciemnionych pokojach, gdzie widać głównie twarze oraz sylwetki postaci. Przez co całość sprawia wrażenie produkcji telewizyjnej i z o wiele mniejszym budżetem niż jest naprawdę. O napięciu też można w sumie zapomnieć, bo historia jest bardzo przewidywalna i szybko odkryłem kto stoi za tym wszystkim. Te niby momenty montażowych cięć przed istotnym wydarzeniem wcale nie pomagają tego zatuszować.

czarny mercedes3

Aktorsko też nie za bardzo jest pole do popisu, bo postacie nie są zbyt dobrze zarysowane, brzmią sztucznie i sprawiają wrażenie kukiełek pozbawionych jakiegokolwiek charakteru. Choć aktorzy starają się jak mogą, rzadko komu udaje się wypaść wiarygodnie. Z całej obsady najlepiej wypada drobny epizod Andrzeja Seweryna w roli hrabiego-erotomana. Postać ta dodaje odrobinę humoru i jest najbardziej kolorowa w tym całym towarzystwie. Solidnie jeszcze prezentuje się Andrzej Zieliński w roli Króla – ma w sobie coś, co pasowałoby do roli klasycznego, doświadczonego detektywa. Za to Bogusław Linda jako jego niemiecki kolega z pracy wypada dość dziwacznie. I nie chodzi o małą obecność na ekranie, ale podczas jego dialogów w języku niemieckim słychać, że mówi nie swoim głosem. Ta podmiana wypada sztucznie i przyprawia o wielki ból uszu. Jeszcze można zawiesić oko na Marii Dęskiej (Krystyna/Aneta), która jest magnetyzująca, ale to za mało.

czarny mercedes4

Niestety, ale Majewski przenosząc na ekran swoją powieść rozczarował okrutne. Tak barwny i bogaty świat nie udało się ożywić na taśmie, zaś intryga kompletnie nie angażuje oraz pozbawiona jest napięcia. Jeśli chcecie wejść w ten świat, zdecydowanie lepiej zostać z powieścią.

4/10

Radosław Ostrowski

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy

Ciechocinek, rok 1957. Tak jak teraz, tak i wtedy była to miejscowość wypoczynkowa, pełna uzdrowisk. I w tym czasie między śmiercią Stalina a wchodzącym Gomułką, przyjeżdża do kraju imigrant z Londynu, muzyk Fabian Apanowicz. Marzy tylko o jednym – grać swing, bo cóż innego zostało. I tak z grupka zapaleńców tworzy orkiestrę swingową, odnosząc sukcesy. Do składu dołącza jako wokalistka siostra Fabiana, Wanda oraz tajemnicza Modesta.

excentrycy1

Powieść Włodzimierza Kowalewskiego – olsztyńskiego pisarza to barwny portret lat 50., gdy do naszego szarego kraju wszedł kolor, a to dzięki przybyszowi ze zgniłego zachodu. Niby nic nowego, ale w rękach Janusza Majewskiego opowieść ożyła. Udało się dokonać niemożliwego – stworzyć zabawną, lekką, ale i poważną opowieść o tych czasach, gdy polityka bez pytania wchodziła do domu. Nawet w takich drobnych sprawach jak muzyka swingowa. Fabiana i jego cichych wspólników (milicjanta, stroiciela fortepianu, lekarza, kierownika knajpy) zaczyna łączyć muzyka, stając się fundamentem przyjaźni. Humor jest tutaj bardzo subtelny, delikatny, oparty czasami na rzadko się pojawiających wulgaryzmach (pani Bayerowa) oraz muzyce, piosenkach. Dodatkowo reżyser rozwija jeden watek sensacyjno-szpiegowski, ale robi to tak jakby przy okazji, że nie psuje to dobrego wrażenia, a smaczkiem jest pewna estetyka noir. Fabian w płaszczu i z krawatem wygląda bardziej jak prywatny detektyw, co jest przyjemnym widokiem.

