Dzisiaj filmy może robić każdy, nawet osoba nie chodząca do szkoły filmowej. Widziałem już filmy nakręcone przez projektanta mody, kompozytora, a teraz zaczynają dobijać się do kamery jutuberzy. Szlakiem Joe Penny, który stworzył „Arktykę” z Madsem Mikkelsenem podążyli australijscy bracia Phillippou znani bardziej jako RakkaRakka. I jak każdy szanujący się młody twórca, chcący się wybić, pierwszy pełnometrażowy film robią w konwencji horroru. Bo to nadal jeden z „tańszych” gatunków do nakręcenia. Tak też powstało „Mów do mnie” – jeden z ciekawszych filmów grozy ostatnich lat oraz kolejny interesujący tytuł w katalogu studia A24.

Film skupia się wokół Mii (Sophia Wilde) – młodej dziewczyny, niepogodzonej ze śmiercią matki, unikającej jakiegokolwiek kontaktu z ojcem. Od tej tragedii minęły dwa lata i nadal sobie z tym nie radzi. Ale ma przyjaciółkę w postaci Jade (Alexandra Jensen) oraz jej brata Rileya (Joe Bird), przez co nie jest aż tak zdołowana. Nadal jednak jej otoczenie uważa ją za outsiderkę, desperacko szukającą więzi. Jej pogubione życie zostaje wywrócone do góry nogami, kiedy razem z przyjaciółką wbijają na imprezę. Podczas niej zostaje wyciągnięta… ręka. Zmumifikowana dłoń, dzięki której można się kontaktować z duchami. Ale nie na dłużej niż półtorej minuty, bo… bo co? Będzie źle, ale jak bardzo? Lepiej nie ryzykować. Jednak Mia przełamuje się i bierze udział w tej „zabawie”, lecz minimalnie dłużej trwa jej kontakt z zaświatami. Niby nic się początkowo nie dzieje, jednak podczas kolejnej „imprezy” z dłonią, bierze udział Riley. Co kończy się bardzo poważną tragedią.

Już sam początek filmu (jak na horror przystało) zaczyna się mocnym uderzeniem, niepowiązanym (pozornie) z głównym wątkiem. Impreza, brat zostaje wezwany by zabrać brata, zaś ten wbija mu nóż w oko, po czym podrzyna sobie gardło. Na oczach wszystkich, którzy to filmują na swoich telefonach. Od razu wskakujemy do Mii, powoli poznając ją i atmosfera bardziej przypomina dramat obyczajowy. Ale wszystko zmienia się, gdy wkracza ta ręka. Sam jej wygląd jest niepokojący, zaś jej geneza pozostaje największą tajemnicą i jest fascynująca. Tak samo jak sam rytuał „kontaktu”, działający na jego uczestników niczym narkotyki na ćpunie. Dlaczego ktoś miałby to zrobić? A czy wiecie jaka silna jest presja, by należeć do grupy? I jak każde uzależnienie zaczyna mącić w głowie, pojawiają się halucynacje, zwidy, zacierając granicę między koszmarem a rzeczywistością. Tutaj napięcie potrafi uderzyć z niespodziewanej strony, nawet jeśli zdarzają się momenty przestoju. Ale to wszystko rekompensuje ciężki (lecz bardzo satysfakcjonujący) finał, otwierający furtkę na potencjalną kontynuację.

Do tego działa tu młoda, jeszcze nierozpoznawalna obsada. Tutaj wybija się fantastyczna Sophia Wilde w roli Mii, prześladowana przez traumę (a potem inne rzeczy), próbująca znaleźć akceptację otoczenia. Masę sprzecznych emocji wygrywa o wiele bardziej subtelnie niż można było się spodziewać po tym gatunku. Ale jak trzeba pójść bardziej ekspresyjnie, robi to bez popadania w przesadę i śmieszność. Szczególnie w dalszych partiach filmu. W kontrze do niej stoją świetni Alexandra Jensen (Jade, najlepsza koleżanka), mocny Joe Bird (Riley, stający się ofiarą opętania) oraz duet Zoe Terakes/Chris Alossio (właściciele ręki Hayley i Joss).

Australijskie kino grozy (po dokonaniach Jennifer Kent) zaczyna powoli się poszerzać. Już zbliża się kolejne dzieło duetu RakkaRakka („Oddaj ją”), więc warto zapoznać się z tym mocnym debiutem. Bardzo atmosferycznym, sprytnie napisanym, z intrygującym pomysłem oraz świetnym aktorstwem.
7,5/10
Radosław Ostrowski