excentrycy2

Reżyser wiernie odtwarza realia PRL-u lat 50., gdzie nie brakowało małych knajpek, gdzie grali młodzi pasjonaci muzyki i to jakiej – Gershwin, Ellington, Porter. Niby te standardy fanom klasycznego jazzu są znane, jednak nie w tym kraju, gdzie wszystko można spieprzyć. Partie muzyczne, czyli wszelkiego rodzaju koncerty, stają się – trochę wbrew intencjom Apanowicza – oddechem wolności i tęsknotą za normalnością, chociaż nie jest to sugerowane wprost. Wykonane są one znakomicie, aranżacje autorstwa Wojciecha Karolaka, wprawiają w przyjemny nastrój i jak to jest zaśpiewane (w dodatku płynną angielszczyzną). Czyżby można było zrobić amerykański sen w polskim wydaniu? Mimo gorzkiego finału intrygi, Majewski nie pozbawia bohaterów optymizmu i zwyczajnego robienia swojego.

excentrycy3

Majewskiego w tej wizji wspierają – nie zawaham się użyć tego słowa – wspaniali, tworząc wyraziste postacie, czasami mając do dyspozycji kilka minut czasu. O Macieju Stuhrze nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa, a postać Fabiana to pasjonata, kochający muzykę ponad wszystko. Ponad politykę, ojczyznę, kobietę. Chociaż to ostatnie wcale nie jest takie oczywiste, gdy pojawia się Modesta. Natalia Rybicka (wyrosła nam ta dziewczyna z „Żurka”) wygląda niczym klasyczna femme fatale, a śpiewa tak, że nie da się oderwać oczu i uszu, tworząc aurę tajemnicy wokół siebie. Tak samo warto wspomnieć Sonię Bohosiewicz, czyli Wandę – siostrę Fabiana. Niepozorna, chorowita, garbata i bojąca się śmierci kobieta, na scenie zmienia się nie do poznania – energiczna, przebojowa, zawłaszczająca sobie scenę. I jeszcze dawno nie widziana Anna Dymna, czyli Bayerowa – samotna, zgaszona pesymistka, która zostaje „referentem do spraw sanitarnych w komórce kulturalno-oświatowej” (po naszemu babką klozetową), kradnąc jedną sceną cały film.

excentrycy4

Jeśli chodzi o panów, solidność potwierdził Adam Ferency (Habertas) i Wiktor Zborowski (Stypa) jako wspólnicy Fabiana w muzycznej zbrodni, ale i tak na kilka minut skradł film Wojciech Pszoniak jako mający obsesję na punkcje pederastii pan Zuppe. Niepozorny staruszek, zawsze elegancko ubrany, robi niesamowitą furorę, a jego wywody wprawiają w śmiech. Tak samo drobne epizody Mariana Dziędziela (towarzysz Kułak) i Mariana Opanii (generał radziecki).

excentrycy5

Janusz Majewski troszkę zaskoczył, kręcąc tak energiczny i pozytywny film. „Excentrycy” są świetni technicznie, przyjemni niczym klasyczny koktajl, a styl nie dominuje nad fabułą. I to wszystko zrobił 85-latek. Pozazdrościć formy.

8/10

Radosław Ostrowski

Fotograf

Moskwa – tam właśnie mieszka Natasza Sinkina, niepokorna i uparta oficer rosyjskiej milicji. Po incydencie (pobiła ważną personę w Rosji za śmiertelne potrącenie) staje przed komisją dyscyplinarną i za kare odbywa badania u psychiatry, docenta Dmitriewa. Parę godzin później zostaje zabrana przez agentów FSB pod wodza majora Lebiadkina. Docent został zamordowany przez ściganego od 9 lat seryjnego mordercy „Fotografa”. Trop prowadzi do Legnicy lat 70., gdzie żył chłopiec o imieniu Kola, który nie potrafił mówić swoim głosem, tylko imitował innych.

fotograf1

Waldemara Krzystka znam z jego ostatnich dokonań (nagrodzona Złotymi Lwami „Mała Moskwa” oraz ubrane w konwencję kina sensacyjnego „80 milionów”), czyli solidnego i dobrego kina. Tym razem postanowił się zmierzyć z kryminałem oraz kolejny raz zaprasza nas do swojej małej ojczyzny – Legnicy. Pojawiamy się tam dopiero w drugiej połowie filmu, wcześniej będąc w Moskwie.

fotograf3

Dochodzenie, wzajemna nieufność, kłamstwa, karierowiczostwo, nierozliczone sprawy polsko-rosyjskie – reżyser próbuje w swoim filmie zarówno pobawić się kino gatunkowe, jak i przedstawić stosunki między Polską a Rosją. I na tym drugim polu radzi sobie całkiem przyzwoicie – realia systemu budowanego na kłamstwie, gdzie nie można było mówić na głos wszystkiego, a robienie kariery było celem samym w sobie odtworzono dokładnie, a oszczędna scenografia dobrze oddaje wizualną stronę tego okresu (retrospekcje przeplatające się z dochodzeniem). I działania FSB są pewnym ciekawym – choć niewykorzystanym –  wątkiem. Praktycznie nieograniczeni, mający wszędzie swoich informatorów, nawet jeśli deklarują współpracę z polską policja, to nie mówią wszystkiego, działając na własną rękę. Jakby czuli się w swoim domu. Czyżby to była jakaś sugestia reżysera?

 

fotograf2

Jednak jako kino gatunkowe, „Fotograf” zwyczajnie kuleje. Po pierwsze, dość szybko odkrywamy kto zabija. Samo w sobie to nie jest żadnym błędem, a twarzy naszego mordercy nie poznajemy nigdy. Ale pojawia się drugi błąd: brak napięcia, a to jest w tym gatunku niewybaczalna zbrodnia. Dodatkowo jeszcze reżyser niepotrzebnie miesza i komplikuje cała historię, miesza wątki (problem z wychowaniem syna, który staje się przeszkodą w drodze do kariery, praca FSB, odkrywanie kart z przeszłości Koli – jego mimikra może niejako posłużyć za symbol postawy Polaków i obywatel ZSRR wobec siebie nawzajem), przez co można poczuć się kompletnie zagubionym. Dodatkowo jeszcze całość psuje zakończenie – niejasne i mętne, które niczego nie wyjaśnia, zostawiając w stanie kompletnego oszołomienia.

fotograf4

Krzystek ma ambicje niemal kręcić kino międzynarodowe, co było już widać w „Małej Moskwie”, gdzie niemal dominowali aktorzy rosyjscy. Tu jest podobnie i o dziwno, mimo że nie są to doskonałe postacie, bo zbudowane na klasycznych kryminalnych kliszach, prezentują się najlepiej. Nieźle radzi sobie Tatiana Arntgolis jako twarda i buńczuczna Natasza, jednak jej umiejętności łączenia elementów układanki budzi zastanowienie. Jak to możliwe, że milicjantka z drogówki jest w stanie posklejać elementy, których od 9 lat nie może doświadczony major FSB? Coś mi tutaj nie klei się. Lepszy jest Aleksandr Bałujew jako zmęczony i doświadczony major Lebiadkin, dociekliwie prowadzący dochodzenie oraz Elena Babenko jako wszechwładna i bezwzględna prokurator Sokołow – oschła kobieta, traktująca swojego syna jak „przeklętego”. Polscy aktorzy ograniczeni są do epizodów, jednak nie zapadają za mocno w pamięć (wyjątkiem jest Tomasz Kot jako były wojskowy Bauman). Najbardziej irytował mnie Adam Woronowicz, którego – wydawałoby się prosta – rola policjanta Kwiatkowskiego staje się dla niego zadaniem ponad ludzkie siły, zwłaszcza intonacja wypowiadanych przez niego słów brzmi sztucznie, podobnie z „podstarzałą” Sonią Bohosiewicz.

fotograf5

„Fotograf” to film, który przełamuje dobrą passę Waldemara Krzystka. Nudny, chaotyczny, ze sporym potencjałem, który zostaje brutalnie zniszczony i zaprzepaszczony. Reżyseria najbardziej zawodzi, intryga jest przekombinowana i nawet aktorzy nie są w stanie tego wybronić. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że był to tylko wypadek przy pracy.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Obywatel

Bohater, który wplątany zostaje w mechanizmy historii – taki motyw od czasu „Forresta Gumpa” stał się bardzo popularny. W naszym kraju też był jeden Forrest Gump, tylko nazywał się Jan Piszczyk i stał się symbolem oportunizmu i bierności. Teraz pojawił się jego następca – Jan Bratek. Poznajemy go, gdy uczestniczy w katolickim programie tv jako pracownik kurii ds. kontaktu z młodzieżą. Po programie zostaje trafiony literą „P” z loga TVP. Sparaliżowany i pokryty gipsem Bratek zaczyna wspominać swoją historię.

obywatel1

Jerzy Stuhr jest bardzo znanym i cenionym aktorem z dużym dorobkiem oraz kilkoma pamiętnymi rolami (m.in. z filmów „Amator”, „Seksmisja” czy „Mistyfikacja”). Próbuje też swoich sił jako reżyser i „Obywatel” to jego kolejna próba, tym razem chyba najambitniejsza. Losy Jana Bratka mają być komentarzem do historii Polski ostatniego półwiecza. Dość luźna konstrukcja fabularna (retrospekcje i spojrzenie na Bratka w szpitalu) nawet się broni, próba ironicznego spojrzenia na rzeczywistość kilka razy się udaje, a losy bohatera zmielonego przez historię czasami potrafią zaskoczyć. Na przykład, gdy w dzień stanu wojennego idzie do sąsiada po sól i… zostaje internowany (potem w więzieniu ma opinię kapusia, gdyż „pożyczenie soli” było hasłem) czy ukrywania się przez cztery lata u kobiety z MSW. Nie brakuje tutaj naprawdę gorzkich refleksji, gdzie pokazana jest śmieszność i wady każdego Polaka (nadmierny antysemityzm – Komisja sprawdzająca, kto jest prawdziwym Polakiem w rządzie, mitomaństwo, które czynią z Bratka bohatera czy hipokryzja związana z wiarą), ale tak naprawdę poszczególne fragmenty niespecjalnie kleją się w całość. „Obywatel” z racji skrótowości przypomina ciąg skeczy, gdzie podejmowane są próby wyszydzenia patosu (głodówka Solidarności, gdzie jeden z uczestników jest mocno narwany i gotowy na demonstrację siłową), pójścia w groteskę.

obywatel2

Nie brakuje też znanych wydarzeń ostatnich lat, jak sytuacja z nauczycielem, któremu wrzucono kosz na głowę, odwołanie realizacji w Polsce filmu o Sobieskim, kłótliwa debata dwojga posłów z telewizji (Dorota Stalińska i Jerzy Fedorowicz) – to przez pewien moment ubarwia całość, jednak sam humor to troszkę za mało i po seansie jest tylko poczucie niewykorzystania potencjału.

Trudno jednak zarzucić coś aktorom, którzy naprawdę dobrze poradzili sobie z zadaniem. Stuhr w roli Bratka obsadził samego siebie oraz syna Macieja i ten duet sprawdza się świetnie. Jan Bratek planowy jest jako everyman, którego Historia mieli w swoich kołach i trybach, nie pytając się nikogo o zgodę. Jego losy potrafią wzbudzić zarówno śmiech jak i współczucie, co jest zasługa obydwu aktorów, tworzących jedną i spójną rolę. Poza nimi jest tutaj masa epizodów, które zapadają w pamięć i są bardzo wyrazistymi rolami, chociaż na ekranie pojawiają się kilka minut. Do takich należą role m.in. Sonii Bohosiewicz (Renata, poznana w więzieniu pani psycholog), Violetty Arlak (sąsiadka Kazia), Piotra Głowackiego („narwanego” uczestnika głodówki) czy Wojciecha Malajkata (Lipski – konspirator).

obywatel3

Cóż, Stuhr tym razem podjął się zadania, które go przerosło, jednak trzeba docenić zarówno odwagę oraz próbę podejścia do „polskości” z innej perspektywy – humorystycznej, ironicznej i złośliwej. Jednak na „Forresta Gumpa” urodzonego w Polsce jeszcze trzeba będzie poczekać, a ile to potrwa – nie wiem.

6/10

Radosław Ostrowski